4 lutego 2002, poniedziałek, 08:28
Andrzeja, Gilberta, Józefa, Mariusza, Witosława – wszystkiego dobrego.
Ten Amadeusz Shaffera to piękny tekst, zawsze robi wrażenie, zawsze porusza, w każdym razie mnie, a ostatnie zdanie Salieriego, skierowane do publiczności, mówiące o tym, że zawsze będzie podobać im się przeciętność i miernota, a oryginalność i geniusz będzie przez nich niedoceniony czy raczej pogardzony, ściska mi gardło jakby mi w nie włożył ktoś zaciśniętą pięść.
Przedstawienie Zbyszka Brzozy w Teatrze Studio jest bardzo ładne. Spokojne, nie nachalne, wysmakowane. Piękne scenografia i kostiumy pani Doroty Kołodyńskiej. Jest ono zupełnie inne niż to przed laty w Teatrze na Woli z genialnym Tadeuszem Łomnickim jako Salierim, ale naprawdę ładne i mądre. I ważne, dziś w dobie nowych sztucznych wartości i imitacji w sztuce, szczególnie cenne. Bardzo ważny wieczór.
Załączam zdjęcie z moją wnuczką pt: „Dwie od fryzjera”.

Spotkałam się dziś z jednym z moich przyjaciół. – Wiesz, mam ostatnio tak straszne sny – powiedział – dziś na przykład śnił mi się, wyobraź sobie, pogrom kielecki. – Boże! – wykrzyknęłam – nie ma ci się co śnić? Jaki koszmar?! Na co on – Nie, ale dziś był to sen optymistyczny, Żydzi wygrali.
Dobrego dnia. Jutro Szczecin.