6 stycznia 2002, niedziela, 10:01
Kacpra, Melchiora, Baltazara – wszystkiego dobrego.

Dziś konik, którego ktoś kiedyś ofiarował moim synom. Tak mnie wzruszał, że ze strachu, iż zostanie kompletnie przez tych małych „gangsterów” zniszczony, schowałam go po cichu i mam go sobie do dzisiaj. Mam takich zabawek kilka, zabranych moim dzieciom i ocalonych przed nimi, i wcale się tego nie wstydzę. Parę dni temu pewna moja znajoma zwierzyła mi się, że z kosza zabawek zbieranych w szkole wnuczki, dla powodzian, po kryjomu zabrała maleńkiego misia, kupiła nowego, pięknego i dużego, i położyła w zamian. Było to silniejsze od niej. Mówiła mi, że kilka dni odprowadzając wnuczkę do szkoły przechodziła koło niego, małego, jak jej się wydawało zmarzniętego, trochę postrzępionego i śnił jej się potem w nocy. Postanowiła go ukraść i zatrzymać. Ta pani ma 60 lat. Bardzo mnie wzruszyła jej opowieść, bo ja też mam podobne, równie głupie obsesje, dość często.
Wczoraj dostałam pocztą e-mailową upomnienie, że powinnam w moim zapisie z dnia napisać zdanie SĄ PODLI LUDZIE, a nie LUDZIE SĄ PODLI.
Święta racja. Dziękuję za naganę.
Nie mam dla Was specjalnie dużo czasu ostatnio, bo siedzę nad moimi wszystkimi felietonami do URODY i przygotowuję je powoli do wydania, na prośbę wydawnictwa WAB. To swoista podróż sentymentalna. Nawet przyjemna, choć trochę męcząca, bo za długo obcuję jakby sama ze sobą. Ale już kończę.
Tak więc kończąc, ZDARZAJĄ SIĘ PODLI LUDZIE. Ale to minie.

I na zakończenie wiewiórka, którą utrzymujemy. Jest tak roztrzepana! Przybiega rano, codziennie, koło 9.00. Wszystkie orzechy wynosi i zakopuje w śniegu, potem zapomina natychmiast gdzie i domaga się nowych. Nie nastarczamy. Ciocia obserwuje ją i stara się zapamiętać, gdzie ona utyka te orzechy, wczoraj starała się jej pokazać te miejsca, ale ta, roztrzepana ani nic nie pamięta, ani nie rozumie, co ciocia jej pokazuje.
Dobrego dnia.