27 stycznia 2002, niedziela, 14:54
Anastazji, Gabriela, Juliana – wszystkiego dobrego.
Dziś imieniny Anastazji. Wszystkiego dobrego. A Anastazja to – silna osobowość, z której zdaniem otoczenie musi się liczyć od najwcześniejszego dzieciństwa. Nie znosi dyscypliny i bywa uparta. Jest to otwarty umysł, ciekawy świata. Św. Anastazja opiekuje się tymi, którzy mają kłopoty z głową i piersiami.

I dziś także zdjęcie Evy Herzigovej, bez powodu. Tylko dlatego, że spodobało mi się, wprawia moim zdaniem patrzącego na nie, w zdumiewająco dobry nastrój. Zdjęcie pochodzi z jakiegoś tu kalendarza na 2002 rok, który poniewiera się po recepcji hotelu, w którym mieszkamy. Przechodziłam koło niego codziennie i codziennie je sobie otwierałam i oglądałam, aż postanowiłam ofiarować je i Wam.
W ogóle dziś mam takie dość prymitywne refleksje i potrzeby. Na przykład jest tu sos, nie mylicie się, sos, podawany do sałaty, bez którego moje dalsze życie będzie miało mniejszy sens, a nawet nie bardzo wyobrażam sobie moje życie dalej bez tego sosu. Konferencje z kelnerami i kucharzem zaowocowały przepisem, który jest moim zdaniem bezsensowny, bo nie ma tam żadnego produktu białego, jakiejś śmietany czy mleka a sos ma kolor biały i jest konsystencji płynnej śmietany. Kucharz twierdzi, że on jest biały od utarcia wszystkiego razem na jednolitą masę, ale ja mu nie wierzę. No cóż, przekonam się dopiero po powrocie do domu. Przepis, który mi wręczono rano podczas śniadania, a raczej który leżał dyskretnie i wstydliwie, nie wiadomo zresztą dlaczego tak tajemniczo, pod serwetką przy moim nakryciu wygląda tak:
Frazosische Salatsause
Zutaten:
– 0,25 l Suppe
– 5 Eier
– Zwiebel
– 1 Knoblauch
– 1 i Ol
– 20 g Salz
– 5 g Pfeffer
– etwas Petersilie
– Worchestersauce
Die Suppe mit den Eiern, Zwiebel, Knoblauch, Salz und Pfeffer gut vermischen und mixen.
Anschliesend das Ol ganz einruhren.
Zum Schlus wird die sauce mit etwas Potersilie und Worschestersauce ab geschmeckt.
Jak patrzę i wyobrażam sobie jak to robię, to nigdzie nie widzę białego. Ale może, może – trzeba spróbować. Jestem pewna, że jeśli mi się uda i to będzie ten sos i ten smak, moje życie dostanie nowej barwy, barwy nie do pogardzenia.
Wczoraj przeczytałam w jednej książce genialne zdanie, że każdy dziennik, to jest „….pochód wiewiórki w klatce”. Coś w tym jest. Ale nad tym, dlaczego piszę ten dziennik i co z tego wynika, zastanowimy się innym razem; niektórzy mówią, że to taka potrzeba jak załatwianie czynności fizjologicznej, być może, całkiem być może, ale teraz nie mam do tego głowy.
Są różne sposoby zwrócenia na siebie uwagi. Istnieje wspaniała anegdota, znana i często cytowana w moim środowisku, dokładnie na ten temat.
Stary aktor poucza młodego debiutanta: – Masz do powiedzenia na scenie jedną kwestię – „Konie zajechały”. Prawda. Jeśli chcesz zwrócić na siebie uwagę i chcesz, żeby cię zapamiętano, wyjdź i powiedz zamiast tego – „Podano do stołu”. To proste.
Dobrego dnia niedzielnego. A właściwie dobrego wieczoru. Ja idę trochę pospać, bo wczoraj byłam z dziećmi w dyskotece. Pobiłam się dziś prawie z jakimś Niemcem na górce, bo zmuszał swoje panicznie bojące się, chyba trzyletnie, dziecko, do zjazdu z dość stromej góry, jeszcze do tego w zamieć śnieżną. Dziecko płakało tak, że pękało serce. Wdałam się w gwałtowną wymianę zdań, po niemiecku, doszło prawie do skandalu, choć nie użyłam słowa Hitler ani żadnego podobnego, ale ojciec-potwór odpiął wreszcie dziecku narty, wytarł nos i dał mu spokój, w każdym razie do momentu, do którego ja tam byłam. Wkurzają mnie ci ambitni rodzice, co z brzuchami jak stodoły stoją na stoku pod barem i wyżywają się na swoich lejących łzy, po cichu lub głośno, dzieciach, za to tylko, że sami w życiu nie przypięli nart czy deski. Ile ja tu takich płaczących dzieci widziałam i ilu rodziców, co drą się na nie, do tego po niemiecku. Okropność.
Dobrego dnia.