01
Grudzień
2001
09:12

dziennik 2001-12-01 09:01:00

Św. Edmund Campion, kapłan, męczennik (1540-1581). Urodził się w Londynie. Był synem księgarza. Studiował w Oxfordzie. Był diakonem anglikańskim. Studium Ojców Kościoła przekonało o autentyczności Kościoła katolickiego, do którego wstąpił. Zagrożony aresztowaniem uciekł z Anglii, pojechał do Rzymu, gdzie wstąpił do jezuitów. Potem wykładał retorykę w Pradze. Był świetnym mówcą. Wiele pisał. Wiersze, dramaty dla teatrów jezuickich kolegiów. Później wysłany przez papieża z misją do Londynu, na skutek zdrady został tam ujęty i więziony w londyńskim Tower. Po odmowie powrotu na anglikanizm, torturowany, sądzony i skazany przez Elżbietę I na śmierć.

Leksykon Świętych autorstwa Ks. Wiesława Al. Niewęgłowskiego

Moi Drodzy. Dokładnie dwa lata temu napisałam taki felieton, który zresztą znajduje się w „Mojej drogiej B.”

 

Moja droga B! Czy wiesz, że ta mała, miła pani, przyszła cesarzowa Japonii, poroniła? Biedactwo! A już ostatnio uśmiechała się szerzej, chodziła pewniej i patrzyła ludziom w oczy, wydawała się być już nie tak zalękniona. Od jakiegoś czasu wszystkie kretyńskie gazety i telewizje krzyczały, że jest w ciąży, stało się, udało się, a ona i mąż uśmiechając się po cichutku, skromnie spuszczali głowy. Sekundowałam im w tej ciąży jak nikt, i nagle, wczoraj, klęska, tragedia, koniec szczęścia. Co ona teraz musi biedna przeżywać, jak jej musi być źle. Chciałabym móc do niej zadzwonić. Biedactwo!

Najpierw pokazywali jego w sztuczkowych spodniach i żakiecie, następcę tronu, który nie może znaleźć żony. Potem ją, miłą, w dżinsach, uśmiechniętą, absolwentkę dwóch uniwersytetów angielskich, wybrankę, nadzieję na potomka i szczęście rodziny cesarskiej. Później świat długo widywał ich razem, uśmiechniętych, jego w sztuczkowych spodniach, ją w kimonie, i wszyscy zastanawiali się, czy jest dobrą żoną, czy nie zanadto zeuropeizowaną i wykształconą, oraz nad tym, jak ona właściwie czuje się w tym kimono. Od kilku lat obojgu sztucznie uśmiechniętym, jemu w sztuczkowych spodniach, a jej zalęknionej, towarzyszył wieczny komentarz: „Ciągle nie!… Jeszcze nie!… Oto ta, co nie może!… Kobieta, która nie może mieć dzieci!!!” Czytał to i oglądał ją cały świat, a ona była coraz smutniejsza, z coraz bardziej wykrzywionymi na siłę w uśmiechu ustami. Niedawno radość, nagłe szczęście, wczoraj poronienie.

Wzięłam do ręki książkę pt. „Medycyna Chińska”, zaczęłam szukać: poronienie, dlaczego? Jak mu zapobiec? O co tu chodzi? Gdzie lekarstwo? Okazało się, że to dusza, że to z jej „czi” nie jest dobrze. Od początku to wiedziałam. Chińska medycyna – czytałam – nie oddziela ciała od duszy. Jedno jest od drugiego zależne. Cała medycyna zachodnia, która jest ofiarą Kartezjusza, lub jak kto woli, wszystko mu zawdzięcza, oddziela absolutnie ciało od duszy i leczy tylko ciało, albo tylko duszę, a tę w znikomym stopniu, bo nie umie (komentarz mój)… W medycynie chińskiej funkcje ciała i umysłu są nierozerwalne i stanowią wyraz „czi”. „Czi” to jądro, motor życia. To życie. Wszystko – działanie zmysłów, myślenie, odczuwanie, trawienie, zdolność do ruchu i rozmnażanie – to „czi”. Jest podstawą, tajemnicą i cudem. Pytam więc, co się dzieje z „czi” przyszłej cesarzowej? Coś jest nie tak, od początku to czułam, widziałam to na zdjęciach.

Jedna z moich przyjaciółek, lekarka, powtarzała mi zawsze: głowa, najważniejsza jest głowa, i opowiadała historię o trzech braciach chorych na gruźlicę, z których dwóch przeżyło a jeden zmarł. – A dlaczego zmarł? – pytała zawsze moja znajoma. A dlatego, że jednocześnie przeżywał zawód miłosny! Proste. Duszy od ciała nie da się oddzielić! Biedna, smutna, nieszczęśliwa cesarzowa.

Moja B, dlaczego do Ciebie o tym piszę? Bo, po pierwsze, od razu Ty mi przyszłaś do głowy, po drugie, kiedyś Twoje wyznania dotyczące macierzyństwa wprawiły mnie w osłupienie, po trzecie, nie masz dzieci i pewnie już mieć nie będziesz, a to wszystko razem to Twoja osobista sprawa i Twój własny wybór, w odróżnieniu od małej nieszczęsnej cesarzowej. I na tym polega niesprawiedliwość, że jej potomstwo zupełnie nie jest jej osobistą sprawą. To właśnie wpędza mnie w taką depresję. Rozkrzyżowują ją ciągle nagą przed światem i krzyczą: „N i e m o ż e! To ta, co n i e m o ż e… Wy możecie, jesteście lepsi, albo, jeśli też nie możecie, nie jesteście gorsi…” Ohyda. Pewnie zobaczę ją znów, gdzieś, niedługo, obok swojego męża, niezdradzającego żadnych uczuć, jak na Japończyka i przyszłego cesarza przystało. Zobaczę, jak kiwają śmiesznie i nieśmiało małymi rączkami, pozdrawiając i przepraszając lud Japonii. Nie wiem, czego Pani życzyć, Pani Cesarzowo? Życzę wszystkiego, wszystkiego dobrego, albo tego, żeby Pani może lepiej już nie była tą cesarzową? Mam koleżankę, kochaną B., ona nie chce mieć dziecka, nigdy nie chciała i wie Pani… ona może sobie na to pozwolić, a gdyby Pani wiedziała w dodatku, jakie są jej argumenty w tej sprawie!? Twierdzi, że nie przygotowana, że nigdy do tego nie dorosła, że ma takie problemy ze sobą samą, iż nie może wziąć odpowiedzialności także i za dziecko. Czy Pani sobie wyobraża coś takiego? To wszystko głowa! Ona też ma coś z głową, tylko w całkiem odwrotną stronę niż Pani! To tyle. Pozdrawiam.

A teraz pozdrawiam i Ciebie, moja B., mam nadzieję, że mimo wszystko jesteś szczęśliwa. A zresztą radźcie sobie same, moje dzieci kaszlą i mam nadzieję, że to zwykłe kartezjuszowskie przeziębienie, a nie rezultat jakichś kłopotów duchowych.

Całuję, Twoja K., matka trojga dzieci, będących rezultatem świadomego wyboru i – jak u cesarzowej – ogromnych starań, tyle tylko, że zakończonych powodzeniem. Ale świat o tych zmaganiach nie wiedział.

Wtedy, dwa lata temu, chwilę po napisaniu tego felietonu dowiedziałam się z prasy niemieckiej, że japoński dwór cesarski oskarżył media o spowodowanie swoją niedelikatnością i natarczywością kolejnego poronienia cesarzowej.

Wczoraj jadąc do Teatru o 18.00 usłyszałam w radio wiadomość, że oto właśnie cesarzową przewieziono do szpitala. Poród, ma to być dziewczynka, spodziewany jest za około godzinę. Grałam wczoraj Helvera myśląc co chwilę, że ona tam właśnie rodzi. Do dziś rana żadna z rozgłośni stacji telewizyjnych nie podała czy urodziła szczęśliwe, i czy wszystko z nią w porządku. Mam nadzieję, że tak, bo trzymałam kciuki. Jak się czegoś dowiem, to Wam napiszę. Za chwilę, jak zrobi się jakaś cywilizowana do telefonowania godzina, zadzwonię do Niemiec do przyjaciół, oni tam to pewnie podali. A u nas tylko Lepper, jak młotkiem, w kółko.

Jadę za chwilę do Rzeszowa na festiwal teatralny, organizowany tam co roku. Gramy trzy razy Opowiadania zebrane. Pojadę sobie na wycieczkę do Łańcuta. A Was żegnam chyba aż do wtorku. Dobrego czasu.

PS. Ach, bardzo mi się podoba apel znanych kobiet świata, żeby dziś pościć na znak solidarności z kobietami afgańskimi, które walczą w tej chwili o swoje prawa w przyszłym państwie afgańskim. Postanowiłam pościć.

PS 2. Dziś dzień walki a AIDS. Miałam przyjaciela, który już nie żyje. Był fantastycznym człowiekiem. Był z grupy podwyższonego ryzyka. Ale i Wy uważajcie.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.