15
Luty
2002
06:02

dziennik 2002-02-15 06:01:00

15 lutego 2002, piątek, 06:01

Jowity, Faustyna, Józefa, Saturnina – wszystkiego dobrego.

Odkąd się nie widzieliśmy przez ten internet, zdarzyło się bardzo dużo, ale nie będę do tego wracać. Z zabawnych rzeczy – byłam na dwóch balach, z jednego mąż mnie zabrał pospiesznie, bo się „napiłam” przez nieuwagę, nie zauważyłam, że w tych sokach, które przede mną stawiają, jest dużo wódki, a jak się napiłam to oczywiście zawiadomiłam o tym wszystkich na balu, łącznie z personelem wspomagającym, złożyłam dodatkowo absurdalne oświadczenie przez mikrofon, takie mianowicie, że „Kobieta to kobieta, a Mercedes to Mercedes”. Myślę, że do dziś niektórzy się zastanawiają, co to miało znaczyć, ale ja uważam, że znaczenie tego jest jasne i proste. Wykładzina dywanowa, którą były wyłożone schody do toalety, była w kropki i nie mogłam w związku z tym się tam nijak dostać, bo mi wszystko skakało przed oczami, no DNO! Na szczęście zostałam usunięta sprzed oczu ludzi.

Na drugim balu w ogóle nie piłam, zlicytowano na aukcji podczas tego wieczoru mojego Super Wiktora, i wszystko było świetnie oprócz tego, że poszłam niespodziewanie do wróżki i wyszła mi GLORIA. Tak się tym zdenerwowałam, że również musiałam natychmiast jechać do domu.

Próby do Virginii… cały czas trwają i z każdym dniem zbliżamy się do premiery.

Ja dostaję co chwila jakieś oszałamiające propozycje, namawiają mnie, abym zaczęła aktywność w najróżniejszych dziedzinach, na razie obserwuję, co z tego wszystkiego, z tych zawirowań rynku i w związku z tym z tych histerycznych pomysłów, wyniknie.

Dobrze. Dziś postanowiłam Wam zacytować pewien list. Przyszedł do mnie pocztą przedwczoraj.

….. Mieszkam w wojewódzkim mieście na północy Polski. Jestem matką autystycznego dziecka. Mój syn – Marcin – ma obecnie 24 lata. To o nim właśnie chcę do Ciebie napisać. No i oczywiście trochę o sobie, o swoim macierzyństwie. Wiesz o tym zapewne sporo – czytałam w licznych z tobą wywiadach, że kontaktujesz się z rodzicami autystycznych dzieci. Te doświadczenia są w pewnej mierze podobne, w szczegółach zaś czasami zupełnie różne. Moim udziałem stał się trudny los. Marcin – pierwsze (i jedyne) oczekiwane dziecko dość wcześnie dał sygnał, że coś jest nie tak. Moi rodzice już wtedy nie żyli (jestem jedynaczką). To ważne, bo to oznacza, że nie miałam po swojej stronie nikogo. Rodzice męża – śmiertelnie, jak i on – przerażeni, niedwuznacznie obciążali mnie winą za urodzenie „takiego dziecka”. Uważali, że poddając małego intensywnej terapii czynię zeń królika doświadczalnego w rękach psychologów, a tego moje serce matki nigdy im nie wybaczy. Mąż miotał się, nie mając siły przeciwstawić się zdaniu rodziców (był z nimi bardzo związany uczuciowo) i nie będąc do końca przekonany o słuszności obranej pod moim naciskiem drogi. Walczyłam więc przez długi czas samotnie – musiało minąć parę lat, zanim mąż uwierzył w sens prowadzonej terapii. Tamte lata wspominam jako horror. Do dziś dnia nie mogę oglądać zdjęć 3,4,5-letniego Marcina. Przypominają mi tamten czas. Dzieciństwo mojego dziecka zostało mi bezpowrotnie odebrane, nie tylko dlatego, że nie znałam jego przytuleń, uścisków, wdrapywania się na kolana i że najpierw wymówił słowo „auto”, zanim usłyszałam „mama”. Także dlatego, że wspominam je jako czas udręki, upokorzeń ze strony rodziny, oskarżeń, niepewności, szamotaniny, wreszcie rozpaczy. Dziś wiem, że to, co miałam najważniejszego do zrobienia, to było zrobić coś ze sobą. Wcale nie z moim upośledzonym dzieckiem, ale ze sobą, przebudować siebie właśnie. To jest najtrudniejsza praca – i jak boli… Czasem chciałabym o tym opowiedzieć. Napisać. Może kiedyś się zdobędę… Nie oglądałam Twojej „Małej Steinberg”. I nie obejrzę. Po prostu nie stać mnie na to emocjonalnie. Z „Rain mana” chciałam uciec po kwadransie, wytrwałam do końca z zaciśniętymi zębami. Nie mogę, nie chcę do tego wracać. Na szczęście to przeszłość. Dziś jestem chyba szczęśliwą matką. Odbieram zapłatę za lata katorżniczej pracy. Podniosłam głowę. Marcin jest wysokim, zgrabnym, przystojnym młodym mężczyzną. Skończył szkołę specjalną. Nauczyłam go (trwało to 3 lata) czytać i pisać – czyta biegle, ładnie, ze zrozumieniem. Razem przeczytaliśmy na głos „Lalkę”, „Trylogię”, „Noce i dnie”. Nauczyłam go jeździć na rowerze. Jeździmy we trójkę na długie rowerowe wycieczki od wiosny do jesieni. Nauczyłam go pływać. Panicznie bał się wody – nawet takiej do kostki. Oswajałam go z nią przez 5 lat. Dziś chodzimy regularnie na basen, szalejąc za nim i „utapiając się” do woli. Ponieważ jest moim dzieckiem – tak jak ja pokochał teatr. Co w nim odnajduje – mogę się tylko domyślać. Domaga się chodzenia do teatru i to bynajmniej nie na lekki repertuar. Po obejrzeniu „Króla Leara” przyznał, że nie wszystko zrozumiał, ale podobało mu się. Powiedział: „To było bardzo smutne. Żal mi tego króla”. Pomyślałam wtedy – czy aby nie o to w końcu chodziło Szekspirowi? Zabieramy go na większość spektakli, a bywamy w teatrze często. Siedzi zasłuchany, wychodzi zawsze zadowolony. Teatr zdaje się go zajmować i cieszyć.

A teraz najważniejsze.

Okazało się, że Marcin ma absolutny słuch. Niezwykłą pamięć muzyczną. Naturalną zdolność harmonizowania. Jego światem, jego miłością, jego pasją stała się muzyka. Dość szybko zorientowaliśmy się, że ma nieprzeciętny talent. Odtąd wiedzieliśmy, że nie wolno nam go zmarnować.

Przeznaczeniem Marcina stały się organy. Zaczęliśmy go uczyć. Prywatnie. Znaleźliśmy wspaniałą nauczycielkę, która się tego podjęła. Nie znał przecież nut! Grał wyłącznie ze słuchu. Potraktowała to jako wyzwanie (Marcin miał zawsze szczęście do ludzi). I tak mój syn został organistą. Gra tak jak oddycha. Kiedy gra – jest szczęśliwy.

Czy tak właśnie wygląda happy end?

Niezupełnie. Życie to jednak nie hollywoodzki film (czasami szkoda). Rok temu, przypadkiem dowiedzieliśmy się, że pewna parafia szuka organisty. Zagrał. Spodobał się proboszczowi. Pracował tam – bez ośmiu dni – cały rok. Nie opuścił ani jednego dnia pracy. Punktualny, dyspozycyjny, obowiązkowy, wypełniał wszystkie – dość wygórowane zresztą wymagania. Na życzenie proboszcza uczył się nowych pieśni, choć miał w repertuarze około dwustu – po to, aby taką pieśń wykonać raz czy dwa (ludzie nie śpiewali, bo była nieznana). Ale pobożni – bardzo pobożni parafianie – zorientowali się, że ich młody organista jest inny…. jakiś dziwny….. Dziateczki przystępujące do Pierwszej Komunii były bardzo dociekliwe – zaczęły, podczas tzw. białego tygodnia – zaczepiać, przedrzeźniać, wyśmiewać…. No więc ksiądz proboszcz oznajmił nam, że on, obowiązany służyć swoim parafianom, musi spełniać ich żądanie i zmienić organistę. Bo pobożni parafianie nie życzą sobie mieć „takiego” organisty…. Owszem, syn państwa bardzo dobrze opanował instrument, pięknie gra utwory, czysto śpiewa (Marcin ma ładny dźwięczny baryton, który jest stale szkolony), ale wierni nie znają się na muzyce – świadomość, że mają „takiego” organistę przeszkadza im się modlić… były skargi…. także podpisane…. państwo rozumieją…..

Nie rozumiem. To tak właśnie katoliccy kapłani pojmują swoje obowiązki wobec powierzonych ich pieczy owieczek – uczenie tolerancji i prawdziwie chrześcijańskiej miłości bliźniego? Zawołaniem zakonnym naszego proboszcza i tego kościoła jest „czyń dobrze”. Zaiste – dobrze uczynili i sumienie im nie dolega. Niech im Bóg wybaczy. Ja nie potrafię. Zdecydowaliśmy nie nagłaśniać w żaden sposób tej sprawy. Lękamy się solidarności zawodowej w kościele katolickim. Nie chcemy zamykać Marcinowi drogi na przyszłość. Ale cierpieliśmy bardzo. Wszyscy. Czy potrafisz zrozumieć co czułam, gdy Marcin mówił: „Popatrz mamo, ja się starałem i nie wyszło….”

Tak oto zderzył się los osobliwego człowieka, jakim jest mój syn, ze światem ludzi „normalnych”. To nie jest happy end, prawda? Wierzę, że to w ogóle nie jest end. Znaleźliśmy Marcinowi możliwość grania, jako wolontariusz gra w jednym z kościołów. Tam jest życzliwy nam proboszcz, a ludziom nie przeszkadza to, że czasem ich modlitwom do Ojca wszystkich ludzi towarzyszy głos „takiego” organisty…. Może kiedyś Marcin znajdzie parafię, która będzie dumna z tego, że jej organista został tak szczególnie, niezwykle obdarowany przez Boga…. Chcę w to wierzyć.

Dlaczego ci to wszystko opisałam? Pomyślałam sobie, że dobrze będzie jak dowiesz się o kimś, komu się udało. Że dostaniesz do ręki jeszcze jeden dowód, że warto (chociaż wiem, że nie trzeba Cię o tym przekonywać). Ale sukces przywracania światu i życiu człowieka zza szklanej szyby będzie miał dla Ciebie konkretne imię i twarz mojego syna.

Dziękuję Ci za wszystko, co robisz. Dla tych ludzi. To ważne i warto. A jeśli kiedyś zdecyduję się napisać coś, co będzie opowieścią matki, która wygrała w walce ze sobą – Ty dowiesz się o tym pierwsza – obiecuję. Pozdrawiam Cię z całego serca i życzę słońca we wszystkie dni…….

Zacytowałam ten list, bo jest ważny i dla mnie, i będzie ważny – mam nadzieję – i dla Was.

Dobrego dnia.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.