25 lutego 2002, poniedziałek, 07:08
Cezarego, Wiktora, Zygfryda – wszystkiego dobrego.
Wszystkiego dobrego.
Dobrego dnia. Ja jadę do Poznania grać Małą Steinberg. Przede mną ciężki dzień i powrót nocą.
Dziś rano znów pomyślałam, że to wielka szkoda, że nie mamy książki o Adolfie Dymszy. To zdumiewające, nasz największy komik, tak kolorowa, fascynująca postać, autor miliona anegdot, które wszyscy do dziś w środowisku aktorów powtarzamy, i śmiejemy się z nich niezmiennie. Żyją ciągle ludzie, którzy mogliby opowiedzieć wiele rzeczy. Szkoda.
Wczoraj usłyszałam o nim znów wiele opowieści, między innymi tę o kapeluszach. Kolega aktor kupił sobie nowy kapelusz i bardzo się nim chwalił. Dymsza natychmiast kupił kilka takich samych, identycznych kapeluszy, tylko każdy o numer mniejszy, i co kilka dni zamieniał temu koledze w garderobie kapelusz, podkładając po cichu numer mniejszy od poprzedniego. Doprowadził go do prawdziwego obłędu na tle zmian jego głowy. Komu dziś by się chciało?
Cudownie opowiada o Dymszy Marek Kondrat. Marek zresztą to prawdziwa kopalnia anegdot, i Król, jeśli chodzi o sposób ich opowiadania. Jego opowieści o Kazimierzu Opalińskim, który był jego ojcem chrzestnym, czy panu Dzwonkowskim, czy wreszcie o swoim ojcu i wujku, panach Kondratach starszych, nie mają sobie równych.
Jadę. Dołączam trzy zdjęcia zrobione nocą w czasie powrotu z Rudy Śląskiej, gdzie grałam Opowiadania w ubiegłą poniedziałkowo-wtorkową noc. Zdjęcia robiła Marysia.


