02
Styczeń
2018
14:01

ZAPISKI Z WYGNANIA plakat

zobacz więcej zdjęć (37)

ZAPISKI Z WYGNANIA

SABINA BARAL

ZAPISKI Z WYGNANIA

Współpraca: Muzeum POLIN i Teatr Żydowski

Premiera: 9 marca 2018 r., Teatr Polonia – Duża Scena

Adaptacja: Magda Umer i Krystyna Janda
Reżyseria: Magda Umer
Opracowanie i kierownictwo muzyczne: Janusz Bogacki
Asystentka scenografa: Małgorzata Domańska
Producent wykonawczy i asystentka reżysera: Ewa Ratkowska

Obsada: 

Krystyna Janda i Janusz Bogacki z zespołem muzycznym

„Zapiski z wygnania” to bardzo osobiste wspomnienia Sabiny Baral, siedemnastoletniej emigrantki roku 1968, która wyjechała razem z rodzicami.

„Ile cierpienia można znieść, zanim się nie oszaleje? Powychodzili z lasów, z dziur w ziemi, z szaf, piwnic i strychów, wyszli półżywi z obozów, wrócili z Syberii i Kazachstanu do domu, do Polski. A potem przez następne 23 lata nie wyjechali, chcieli mieszkać tutaj, tu gdzie się urodzili ich rodzice i gdzie się urodziły ich dzieci – my. Po wojennej gehennie, po latach cierpienia i strachu, mimo wszystko jeszcze raz zdecydowali, że Polska to ich kraj.
I tych ludzi po 1968 roku Polska wyrzuciła.”

Spektakl bierze udział w 24. Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

Krystyna Janda przed premierą spektaklu o Marcu ’68: Życie dogania nasze plany teatralne [ROZMOWA]

Rozmawiała Dorota Wyżyńska| 09-02-2018

Nie sądziłam, że będę pracować nad spektaklem o Marcu ’68 w takiej atmosferze, że wrócę do tych tematów i będę opowiadać o nich w czasie teraźniejszym – mówi Krystyna Janda przed premierą „Zapisków z wygnania” w Teatrze Polonia w Warszawie.
„Zapiski z wygnania” na podstawie wspomnień Sabiny Baral w reżyserii Magdy Umer to jeden z kilku spektakli, które powstają z okazji 50. rocznicy Marca ’68. Premiera odbędzie się 9 marca w warszawskim Teatrze Polonia. Na scenie zobaczymy Krystynę Jandę.

ROZMOWA Z KRYSTYNĄ JANDĄ
Dorota Wyżyńska: „Nocą w hotelu czytam »Zapiski z wygnania« Sabiny Baral. Niezwykła książka o Wygnanych 68 roku. Ta relacja, która jest tak prosta, oczywista, logiczna, uświadamia rzeczy, o których nikt nigdy głośno nie powiedział” – napisała pani latem 2016 roku. Już wtedy wiedziała pani, że powstanie spektakl?
Krystyna Janda: Jeszcze nie. Zabrałam książkę na włoskie wakacje i tam dałam ją do przeczytania Magdzie Umer. To Magda uznała, że powinnyśmy zrobić z tego przedstawienie. Ja od początku mówiłam, że to będzie trudne. I nie myliłam się.
To szczególny materiał o Marcu ’68. To książka napisana nie przez historyka, nie przez literata, ale przez osobę, która tego wszystkiego sama doświadczyła, mając niespełna 20 lat.
– To jest bardzo poruszający zapis, który powstał właściwie spontanicznie. Pani Sabina Baral po latach przyjechała do Wrocławia na spotkanie swojej klasy i poproszono ją o napisanie kilku stron wspomnień. Ten niedługi tekst, który wyfrunął z niej jak ptak, stał się pretekstem do powstania książki. Niezwykłej książki, która jest napisana tak po prostu, z serca.
Ten zapis jest gorący, emocjonalny, a jednocześnie kompletnie pozbawiony sentymentalizmu. I jest tu bardzo dużo szczegółów, o których nie mieliśmy pojęcia. Ja nie miałam pojęcia. Dlatego to zrobiło na mnie takie wrażenie. Co więcej, pisze to wszystko osoba, która odniosła niezwykły sukces życiowy. Jest profesorem, ma swoją firmę, miała szansę dostąpić wielkich zaszczytów i splendorów tego świata. A mówi wyraźnie, że nigdy by się to nie zdarzyło, gdyby w Marcu 1968 roku nie musiała wyjechać z Polski.
To jest książka przedstawicielki pokolenia, które – jak pisze Sabina Baral – weszło w życie z hukiem. To emigranci z Polski zasilili szeregi pionierów Doliny Krzemowej, a autorka uczestniczyła m.in. w powstaniu jednego z pierwszych mikroprocesorów Intel 8080, który był kamieniem milowym w tworzeniu komputerów PC.
Po latach mówi, że chciałaby, żeby coś w Polsce z niej zostało. Przyjechała szukać swoich śladów, ale ich tu nie ma! Stara się cieszyć polskimi sukcesami na świecie, ale widzi, że Polska już jest nie jej. Czytałam różne książki dotyczące Marca ’68, oglądałam filmy, natomiast takiej książki, takich refleksji nie było nigdzie.
To opowieść zwykła, ludzka, nierozdrapująca ran, ale starająca się analizować, spojrzeć na emigrację marcową z punktu widzenia, jakiego się chyba nie spodziewaliśmy. Nas nie ma, a antysemityzm jest już tylko waszym problemem.

Sabina Baral podkreśla: „Napisałam tę książkę dla siebie, dla was i ku przestrodze”. Ku przestrodze! Niełatwo jest chyba pracować nad tym spektaklem, słuchając tego wszystkiego, co dzieje się w sprawie nowelizacji ustawy o IPN?
– Niestety. Czego się człowiek nie dotknie, życie dorabia do tego okrutny PR. Nie sądziłam, że będę pracować nad spektaklem o Marcu ’68 w takiej atmosferze, że wrócę do tych tematów i będę mówiła o nich w czasie teraźniejszym.
W nocy nie mogłam spać, czytałam kolejne wpisy internetowe dotyczące nowelizacji ustawy o IPN. Gdzie to nas zapędzi? Jestem pełna oburzenia, smutku i wstydu. I zdziwienia, że coś takiego odbywa się na naszych oczach.
Wielu ludzi ze świata wybierało się do Polski na obchody 50-lecia Marca ’68, wielu zapowiedziało się na naszej premierze. A teraz zaczynają się zastanawiać, czy mają po co tu przyjeżdżać. Odwoływane są międzynarodowe wizyty dyplomatyczne. Jak będą wyglądać te obchody? Sytuacja zmienia się jak po tsunami.
„Skutkiem ubocznym” tej pracy jest czytanie wszystkich obrzydliwych antysemickich wpisów, właściwie pod każdym materiałem na temat spraw żydowskich w internecie. Pod każdą piosenką na YouTubie o tematyce żydowskiej lub śpiewanej w jidysz są dziesiątki najobrzydliwszych wpisów, w które nie można uwierzyć. Nie zdawałam sobie sprawy ze skali tej nienawiści.
To wspaniałe, że teatry postanowiły włączyć się w obchody 50. rocznicy Marca ’68, zabrać głos, powiedzieć coś od siebie, słowami sztuki. Cieszę się, że Teatr Polonia jest jednym z nich. Jaki będzie nasz spektakl? Robię wszystko, żeby nie stał się akademią ku czci, na szczęście książka pani Baral nas przed tym skutecznie chroni.

W „Zapiskach z wygnania”, tak jak w „Białej bluzce”, którą też reżyserowała Magda Umer – mają pojawić się piosenki. Co pani zaśpiewa na scenie?
– Jeszcze nie wiem. Wciąż nie podjęłyśmy decyzji. Są oczywiście piosenki, które napisali Agnieszka Osiecka i Wojtek Młynarski na temat Marca ’68. Ale te utwory słyszeliśmy już wielokrotnie, więc wspólnie z Magdą szukamy trochę innego materiału. Pani Baral zapisuje w książce, że jako największe skarby wywoziła z Polski poezję Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Tuwima i Lorki, których nauczyła się kochać we Wrocławiu, w kółku poetyckim przy Świdnickiej. To jest podpowiedzią dla nas.

„Zapiski z wygnania” to – po „Żeby nie było śladów” o Grzegorzu Przemyku i „Danucie W.” – kolejny spektakl w repertuarze Teatru Polonia dotykający bolesnych ran historii Polski XX wieku. Ran, które się nie goją.
– Życie dogania nasze plany teatralne. Bardzo to smutne. To też nie koniec, bo jeszcze przed wakacjami będzie premiera monodramu pana Stanisława Brejdyganta, którego tematyka również trafia w naszą rzeczywistość. Bezkompromisowy tekst.
Mówiłam nie tak dawno, że publiczność chce się w teatrze śmiać, bawić, zapomnieć. To prawda. Ale ostatnio widzowie nie tyle chcą się śmiać, nie tyle chcą zapomnieć, co potrzebują się zidentyfikować.
Mam wrażenie, że przychodzą do nas ludzie podobnie myślący. Nasze teatry są jednoznacznie przypisane światopoglądowo i politycznie. Widzowie to czują, wiedzą, czego mogą się u nas spodziewać. Wciąż mamy pełne sale na „Danucie W.”, „Uwaga… Publiczność!”, ale też na przedstawieniu granym od samego początku – „Ucho, gardło, nóż”, to temat wojny, zagrożenia, który niby jest odległy, ale znów zaczął ludzi interesować.
Ostatnio odbyła się premiera „Żeby nie było śladów” o zabójstwie Grzegorza Przemyka według książki Cezarego Łazarewicza. Za chwilę w Och-Teatrze będzie grana sztuka „Casa Valentina” w reżyserii Macieja Kowalewskiego – o potrzebie wolności, tolerancji, o prawie do bycia tym, kim się chce być.
Jak mówi pani Sabina Baral w „Zapiskach z wygnania”: „Jestem tym, kim się czuję. Ojczyznę ma się w sobie. Jakim prawem ktoś mi ma mówić, gdzie jest moja ojczyzna?”.
Pojechałam ostatnio na Madagaskar, żeby zmienić myśli i nastrój. Zrzucić z siebie ten brud, którego się tu ostatnio nabywa. Wydawało mi się, że złapałam dystans. Przyjechałam do Polski i wróciły emocje, troski i lęki szybciej, niż się spodziewałam.

Podczas wyjazdu zajęła się pani korektą swoich „Dzienników”. To, co pisała pani przez kilka lat do internetu, na gorąco jako zapis chwili, wydawnictwo Prószyński i S-ka postanowiło przelać na papier. Ukazały się już dwa pokaźne tomy obejmujące lata 2000-02 i 2003-04, teraz pracuje pani nad trzecim. Jak z dzisiejszej perspektywy czyta pani swoje wspomnienia sprzed kilkunastu lat?
– Bardzo jestem wdzięczna wydawnictwu, że podjęło się tego zadania. Faktycznie, to było pisane do internetu, miało charakter potoczny, ulotny. A jednak udało się w nich zatrzymać tamten czas, te wspomnienia sprzed dziesięciu lat czyta się dziś z sentymentem. Minęło zaledwie kilka lat, a tyle się zmieniło. Mimo że w dzienniku opisywałam sprawy wokół mnie, to jednak przedostało się do tych zapisków sporo realiów i uczuć tamtych czasów. Czasów, kiedy Polska wchodziła do Europy, kiedy w niej raczkowała. Jakie mieliśmy obawy, jakie nadzieje? Nikt wtedy nie spodziewał się, w którą stronę będziemy zmierzać kilkanaście lat później.
Właśnie robiłam korektę trzeciego tomu dzienników, czytałam o premierze „Wróżb Kumaka” i nagrodzie, którą dostałam po tym filmie za wkład w kulturę dla zjednoczenia Europy. Rano znalazłam w internecie wiadomość o zdewastowaniu pomnika Güntera Grassa w Gdańsku. Ktoś nocą na czole pisarza namalował swastykę. I takie wydarzenia dzieją się teraz każdego dnia. Nie mogę uwierzyć, że to prawda.

W „Dziennikach” opisywała pani też początki Fundacji Krystyny Jandy na rzecz Kultury i początki Teatru Polonia.
– To oczywiście też czytam z ogromnym sentymentem. Nowy rozdział, początek nieznanego. Wielka niewiadoma i lęk, co z tego wyniknie. Nie o wszystkim mogłam wtedy pisać, nie mogłam ujawniać spraw biznesowych, ludzkich, szykan. I dlatego teraz do tej części z 2005 roku i 2006 roku, kiedy budowaliśmy Teatr Polonia, dołączam różne pisma urzędowe. Opisywałam w nich program artystyczny, plany, marzenia. To były listy miłosne do urzędników, w których jest wszystko, czego nie zapisywałam na bieżąco. Teraz wkładam te listy do książki pod odpowiednie daty i mam wrażenie, że tworzą całość.
Te marzenia, o których pani pisała w listach do urzędników, się spełniły?
Spełniły. Co więcej, żaden tytuł, który wymieniam w listach, nie został pominięty. Proszę sobie wyobrazić, że wszystko zostało zrealizowane. To i dla mnie jest niespodzianką. Zawsze mówiłam, że jestem zadaniowa. Zadanie wykonałam.

„ZAPISKI Z WYGNANIA”
Według wspomnień Sabiny Baral.
Adaptacja i reżyseria: Magda Umer.
Obsada: Krystyna Janda i Janusz Bogacki z zespołem muzycznym.
Opracowanie i kierownictwo muzyczne: Janusz Bogacki.
Premiera 9 marca w Teatrze Polonia w Warszawie, następne spektakle: 10-13 marca.

http://cojestgrane24.wyborcza.pl/cjg24/1,13,22997712,0,Krystyna-Janda-przed-premiera-spektaklu-o-Marcu–6.html

50. rocznica tzw. emigracji marcowej. Wokół Marca 68′.
Zapiski z wygnania i polska sprawiedliwość.

WYDARZENIE
Magda Umer opowie historię dwudziestoletniej emigrantki, a Michał Zadara zapyta, kto powinien ponieść karę za wygnanie z Polski Żydów.

#Maríola Szczyrba

Bardzo ciekawie zapowiada się projekt przygotowany przez TR Warszawa i Muzeum Polin
Z okazji 50. rocznicy Marca ’68. Zobaczymy trzy spektakle młodych twórców. ,,Second-hand 68“ Patrycji Kowańskiej opowiada o tym, jak po blisko 50 latach od wydarzeń marcowych Muzeum Polin odnalazło zapomniany, drewniany kontener, do którego emigrujący z Polski Żydzi zmuszeni byli pakować swój dobytek. Trójka kustoszy komisyjnie otwiera skrzynię i razem z widzami bada jej zawartość. Spektakl będzie grany 5 i 6 marca w Muzeum Polin.
,,4 tygodnie” Aleksandry Jakubczak i Krzysztofa Szekalskiego to z kolei opowieść o współczesnej dziewczynie z Warszawy, która pozbywa się mieszkania, rzeczy osobistych,
żegna z przyjaciółmi, rodziną, rezygnuje z pracy, by wyjechać z kraju na zawsze. Spektakl zobaczymy 9, 10 i 11 marca w TR Warszawa przy Marszałkowskiej 8.
Trzeci spektakl, „Juden (R)aus Arras” w reż. Jędrzeja Piaskowskiego, to opowieść
o antysemickiej nagonce 1968 r. Ze swoim żydowskim pochodzeniem musi się zmierzyć
niepełnosprawny, chory umysłowo chłopiec. Grozi mu wyjazd z Polski. Aby przetrwać, przetwarza wrogą rzeczywistość w baśń. Spektakl zobaczymy 24 i 25 marca w TR Warszawa przy ul. Marszałkowskiej 8.

KTO POWINIEN PONIEść KARĘ?

,,W latach 1968, 1969 i 1970 około dwunastu tysięcy osób pochodzenia żydowskiego zostało zmuszonych do opuszczenia Polski. (…) Ani ówczesne, ani dzisiejsze prawo nie pozwala na dyskryminację obywateli ze względu na pochodzenie. Mimo tego, do dziś nikt nie odpowiedział przed sądem za współudział w spowodowaniu tego wydarzenia” – czytamy na stronie Teatru Powszechnego, w którym zobaczymy ,,Sprawiedliwość”. Reżyser Michał Zadara wraz z zespołem prawników i historyków sprawdza w spektaklu, kto powinien ponieść odpowiedzialność za doprowadzenie do wypędzenia Żydów z Polski.
Celem jest skierowanie do prokuratury zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez konkretną osobę lub grupę osób. Premiera 7 marca na Małej Scenie.

UMER I JANDA O MARCOWEJ EMIGRACJI
„Zapiski z wygnania”, które zobaczymy w Teatrze Polonia, to bardzo osobiste wspomnienia
Sabiny Baral, dwudziestoletniej emigrantki roku 1968, która wyjechała razem z rodzicami.
,,Ile cierpienia można znieść, zanim się nie oszaleje? Powychodzili z lasów, z dziur w ziemi, z szaf, piwnic i strychów, wyszli półżywi z obozów, wrócili z Syberii i Kazachstanu do domu, do Polski. A potem przez następne 23 lata nie wyjechali, chcieli mieszkać tutaj, tu gdzie się urodzili ich rodzice i gdzie się urodziły ich dzieci – my. Po wojennej gehennie, po latach cierpienia i strachu, mimo wszystko jeszcze raz zdecydowali, że Polska to ich kraj. I tych ludzi po 1968 roku Polska wyrzuciła”. Reżyseria Magda Umer. Na scenie Krystyna Janda i Janusz Bogacki z zespołem muzycznym.
Premiera 9 marca.

KILKA OBCYCH SŁÓW PO POLSKU
,,Kilka obcych słów po polsku” to wspólny projekt Teatru Polskiego i Teatru Żydowskiego. Anna Smolar zaprezentuje spektakl o Marcu ’68 z zupełnie innej perspektywy, niż robiono to dotychczas.
Smolar – urodzona i wychowana w Paryżu córka marcowych emigrantów – pokaże przedstawienie, które w centrum uwagi stawia pokolenie dzieci tych, dla których Marzec jest wspólnym doświadczeniem. Tekst autorstwa Michała Buszewicza opierać się będzie na relacjach starszego pokolenia, dla którego ojczyzną była, lub jest, Polska i młodszego pokolenia, rozsianego po całym świecie. Ważnym materiałem dla powstawania spektaklu będą również rozmowy, które Mike Urbaniak przeprowadził W Izraelu, Stanach Zjednoczonych i Europie. W obsadzie m.in. Katarzyna Herman i Marta Kurzak. Premiera 10
marca w Teatrze Polskim w Warszawie.

Mariola Szczyrba, Nasze Miasto Warszawa, 26.02.2018

Mroczne proroctwo, które trzeba wysłuchać z pokorą
BY KAZIMIERZ WÓYCICKI ON 09/03/2018

„Zapiski z wygnania” Sabiny Baral – przedstawienie w Teatrze Polonia – robi wrażenie piorunujące, zmusza do ponownego namysłu nad Marcem’68, napełnia smutkiem i potęguje żal i złość na ludzką głupotę i podłość. Siła tekstu autorstwa polskiej żydówki, wówczas kilkunastolatki, wypchniętej na emigrację przez antysemicką kampanię, wzmocniona jest wspaniałym i przejmującym aktorstwem Krystyny Jandy.
Jest to spektakl o zwykłej, nie zamieszanej w żadną politykę rodzinie żydowskiej, rodzinie skromnych rzemieślników, rodzinie, której tylko cząstka uratowała się z Zagłady, której ci co przeżyli powrócili z Syberii. I kiedy już zdawało się im, że są znów w domu, w swojej ojczyźnie Polsce, ta właśnie Polska znów wypycha ich w obcy świat.
Opis, jaki daje Sabina Baral, opis dni i tygodni, opis pamiętnikarski i szczegółowy, uderzający konkretem i szczegółem, w których trwają przygotowania do wyjazdu nie pozostawia żadnych wątpliwości, ile było zła w ludziach, zła które należy z całą siła i wyrazistością nazwać antysemityzmem zwykłych, przeciętnych Polaków. Są oczywiście tacy, którzy pomagają i nie są obojętni. Ale zrozumiałe jest, że prześladowani i szczuci widzą przede wszystkim tych, którzy są prześladowani i zadają cierpienie.
Są tam sceny pozbawiania rodzinnych pamiątek pod pretekstem biurokratycznych przepisów, drobiazgowe kontrole wywożonego skromnego dobytku, aż po ostatnią brutalną rewizję na samej granicy. Kilkunastoletnia Polska Sabina Baral, musiała to wszystko znieść tylko dlatego że była żydówką.
Krystyna Janda, dzięki kunsztowi słowa i wyrazu, potrafiła oddać w tym przedstawienia wszystkie barwy uczuć, poczucia bezsiły, wysiłku uporania się z losem, który wydaje się niesprawiedliwy i nonsensowny. Potrafi oddać złożone odczucie głębokiego rozczarowania i przywiązania Polki do własnej ojczyzny, która okazała się tak bezlitosna.
Przedstawienie kończą zdjęcie rozwrzeszczanego motłochu, któremu się wydaje, że świętuje niepodległość. Zdjęcia tego marszu z pochodniami i ryku tłumu szukającego wroga, napawa myślą, że Marzec ’68 nie stał się dostatecznym ostrzeżeniem przed tym, co w polskim społeczeństwie złe i niebezpieczne. Dlatego cytat „kiedy wyjadą już z Polski wszyscy żydzi, ze swoim antysemityzmem zostaniecie sami” brzmi jak mroczne proroctwo, którego należy wysłuchać z pokorą, aby się nie sprawdziło.

Mroczne proroctwo, które trzeba wysłuchać z pokorą

Hańba marcowa
Opublikował/a szefyorick

Tomasz Miłkowski pisze po premierze monodramu Krystyny Jandy w Teatrze Polonia wg „Zapisków z wygnania” Sabiny Baral:
Wstrząsające przedstawienie. „Zapiski z wygnania” na scenie Teatru Polonia przekraczają swoją skalą zwykłą miarę przedstawienia teatralnego. To niezwykłe połączenie zamysłu misyjnego z najwyższej próby aktorstwem i dopracowaną w szczegółach oprawą sceniczną.
Przedstawienie nosi paradokumentalny charakter(gr. charakter = wizerunek), postać literacka o wyraźnie i…. Jego podstawą są przeżycia-wspomnienia emigrantki marcowej, która jako młoda dziewczyna, studentka musiała opuścić rodzinny Wrocław. Pozbawiona ojczyzny, wyposażona w dokument podróży jako bezpaństwowiec wraz z rodzicami tułała się po świecie w poszukiwaniu nowej przystani. A przecież ojczyzny się nie wybiera – powiada Sabina Baral – Ojczyznę się ma z racji miejsca urodzenia. Jej wspomnienia przepojone są żalem, niewygasłym bólem upokorzenia, wyzucia, odtrącenia, poniżenia. Składa się na to wiele drobnych detali, które razem tworzą masę krytyczną lepkiej lawiny antysemityzmu, przed którą musiała uciekać.
Przedstawienie zaledwie dotyka tła tych wydarzeń, nie wnika w szczegóły zakulisowych kalkulacji politycznych. Na rozpiętym na całą szerokość półprzezroczystym ekranie można zobaczyć zapisy dokumentalne z wydarzeń marcowych, tzw. aktyw robotniczy w akcji przeciw studentom, można wysłuchać fragmentów przemówień Władysława Gomułki i Mieczysława Moczara, którzy wypraszają obywateli pochodzenia żydowskiego z Polski, gorzkie wspomnienia przymuszonych do emigracji, a na koniec niczym złowieszczą przestrogę sekwencje zdjęć z Marszu Niepodległości w Warszawie z jego nacjonalistyczną, bliską faszyzmowi wymową.
Krystyna Janda, która mówi słowami Sabiny Baral stoi w głębi oświetlonej wątłym światłem sceny, za wspomnianym ekranem jak w jakiejś rzeczywistości nierealnej, odległej niczym mroczne wspomnienie. Stoi przy mikrofonie, jej powiększona i wyświetlana na ekranie za pośrednictwem kamery twarz wyraża straszliwe zmęczenie. Niemal „na biało”, unikając aktorskiej interpretacji, wspomina dzieje rodziny, dni poniżenia, upokarzający wyjazd z ojczyzny, ostatnie spojrzenia i bezduszność prześladowców. Po lewej stronie za pulpitami siedzą muzycy z zespołu Janusza Bogackiego, nadający ton tej opowieści sojuszniczymi motywami. Wśród nich są fragmenty pamiętnych piosenek do słów Wisławy Szymborskiej („Jeszcze”), Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Agnieszki Osieckiej („W żółtych płomienia liści”), Wojciecha Młynarskiego („Tak jak malował pan Chagall”) i anonimowych pieśni, które łamiącym się głosem częściej melorecytuje niż śpiewa artystka. Dwukrotnie osiąga apogeum artyzmu, kiedy śpiewa fragment „Mein Idische Mame” i piosenkę o zaplombowanych wagonach Szymborskiej. W monologu Jandy pojawiają się fragmenty wierszy, w tym z wielką siłą przywoływane słowa poematu Juliana Tuwima „My, Żydzi Polscy”, ukochane strofy Sabiny Baral. Słucha się tego i ogląda ze ściśniętym sercem.
Świetny scenariusz Krystyny Jandy i Magdy Umer, która spektakl reżyserowała, doskonale zharmonizowana z zamysłem warstwa muzyczna, ze znawstwem rzemiosła przygotowane projekcje. Spektakl technicznie także bez zarzutu. Gdyby nie to wykonanie nawet najbardziej poruszająca treść pozostałaby martwą literą. O sile oddziaływania „Zapisków z wygnania” w Teatrze Polonia przesądza wyśrubowana jakość przedstawienia.
Przesłanie tego spektaklu nikogo nie pozostawia obojętnym. Zasługuje na wielki szacunek wysiłek artystów, którzy przecież w niepublicznym teatrze zdecydowali się na spektakl tak jaskrawo niekomercyjny, który na widoku ma jedynie przecieranie drogi do odkupienia straszliwej winy, jaką pozostaje hańba marcowa.
Sabina Baral napisała w programie teatralnym: „Ciężar Wydarzeń Marcowych ‘68 nosimy razem, my i Wy. Dla nas ich rezultatem było wyzwanie emigracji, świadomość, że z nami kończy się 800-letnia historia polskiego żydostwa, tragedia naszych rodziców. Wy odziedziczyliście coś równie znamiennego – wagę lekcji niedouczonych i błędów nienaprawionych. Brzemię pamięci i odpowiedzialność niepamięci”.
Krystyna Janda odrabia tę „lekcję niedouczoną” z budującym rezultatem.
Tomasz Miłkowski
ZAPISKI Z WYGNANIA Sabiny Baral, adaptacja(łac. adaptare = przystosowywać), przystosowanie utworu li… Magda Umer i Krystyna Janda, reżyseria Magda Umer, opracowanie i kierownictwo muzyczne Janusz Bogacki, występują Krystyna Janda i Janusz Bogacki z zespołem muzycznym, realizacja dźwięku Michał Cacko, projekcje Radosław Grabski, stage manager Tatiana Czabańska, producent wykonawczy Ewa Ratkowska, Teatr Polonia, premiera 9 marca 2018. Spektakl powstał we współpracy z Teatrem Żydowskim.
[fot. Katarzyna Kural-Sadowska/Teatr Polonia]

Hańba marcowa

Polnische Bühnen thematisieren Antisemitismus
Theater, das die Gesellschaft läutern soll

Von Martin Sander

Im Jahr 1968 gab es eine großangelegte antisemitische politische Kampagne in Polen, in deren Folge zehntausende Juden das Land verließen. 50 Jahre ist das nun her und an vielen polnischen Bühnen wird das Thema in diesem Jahr aufgegriffen, wie von der Theatermacherin Krystyna Janda und dem Regisseur Michał Zadara.
Vom Danziger Bahnhof fuhren vor einem halben Jahrhundert die Züge ab, mit denen polnische Juden emigrierten. Unerwünscht, staatenlos, ohne Rückkehrerlaubnis.
Am 8. März 2018 hat der Vorfrühling die Erde vor den Bahnsteigen aufgeweicht. Auf diesem Grund gibt das Warschauer Jüdische Theater zum Jubiläum „Die Reisefertigen” in der Regie von Agata Duda-Gracz. „Eine knappe Geschichte darüber, was wer nicht mitgenommen hat”, lautet der Untertitel. Gespielt wird zwischen Stühlen, Koffern und Teppichen.
Zahlreiche Warschauer Theater erinnern in diesen Tagen und Wochen an die Studentenunruhen im März 1968 und vor allem an die antisemitische Kampagne, die die Partei als Antwort auf den Protest entfachte. Die Schauspielerin und Theatermacherin Krystyna Janda:
„Ich war 15 Jahre alt und Schülerin eines Kunst-Gymnasiums in Warschau. Ich erinnere mich daran, wie man uns im Klassenraum einschloss. Denn in diesem März 1968 prügelte die Polizei vor der Universität auf demonstrierende Studenten ein. Wir liefen dennoch dorthin und einige meiner Kollegen wurden auch geschlagen. Ich versteckte mich in einer Kirche.”
Ein von Melancholie durchsetzter Monolog
Nicht zuletzt durch ihre Rollen im Kino von Andrzej Wajda ist Krystyna Janda eine der international bekanntesten polnischen Schauspielerinnen. Seit Jahren führt sie außerdem das von ihrer eigenen Stiftung getragene Polonia-Theater im Zentrum von Warschau und tritt dort regelmäßig auf. Gestern Abend hatte sie mit „Notizen einer Vertreibung” in der Regie von Magda Umer Premiere.
„Ich habe sehr viele Freunde auf der Welt, Juden, die 1968 aus Polen weggingen: Künstler, Physiker, Mathematiker, Menschen, die heute in Amerika leben, in Deutschland oder in der Schweiz – und zu denen ich den Kontakt nie verloren habe.”
Krystyna Janda führt auf der Bühne einen von Melancholie durchsetzten Monolog. Ihre Figur ist eine 1968 gerade zwanzigjährige Frau, die mit ihren jüdischen Eltern aus Polen ausreisen muss – unter demütigenden Umständen. Nicht einmal ihr Tagebuch darf sie mitnehmen. Viele Jahre später kommt diese im Ausland erst verzweifelte, später sehr erfolgreiche Frau wieder nach Polen.
„Notizen einer Vertreibung” beruht auf einem autobiographischen Text von Sabina Baral. Im Polonia-Theater kontrastiert man Barals Erzählung mit dem antisemitischen Auftritt des Parteichefs 1968 oder Bildern rechtsradikaler Ausschreitungen aus jüngster Zeit.
Viele Anlässe für Gesellschaftskritik
Auch Regisseur Michał Zadara behandelt das Thema „März 1968” vor dem aktuellen Hintergrund von Holocaust-Gesetz und Antisemitismus auf der Straße sowie in den Staatsmedien. Heute Abend hat Zadaras Stück „Gerechtigkeit” im Teatr Powszechny Premiere. Die städtische Bühne ist für künstlerische Experimente und gesellschaftliches Engagement bekannt.
„Gerechtigkeit”, das ist ein Wert, den wir in unserem Stück verteidigen. Gerechtigkeit, das ist das, was in dieser Geschichte von 1968 gerade fehlt. Denn niemand wurde dafür vor ein Gericht gestellt. Niemand wurde verurteilt oder bestraft dafür, dass 13.000 Menschen unser Land verlassen mussten.”
Michał Zadara will nun mit Bezug auf König Ödipus von Sophokles einen ganzen Prozess zu den Geschehnissen von 1968 inszenieren. Er will das Unrecht von damals ermitteln – und so die Gesellschaft läutern.
„Um das zu erreichen, müssen wir Verantwortung übernehmen, damit unser Rechtssystem funktioniert, damit die Richter richten, die Staatsanwälte anklagen und die Anwälte verteidigen.”
Die Warschauer Bühnen haben mit einem historischen Thema offenbar einen aktuellen Nerv getroffen: Gesellschaftskritik im Theater hat dort gerade mal wieder Konjunktur. Anlässe gibt es zuhauf.
MEHR ZUM THEMA
68 – Europa auf den Barrikaden (3/5) – Polen – schwierige Geschichte
(Deutschlandfunk, Europa heute, 07.03.2018)
Umstrittenes Gesetz – Polens Umgang mit dem Holocaust
(Deutschlandfunk, Hintergrund, 01.03.2018)
Anmerkungen zum sogenannten Holocaust-Gesetz in Polen – „Ja, aber …”
(Deutschlandfunk Kultur, Kommentar, 07.02.2018)

http://www.deutschlandfunkkultur.de/polnische-buehnen-thematisieren-antisemitismus-theater-das.2159.de.html?dram%3Aarticle_id=412695

10.03.2018

JANDY SZTUKA MÓWIENIA

ZAPISKI Z WYGNANIA
Teatr Polonia
Warszawa
Reżyseria: Magda Umer
Obsada: Krystyna Janda
Premiera: 09/03/2018
Najbliższy spektakl: 12/03

Słowo ma niebezpieczną moc – napisał Gustaw Holoubek w książce „Teatr jest światem”, kiedy próbował wniknąć w tajemnicę mówienia. Natomiast w rozmowie z Małgorzatą Terlecką-Reksnis dodał, że „polega ona między innymi na przyjęciu przesłanki, że mówienie jest niedostatecznym sposobem wyrażania myśli”. Mam wrażenie, że Krystynie Jandzie ta refleksja jest bardzo bliska, że ma świadomość jak ułomny i niekompletny jest język próbujący dotrzeć do sensu ludzkich tragedii, które w „Zapiskach z wygnania” zawarła Sabina Baral. Pomogła jej w tym Magda Umer, która ubrała historię tego muzycznego monodramu w bardzo skromną, ale za to przejmującą, wstrząsającą i emocjonalnie poruszającą formę.
Krystyna Janda stoi przy mikrofonie, widzimy tylko jej sylwetkę spowitą w czerń. Opuszczony tiul jest ekranem – na nim niemalże przez cały spektakl oglądamy twarz aktorki i to, jak rodzą się w niej słowa. Czujemy znaczenie każdego z nich, tak samo jak jego barwę. Czujemy niepewność połączoną z jednoczesną wiarą w jego moc. Janda staje się jakby trybunem słów, które mają pokazać ich siłę, moc i trafność użycia. Ale równocześnie widzimy na jej twarzy, w jej oczach, w każdym geście, jak niełatwe to jest zadanie. I to jest właśnie jedno z najciekawszych doświadczeń w słuchaniu tekstu, który Janda interpretuje jakby na biało, ale z takim rodzajem wewnętrznego przejęcia, że trudno się nie wzruszyć. Tym samym aktorka jest nie tylko przekaźnikiem treści zawartych w słowach, ale równocześnie jakby je tłumaczy. I obserwacja tego jak to robi jest doprawdy fascynująca. Bo to tak naprawdę jej sztuka mówienia, koncentracja psychiczna, absolutna czystość stwarza rzeczywistość, która z takim bólem objawia się na scenie. Dodajmy do tego, że owa sztuka się w niej rodzi, powstaje z użytych myśli przemieniając się w precyzyjny byt sceniczny. Janda, pełna pokory wobec ”roli”, którą tworzy, pozbawiona rutyny czy jakiejkolwiek zdawkowości, tylko pozornie opowiada fabularny tok wydarzeń, bo też próbuje jakby przeniknąć w rzeczywistość człowieczego doświadczenia. Dla niej słowo staje się wehikułem docierania do refleksji. Słowo odczute i przez jej wnętrze naznaczone głębokim sensem, jakby zinterpretowane w skupionym wypowiedzeniu. I to jest prawdziwe źródło jej energii aktorskiej, które powoduje o niespotykanej więzi jaka nawiązuje się między artystką a publicznością. Więzi wielkiej, pięknej i frapującej. Tutaj każdy gest, ruch, milczenie, schowane pod skórą emocje, siła koncentracji i spokoju wychodzą z głębi wypowiadanych słów, uruchamiają wyobraźnię i przenoszą nas w inny świat. Powodują, że stajemy się współtowarzyszami rodzącej się refleksji.
Magdzie Umer wraz z Krystyną Jandą udało się stworzyć przestrzeń na tyle wolną, że nieprzerwany przepływ między widownią a sceną jest ciągłą wymianą tych dwóch energii. Wszystko co słyszymy ze sceny, każde zdanie, każdy monolog, każdy fragment piosenki, jest zakomponowane w ściśle określone ramy i ma artystyczną formę najwyższej próby. Widać, że tutaj porozumienie na linii reżyser – aktor było najważniejszym wyznacznikiem ostatecznej konstrukcji spektaklu.

11.03.2018
autor tekstu: Wiesław Kowalski

http://www.teatrdlawas.pl/recenzje/7890-jandy-sztuka-mowienia

Jeśli chcielibyście zobaczyć spektakl, który polega na tym, że jest sobie ciemna scena, a na ciemnej scenie stoi mikrofon, a za mikrofonem stoi aktorka w czarnym sweterku i czarnej spódnicy, i ta aktorka przez dwie godziny mówi, i czasem też śpiewa, a widzowie siedzący w fotelach, i na ziemi, i na ścianach, i na suficie oglądają ją w takim skupieniu, że mogliby myślami przesuwać przedmioty, a potem zaczynają jeden po drugim ukradkiem wycierać łzy, potem chlipać, potem szeleścić coraz głośniej opakowaniami chusteczek higienicznych, a na koniec wstają jednocześnie, jak na rozkaz, do niekończącej się owacji, to musicie się wybrać do Teatru Polonia na rozrywające serce „Zapiski z wygnania” Sabiny Baral w reżyserii Magdy Umer. Na ciemnej scenie w czarnym sweterku za mikrofonem stoi Krystyna Janda.

FB – Pan od kultury – 12.03.2018

Jeśli chcielibyście zobaczyć spektakl, który polega na tym, że jest sobie ciemna scena, a na ciemnej scenie stoi…

Opublikowany przez Pan od Kultury Poniedziałek, 12 marca 2018

LEKCJA W CISZY

Gdy gasną światła na widowni, w teatrze zazwyczaj robi się cicho. Tym razem jednak cisza była jakaś dziwna, głęboka, spotęgowana. Nikt nie kasłał, nikt się nie wiercił, choć teatr nabity był ludźmi. Przez ponad półtorej godziny słychać było jedynie jej głos, skrzypce, fortepian, perkusję i kontrabas. Gdy przedstawienie się skończyło zapanowała nie tylko cisza, ale i absolutna ciemność. Trwało to kilkanaście sekund zanim oszołomiona publiczność poderwała się na nogi dziękując lawiną oklasków. Gdy brawa ucichły znów wróciła cisza. Ludzie w milczeniu stali w długiej kolejce do szatni po swoje płaszcze. W takim samym nastroju opuszczali teatr wychodząc na ulicę. Szli zamyśleni, nikt nie dzielił się z towarzystwem swoimi wrażeniami. To było bardzo niezwykłe przedstawienie. Wczoraj byłem w Teatrze Polonia na „Zapiskach z wygnania”.
Każdy z nas słyszał o antysemityzmie, o Marcu ’68, o prześladowaniach Żydów w PRLu. Traktujemy to jak lekko zakurzony element naszej całkiem niedawnej historii. Nie zdajemy sobie sprawy jak dramatyczne były losy tysięcy naszych rodaków, którzy zderzyli się wtedy z machiną bezdusznego i totalitarnego państwa. Naszego państwa. Znakomicie pokazuje to Krystyna Janda w swoim teatrze. Cytując autentyczne pamiętniki 20-letniej Żydówki uzmysławia publiczności czym jest odarcie Człowieka z godności, z tożsamości, z miłości, z wiary i… z nadziei. Czym jest skazanie Człowieka na wygnanie i pozostawienie go w absolutnej bezradności i samotności. Zarówno w emocjonalnym, ale i czysto praktycznym sensie.
Widziałem Jandę w wielu przedstawieniach teatralnych i w wielu filmach. Nie wszystkie jej kreacje mnie zachwycały, choć uważam, że jest wielką aktorką. Nigdy jednak łzy płynące po jej policzkach nie wyglądały tak wiarygodnie, tak autentycznie. Naprawdę jestem przekonany, że nie były one popisem aktorskiego warsztatu, ale najszczerszym wyrazem wrażliwości aktorki – człowieka. Widziałem, że na widowni wiele osób również osuszało sobie oczy.
Reżyserka spektaklu Magda Umer, zdecydowała się zderzyć przeżycia sprzed 50 lat z najnowszymi wydarzeniami. Piorunujące wrażenie zrobiły antysemickie i rasistowskie demonstracje sfilmowane podczas ubiegłorocznych (tak ubiegłorocznych) obchodów Święta naszej Niepodległości. W kontekście Marca ’68 wyglądało to jak zła wróżba. Bardzo zła i niebezpieczna wróżba. – Byliśmy kupą krwawego nawozu, byście teraz mogli się cieszyć swoją wolnością – konkludowała bohaterka. Dało się usłyszeć w jej słowach żal.
W marcu już wszystkie bilety na „Zapiski z wygnania” zostały wyprzedane. Ale spektakl znów pojawi się na scenie Polonii od 1 do 4 maja. Jeśli przyjdzie Wam myśl na spędzenie majówki w Warszawie to koniecznie wybierzcie się do Teatru. Dobra lekcja historii i – jeszcze lepsza – życia.

FB – Życie prywatne 13.03.2018

LEKCJA W CISZYGdy gasną światła na widowni, w teatrze zazwyczaj robi się cicho. Tym razem jednak cisza była jakaś…

Opublikowany przez Życie prywatne Poniedziałek, 12 marca 2018

Wybrzmiały dziś „Zapiski z wygnania” w Teatrze Polonia rozpaczliwym krzykiem o to, by świat się opamiętał (choć paradoksalnie Krystyna Janda nie podnosi głosu)… Trudny temat pomarcowych „emigracji”. O samej książce Sabi Baral pisałem tutaj: https://chochlikkulturalny.blogspot.com/…/zapiski-z-wygnani…
Magda Umer i Krystyna Janda przeniosły ten piękny i ważny tekst na scenę tak, że tuż po spektaklu sił brak, by o nim pisać. Dlatego dziś tylko kilka zdań:
Trudno się ogląda spektakl grany jak przez taflę szkła. Jak daleko stąd jak blisko – chciałoby się powiedzieć. Przez kilka chwil chciałem nawet marudzić, a potem zrozumiałem, że Magda Umer musiała tę ścianę stworzyć, żeby Krystyna Jandanie rozsypała się z emocji przed widzami. I że utrudniła jej pracę maksymalnie, bo przecież artystka, będąc odgrodzona od publiczności, czuje jej obecność, rozumie, że ta przeraźliwa, aż sycząca cisza – to absolutne zrozumienie i jedność. Ta świadomość też może działać z przerażającą siłą. A jednak Janda, na przekór wszystkiemu, znów wygrała…
Twarz aktorki, którą widzimy z bliska, potwierdza to, o czym pisałem opowiadając o książce Sabiny Baral. Wypowiadanym słowom towarzyszą reakcje samej aktorki. Smutek, niedowierzanie, bolesny komentarz uśmiechu przez łzy. To wszystko udowadnia, że tych: „Czy Wy o takich rzeczach wiecie?” mogłoby być o wiele więcej. Tylko, czy bylibyśmy w stanie tę wiedzę udźwignąć?
Spokój i smutek, cierpienie i świadomość własnej wartości, ale też obawa, że to wszystko jeszcze wraca, a antysemityzm, uniwersalny język wszystkich faszystów świata, znów staje się popularny – to wszystko unosiło się dzisiaj w teatrze.
Mądry, potrzebny i przejmujący spektakl – przestroga. Zobaczcie koniecznie – właśnie teraz.

FB – 12.03.2018 – chochlik kulturalny

https://www.facebook.com/chochlikkulturalny/?hc_ref=ARStp7NzVEOrZPevsVm8_M_ttfvjhU15QngU2lhyHOamO3ObG42ASHgorARX-SqeeLE&hc_location=group

Bez przedawnienia. Trzy spektakle o Marcu ’68

15.03.2018, kultura.onet.pl

Trzy, a nawet cztery. Niech będzie – trzy i pół. Zacząć należy bowiem od zdarzenia efemerycznego, które mogło zdarzyć się tylko raz. W czwartkowe południe, 8 marca, dokładnie w 50. rocznicę, spotkaliśmy się przy warszawskim Dworcu Gdańskim. Najpierw wysłuchaliśmy przemówień, a potem w ciżbie ludzi przeszliśmy za budynek, na peron – stamtąd odjeżdżali.

· Jacek Wakar podsumowuje wydarzenia teatralne poświęcone wydarzeniom z Marca ’68 – o tym trzeba mówić – nigdy nie będzie przedawnienia

· „Spakowani” Dudy-Gracz to spektakl o tym, jak trauma jednostki staje się krzywdą całej społeczności

· Janda i Umer, wykorzystując tekst uczestniczki wydarzeń, pokazują, że historia staje się wielkim oskarżeniem Polski, która nie umiała poprosić o wybaczenie

· Anna Smolar w swoim spektaklu „Kilka obcych słów po polsku” w centrum stawia dzieci emigrantów, kolejne pokolenie, dla którego doświadczenie wykluczenia jest przede wszystkim uniwersalne

Już wcześniej w tłumie dostrzec można było aktorów Teatru Żydowskiego, ktoś nad głową trzymał stare krzesło, ktoś inny miał w rękach wysłużone narty. Teraz już szliśmy z nimi, stając się częścią widowiska. Ktoś nawoływał babcię, matka szukała dziecka, inna kobieta próbowała odnaleźć niejaką Jadwigę Mirowską. Wiedziałem, że to tylko teatr, a jednak miałem w oczach łzy.

Otarłem je pierwszy, lecz nie ostatni raz w ciągu trwającego niespełna 40 minut zdarzenia. „Spakowani” Agaty Dudy-Gracz to Kantorowska w duchu instalacja o tym, co dzieje się, gdy w ciągu kilku de facto chwili musisz zamknąć w jednej walizce całe życie. Skreślić lata, stanąć wobec nieznanego. Korowód postaci w kręgu powtarza te same słowa i gest – kolejne stacje w drodze pożegnania. Nie ma w tym nadrzędnego sensu, jest tylko rozpacz, poczucie krzywdy i niesprawiedliwości.

Aktorom Teatru Żydowskiego towarzyszą artyści znani z innych inscenizacji Dudy-Gracz, a także spora grupa studentów Akademii Teatralnej. Dwudziestoletni w dżinsach, kurtkach bomberkach i glanach przenoszą siebie w tamten czas, niejako nakładają na siebie doświadczenie wypędzonych z 1968 roku. W tych chwilach teraźniejszość spotyka się z niezaleczoną przeszłością, dramat rozgrywa się jeszcze raz na naszych oczach, choć bez wielkich słów. Na koniec odjeżdżają. Mogą to zrobić tylko raz.

„Spakowani” bez dosłowności i publicystyki pokazują, jak trauma jednostki może przerodzić się w krzywdę całej społeczności. Podobną drogą idą Krystyna Janda i Magda Umer we wstrząsających „Zapiskach z wygnania” w warszawskim Teatrze Polonia. Książkę pod takim tytułem napisała Sabina Baral, utrwaliła w niej własny Marzec.

Była wtedy młodą dziewczyną, wraz z rodzicami opuszczała Wrocław. Opisuje procedurę przygotowań do wyjazdu, metodyczne upokorzenia, jakich doznawała ona i jej bliscy. Próbuje odmalować złączenie z polskością i ból, jaki spowodowało zerwanie tej więzi wbrew jej woli. Pozbawienie przynależności do tej i jakiejkolwiek innej ojczyzny, skutek narzuconego statusu bezpaństwowca. Dokument podróży w jedną stronę, bez prawa powrotu. Pięć dolarów do wywiezienia z kraju, nic więcej. Konieczność opłacenia studiów, bo w końcu Polska Ludowa ich wykształciła. A potem drugie życie. Szczęśliwe, ale bez szans na zapomnienie tamtej rany. Wspomnienia Baral pisane są w pierwszej osobie, ale szybko stają się świadectwem wielu. Dokumentem kolejnej anihilacji ludności żydowskiej, z pamięcią o czym Polska do dziś sobie nie poradziła.

Krystyna Janda na rzecz „Zapisków z wygnania” wygasza swe aktorstwo, w jeszcze większym stopniu niż w monodramie o Danucie Wałęsowej ogranicza swą rolę do bycia medium koniecznym do wydobycia na jaw tamtej historii. W ciemnej sukience przed mikrofonem mówi półgłosem, ale nieubłaganie. Nie ma tu miejsca na krzyk ani nadmierną ekspresję. Krystyna Janda i reżyserująca ją Magda Umer wiedzą, że takie słowa muszą wybrzmieć w ciszy. Nie pierwszy raz w jednoosobowym teatrze Jandy widzimy jej twarz na tiulowej kurtynie w ogromnym zbliżeniu. Bywa nieruchoma i wtedy piorunuje spojrzeniem. Czasem na policzku aktorki pojawi się łza, bo także ona daje sobie prawo do wzruszenia. I wtedy teatr miesza się z życiem i życie jest znacznie ważniejsze od teatru.

Opowieść Jandy przerywają piosenki. Gra zespół Janusza Bogackiego, a ona śpiewa pieśni żydowskie, marcowy tekst Młynarskiego, wiersze Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Szymborskiej, słowa Własta, Cygana, Osieckiej, Tuwima, Czapińskiej. Czasem są one bezpośrednim komentarzem, czasem kontrapunktem. Nigdy nie wybrzmiewają w całości, wystarczy strofa, bo nie idzie o to, by zamienić ten seans w recital wspaniałej artystki.

Spektaklem rządzi asceza. Niczego nie ma w nim za dużo, wszystko służy historii. Ona zaś staje się wielkim oskarżeniem Polski, która nie umiała poprosić o wybaczenie. Polski z odradzającym się antysemityzmem, marszem niepodległości, którego fragment – zaczerpnięty z filmu Andrzeja Jakimowskiego „Pewnego razu w listopadzie” – widzimy w finale. Z początku myślałem, że to niepotrzebne. Ale być może się myliłem, może nie warto bawić się w subtelności, a uderzać między oczy. Nie wiem.

Przy całej oskarżycielskiej sile spektakl Jandy i Umer ma szansę łączyć, a nie dzielić. Podobnie dzieje się z „Kilkoma obcymi słowami po polsku” w reżyserii Anny Smolar, zrealizowanymi w koprodukcji teatrów Żydowskiego i Polskiego, co samo w sobie jest znaczące. Świetne przedstawienie zaskakuje lekkim chwilami tonem. Jest w niej miejsce na żart i na wspólny taniec. Jest ściągnięcie Marca z piedestału Historii i oddanie głosu ludzkim losom. Smolar wraz z dramaturgiem Maciejem Buszewiczem w centrum stawiają kolejne pokolenie – dzieci marcowych emigrantów. Rozmawiał z nimi Mike Urbaniak i te wywiady stały się bazą do spektaklu. Mieszają się w nich najbardziej rozmaite emocje, języki przybranych ojczyzn, style życia.

„Kilka obcych słów po polsku” przybliża nas do doświadczenia wykluczenia, w ten sposób tworząc analogię ze współczesnością. Oskarża niejako między wierszami, nie wprost, poprzez poszczególne relacje. Składa je z osobistymi doświadczeniami aktorów Teatru Żydowskiego, co można uznać za suplement do głośnych „Aktorów żydowskich”, przygotowanych przez Annę Smolar z tym samym w przeważającej mierze zespołem. Uderza z pozoru nieadekwatna wobec tematu lekkość widowiska, gdyż znalazło się w nim miejsce nawet na traktowane z lekką ironią postdramatyczne wstawki. Wszystko kończy poruszający monolog Barbary Kurzaj do kochanej Polski. Polski, która jest, jaka jest, ale jest. Jak w pamiętnym songu „Nie pytaj o Polskę” Grzegorza Ciechowskiego.

Wychodząc z przedstawień Magdy Umer i Anny Smolar czułem się częścią wspólnoty, nawet jeżeli jej spoiwem był ból. Obejrzawszy w Teatrze Powszechnym w Warszawie powstałą we współpracy z grupą Centrala „Sprawiedliwość” Michała Zadary, byłem jak wykluczony. Zadara ze swoimi aktorami oraz zaangażowanymi w projekt historykami i prawnikami buduje sytuację teatralną po to, by zamienić spektakl w postępowanie prokuratorskie. Idzie o to, by postawić zarzuty w sprawie Marca za te wydarzenia odpowiedzialnym, udowadniając, że mimo iż nie doszło do ludobójstwa, była to zbrodnia przeciwko ludzkości. Z początku oglądamy quasi wykład, obudowany slajdami i fragmentami filmowymi. Potem otrzymujemy akt oskarżenia. Skoro Gomułka, Cyrankiewicz i Moczar nie żyją, nie mogą zostać im objęci.

Autorzy docierają więc do dwójki dziennikarzy, w tamtym czasie piszących w łódzkiej prasie antysemickie artykuły. Jeden dożywa swych dni w zapomnieniu, druga jest powszechnie znaną posłanką na Sejm, byłą szefową Sejmowej Komisji Kultury. Swego zaangażowania w Marzec się nie wypierała. Teraz zostaje osądzona. Tak – na dwóch przypadkach – kończy się zamysł Michała Zadary, aby sformułować zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa za Marzec `68 i teatrem zmienić rzeczywistość. Wtedy będzie „Sprawiedliwość”.

W przypadku przedsięwzięcia Zadary mam wrażenie nadużycia. Obraz Marca zostaje strywializowany i opisany niczym w lakonicznej encyklopedii. Wszystkie losy wygnanych zostają sprowadzone do jednego mianownika, zatem pozbawione osobnego wymiaru. Oskarżenia tona w ogólnikach, z którym trudno polemizować, bo – nie wchodząc w szczegóły – tak było. Nie idzie mi o oczyszczenie Polski tamtego czasu oraz wszystkich, którzy nic z rozliczeniem Marca przez późniejsze lata nie zrobili, ale twórcy spektaklu idą na skróty. Oskarżenie dwojga, którym nie daje się prawa do obrony, ukazuje fiasko ich projektu. Trudno też pogodzić się ze zrównaniem w winie wszystkich, co wtedy byli. Tymczasem coś podobnego w „Sprawiedliwości” się dzieje. Aktorzy grają ból swego dochodzenia, opowiadają o moralnych dylematach, jakby chcieli wytrącić broń adwersarzom. Całość zaczyna przypominać agitkę, a teatr wciela się w rolę nieomylnego prokuratora. Cóż zrobię, skoro odczuwam to jako manipulację. I nie jest mi po drodze z teatrem, gdzie określa się mnie i siedzących obok jako „wy”. To znaczy, że miejsce na „my” jest tylko po właściwej stronie – na scenie?

Zostaną zatem ze mną „Spakowani”, „Kilka obcych słów po polsku”, „Zapiski z wygnania”. Dużo. O Marcu trzeba mówić. Nigdy nie będzie przedawnienia.

JACEK WAKAR Krytyk teatralny, dziennikarz Programu Drugiego Polskiego Radia, współpracownik Onetu

15.03.2018, kultura.onet.pl

https://kultura.onet.pl/wiadomosci/bez-przedawnienia-trzy-spektakle-o-marcu-68/s3pmktj

Jandy modlitwa wieczorna – „Zapiski z wygnania” Sabiny Baral w reż. Magdy Umer w Teatrze Polonia
17 marca 2018

„(…) Że tam się urodziłem, gdzie przyjąć mnie nie chcą/Że kraj ojczysty, kiedyś był piękny w legendzie/Że mnie przeklina język, w którym tworzę/Smutno mi, Boże!
Że nikt mnie tutaj szyderczo nie pytał/O krew moją i dziadów, którymi się szczycę/I że w dzieciństwa mego wracam okolicę/I że mnie w Polsce nikt nie będzie witał/I że na gorycz moją nic już nie pomoże/Smutno mi, Boże!”
Antoni Słonimski „Smutno mi, Boże”
Książka „Zapiski z wygnania” wypędzonej z Polski w 1968 roku Sabiny Baral ma osobliwą dedykację autorki: „Napisałam tę książkę dla siebie, dla Was i dla przestrogi. Jest kawałkiem mojego życia, ale nie tylko. Jest moim Jizkor.” Jizkor (hebr., Oby wspominał [Pan duszę]; jid. Jizker, Jisker) to wedle tradycji żydowskiej modlitwa za dusze zmarłych bliskich krewnych. Istotą każdej zaś modlitwy jest jej rytualne odmawianie. Nie powinno zatem nikogo dziwić, że Magda Umer i Krystyna Janda postanowiły zaadaptować wspomnienia Sabiny Baral na scenę: istotą teatru jest wszak – podobnie jak w przypadku modlitwy – odmawianie. Krystyna Janda odmawia więc co wieczór jizkor narratorki „Zapisek z Wygnania”, jizkor, który poprzez żarliwość i pełne oddanie aktorki słowom tej „modlitwy” staje się jej jizkorem, a dzięki niej –  również modlitwą widzów, intymną i liryczną, płynącą ze sceny w ciszę, którą można niemal kroić, modlitwą, która ma możliwość stopić najbardziej zatwardziałe serca. A jak mówi stare porzekadło – modlitwa to podróż do własnego wnętrza, więc będziemy się musieli przyjrzeć nie tylko losowi wygnanych, lecz przede wszystkim – sobie. Uwaga! To, co zobaczymy, może nie być miłe. Wstrząsająco w dzisiejszej Polsce brzmią kilka razy powtórzone w spektaklu słowa: „kiedy wyjadą już z Polski wszyscy Żydzi, ze swoim antysemityzmem zostaniecie sami”…
Proza Sabiny Baral jest literaturą wybitną. Autorka opisuje swoje pogmatwane i pełne dramatycznych przeżyć losy frazą chirurgicznie precyzyjną, chłodną, ograniczającą się najczęściej do opisu zdarzeń. Jeśli pojawiają się refleksje czy podsumowania, są równie lakoniczne, szybko zmierzając do puenty, która często jest pytaniem z kategorii tych, na które brak odpowiedzi. Każdy rozdział ma swoje motto, rodzaj refrenu, kontrapunktu dla opisywanego fragmentu jej skomplikowanego i dramatycznego życia. Opowieść Baral porusza, gdyż autorka postanowiła po prostu „mówić”, przelewać swoje życie na papier. Ono samo w sobie było zaś tak dobrą literaturą, że nie potrzebowało nic ponad to, żeby je po prostu opowiedzieć.
Krystyna Janda wychodzi na scenę ubrana na czarno i mówi. Ona sama i towarzyszący jej zespół muzyków schowani są za wielkim, czarnym, przezroczystym tiulem, który oddziela ich od widzów. Janda stoi przed kamerą, a na tiulu wyświetlony zostaje obraz jej twarzy. To właściwie wyczerpuje wszelkie teatralne środki tego spektaklu. Janda stoi i mówi. Słowa płyną szybko, bez zbędnej psychologizacji, powtarzane jednostajnie, prawie na biało, spokojnie, bez jakiejś specjalnej gestykulacji. Jedynym rekwizytem staje się papieros. Jej opowieść również ma refren, który – podobnie jak w książce – staje się mottem, komentarzem, kontrapunktem. To fragmenty tradycyjnych piosenek żydowskich, utworów Agnieszki Osieckiej czy Wojciecha Młynarskiego oraz wierszy wspominanej przez Baral Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej wykonywane przez Jandę na żywo przy akompaniamencie zespołu. Pomysł jest znakomity, fragmenty muzyczne, w sposób naturalny kojarzące się z kulturą żydowską poszerzają horyzont opowieści Baral, dyskretnie ją uniwersalizując. Historia konkretnej Sabiny Baral staje się opowieścią o każdym wygnanym Żydzie, a poprzez znakomitą kreację Jandy opowieścią o każdym wygnanym człowieku. Liryzm piosenek daje też wytchnienie od porażającego chłodu języka „Zapisek”, tam zaś, gdzie się bezpośrednio spotykają – w ciszy po każdym fragmencie wypowiedzianym przez Jandę – pojawia się głębokie przeżycie.
Janda jest wstrząsająca. Pali papierosa. Śpiewa. Mówi. Niby nic szczególnego. Mówiąc, nie spuszcza z nas wzroku. Patrzy nam prosto w oczy. W tych oczach odbija się wszystko to, co ukryte za zimnymi jak głazy słowami Baral. Zdziwienie. Szok. Niezrozumienie. Bunt. Żal. Gorycz. Samotność. Ból. Oczy aktorki to wielki ekran, na których – niczym w filmie – wyświetlają się kolejno obrazy z życia Baral. Obrazy, których nie da się zapomnieć. Dzieje się tak, gdyż Janda w całości oddaje się w służbę zarówno swojej bohaterce jak i jej historii. Dawno nie widziałem tej aktorki w takiej samodyscyplinie. Z taką kontrolą nad wszystkim, co robi, nie puszczającą żadnego gestu, żadnego spojrzenia. Siła jej opowieści zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie, że gdy w finale w trakcie relacji z wizyty Sabiny i jej wujka Zacharje w Auschwitz popłynęła modlitwa (Tuwim?), zalany łzami powtarzałem w kółko bezgłośnie „amen”. Bo jizkor Baral, Jandy, Umer stał się moją modlitwą. Zrozumiałem, że muszę ją codziennie odmawiać, żeby to, do czego prowadzą sugestywne sceny finału, nagrane na warszawskich ulicach podczas brunatnych obchodów 11 listopada, nigdy się nie powtórzyło.
Ze wszystkich spektakli okolicznościowych z okazji marca’68 ten w Polonii jest najuczciwszy i ma największą realną siłę oddziaływania. Gdy bowiem Krystyna Janda zawiezie ten wstrząsający spektakl polskiej klasie średniej w Krośnie czy Włocławku, bagatelizującej na co dzień wybryki faszystów i żyrującej skandaliczne i głupie działania rządzącej partii, jego siła i poruszająca prawda może zachwiać dobrym samopoczuciem widzów, udających się zwyczajowo do teatru raz na pół roku, żeby „Jandą” zrobić wrażenie na koleżankach i kolegach z pracy i towarzystwa. Teatr ma bowiem sens wtedy, gdy porusza. W tym przypadku tak jest – jeszcze. I oby tak zostało. Amen.

Tomasz Domagała

Jandy modlitwa wieczorna – „Zapiski z wygnania” Sabiny Baral w reż. Magdy Umer w Teatrze Polonia

Tutaj można obejrzeć cały odcinek „Tygodnika Kulturalnego” z 16 marca 2018, gdzie omawiano spektakl ZAPISKI Z WYGNANIA:

https://vod.tvp.pl/video/tygodnik-kulturalny,16032018,36148147

ZAPISKI Z WYGNANIA
Marian Marzyński
2018-03-16
Sabina Baral napisała książkę pod tym tytułem, Krystyna Janda i Magda Umer zrobiły adaptację teatralną. Umer wyreżyserowała, Janda odegrała. Nigdy w życiu nie widziałem Jandy w teatrze. W kinie Wajdy wydawała mi się aktorką przerysowaną, nie tylko z winy ról, jakie grała, ale także z predyspozycji psychofizjologicznych. Na scenie ‘Polonii’, dojrzała Janda zdobyła mnie swoim pierwszym wypowiedzianym ze sceny zdaniem. Czułem jakby szeptała mi do ucha. Ile aktorek na świecie potrafi to zrobić ciałem i głosem?
Obejrzałem również po raz pierwszy (może za mało chodzę do teatru) inscenizacyjną zbrodnię doskonałą: teatr zamieniony w film, tak jak to dziś się dzieje, gdy ruch i język filmowy inspirują literaturę i muzea, odpowiadając niekończącemu się zapotrzebowaniu widzów na pobudzające wyobraźnię obrazy: „being there”, być tam.
Wydaje mi się, że przyszłość należy do takiego teatru, ale tylko jeżeli multimedialne sznurki będą delikatnie pociągane przez prawdziwe talenty – jak niedomówiony tekst Sabiny Baral, pomysły filmowe Jandy i Umer, a w końcu postać emigrantki marcowej stworzona przez Jandę, z którą chciałoby się spędzić na gadaniu resztę wieczoru. A może i następne wieczory.
Dotychczas brzmi to jak recenzja teatralna; ale chodzi o coś znacznie większego. Z desek prywatnego teatru (brawo! Tylko tak, bo państwowe łapy mogą obejmować, ale także brudzić), odezwał się wielki głos kobiety polskiej, która zrozumiała, o co chodzi z Żydami. Wcześniej powstawały niezliczone utwory na ten temat, w których, jak powiedział mi pewien uczestniczący w nich aktor, „reżyser nie odróżnia Żyda od krowy”. A więc koniec epoki cepeliowskich Żydów, nareszcie są z krwi i kości, nareszcie przemawiają wierszem Tuwima, który Janda powiedziała tak, że nie było na sali nikogo kto by nie dostał gęsiej skórki:

My, Żydzi Polscy… My, wiecznie żywi – to znaczy ci, którzy
zginęli w ghettach i obozach, i my widma – to znaczy ci,
którzy zza mórz i oceanów wrócimy do kraju 
i będziemy straszyć śród ruin
swymi w całości zachowanymi cielskami i upiornością niby-to  zachowanych dusz.
My prawda grobów, i my złuda istnienia; my miliony trupów i
kilkanaście, może kilkadziesiąt tysięcy niby-nietrupów; my,
nieskończenie wielka bratnia mogiła; my kirkut, jakiego dzieje
nie widziały i nie zobaczą.
My, poduszeni w komorach gazowych i przetopieni na mydło, którym
nie zmyje się ani śladów naszej krwi, ani piętna grzechów świata
 wobec nas.
My, których mózgi tryskały na ściany naszych nędzarskich
mieszkanek i na mury, pod którymi nas masowo rozstrzeliwano – tylko
za to, że jesteśmy Żydami.
My, Golgota, na której mógłby stanąć nieprzebyty las krzyżów.
My, którzyśmy dwa tysiące lat temu dali ludzkości jednego niewinnie
przez Imperium Romanum zamordowanego Syna Człowieczego –
i wystarczyło tej jednej śmierci, aby stał się Bogiem.
Jaka religia urośnie z milionów śmierci, tortur, poniżeń i rozkrzyżowanych w
ostatniej rozpaczy ramion?
My, najwspanialsza w dziejach kupa krwawego nawozu, którym
 użyźniliśmy Polskę, aby tym, co nas przeżyją,
lepiej smakował chleb wolności.

Po tym wierszu pokazał się na ekranie filmowym dewastujący montaż faszystowskiego pochodu na ulicach Warszawy w rocznicę niepodległości.
Pewien warszawski bywalec teatralny powiedział mi po przedstawieniu: „o, taka śpiewogra”. Oby więcej takich w Polsce.

Marian Marzyński, studioopinii.pl, Felietony, 18.03.2018

Zapiski z wygnania

ZAPISKI Z WYGNANIA
Wieczny Marzec

Sabina Baral miała dwadzieścia lat, gdy w Polsce Ludowej rozpoczęła się antysemicka nagonka. Jej dotychczasowe życie skończyło się W ciągu kilku tygodni.
Wiele lat później napisała o tym wspomnieniową książkę. W 50. Rocznicę Marca ’68 Krystyna Janda i Magda Umer oddają jej głos w Teatrze Polonia.
Na pustej scenie, w mroku, jakby za mgłą, stoi mikrofon – obok kilka instrumentów. Janda właściwie nie gra, raczej snuje opowieść. Towarzyszą jej wykonywana na żywo znakomita muzyka oraz filmowe projekcje zgrabnie łączące archiwalia ze współczesnymi obrazami. To
Wszystko, a jednak przez dwie godziny trudno oderwać Wzrok od sceny. Wybitna aktorka, w ślad za Baral, sugestywnie odmalowuje ponurą codzienność tamtych dni. Ostatnie spotkanie z chłopakiem, złośliwy celnik, który nie pozwala wywieźć z kraju pamiętnika, sąsiedzi łakomie spoglądający na rzeczy, które trzeba zostawić. Te obrazy układają się w gorzką przypowieść o stawaniu się obcym we własnym świecie. ,,Nas już za chwilę nie będzie. Zostaniecie z tym antysemityzmem sami” – mówi w finale bohaterka, a na ekranie wściekły tłum z faszystowskími hasłami maszeruje przez Warszawę W Święto Niepodległości. Teraz ci „prawdziwi Polacy” będą sobie musieli znaleźć nowych „Żydów”. I znajdą.

Michał Centkowski, Newsweek, 18.03.2018

Sami z antysemityzmem

Antysemityzm jak widać, dzięki polityce PiS, nawet bez Żydów ma się w naszym kraju świetnie. I szuka kolejnych wrogów.

„My wyjechaliśmy, a wy zostaniecie z waszym antysemityzmem sami” – brzmi wypowiadane przez Krystynę Jandę proroctwo Sabiny Baral. Dowód jego prawdziwości dostajemy chwilę później, w nagraniu z zeszłorocznego Marszu Niepodległości: manifestacji Wielkiej Polski Kibolskiej pod flagą biało-czerwoną z wyrysowaną wielką pięścią. Ogląda się to z zaciśniętym gardłem. Wcześniej tej na wpół mówionej, na wpół śpiewanej (Jandzie towarzyszy zespół Janusza Bogackiego) relacji z Marca ’68 wtórował z widowni szelest wyciąganych chusteczek i pochlipywanie. „Zapiski z wygnania” oparte są na wspomnieniowej książce Sabiny Baral, która jako 20-letnia studentka z Wrocławia doświadczyła wraz z rodziną i znajomymi koszmaru Marca ’68. Antyżydowska nagonka w mediach, wyrzucanie z uczelni i zakładów pracy, codzienne szykany ze strony polsko-polskich sąsiadów i decyzja o emigracji. A wszystko to 23 lata po wojnie i Holokauście, z których nieliczni ocaleni polscy Żydzi wyszli bez bliskich i z traumami. Opowieść Baral jest wstrząsająca, pokazuje ogrom krzywdy i jest wezwaniem do pamiętania i do przekazywania wiedzy kolejnym pokoleniom – chociaż tyle możemy zrobić. Także dlatego spektakl z Polonii powinni zobaczyć dziś wszyscy. Janda jest wspaniała – ogranicza ekspresję, mówi i śpiewa (m.in. fragmenty piosenek, których twórcy starali się oddać ból Marca, gorzkich wierszy Szymborskiej czy Tuwima) w sposób wyciszony, stojąc w głębi sceny, by także w taki sposób dać pierwszeństwo opowieści. O Polakach, którym pewnego dnia polskość odebrano, wypędzono, ich mieszkania i miejsca pracy zostały przejęte, ślady ich obecności zacierane. W 1968 r. sąsiedzi dokończyli to, co w 1939 r. zaczęli niemieccy faszyści. A antysemityzm? Jak widać, dzięki polityce PiS, nawet bez Żydów ma się w naszym kraju świetnie. I szuka kolejnych wrogów.

Sabina Baral, Zapiski z wygnania, reż. Magda Umer, Teatr Polonia w Warszawie

Aneta Kyzioł, Polityka, 20 marca 2018
Recenzja spektaklu: „Zapiski z wygnania”

https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/kultura/teatr/1741950,1,recenzja-spektaklu-zapiski-z-wygnania-rez-magda-umer.read

Sabina Baral: Byłam Polką

Moje stopy były całe pokrwawione, a w bucikach było pokruszone szkło –mówi Sabina Baral w rozmowie z Magdą Jethon

Magda Jethon: – „W zapiskach z wygnania” opowiedziała Pani całemu światu o swoim dramatycznym wypędzeniu z Polski. Łatwo zrozumieć, że mogła się Pani na Polskę obrazić… Po premierze „Zapisków” w Teatrze Polonia rozmawiałam z młodą Polką, która powiedziała: „Ja też jestem za to na Polskę obrażona”. Jak to dla Pani brzmi?

Sabina Baral: – Słyszę to dziesiątki, setki razy. Mam teraz tournee po Polsce, spotykam się z czytelnikami prawie codziennie. Kiedy podchodzą po autografy, wymieniamy kilka słów, mówią: „ja panią tak bardzo przepraszam” albo „ja się tak bardzo wstydzę”. Patrzę na młodego człowieka i mówię, za co się wstydzisz, przecież nic złego nie zrobiłeś. – „Ja się wstydzę za mój kraj, przepraszam za moją rodzinę, która nic nie zrobiła, żeby panią ratować”. To są ludzkie uczucia, normalne odczucia.

Czyli ta trauma jest nie tylko po waszej, ale i po naszej stronie…

Myślę, że teraz głównie po waszej stronie, bo myśmy sobie już z tym poradzili a Wy, wielu z Was, dopiero sie o tym dowiaduje. My mamy inne życia w innych krajach, my teraz tylko odwiedzamy Polskę. Ja tu przyjeżdżam odwiedzać przyjaciół, kłaść kamienie na grobach i jeść pierogi. A wy tutaj żyjecie, a co ważniejsze, tutaj żyją wasze dzieci i to wy odziedziczyliście historię niedopowiedzianą, może szeptaną, trochę wstydliwą, niezrozumianą i nieprzetrawioną. Żyjecie w cieniu takiej historii.

Powiedziała Pani kiedyś, że będąc w 68 r. na studiach na Politechnice Wrocławskiej brała udział w strajku, bo walczyła Pani o swoją sprawę, o naszą wspólną sprawę, o polską sprawę. Czy przed Marcem myślała Pani, że Polska jest pani ojczyzną, a Polacy rodakami?

Tak. Choć nie przez całe moje życie, bo nie od razu to rozumiałam. Mieszkaliśmy we Wrocławiu w miejscu, które dziś nazywa się Dzielnicą Czterech Świątyń lub Dzielnicą Czterech Wyznań. Mieszkało tam dużo Żydów. W gruncie rzeczy wyrastałam w czymś w rodzaju samozwańczego getta. Dookoła nas mieszkali ludzie, którzy przeżyli Holocaust, wszyscy ze swoimi traumami. Chodziłam do żydowskiej szkoły. To była szkoła, która miała normalny program, a oprócz tego było kilka dodatkowych przedmiotów: żydowska literatura, historia Żydów, język. I do czasu matury poruszałam się we Wrocławiu jakby w tunelu. Szłam z żydowskiego domu do żydowskiej szkoły, w żydowskim sąsiedztwie, a wszystko inne to były miejsca pomiędzy. Wtedy jeszcze nie myślałam o sobie jako o polskiej patriotce, ale byłam pewna, że jestem Polką. Dla mnie to była harmonijna tożsamość Polka – Żydówka, razem. Nie widziałam w tym żadnego konfliktu. Potem zdałam maturę, poszłam na studia i nagle moje środowisko zupełnie się zmieniło. Nagle wokół mnie było tylko kilkoro Żydów. I na co dzień tematyka rozmów była inna. Zaczęłam odwiedzać domy moich nowych koleżanek. Na elektronice było bardzo mało dziewczyn, więc trzymałyśmy ze sobą. Moja polska tożsamość wtedy się skrystalizowała. Byłam Polką, mogłam dyskutować o Kościuszce, Orzeszkowej lub Żeromskim, recytowałam polską poezję…

Pewnego dnia w marcu 68 r. wykładowca podczas zajęć włączył radio z przemówieniem Gomułki, tym o „piątej kolumnie żydowskiej”. Czy już wtedy Pani czuła, że coś się święci?

Tak, ale nie myślałam, że to może mieć coś specjalnie wspólnego ze mną. Gomułka mówił o syjonistach, a ja nawet nie wiedziałam, kto to jest syjonista. Izrael był mi bliski, miałam dla Izraela ciepłe uczucia, ale byłam Polką. Rok wcześniej w 67 r., kiedy Polska zerwała stosunki dyplomatyczne z Izraelem z powodu wojny sześciodniowej, było mi bardzo przykro. Odbierałam to niejako osobiście, ale moją ojczyzną była Polska, to było oczywiste.

Polscy Żydzi, nie tylko w roku 68, walczyli o polską sprawę. Wieki wcześniej uczestniczyli w zrywach wolnościowych. Brali udział w powstaniach: kościuszkowskim, wielkopolskim, listopadowym, styczniowym, w powstaniach śląskich. Dobrowolnie narażali się za obcą sprawę?

Dlaczego Pani sugeruje, że to była obca sprawa? Taki postulat tendencyjnie nas oddziela i jest wrecz brunatnym argumentem. Nic w tym obcego — Żydzi bili się o Polskę od stuleci, bo to była ich ojczyzna, ich dom. Uczestniczyli w każdym powstaniu, w każdej wojnie. Do tego stopnia czuli się Polakami, że za Polskę ginęli. Część z nich jest pochowana na polskich cmentarzach wojskowych. Wśród ofiar katyńskich 8% było Żydami — ok. 1000 oficerów wojska polskiego. Żydzi od zawsze identyfikowali się z Polską jako swoją ojczyzną.

Trudno w jednej rozmowie opowiedzieć o wszystkich krzywdach 68 r. Pani „Zapiski” są wstrząsające. Przestała Pani mówić po polsku, nie uczyła Pani swoich dzieci języka polskiego…, ale jednak gdzieś w Pani ta Polska „zalega”. Dlaczego Pani tu jednak wraca?

Dlaczego nie? Ja się tutaj urodziłam. To był mój pierwszy język, język moich dziadów, pradziadów; moja oryginalna kultura. Nawet nie potrafię powiedzieć, ile pokoleń wstecz było w Polsce urodzonych i pochowanych. Ja już nie mam zadry i to pozwala mi tu przyjeżdżać. Dopóki ją miałam, to mówiłam, że jestem Europejką, a nie Polką. Polska była jedynym krajem, w którym nie mogłam być Polką. Na całym świecie, kiedy mówię, że urodziłam się w Polsce, słyszę: – „Are you from Poland? Yes? Then you Polish, right?” – No I’m not Polish” – odpowiadam; nie mogłam tu być Polką, nie pozwolili mi. Ciekawe jakby to było dzisiaj, czy mogłabym powiedzieć tutaj, że jestem Polką?

Zadra zaczęła się zmniejszać po 89 r., kiedy Polska stawała się bardziej „cywilizowana”?

Ładnie to pani ujęła. Stanowczo znaczenie miały i zmiany w Polsce, i zmiany we mnie. Ja już nikomu nie muszę niczego tłumaczyć, bo ja wiem, że jestem Amerykanką. Językiem naszego domu jest angielski, nie mam już żadnego dyskomfortu, nie potrzebuję się już gniewać.

I dlatego wpadła Pani na pomysł odnalezienia swojej klasy?

Szukanie klasy nie miało związku z przemijaniem zadry. To tęsknota do dzieciństwa, młodości, do ludzi, którzy znali moich rodziców, ludzi, którym moja mama piekła serniki. Z 36 osób w klasie maturalnej 35 wyjechało. Kiedy trafiłam do Ameryki byłam jak… ścięte drzewo. Zapuszczanie tam korzeni trwało bardzo długo. Musiałam nauczyć się i Ameryki, i siebie jako Amerykanki, ale tęskniłam – nie do Polski, ale do poczucia przynależności. Brakowało mi kontekstu mojego dziecinstwa, mojej klasy, więc w 2008 r. doszłam do wniosku, że jednak zacznę jej szukać. Z 35 osób znalazłam aż 28. Rozesłałam „listy gończe” po całym świecie. Zachowało się zdjęcie mojej klasy maturalnej. Wydrukowała je w 1965 żydowskojęzyczna gazeta „Fołks Sztyme”. W 2010 r. zjechaliśmy do Wrocławia.

Wtedy przyjęła Pani pierwsze oficjalne przeprosiny – od prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza. Była Pani wzruszona? To było dla Pani ważne?

Boże kochany, taki wielki chłop ukląkł przede mną! Oczywiście, że to było ważne! W obecności kamer telewizyjnych, mediów i calej wierchuszki miasta, on przede mną klęka, prosi o wybaczenie i wręcza mi symboliczny klucz do miasta.

I co dalej? Dutkiewicz obiecał, że te opowiedziane przez Panią historie będą przekazywane dzieciom. Myślę, że mówił szczerze, ale Polska się zmieniła… Jak wtedy, w 2010 r., Pani to odbierała?

Przyznam, że miałam nadzieję, że może na 50-lecie Marca’68 (następnej „okrągłej” rocznicy już większość z nas nie dożyje), władze Polski zwrócą się do nas, nie tyle z przeprosinami, co np. z polskim paszportem. I powiedzą: to była durna pomyłka, wybaczcie. Tak, miałam taką nadzieję. Ale Polska znów się zmieniła.

Pani „Zapiski” są swego rodzaju oskarżeniem nie tylko PRL, ale też współczesnej Polski, również III RP, bo przez te lata nie odzyskaliście paszportów, oficjalnie władze nie przeprosiły Żydów za to haniebne wydarzenie. Sprawa nie została do końca załatwiona, a 50 rocznica Marca’68 już minęła. Myślę, że wielu przyzwoitym Polakom też jest z tym ciężko…

Cóż, ja za kilka dni wylecę do San Francisco, do domu… Będę myślała o moich spotkaniach z czytelnikami, o wzruszających chwilach, o przepięknym spektaklu, który Krystyna Janda i Magda Umer wyczarowały. Ale nie muszę myśleć, że Polska nas nie przeprosiła. De facto ja już z tym nie żyję, ale Pani musi…

Trudno dziś zrozumieć, dlaczego wtedy nikt się za wami nie ujął…

Byłam wtedy zbyt młoda i zbyt przejęta opresyjną codziennością, ale znacznie później miałam na ten temat wiele refleksji. Myślę, że Polacy to butny naród, który zawsze walczy o to, co jest dla niego ważne. W marcu 68 r. Polacy nie tylko nie walczyli w żaden sposób o nas, a wręcz niektórzy szukali możliwości… wzbogacenia się. Urzędnicy i celnicy np. wymuszali łapówki, a sąsiedzi przychodzili do mojej mamy i mówili: „Pani Esterko, ten stół się na pewno nie sprzeda, a państwo musicie zostawić puste mieszkanie, może my ten stół zabierzemy”.

To przykre słuchać o nas takich opowieści, tym bardziej, że jest ich więcej. Z antysemityzmem spotkała się Pani nie tylko w 68 r. Opowieść o butach w przedszkolu jest przejmująca…

To trudna opowieść, faktycznie. W tym przedszkolu trzeba było zmieniać buty na kapcie filcowe. Buty wieszało się na haku w worku. Pod koniec dnia wepchnęłam stopy do butów i choć mnie dziwnie uwierały, doszłam do domu, bo było blisko. Kiedy je zdjęłam, zobaczyłam, że moje stopy są całe pokrwawione. Okazało się, że w moich bucikach było pokruszone szkło. Więcej do przedszkola nie poszłam, nawet nie zdążyłam się pobawić na huśtawkach. Przez lata zastanawiałam się, czy to możliwe, żeby to zrobiły dzieci?

Szukam jakiegoś wytłumaczenia… Może to ktoś chory psychicznie?

Chory psychicznie? A lata endecji, a pogromy przed wojną, po wojnie, różne inne objawy antysemityzmu, mniej lub bardziej krwawe. Określenie „chory psychicznie” sugeruje bagatelizowanie sprawy i próbę uwolnienia się od odpowiedzialności.

Mam nadzieję, że dziś jednak mamy inne czasy. Choć przyznała Pani, że obawiała się, iż podczas premiery przed Teatrem Polonia będą maszerować antysemici, że ktoś rozwinie wrogie transparenty i będzie wykrzykiwał obraźliwe hasła.

Nie wiem, czy się obawiałam, ale przeszło mi to przez myśl. Rozmawiałam o tym z Olgą Tokarczuk, która zapytała mnie: „naprawdę myślisz, że coś takiego jest możliwe?” Odpowiedziałam: „może po prostu wyciągną stare transparenty z 68 r.”?
Szczęśliwie tak się nie stało, więc może ten antysemityzm nie jest taki jak Pani myśli? Może ma Pani gorsze zdanie na temat Polaków niż na to zasługują?
No może, bo z jednej strony mam czytelników, którzy przychodzą i widzę ich zaszklone oczy. Z drugiej jednak strony mam wizerunek Polski, który oglądam w amerykańskiej telewizji, a który jako żywo przypomina faszystowskie Niemcy choćby z 1936 r. Trudno znaleźć harmonię między tymi dwoma obrazami. Muszę sobie zdać sprawę, do jakiego stopnia naród jest teraz podzielony. Myślę, że antysemityzm tutaj był i jest, ale przez te lata wolności, które mieliście on nie był dobrze widziany. Polacy na wzór zachodni uczyli się wyrażać szacunek i akceptować inność. A to nie jest tylko kwestia antysemityzmu, w Polsce po prostu trudno jest być innym. No i jeżeli nawet zdarzało się, że gdzieś, na jakiejś stodole ktoś nabazgrał antysemicki napis, to jednak stanowczo nie w mediach, nie w marszach, nie z przyzwoleniem. A teraz jest przyzwolenie na to wszystko.

Zrobiła Pani w Ameryce błyskotliwą karierę – kobieta sukcesu przez duże „S”. Osiągnęła Pani na pewno więcej niż gdyby Pani tu została, podobnie jak bardzo wielu wygnanych. Często więc pada pytanie: kto stracił więcej, wy, wypędzeni, czy my, bo was nie ma w Polsce? Olga Tokarczuk napisała: „to straszna strata, że was nie ma. Z waszym wyjazdem myśmy stracili szanse na lepszą Polskę”. Czy to są słowa dla Pani ważne, obojętne, czy z Polską łączy Panią już tylko pamięć o krzywdzie?

Z Polską łączy mnie kilkuwiekowa historia mojej rodziny. Pamięć o krzywdzie jest o wiele mniej ważna niż relacje z takimi osobami, jak Olga Tokarczuk, Krystyna Janda, Magda Umer czy dziesiątki, setki osób, które piszą do mnie i z którymi czuję jakieś wspólne człowieczeństwo. Nie, ja już o krzywdzie nie myślę, aczkolwiek ją pamiętam. Ta krzywda to jest wstyd dla Polski. To jest coś, z czym Polska musi sobie dać radę. To wy straciliście szansę na lepszą Polskę.

Myśli Pani, że teraz Polska pokazała swoje prawdziwe oblicze? Czy jednak te ostatnie zachowania antysemickie czy wręcz faszystowskie to jednak sprawa marginalna?

Marginalna? Zachowanie faszystowskie NIGDY nie powinno być uważane za sprawę marginalną. Znam Żydów, którzy jeszcze mieszkają w Polsce; są słusznie zaniepokojeni. Kilka dni temu byłam, nie powiem, w którym małym mieście, bo tam mieszka niedużo Żydów i po spotkaniu podeszła do mnie młoda osoba. Naprawdę dramatycznie roztrzęsionym głosem zapytała: „Jeżeli by pani mieszkała dzisiaj w Polsce, to czy przyznałaby się pani do tego, że jest Żydówką”?
Muszę dodac – to WY musicie zdecydowac czy marsz 60,000 narodowców to jest sprawa marginalna.

Ciągle nie ma właściwego klimatu, żeby przyznać się do korzeni żydowskich?

To jest straszne. Są w Polsce Żydzi, którzy ciągle nie mają poczucia, że są tutaj w domu. Przez stulecia mówiło się, że Żydzi czują się w Polsce jak obywatele drugiej kategorii i teraz znowu. Pewna posłanka mówi o ludziach „których geny nie są polskie”; krytykuje ich zachowanie „w kraju ich zamieszkania”… Ale to nie tylko Żydzi, to również homoseksualiści, niepełnosprawni, Romowie….ludzie, którzy są inni. Nie ma w Polsce klimatu dla innych. Dlatego powtarzam: opowiadajcie dzieciom historię Marca’68. Mówcie o tym dzieciom. Marzec ’68 to lekcja krzywdy za inność.

Pisząc po polsku i wydając książkę w Polsce, adresowała ją Pani do Polaków. A Pani marzeniem jest, żeby stała się ona lekturą szkolną. Dlaczego? Chce się Pani opowiadać, tłumaczyć ludziom, jak to było w 68 roku? Zależy Pani, żeby Polacy wiedzieli, jak zachowywali się ich rodacy? Ma pani jakieś poczucie misji?

Sama się zastanawiam. Nigdy nie planowałam żadnej misji. Zadedykowałam tę książkę po polsku mamie i tacie. Jestem z mojego życia bardzo zadowolona, mam wszystkie możliwe satysfakcje: zawodowe, osobiste, finansowe. Wyszło mi. Odpukuję. Ale moi rodzice przeżyli na zachodzie trudne dwadzieścia lat. Nie mogli chodzić do teatru, bo nie znali dostatecznie dobrze języka, stracili poczucie humoru, nigdy się nie zintegrowali i na dobrą sprawę nigdy nie zrozumieli, dlaczego ich wyrzucono i za co. Dlaczego stracili prawo do emerytur? Dlaczego musieliśmy wyjechać? ZAPISKI są dla moich rodziców. Dla naszych, wszystkich rodziców.

W trakcie tegorocznych obchodów Marca’68, ogromne napięcie wywołane ustawą o IPN spowodowało, że wyjątkowo dużo w mediach mówiło się o tamtych czasach. Mam wrażenie, że duża grupa Polaków dopiero teraz dowiedziała się, jak to było. A z tego co wiem, wszyscy, którzy czytali książkę czy widzieli przedstawienie, byli Pani tekstem dogłębnie poruszeni. Myślę, że nam, Polakom „normalnym”, może bardziej nawet niż wam, zależy, żeby jak najwięcej ludzi znało prawdę o tamtych czasach. Czy mimo tej niedobrej dziś atmosfery widzi Pani szanse na normalizację stosunków polsko-żydowskich?

Ja jestem optymistką, więc nie myślę, że zawsze tak będzie, ale to potrwa długo. Musicie kształcić pokolenia, które zaakceptują prawdę i wezmą za nią odpowiedzialność.

Na pocieszenie powiem, że jeszcze 20 lat temu nikt publicznie nie był w stanie wymówić słowa gej, a dziś gej jest prezydentem miasta. Jest więc nadzieja w młodym pokoleniu…

Oczywiście, że mam nadzieję. Choć teraz stosunki polsko-żydowskie są gorsze niż były przez ostatnie lata, kiedy Polska się rozwijała i stawała się normalnym krajem, coraz lepiej rozwiniętym ekonomicznie, z coraz lepiej wykształconymi i podróżującymi Polakami. Ale teraz ta ustawa o IPN bardzo źle zrobiła obu stronom. Żydzi, mieszkający w Polsce znów się boją, tak jak kiedyś. Wielu moich kolegów emigracyjnych nie przyjechało na te obchody ze względu na złą atmosferę, ze względu na pogorszenie relacji polsko-żydowskich, indywidualnych i polsko-izraelskich na poziomie państwowym. Nie udawajmy, że jest dobrze. Nie jest dobrze.

Przeżywamy wstrząs, może on paradoksalnie pozwoli coś zacząć od początku?

Mam nadzieję. Problem polega na tym, że przez ostatnie lata antysemityzm był ukryty, istniał po cichu, ujawnianie się z nim nie było okej. A teraz jest okej, wręcz bym powiedziała, że jest na niego przyzwolenie. Teraz przed myślącymi Polakami, otwartymi na świat, z dużym apetytem na to, żeby Polska była dobrym krajem, który jest wart swojego miejsca w Unii i na świecie, stoi wielkie wyzwanie, by to zmienić. To jest teraz poważne zadanie dla Polaków. Bardzo chciałabym, żeby się udało.

Magda Jethon, koduj24.pl, 20 marca 2018

https://koduj24.pl/sabina-baral-bylam-polka/

Okołoteatralny pamiętnik z Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych
– część 2

Minął drugi tydzień Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi. W tym czasie można było zobaczyć aż cztery spektakle o różnym natężeniu przyjemności i nieprzyjemności.

Sześć godzin obcowania z Krystianem Lupą
Pierwszym spektaklem tego tygodnia był wyczekiwany Proces w reżyserii Krystiana Lupy. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu bilety na to przedstawienie nie zostały wyprzedane.
Wielogodzinna przygoda z przedstawieniami Lupy to zawsze jest wyzwanie dla wytrzymałości odbiorcy. „Jaki idiota robi tak długie przedstawienia?” – pytał w spektaklu Józef K. – główny bohater Procesu. Nie jest idiotą jednak ten, kto potrafi mimo długości przedstawienia utrzymać uwagę widzów. Czy Krystianowi Lupie się to w Procesie udało? Czasami. Ten spektakl był jak sinusoida – od pełnych napięć scen, które – wydawało się – trwały tylko chwilę, do sekwencji, które mimo swojego rzeczywistego czasu wydłużały się w nieskończoność. Może dlatego po każdej z trzech części spektaklu towarzyszył mi inny nastrój: po pierwszej – ekscytacja, po drugiej – znudzenie, po trzeciej i jednocześnie po całym spektaklu – zmęczenie i dezorientacja.
Wydawało się, że ten spektakl biegnie dwutorowo, że jest to jednocześnie Proces Kafki i… proces Kafki. Główny bohater bywał czasem Józefem K. a innym razem Franzem K. (a może oboma naraz?). Granica między fabułą powieści Kafki a jego biografią była bardzo cienka. Świat spektaklu wydawał się surrealistyczną rzeczywistością, absurdalną, czasem bezsensowną, a jednak w pewien sposób podobną do współczesności i polskiej sytuacji.
Abstrahując od samego spektaklu, gdy wychodziłam na wpół żywa o północy z Hali Expo (bo tam ze względu na rozbudowaną scenografię odbywał się Proces), zastanawiałam się, czy nie lepiej byłoby zagrać go w weekend. Grane w środę i czwartek przedstawienie zaczynało się o 18.00, kończyło o północy. W środku tygodnia godzina 18.00 to dość wczesna pora dla ludzi pracujących i studiujących, którzy zaraz po pracy czy uczelni biegli na spektakl. Z drugiej strony wychodzenie z teatru o północy, gdy następnego dnia trzeba rano powrócić do codziennych obowiązków, też nie jest korzystne. Na problem powrotu komunikacją miejską o tej godzinie spuszczę zasłonę milczenia. A gdyby tak zagrać ten Proces w weekend np. o 16.00…

Gdy trupa cyrkowa rozmawia o filozofii…
Podczas tego festiwalu widzowie mogli zobaczyć premierowo spektakl Hannah Arendt: Ucieczka przygotowany przez Teatr Powszechny w Łodzi i Komunę Warszawa. Koprodukcja z Komuną i reżyseria Grzegorza Laszykasugerowały, że będzie to spektakl eksperymentalny, wykorzystujący nowe media na scenie, poszukujący nowych form wyrazu.
Po przedstawieniu usłyszałam jedną z opinii: „To była najdłuższa godzina mojego życia”. Dla mnie może nie była ona najdłuższa, bo początkowo obserwowałam ten sceniczny eksperyment z zaciekawieniem. Później jednak zaczęłam się zastanawiać, ile jest w nim treści, a ile zabawy formą. Czy przypadkiem nie przeważyło to drugie, przysłaniając nieco pierwsze?
Aktorzy grający trupę cyrkową, przedstawiającą ważnych filozofów XX wieku: Hannah Arendt, Martina Heideggera, Waltera Benjamina i Karla Jaspersa, mówili niby do siebie, ale jednak zwracają się do kamer, wypowiadając zdania w sposób sztuczny, „wyprany” z emocji. Rozmowy te przerywane były co chwila abstrakcyjnymi scenkami o tematyce czasu, życia, śmierci, ucieczki, bierności i aktywności.
Z tego spektaklu pamięta się przede wszystkim formę: kamery, sposób mówienia aktorów, ich ruchy, kostiumy, wykorzystane rekwizyty itp. Gdzieś w tym wszystkim ginie jednak treść. I tak jak wątek tytułowej ucieczki i związanej z nią aktywności i bierności udaje się wyłuskać spośród formalnych zabiegów (a jest to temat niewątpliwie ważny), tak już sam kontekst, czyli biografie i poglądy czwórki filozofów są w tym spektaklu szczątkowe. Tym, którzy już je znają, ułatwią one odbiór przedstawienia. Ci, którzy z czwórką filozofów wcześniej się nie zetknęli, nie mogą oczekiwać uzupełnienia tej wiedzy poprzez spektakl.

Mefisto, czyli komentarz po Klątwie
Łódzka publiczność nie przestaje mnie zaskakiwać. Nie rzuciła się tłumnie na Proces, ale i na Mefista. A wydawałoby się, że na spektakl z Teatru Powszechnego w Warszawie, nazywany drugą częścią głośnej i kontrowersyjnej Klątwy w reżyserii Olivera Frljicia przyjdą tłumy. A jednak pustych miejsc na widowni było sporo. Czyżby łodzianie nie byli gotowi na prowokację?
Bo niewątpliwie Mefisto w reżyserii Agnieszki Błońskiej jest taką prowokacją – dotyczącą Polski i Polaków, tego co wolno aktorom i czego im nie wolno, czy można rozliczać artystów z czegoś innego niż tylko z jakości ich pracy i właściwie, co wynika z zaangażowania aktorów w spektakle polityczne. W przedstawieniu gra część obsady Klątwy. Aktorzy opowiadali ze sceny, jakie były konsekwencje zagrania w tamtym spektaklu, co spotkało ich potem. Właściwie nie wiadomo, czy jest to przedstawienie, czy rozmowa aktorów z widzami.
Cały czas miałam wrażenie, że zespół warszawskiego Powszechnego puszcza oko do widzów albo ich nabiera. Starałam się więc zachować dystans do tego, co mówili i robili. Nie wierzyć im ani na chwilę. Bo przecież to tylko gra. I nie uwierzyłam w nic, co zobaczyłam, w żadną deklarację, w ani jedno słowo. Efekt? Zobaczyłam spektakl pozornie ważny, pozornie ośmieszający, pozornie komentujący. Pozornie. Chyba tylko kankan był prawdziwy. A może nie…
Poczucie bycia nabieraną wcale mi się nie podobało. I nie podobała mi się próba rozliczenia się z Klątwą. Czy spektakl nie był sam dla siebie wystarczającym świadectwem? Rozumiem, że może aktorzy i warszawski Teatr Powszechny potrzebowali tego komentarza. Tylko czy potrzebowali go widzowie?

Nierozwiązany problem polskiego antysemityzmu
Zaledwie kilka dni temu w całej Polsce odbywały się obchody wydarzeń marcowych. Spektakl Zapiski z wygnaniaw reżyserii Magdy Umer został zaprezentowany w Łodzi w idealnym momencie. Oparte na powieści Sabiny Baral przedstawienie to nie jest lekcja historii. To losy młodej dziewczyny – wrocławianki, polskiej Żydówki – wplecione w opowieść o Żydach i Polakach oraz o polskim antysemityzmie. To spektakl, który boli, ale nie rani, zawstydza, ale nie oskarża. To przedstawienie, które wzrusza.
Zapiski z wygnania są przedstawieniem pięknym wizualnie. Na rozpostartym na scenie ekranie wyświetlana była nie tylko twarz grającej w spektaklu Krystyny Jandy, ale też fragmenty kronik filmowych i inne materiały wizualne, skrupulatnie ze sobą skomponowane. Niezapomniana jest też muzyka w wykonaniu Janusza Bogackiego z zespołem, która na szczęście nie pozostaje tylko podkładem do piosenek wykonanych przez Krystynę Jandę. Warstwa wizualna i audialna uzupełniają się przez cały spektakl.
Oglądając Zapiski z wygnania, zapomniałam, że gra w nich Krystyna Janda. To niesamowita sytuacja, gdy rola jest zagrana w taki sposób, że zapomina się o tym, że gra ją znana aktorka. Bo Krystyna Janda stała się w tym spektaklu w pewien sposób niewidoczna – nie tylko dlatego że widz może obserwować jedynie jej twarz na projekcji oraz niewyraźny kształt sylwetki za ekranem. Można było odnieść wrażenie, że aktorka gra ze świadomością, że nie wolno jej przyćmić sobą opowiadanej historii.
Zapiski z wygnania to spektakl ważny ze względu na opowieść o przyszłości, ale też poprzez nawiązanie do teraźniejszości. Padają w nim słowa, że Żydzi wyjechali z Polski, ale problem antysemityzmu pozostał. I co z nim zrobiliśmy? Kończąca spektakl projekcja z marszów niepodległości, może być pozornie zaskakująca, ale to przecież oczywista (smutna niestety) odpowiedź. Sprowokowała ona jednak do postawienia nowego pytania: co z tym problemem antysemityzmu – i nie tylko – zrobimy teraz?

Joanna Królikowska, tulodz.com, 20.03.2018

https://www.tulodz.com/wiadomosci,okoloteatralny-pamietnik-z-festiwalu-sztuk-przyjemnych-i-nieprzyjemnych-czesc-2,wia5-3267-7282.html

„ZAPISKI Z WYGNANIA” NA FESTIWALU
W niedzielę 18 marca na Festiwalu zaprezentowaliśmy „Zapiski z wygnania”. Monodram Krystyny Jandy w reżyserii Magdy Umer, który w marcu tego roku miał premierę w Teatrze Polonia, nawiązuje do Marca 68 i książki Sabiny Baral. Autorka opisała w niej swoje indywidualne doświadczenia związane z emigracją ludności żydowskiej z Polski w roku 1968. Emigracji, która spowodowana była antysemicką nagonką w całym kraju.
W głębi pustej sceny, za czarnym tiulem, o marcowych wydarzeniach mówi Krystyna Janda. Skoncentrowana i skupiona na wydarzeniach sprzed 50 lat, szczegółowo opowiada jednostkową historię młodej dziewczyny – Żydówki, która w 1968 roku musiała wraz z rodzicami wyjechać do Stanów Zjednoczonych. W Polsce, która była jej domem, nie chciano jej. Ani ona, ani jej rodzice nie zrobili nic złego, jednak padli ofiarą politycznych rozgrywek i antysemickich nastrojów, które tysiące Żydów zmusiły do masowej emigracji. Do ucieczki z własnej ojczyzny i szukania domu w obcym świecie, w nowej rzeczywistości, w której trzeba nauczyć się żyć. Nie zawsze jednak jest to możliwe. Czasami do końca życia można czuć się obco w swoim własnym, „nowym domu”, do którego nas przeniesiono.
Po spektaklu z Krystyną Jandą i Sabiną Baral rozmawiał Łukasz Drewniak. Jak zauważyli rozmówcy i widzowie, spektakl stawia przed nami wiele pytań. Pierwsze z nich nasuwa się od razu – czy od tamtego czasu coś się zmieniło? Na kim spoczywa wina za Marzec 68? Być może nie ma sensu szukanie odpowiedzi na to pytanie. Trzeba natomiast zastanowić się, czy zrobiliśmy wystarczająco dużo, by historia się nie powtórzyła? Czy okres transformacji był również czasem refleksji nad sprawami najważniejszymi? Czy antysemityzm i niechęć do wszelkich przejawów inności są naszymi cechami narodowymi?
Sabina Baral przyjechała do Polski w rocznicę wydarzeń marcowych. Mieszka i żyje w Stanach Zjednoczonych. Tam mieszkają jej najbliżsi. Problemy Polaków nie są już jej problemami. „Ja stąd wyjadę, mam w torebce bilety lotnicze. Wy z tym problemem pozostaniecie” – powiedziała podczas spotkania Baral. Nie mamy wpływu na historię, ale to od nas zależy nasza przyszłość.
TEATR POLONIA
Zapiski z wygnania na podstawie powieści Sabiny Baral
Reżyseria i adaptacja: Magda Umer
Opracowanie i kierownictwo muzyczne: Janusz Bogacki
Obsada: Krystyna Janda i Janusz Bogacki z zespołem muzycznym
Fot. Kasia Chmura-Cegiełkowska

"ZAPISKI Z WYGNANIA" NA FESTIWALUW niedzielę 18 marca na Festiwalu zaprezentowaliśmy "Zapiski z wygnania". Monodram…

Opublikowany przez Międzynarodowy Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych Wtorek, 20 marca 2018

„Oburzające jest obecne przyzwolenie na wrogość, nietolerancję i agresję”

22 marca 2018

– Czy w Polsce była kiedykolwiek tolerancja? Tylko że to było zatkane mocnym korkiem, a nagle wszystko, co złe, wypuszczono na powierzchnię i reszta robi się sama – mówi Krystyna Janda. W rozmowie z tvn24.pl opowiada o spektaklu „Zapiski z wygnania”, wspomina wydarzenia Marca ’68 i komentuje obecną sytuację w Polsce.

9 marca w warszawskim Teatrze Polonia odbyła się premiera spektaklu na podstawie książki Sabiny Baral „Zapiski z wygnania”. Autorka opisała w niej swoje przeżycia, kiedy w 1968 roku wraz z rodzicami musiała opuścić Polskę. „Zapiski…” to wspomnienia dwudziestoletniej kobiety, która została zmuszona do porzucenia wszystkiego, co miała. Adaptacji książki podjęła się Magda Umer, która wyreżyserowała spektakl, oraz Krystyna Janda, która w niezwykle przejmujący sposób poprowadziła widzów przez tę niełatwą opowieść.
Legenda aktorstwa, jedna z najbardziej rozpoznawalnych i szanowanych polskich aktorek. Krystyna Janda zadebiutowała w 1974 roku, jeszcze podczas swoich studiów na Akademii Teatralnej im. Aleksandra Zelwerowicza w Warszawie. Od tego czasu wystąpiła w kilkudziesięciu filmach i przedstawieniach teatralnych, między innymi w „Człowieku z marmuru” Andrzeja Wajdy i „Przesłuchaniu” Ryszarda Bugajskiego. Laureatka wielu nagród w Polsce i na świecie. Twórczyni Teatru Polonia i Och-Teatru, a także prezeska i fundatorka Fundacji Krystyny Jandy na rzecz Kultury.

Estera Prugar, tvn24.pl: Od dawna myślała Pani o wystawieniu spektaklu z okazji 50. rocznicy Marca ’68. Dlaczego upamiętnienie tych wydarzeń było dla Pani tak ważne? Co przede wszystkim chciałaby Pani przekazać widzom poprzez „Zapiski z wygnania”?

Krystyna Janda: Tak, od dawna wiedziałam, że z okazji tej rocznicy będę przygotowywać jakiś spektakl i zawsze wiedziałam, że będziemy pracować z Magdą Umer. Dla nas obu wydarzenia marcowe były naprawdę ważne, Magda była wtedy studentką Uniwersytetu Warszawskiego, ja – uczennicą liceum plastycznego w Warszawie. Ona była w środku wydarzeń, mnie zamykano po lekcjach w szkole i rodzice musieli nas odbierać. Ale to, co wtedy zrozumiałyśmy, uświadomiłyśmy sobie, zaważyło potem na naszych wyborach artystycznych, przyjaźniach, poruszanych tematach, światopoglądzie wreszcie. Pewnego dnia trafiłyśmy na książkę pani Sabiny Baral i Magda zdecydowała, że to będzie nasz materiał wyjściowy. „Zapiski” są spektaklem przede wszystkim edukacyjnym, w każdym razie takie jest nasze marzenie. To spektakl bardzo osobisty i dla mnie, i dla Magdy Umer, ale edukację głównie, refleksję, miałyśmy na celu. Ku przestrodze i dla zastanowienia – jak napisała pani Sabina Baral w przedmowie.

Jak Pani wspomina wydarzenia marcowe?

Rodzice musieli odbierać nas ze szkoły, ponieważ pewnego dnia poszliśmy na Nowy Świat walczyć. Kilku kolegów wróciło z tych studenckich zamieszek bardzo pobitych. Potem bardziej nas pilnowali. Ale kilku kolegów i tak pojechało jeszcze do Czechosłowacji. Pamiętam, jak wrócili pobici, z całymi sinymi plecami. Mimo że byliśmy jeszcze dziećmi. Nie do końca rozumieliśmy, o co chodzi, ale wiedzieliśmy, że trzeba iść na Nowy Świat.

Pamięta Pani, jakie uczucia towarzyszyły Pani w tamtym czasie?

Wtedy to jednak było gdzieś obok mnie – byłam tylko nastolatką. Ale potem miałam bardzo wielu przyjaciół, którzy wyjechali w 1968 roku. Mój mąż Edward Kłosiński odprowadzał profesorów i kolegów na Dworzec Gdański i później przez całe życie się z nimi przyjaźnił. Bardzo często jeździli do Niemiec i po całym świecie, odwiedzając emigrantów marcowych. Zresztą do dzisiaj przyjaźnię się z wieloma spośród nich. Jesteśmy w takiej prawie rodzinnej zażyłości, to już tyle lat. Ukochany profesor mojego męża Kurt Weber też był wtedy odprowadzany przez cały rok studentów. Ten Marzec ciągle mi towarzyszył, wracał – ci ludzie, opowieści, święta z nimi.

Jak wyglądała praca nad adaptacją książki Sabiny Baral? W jaki sposób narodził się pomysł na wizualne przedstawienie tej historii?

Adaptacja nie była łatwa, bo spektakl ma ramy czasowe, a do tego od początku wiedziałyśmy, że będzie w nim dużo poezji, muzyki. Poezji wymienianej zresztą w książce, ale i dodanej. Od początku też wiedziałyśmy, że przy tym temacie nie ma mowy o tzw. występowaniu, popisach śpiewanych itd. Wiedziałyśmy, że forma musi być jak najprostsza. Tyle. Temat był najważniejszy, podporządkowanie tematowi i stworzenie atmosfery i warunków jak najwyrazistszego przekazu. No oczywiście materiały filmowe, dokumentalne zdefiniowały także dużo.

Premiera miała miejsce 9 marca. Jakie uczucia towarzyszyły Pani podczas tych pierwszych spektakli?

Przede wszystkim wiedzieliśmy w fundacji, że zapowiedziało się wielu gości z zagranicy. Że bilety kupują ludzie z Ameryki, Izraela, Szwecji, Niemiec, Francji. Te pierwsze spektakle, grane w dniach obchodów rocznicy, były prawie całkowicie wykupione przez pomarcowych emigrantów, ich rodziny i przyjaciół – takie mam wrażenie. I pewnie dlatego tak duże wzruszenie i na sali, i wśród nas. Na jednym ze spektakli było bardzo dużo młodzieży, licealistów – przyjechała 70-osobowa grupa młodzieży z Gdańska, były też licea warszawskie. Bardzo nas to cieszy. Cisza na sali jest kamienna. Spektakl robi chyba wrażenie.
Jestem przede wszystkim w ciągłym szoku. Każdego dnia. Nie mogę uwierzyć w to, co widzę i słyszę. I to nie jest tak, że mam jakieś przeczucie, bo nie potrafię tego zdefiniować. Jestem tylko przerażona – tak bym to nazwała. Jak mówię – to są takie zdania efektowne – życie dogoniło teatr.
Bo ten obraz tak się zmienia każdego dnia, że właściwie następnego budzimy się jeszcze gdzie indziej. Jeszcze bardziej osaczeni i przestraszeni tymi zmianami. Ja nie mówię o zmianach gospodarczych… Ja mówię przede wszystkim o szkolnictwie, medycynie i o prawie. Tego się boję, bo jeżeli ktoś cokolwiek rozumie, to wie, że wolności jest coraz mniej.

Sytuacja ciągle się pogarsza?

Ktoś na to zezwala. To wszystko, co się dzieje dookoła z obcokrajowcami, z ludźmi, którzy są choć w minimalnym stopniu inni… Ale czy w Polsce była kiedykolwiek tolerancja? Tylko że to było zatkane mocnym korkiem, a nagle wszystko, co złe, wypuszczono na powierzchnię i reszta robi się sama. Trzeba było tylko uchylić drzwi, a ludzie zajmą się resztą…

Co, według Pani, należałoby zrobić, aby uzdrowić stosunki polsko-żydowskie?

Nie wiem. My robimy to, co do nas należy – spektakle, spotkania, pielęgnujemy od lat przyjaźnie i współpracujemy. Piszemy listy publiczne i prywatne, podpisujemy listy solidarności i wspólnoty, przyjaźni. Protesty. Jest ich w tej chwili bardzo dużo. Ale konkretne działania są w rękach rządzących, w nadziei na ich rozsądek i myślenie o przyszłości. Najbardziej oburzające jest obecne przyzwolenie na wszelkiego rodzaju wrogość, nietolerancję i agresję przeciwko „obcym”. Tego nie można akceptować.

„Zapiski z wygnania” na podstawie książki Sabiny Baral, w adaptacji Krystyny Jandy i Magdy Umer, miały premierę 9 marca w Teatrze Polonia. Reżyseria: Magda Umer.
Obsada: Krystyna Janda i Janusz Bogacki z zespołem muzycznym w składzie: Tomasz Bogacki (gitara), Mateusz Dobosz/ Paweł Pańta (kontrabas), Bogdan Kulik (perkusja), Marek Zebura (skrzypce). Opracowanie i kierownictwo muzyczne: Janusz Bogacki.
Najbliższe daty spektakli w Teatrze Polonia: 1-4 maja 2018 roku.

Estera Prugar, tvn24.pl. 22.03.20018

https://www.tvn24.pl/kultura-styl,8/krystyna-janda-na-temat-marca-68-i-spektaklu-zapiski-z-wygnania,823941.html

„Zapiski z wygnania” w Teatrze Polonia

Przyzwyczailiśmy się już do tego, że w swoich monodramach Krystyna Janda potrafi nas wzruszyć i zmusić do myślenia. Nie inaczej dzieje się i podczas spektaklu „Zapiski z wygnania”, o którym usłyszałam z ust Sabiny Baral – autorki wspomnień, na kanwie których powstało to przedstawienie.

Na spotkanie z Sabiną Baral i Krystyną Jandą w Muzeum Polin przyszły tłumy. Siedziałam na schodach i w skupieniu słuchałam opowieści o losach Żydówki, która w 1968 roku wyemigrowała z Polski i przez Wiedeń i Rzym dotarła z rodzicami do Stanów Zjednoczonych. Postanowiłam wówczas, że muszę koniecznie zobaczyć spektakl oparty na jej historii. I jakimś cudem udało mi się znaleźć w środowy deszczowy wieczór na nabitej do ostatniego miejsca widowni Teatru Polonia…
Reżyserka Magda Umer świetnie czuje formę opartą na monologu łączonym z melorecytacją i elementami filmowymi – kadrami z historycznych archiwów WFDiF. Tego typu spektakle przygotowywały z Krystyną Jandą dla warszawskiej publiczności już wcześniej. Tym razem jednak nie był to tekst współczesny, dobrze nam znany i lekko ironiczny, jak w przypadku chociażby „Białej bluzki” Agnieszki Osieckiej, lecz tragiczna i uniwersalna historia polskiej Żydówki, która postanowiła się nią podzielić z nami teraz, gdy w Polsce i Europie odżywają ruchy nacjonalistyczne i powraca lęk przed kolejną falą antysemityzmu.
Tak naprawdę monolog Sabiny to prosta historia o wykluczeniu, samotności, potrzebie zaufania i bliskości. Tym bardziej przejmująca, że Janda jak nikt inny potrafi naturalnie przejść od tekstu piosenki Wojciecha Młynarskiego do kolejnej fali wspomnień bohaterki, w tym do tragicznych losów jej przodków, którzy zginęli w Auschwitz. „Poszli z dymem – co to za zdanie” – mówi Janda zamyślona i zapala papierosa. Chwilę milczy, dając nam czas na oswojenie się z tą historią i po chwili ciągnie swą opowieść dalej. W tej naturalności, płynności i rytmie wyznaczanym przez kolejne piosenki, a właściwie cytaty z nich (na scenie aktorce towarzyszy zespół muzyczny) tkwi siła tego spektaklu. Jest nie tylko smutny, przejmujący, po prostu: mądry, ale i za sprawą fragmentów tekstów Juliana Tuwima czy Marii Pawlikowskiej–Jasnorzewskiej chwilami liryczny, nostalgiczny czy… romantyczny, gdy Sabina wspomina porzuconą w Polsce młodzieńczą miłość – Jacka.
Janda uczesana w ascetyczny kok, ubrana na czarno powoli wychodzi z cienia i staje w świetle reflektorów. Dzięki temu, że jej twarz pojawia się także na ekranie blisko widza, widzimy każde drgnienie powieki aktorki, każdą łzę. Aż do mocnego finału, którego nie zdradzę, abyście wszyscy poszli na ten spektakl. To obowiązkowa lekcja z historii współczesnej.

„Zapiski z wygnania”, Sabina Baral, reż. Magda Umer, premiera 9 marca 2018, Teatr Polonia w Warszawie

Magdalena Kuydowicz, zwierciadlo.pl, 22.03.2018

„Zapiski z wygnania” w Teatrze Polonia

Lekcja odpowiedzialności
Zapiski z wygnania, reż. Magda Umer, Teatr Polonia

„Marcowy emigrant”, zmarły w ubiegłym roku profesor Zygmunt Bauman, napisał, że teatr wynalazł języki odpowiednie do wyrażania doświadczeń niemożliwych do wyrażenia, odpowiednie dla ludzi, którzy pozbawieni możliwości, jakie daje im teatr, nie mogliby się podzielić swoimi przeżyciami i dla świata pozostaliby niemi.

Słowa profesora przypomniały mi się, kiedy oglądałam w warszawskiej Polonii Zapiski z wygnania, adaptację wspomnień innej „marcowej emigrantki”, Sabiny Baral. Niby mieliśmy do czynienia z literackim zapisem tych trudnych do wyrażenia doświadczeń, lecz to ludzka obecność aktorki zapewniła bohaterce możliwość wyrażenia swoich przeżyć. Krystyna Janda jest wybitną aktorką. Wie to ona sama, wiedzą jej widzowie. Dlatego nie musi ona już w przedstawieniu w żaden sposób przypominać o sobie jako twórcy, aktorce, nie musi niczego udowadniać. Może w całości oddać się postaci, schować się za nią, bo tylko ona jest w tej opowieści ważna. Janda nie musi „grać” Sabiny Baral, próbować oddać jej uczuć i emocji, może pozwolić sobie użyć siebie, stać się nieistotną fizycznością dla tego „dybuka”, którego sama z własnej woli w siebie przyjęła. Dybuka, który jak każda dusza, która nie zamknęła wszystkich swoich spraw na ziemi, „tej ziemi”, potrzebuje innego ciała, by móc przemówić. I Janda dobrowolnie staje się takim ciałem, przez które mówi Inny, ale nie Obcy; jak w buberowskiej relacji „ja-ty”.

To wrażenie, że aktorka oddaje swoją fizyczność bytowi jakby z innego świata podkreśla tiulowa zasłona, która przez cały spektakl oddziela scenę od widowni. Za nią znajduje się Janda oraz towarzyszący jej zespół muzyczny. Zasłona służy także za ekran, na którym na dużym zbliżeniu pokazywana jest twarz aktorki wtedy, kiedy mówi do nas słowami Baral. Całe ciało aktorki za zasłoną to Janda – ta która niesie postać, jej twarz w wielkim zbliżeniu to postać z Zapisków z wygnania. Ale twarz Jandy-Baral niemal nie wyraża emocji, relacjonuje swoje/nieswoje stany, ale ich nie odgrywa. Tekst wypowiadany jest bardzo prosto, niemal na biało, czasem poszczególne zdania podkreślone są grymasem twarzy. Jednak częściej jest w tym subtelna ironia czy uśmiech niż – wydawać by się mogło adekwatniejszy w takim miejscu – smutek czy żal. Ta opowieść snuta cudzymi słowami ma w sobie jednak tę samą siłę osobistego wyznania, jaką posiadał monolog Jandy w Tataraku, filmie Andrzeja Wajdy. Może dlatego, że partir c’est mourir un peu?

To „niegranie” jest kolejnym elementem oddawania się postaci, a także czymś na podobieństwo brechtowskiego V-effect. Kilka razy widać, że postać za tiulową zasłoną, kiedy nie mówi tekstem Baral, ociera oczy. To nie płacze Sabina Baral, to Krystyna Janda płacze nad Sabiną Baral i tymi kilkunastoma tysiącami osób, których historie były tak podobne do tej opowiadanej na scenie. Które też musiały całe swoje życie zapakować do drewnianej skrzyni i rozpocząć nowe: bez obywatelstwa, bez dokumentów uwierzytelniających dotychczasową edukację, karierę zawodową, bez cudem ocalonych z wojny zdjęć rodzinnych – jedynego śladu ludzi, których już nie ma, bo „poszli z dymem”, z pięcioma dolarami na osobę, pięcioma parami majtek i jednym stanikiem (bo tylko tyle państwo polskie pozwalało wywieźć). Jej wzruszenie jest poza postacią, jest osobistym stosunkiem aktora-człowieka do tego, o czym mówi ze sceny.

Tekst Zapisków… robi ogromne wrażenie, zdania napisane przez Baral są precyzyjne, proste i trafiające w sedno problemu, celnie wydobywające w skrótowych opisach sytuacji to, co w niej najistotniejsze, uwypuklając – bez wielkich słów – cały tragizm sytuacji rodziny Sabiny oraz ludzi postawionych w tej samej sytuacji. Pożegnania, wygnanie, samobójstwa, najbliżsi ludzie (jak wujek czy narzeczony), których już nigdy się nie zobaczy, niepewność jutra… Są w Zapiskach… fragmenty wstrząsające, które jak nic innego pokazują, jak postrzegano antysemicką nagonkę, jak odbierano jej kontekst. Baral wspomina ostatnią noc w Polsce, spędzoną u koleżanki ze studiów, i jej matkę mówiącą ze łzami: „Gdzież ty tam jedziesz w nieznane… Wiesz, jakby się zrobiło naprawdę źle, to my was przecież przechowamy…”. Są też takie historie, które brzmią tragikomicznie, gdy studentka – Żydówka, która powinna „odpracować” studia, ale z powodu jej żydostwa nikt nie chce jej zatrudnić, usiłuje wybłagać choć pół etatu, bo tylko jedno z jej rodziców jest Żydem…

Zapiski… mają wartość świadectwa, ale są także refleksją nad światem. Przeżycia Baral, to, w czym uczestniczy, są za każdym razem punktem wyjścia dla jakiejś (jak sama to nazywa) lekcji. Kiedy lekcją odpowiedzialności i zaufania staje się historia rodzeństwa, które wyemigrowało razem z kotem i teraz nie potrafią sobie wyobrazić, by go gdzieś po drodze porzucić, choć wywiezienie go do Stanów jest administracyjnie niemal niemożliwe. Kiedy lekcją nieodwracalnej straty staje się opowieść o rodzicach podróżujących z ekshumowaną trumną własnego dziecka. Oraz najważniejsza „lekcja, którą ćwiczę do dziś: tożsamość jest kwestią wyboru. To, kim jestem i gdzie przynależę, zależy od punktu widzenia. Tylko ludzie i systemy, które praktykują ignorancję lub nienawiść, decydują o tożsamości innych i za tę tożsamość ich sądzą”.

Uzupełnieniem tej epickiej niemal opowieści są elementy, które ją teatralizują, dorabiając jej uniwersalizujący kontekst oraz zastępując nieobecne w tekście emocje. Są to fragmenty piosenek: żydowskich i polskich, wiersze Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Tuwima oraz zapisy filmowe przemówienia Gomułki, pożegnań na Dworcu Gdańskim, przemowy Sabiny Baral, kiedy po latach wróciła na reunion swojego wrocławskiego liceum. Jest kadysz wypowiadany razem z ocalałym wujkiem w Auschwitz, który ma taką siłę, że niemal zmusza, by razem z aktorką powtarzać „Amen” po jego poszczególnych częściach. Baral-Janda, przekraczając pięćdziesiąt lat temu granicę w Zebrzydowicach, pomyślała/powiedziała: „Miałam was dość. Wygraliście. Nie, to my wygraliśmy. Raczej wszyscy przegraliśmy. Wszystko jedno. Wyjechaliśmy. Będziecie mieli Polskę Judenfrei, Judenrein. Niech no tylko przekroczymy tę granicę, za chwilę wasz antysemityzm będzie już tylko waszym problemem”. Ostatnia długa sekwencja filmowa zamykająca spektakl pokazuje, jak bardzo te słowa na nasze nieszczęście są aktualne. To jeden z „niepodległościowych” przemarszów ONR-u przez Warszawę. Na filmie widzimy te same miejsca, które za moment, jak tylko wyjdziemy z teatru, zobaczymy na własne oczy. Wypełnia je krzyczący, pełen nienawiści tłum, który jest już gotowy odpowiedzieć na wezwanie, jakie rzucił były już ksiądz Międlar – do „odrobaczania”, przy którym „trzeba będzie sobie pobrudzić ręce”. To już nie jest świadectwo historii, to nasza rzeczywistość. Ze wszystkich około Marcowych przedstawień to przygotowane przez Teatr Polonia wydało mi się najuczciwsze i najmocniejsze w swojej wymowie, gdzie sztuka teatru została świadomie użyta, by przybliżyć nam doświadczenia Innego, gdzie to właśnie relacja „ja – ty” stała się ważniejsza niż jakiekolwiek dzieło sztuki. A że przy tej okazji powstał także wybitny spektakl, to już wartość dodatkowa. „Można długo udawać, zwodzić w imię dobra publicznego, lecz przyjdzie wreszcie ta szczególna godzina, gdy należy dokonać wyboru” – te słowa rektora Uniwersytetu Wrocławskiego Alfreda Jahna broniącego w 1968 roku studentów przywołała w jednym ze swoich tekstów wokół Marcowych „Gazeta Wyborcza”. Janda – właścicielka teatru, artystka i aktorka dokonała właśnie takiego wyboru i jest to coś o wiele cenniejszego niż jakikolwiek wybór artystyczny. Użyczyła swojego miejsca-teatru, ciała i mistrzowskich umiejętności, by ten, który inaczej nie zostałby usłyszany, mógł do nas przemówić.

Obchody pięćdziesiątej rocznicy Marca ‘68 miały wspólny tytuł: „Obcy w domu”. Kiedy oglądałam Zapiski…, przypomniał mi się film dokumentalny nakręcony przez Joannę Helander, również emigrantkę z 1968 roku, a poświęcony Teatrowi Ósmego Dnia, który przebywał w latach osiemdziesiątych na „wymuszonej emigracji”. Stanęła mi przed oczami Ewa Wójciak opowiadająca o swoich rozterkach związanych z koniecznością oddania spółdzielni świeżo otrzymanego mieszkania. Przypomniał się Tadeusz Janiszewski opowiadający jak – posiadając nakaz pracy po studiach – jako element podejrzany nigdzie takiej nie mógł znaleźć, a kiedy już go zatrudniono, to UB natychmiast powodowała jego zwolnienie… Przypomniały mi się sytuacje, kiedy jakiś urzędnik tylko z tej racji, że przez chwilę miał nad kimś władzę, dla samej satysfakcji i poczucia wyższości coś zablokował, zniszczył, tak jak celnik, który wyłamał Sabinie obcasy w jedynych butach… Pomyślałam sobie wtedy, co to za dom, gdzie każdy, jak pisał Niemoller, Żyd, komunista, socjaldemokrata, związkowiec czy też artysta albo kobieta, rowerzysta, wegetarianin, homoseksualista może zostać w jakimś momencie historii przez władze wytypowany na Obcego. To właśnie uświadamiają Zapiski z wygnania. Nikt właściwie nie może w naszym „domu” czuć się u siebie, każdy może usłyszeć – „nie jesteś Polakiem”, „nie jesteś prawdziwym Polakiem”. Od nas zależy, czy coś z tym zrobimy, bo z naszym antysemityzmem już zostaliśmy niemal sami. Na kogo teraz przychodzi pora?

Joanna Ostrowska, teatralny.pl, 28.03.2018

http://teatralny.pl/recenzje/lekcja-odpowiedzialnosci,2321.html

Zwycięzcy Plebiscytu Publiczności XXIV Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych
Widzowie Festiwalu po obejrzeniu ośmiu spektakli (jedenastu przedstawień) biorących udział w Plebiscycie, oddając swoje głosy na kartach do głosowania i za pośrednictwem głosowania na stronie internetowej Festiwalu przyznali:

Tytuł Najlepszej Aktorki
Pani Krystynie Jandzie
za rolę w spektaklu
„Zapiski z wygnania”
w reżyserii Magdy Umer
z Teatru Polonia w Warszawie

Tytuł Najlepszego Aktora
Panu Borysowie Szycowi
za rolę Szarika alias Szarikowa
w spektaklu „Psie serce”
w reżyserii Macieja Englerta
z Teatru Współczesnego w Warszawie

Tytuł Najlepszego Spektaklu
„Weselu”
w reżyserii Jana Klaty
z Narodowego Starego Teatru
im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

W Plebiscycie publiczności brały udział spektakle:
• „Wesele” w reżyserii Jana Klaty z Narodowego Starego Teatru im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie,
• „Psie serce” w reżyserii Macieja Englerta z Teatru Współczesnego w Warszawie,
• „K.” w reżyserii Monik Strzępki z Teatru Polskiego w Poznaniu,
• „Hannah Arendt. Ucieczka” w reżyserii Grzegorza Laszuka z Teatru Powszechnego w Łodzi i Komuny Warszawa,
• „Mefisto” w reżyserii Agnieszki Błońskiej z Teatru Powszechnego im. Zygmunta Hübnera w Warszawie,
• „Zapiski z wygnania” w reżyserii Magdy Umer z Teatru Polonia w Warszawie,
• „Sekretne życie Friedmanów” w reżyserii Marcina Wierzchowskiego z Teatru Ludowego
w Krakowie,
• „lovebook” w reżyserii Michała Siegoczyńskiego z Teatru Powszechnego w Łodzi

Spektakle „Proces” i „Wujaszek Wania” nie brały udziału w Plebiscycie Publiczności.
Gratulujemy zwycięzcom!

https://powszechny.pl/pl/zwyciezcy-plebiscytu-publicznosci-xxiv-miedzynarodowego-festiwalu-sztuk-przyjemnych-i-nieprzyjemnych/


K/185: Teatr, który wyręcza

1.
Teatr to oczywiście za mało. Spektakle o przymusowej żydowskiej emigracji z Polski w 1968 roku, dające świadectwo, że mierzymy się z dzisiejszym wstydem i hańbą sprzed pięćdziesięciu lat, nie są i nie mogą być żadnym zadośćuczynieniem. Dla nikogo. I chyba nikt tak o nich nie myśli. Przecież nie da się spłacić cierpienia i upokorzenia najuczciwszym nawet widowiskiem o tym, jak cierpiano i jak upokarzano. Czy to komuś cokolwiek przywróci, wynagrodzi, ukoi? Nie czuję też w kilku rocznicowych realizacjach, jakie do tej pory zobaczyłem, rozbrajających konstatacji typu: „Prawda, wypędziliśmy was kiedyś z ojczyzny, o Żydzi Polscy, ale za to teraz pięknie i boleśnie o tym opowiadamy, wiedząc, na czym polega wina i z czego się wzięła”.

A jednak od kilku tygodni, właściwie od wybuchu międzynarodowej afery z feralną ustawą, kompromitacji polskiego rządu, premiera, prezydenta, od chwili przebudzenia się wszystkich polskich antysemickich demonów wydaje się, że tylko teatr robi w Polsce to, co powinno się robić z tematem polsko-żydowskich win i uwikłań. Nadąża, reaguje na podwyższone emocje społeczne. Teatr wyręcza polityków, historyków, publicystów i zwykłych obywateli, a zwłaszcza inne dziedziny sztuki, nie tyle w analizie przeszłości, co w kwestii gestów symbolicznych. W teatrze w odróżnieniu od rzeczywistości zostały one wykonane. Zastanawiam się tylko, czy to wystarczy. Chcemy wierzyć, że sztuka sceniczna działa długofalowo, mocniej i głębiej osadza się w głowie odbiorcy niż medialne fakty, debaty redakcyjne, wystąpienia wiecowe, przeczytane opracowania historyczne. Teatr oświetla fakty znane i nieznane z zaskakującej perspektywy, szuka języka adekwatnego do opowiedzenia o tej, a nie innej niegodziwości, prowokuje, edukuje, otwiera pola dyskusji.

Podejrzewam, że będzie się za parę lat mówiło i pisało o tej fali rocznicowych i rozliczeniowych przedstawień jako o „marcowym teatrze”. Już widać, że nie jest on teatrem na pokaz, sztucznie pobudzoną koniunkturą na „te” tematy, rytuałem ekspiacyjnym opracowanym specjalnie dla nas i dla próbujących się z nami mimo wszystko skomunikować emigrantów roku ‘68. Gesty symboliczne, o których wspomniałem, zostały wymierzone zarówno w tych, co wiedzą i pamiętają, jak i w pozostałą część społeczeństwa z jego wszystkimi strachami i resentymentami, jawnym i niejawnym antysemityzmem. Starają się wypełnić lukę po niewykonanym od 1989 roku akcie założycielskim nowej, sprawiedliwej, wolnej, otwartej pogodzonej z przeszłością Rzeczypospolitej.

Philip Roth w powieści Operacja Shylock opisał, jak to swego czasu powinno było wyglądać. Od czego powinna zacząć się nowa Polska. Oczywiście z jego perspektywy i po naszych doświadczeniach Holokaustu i antysemickiej kampanii z marca 1968 roku. Przypomniała mi się ta scena zaraz po obejrzeniu Zapisków z wygnania Magdy Umer i Sprawiedliwości Michała Zadary.

2.
W powieści Operacja Shylock Philip Roth dowiaduje się o istnieniu swego sobowtóra. Drugi Roth, podszywający się pod amerykańskiego pisarza, pojawia się w Jerozolimie w czasie procesu Iwana Demianiuka i w licznych wywiadach dla prasy i telewizji lansuje ideę diasporyzmu. Syjonizm się skończył, istnienie państwa Izrael, czyli oblężonej twierdzy, nie ma sensu, naród żydowski musi wrócić do swoich autentycznych małych ojczyzn. Holokaust wydarzył się w Europie i dlatego już tam się nie powtórzy, a na Bliskim Wschodzie wciąż może – przestrzega sobowtór. Utrzymuje, że z ideą diasporyzmu najpierw pojechał do Gdańska, rozmawiał z Lechem Wałęsą (w powieści jest rok 1988) i przywódca Solidarności, architekt nowej Polski, zgodził się z nim, że Polacy i Żydzi potrzebują siebie nawzajem: „Wracajcie! Nowy, demokratyczny kraj przyjmie was wszystkich. Polska nigdy nie będzie prawdziwą Polską bez was” – zadeklarował podobno Wałęsa. Roth-wizjoner zaraz potem przywołuje obraz dziesiątków tysięcy Żydów jadących z całym swoim dobytkiem w eleganckich wagonach do wsi i miasteczek, skąd pochodzili ich przodkowie. Bo uwierzyli jemu i uwierzyli Wałęsie.

Dworzec Gdański. Telewizja transmituje kulminacyjny moment powrotu na cały świat. Na peronach nieprzebrany tłum z transparentami: „Tęskniliśmy za Wami!”, „Nasi kochani Żydzi wracają!”, „Już wiemy: Syjam jest tylko tu!”. Wjeżdża pociąg, zatrzymuje się. Widać zaciekawione i wzruszone twarze byłych emigrantów przylepione do szyb przedziałów. Nikt z Polskich Żydów jeszcze nie wysiada. I wtedy obok stojącego w tłumie wąsatego Wałęsy robi się pusto, a wtedy Wałęsa, ten ówczesny Wałęsa w golfie i z „matkąboską” w klapie marynarki, klęka na oba kolana. A wraz z nim wszyscy oczekujący na peronie. Cisza. Żydzi w wagonach płaczą. „Polacy klęczą, pogrążeni w chrześcijańskiej modlitwie u stóp swoich żydowskich braci! I tylko w tym miejscu, i tylko tak może się rozpocząć oczyszczanie sumienia Europy!” – zapala się fałszywy Roth.

Nie wiem, czego w tej scenie więcej: groteski czy liryzmu z tak zwanym drugim dnem. Roth prawdziwy demaskuje niedorzeczność wizji fałszywego Rotha, kpi nieco z obezwładniającego kiczu fundamentalnego gestu pokuty, jaki został tu przywołany, ale jednak ten obraz go uwiera. Polskich czytelników też. Bo to na naszym „Marcu” dokonuje się ta operacja. Jego czyta się tu wspak.

W świetle ostatnich wydarzeń właściwie szkoda, że w 1989 roku na jesieni coś podobnego się jednak w Polsce nie odbyło. Że od tego padnięcia na kolana naprawdę nie zaczęła się III RP. Klękniecie Wałęsy byłoby przecież jak klękniecie Willy Brandta pod pomnikiem Bohaterów Warszawskiego Getta. I inaczej obchodzilibyśmy dziś 50. rocznicę „Marca”.

Pewnie trochę podkoloryzowałem wizję Rotha. Ale tylko trochę. Bo tak ją pamiętam z lektury sprzed kilkunastu lat.

3.
Zapiski z wygnania mają formułę najprostszą z możliwych. Ubrana na czarno Krystyna Janda stoi przy mikrofonie jak najdalej od widzów, w głębi, w prawym rogu sceny. Ledwo ją widać: czarny przecinek w świetle reflektora. Po lewej pięcioosobowy zespół akompaniatorów. Za ich plecami ukryty jest jeszcze jeden mikrofon, to druga pozycja dla monologującej aktorki. Janda co jakiś czas znika właśnie w tym miejscu i wtedy zostaje z niej tylko głos. Scenę od widowni oddziela przeźroczysty ekran – będzie się na nim pojawiała powiększona twarz Jandy filmowana na żywo z kamery przy mikrofonie, fragmenty czarnobiałych kronik z epoki, rodzinne zdjęcia, zapis żydowskiej modlitwy… I to już wszystko. Janda nic nie gra. Nie jest postacią, jest głosem. Po prostu mówi do mikrofonu, jakby czytała z niewidzialnej książki zawieszonej w powietrzu fragmenty wspomnień Sabiny Baral z domu Binder, która w marcu 1968 roku miała niecałe dwadzieścia lat. Janda patrzy w pustkę, pali papierosy, żeby się jej lepiej gadało, potrzebuje skupienia. Żadnych zbędnych słów, tylko konkrety: obrazy, opisy, sytuacje. Janda na scenie jest równocześnie żywą narratorką tej prawdziwej historii i duchem z przeszłości. Przywidzeniem. Obserwatorką przeszłości i teraźniejszości już z drugiego brzegu, zza oceanu, dalekim głosem niechcianego świadka, który do nas dociera. Co kilka minut odzywa się orkiestra, monolog Jandy przechodzi w śpiew-nieśpiew. Piosenek nie usłyszymy w całości. Janda wyszepta, wypłacze tylko kilka znajomych fraz z przedwojennych szlagierów i piosenek Osieckiej czy Młynarskiego. Może nie ma sił na zaśpiewanie ich bez wzruszenia, może wykonawstwo estradowe byłoby w tym spektaklu nie na miejscu. Janda urywa wokal, wraca do mówienia. Potem, kiedy nie da się mówić, próbuje znów znaleźć melodię. Zamiast piosenek są ich strzępy, potłuczone resztki, ochłapy. Dziwne – kiedy czyta się prozę Baral, jedyną muzyką, jaką słyszymy, jest stukot kół pociągu wiozących wygnańców na granicę w Zebrzydowicach, a potem dalej do Wiednia i Rzymu, stukot maszyn do pisania na biurkach urzędników, szelest banknotów-łapówek wciskanych celnikom do kieszeni, płacz pożegnań, warczenie Polaków na Żydów. Umer z Jandą odnalazły jednak podskórną warstwę dźwiękową zdarzeń opisanych przez Baral. To są piosenki, które przemyca się w głowie podczas kontroli granicznej i takie, które ścigają wygnanych, są jawną tęsknotą za nimi. Janda recytuje wiersze Tuwima i Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej podpowiedziane przez autorkę. Liryka zderza się z oziębłością i rzeczowością tekstu Baral, z podawanymi przez nią liczbami, opisywanymi procedurami, zapamiętanymi sytuacjami.

Na Zapiskach z wygnania płacze się właściwie od pierwszej sceny. A raczej najpierw coś człowieka dławi, jakiś wstyd, żal, poczucie utraty. Potem już z górki: pęka coś w sercu, rozlewa się zimno po piersiach, żołądek owija się wokół krzyża, mokre oczy, nos, chusteczka, drżą ręce. Nawet stare chłopy ryczą. Janda też płacze w kilku scenach i nie jest to zagrane, zaplanowane, wyliczone. Płacze się w teatrze, bo nie można zrobić nic innego.

Żegnamy tym szlochem ludzi i przedmioty opisane przez Sabinę Baral, jedną z 12 927 wygnanych Żydów Polskich. Poznajemy ówczesne wypadki oczami młodej dziewczyny, córki pary ocalałej z Zagłady, i jesteśmy świadkami, jak w kilkanaście tygodni traci swojego chłopaka, z którym planowała wspólne życie, studia na uniwersytecie, przyjaciół, miasto i dom. Baral nie żali się na niesprawiedliwość, nie oskarża na ślepo, daje raczej metodyczny, choć nielinearny opis dni przed wyjazdem, podróży i pierwszych miesięcy na emigracji w Wiedniu, Rzymie, Detroit. Baral pokazuje, że owszem wyjazd był szansą dla zdeterminowanego i wykształconego młodego pokolenia, ale cierpieniem dla ich rodziców, którzy nie mogli odnaleźć się w innym świecie. Odebrano im kraj, w którym zostali po wojnie z własnej woli, zanegowano ich dorobek zawodowy, rozszabrowano rzeczy osobiste i pamiątki. Los rodziny Binderów przegląda się w losach innych wygnanych. Współczujemy ludziom, którzy jadą w pustkę bez prawa powrotu, biorą za sobą trumny dzieci, koty, książki, rowery, prodiże i inne absurdalne rzeczy. Ale najbardziej przeraża obraz społeczeństwa, które ich najpierw zaszczuło, a teraz wygania.

Siła zapisków Baral polega na ukazaniu kolejnych etapów procedury wypędzania Żydów Polskich: od atmosfery niechęci okazywanej na ulicy, przemówień Gomułki, nagonki w prasie, zwolnień z pracy po przymuszanie do zrzeczenia się obywatelstwa i nakaz wyjazdu. Machina upokorzenia rusza. Żydzi są obdzierani z rzeczy i pieniędzy, z dokumentów i pamiątek, wręcza się im jako bezpaństwowcom Dokument Podróży, każe zdobywać setki pieczątek, zwracać koszty wykształcenia, oddawać mieszkania. Polacy zlatują się do dręczonych administracyjnie Żydów jak sępy na świeżą padlinę, chcą odebrać wszystko, co ma jakąkolwiek wartość: przecież wyjeżdżają zdrajcy i ubecy! Sceny z odprawy celnej, kontroli bagażu, traktowania wyjeżdżających przypominają gwałt zbiorowy, pokazują, że marcowi Polacy naprawdę sporo się nauczyli od nazistów, te obrazy hańby narodowej, obywatelskiej i humanitarnej nie chcą zniknąć spod powiek. Celnik przebija prętem okładki starych woluminów. Odrywa obcasy od butów dziewczyny. Zabiera dziewczęcy pamiętnik, bo rękopisów wywozić nie wolno. Jakaś kompania pograniczników szcza na zaplombowane skrzynie z książkami. Ostatnie wspomnienia z Polski? Chamstwo urzędników, bezwzględność notabli partyjnych, milczenie niedawnych przyjaciół, pazerność Straży Granicznej… Baral oddaje skalę kłamstwa i manipulacji władzy, kataloguje akty podłości dokonane przez obcych zwykłych ludzi. I burzy mit, że to tylko zła peerelowska władza pozbyła się Żydów z Polski, nie: wszyscy mamy to na sumieniu, bo nasi rodzice, dziadkowie, anonimowi Polacy cieszyli się z tego aktu bezprawia lub milczeli albo tylko korzystali z sytuacji. Baral powtarza za Michnikiem, że Marzec 1968 z jego konsekwencjami był jak pogrom – bezkrwawy, ale okrutny, skuteczny i ostateczny. Zamykający kwestię żydowską w Polsce. Uświadamiamy sobie, że represje dotknęły nie tylko prominentów systemu, artystów i intelektualistów ale, jak w przypadku rodziny autorki, wrocławskich Binderów, zwykłych rzemieślników. W głosie Jandy relacjonującej wypadki pomarcowe nie ma oburzenia, złości, jadu wobec opisywanych scen zastraszania i nękania Żydów. Stara się być sucha i konkretna. Najbardziej ranią widza detale, obrazy ukryte za słowami. Można uciec z sali ze wstydu, można płakać.

Baral nie chce przeprosin, rozliczeń, pamięci za wszelką cenę. Mówi nam o swoim doświadczeniu, oddaje narrację ofiarom, żebyśmy wiedzieli, do czego zdolne są społeczeństwa z kompleksami i amnezją. „My wyjechaliśmy i nie wrócimy. Zostaniecie z tym antysemityzmem sami, już bez Żydów”. Jest w oszczędnym spektaklu Umer i Jandy mistyczna wręcz scena odwiedzin Sabiny i jej wujka Zacharje w Auschwitz, jeszcze przed Wygnaniem. Scena odmawiania modlitwy za pomordowanych, w której gaśnie na scenie światło, na ekranie przez chwilę można odczytać tylko słowa hebrajskiej modlitwy. Przedstawienie kończy się reporterskimi migawkami z Marszów Niepodległości. Przez Warszawę znów idą faszyści. Może to jest ostatnia konsekwencja Marca. To nawet nie jest publicystyka, to gest bezradności wobec tego, co się w Polsce dzieje. Podważający nasz wcześniejszy płacz, zmieniający jego sens. Może nie płakaliśmy nad skrzywdzonymi Żydami, może płakaliśmy nad sobą z przyszłości.

Zapiski z wygnania to najważniejszy spektakl, jaki kiedykolwiek firmowała Krystyna Janda. Zdarzenie o charakterze artystycznym, edukacyjnym, empatycznym, obywatelskim. Nikt poza Jandą nie ma takiej siły docierania do zwykłego widza. Gwiazda objedzie z nim całą Polskę, zagra go, daj Bóg, z tysiąc razy. Zastanawiam się, czy zdarzą się jej przedstawienia grane dla złych ludzi, dla tych strasznych Polaków, którzy, jak wykazały badania, wierzą wciąż w mord rytualny. Jak ten wygnańczy lament wtedy zadziała? Co wzbudzi? Czy hieny potrafią płakać?

4.
Sprawiedliwość Michała Zadary miała premierę w Teatrze Powszechnym. I tu też – w kolejnym polskim spektaklu o emigracji marcowej – nie ma za wiele teatru. Scena Kameralna, ściany obwieszone wycinkami z gazet, stoliki zastawione teczkami z aktami sprawy. Gotowy do użytku ekran, stół i krzesła dla prelegentów. Po sali kręci się czwórka aktorów: Barbara Wysocka, Ewa Skibińska, Arkadiusz Brykalski, Wiktor Loga-Skarczewski. To prelegenci, referenci zagadnienia, sceniczne funkcje badawcze. Im bardziej przeźroczyści, bezosobowi wobec danych i tematu, tym lepiej. Tylko przez chwilę przypominają dziennikarski zespół śledczy jak z filmu Spotlight czy Zodiac. Rzucą czasem jakiś żart, poprzekładają papiery ze starty na stertę, napiją się wody i zaraz pędzą do właściwej roboty. Nie ma mowy o postaciowaniu, różnicowaniu charakterów, aktorzy mają opowiedzieć o sprawie, naświetlić problem, klarownie przedstawić wyniki badań.

Sprawiedliwość to po Klątwie i Mefiście jeszcze jedno ważne przedstawienie warszawskiego Teatru Powszechnego, o którym będzie się rozmawiało. Nie przewiduję protestów poszkodowanych, obrażania się na twórców, ale można się spodziewać rozkładania dzieła na czynniki pierwsze. Sprawdzania, co zostało z zapowiedzi reżysera, gdzie zmienił założenia spektaklu, przed czym się cofnął, gdzie jednak przekroczył granicę. I jakie mogą być konsekwencje realizacji jego pomysłu. Chciałbym się z Zadarą pokłócić o niuanse, podoba mi się kierunek, dopracowałbym metody, czułem się źle w finale. Ale nie mam wątpliwości, że reżyser zaproponował polskiemu teatrowi nową formułę istnienia. Sprawdźmy, na ile jest intelektualnie owocna, a na ile niebezpieczna. Taka rozdyskutowana, polemiczna recenzja to w końcu jedyna szansa na rozmowę z zapracowanym Michałem Zadarą.

Reżyser obmyślił swój projekt następująco: powołał dwie grupy robocze – historyków i prawników i polecił im misję znalezienia winnych rozpętania antysemickiej kampanii w roku 1968, skutkującej wypędzeniem z Polski 12 927 jej obywateli. Nie chodziło mu o standardowe odpowiedzi: system komunistyczny, PZPR, aparat siłowy, moczarowscy partyzanci. Ciekawiły go mechanizmy represji, stojące za nimi nazwiska i możliwości oskarżenia jeszcze żyjących funkcjonariuszy o popełnienie zbrodni przeciwko ludzkości, bo zdaniem Zadary i jego współpracowników, powołujących się na ustawę o IPN, zdarzenia pomarcowe wyczerpują jej definicję. Premiera miała być tylko pretekstem do dokonania aktu sprawiedliwości. Nie tyle symbolicznego, co rzeczywistego gestu odpłaty polegającego na złożeniu doniesienia do prokuratury. Zbrodnie przeciwko ludzkości nie ulegają przedawnieniu. Teatr zdaniem Zadary zawsze dążył do wymierzenia sprawiedliwości, tak będzie i tym razem.

Spektakl zaczyna się i pierwsze zaskoczenie: jednak nie uczestniczymy w rozprawie sądowej, nie słuchamy mowy oskarżycieli publicznych i pomocniczych, tylko wykładu. Może nawet serii prelekcji. Nie oglądamy śledztwa na żywo, etap po etapie, premiera to raport, moment przedstawienia widzom wyników, otworzenia im oczu na fakty i sprawców. Długo wydawało mi się, że musi to być wieczór na poły improwizowany, przygotowany na interakcje z widzami, na rozmowy, pytania, polemiki, szybkie wnioski. Że obok aktorów zobaczymy samego Zadarę, Daniela Przastka (szef grupy historyków) i Pawła Marcisza (ekspert prawny projektu), aktorzy będą po prostu wypytywać o kierunki, założenia, efekty. Odgrywać ich dyskusje, pokazywać „rozmowy na tropie”. Czekałem na taki Hyde Park, chaos wątków, spontaniczne wystąpienia obrońców, szukanie sceptyków na sali. Nic z tego. Choć sens Sprawiedliwości leży w skali dokonanego researchu i temperaturze dyskusji twórców w okresie przygotowawczym, Zadara wybrał inny model teatru dokumentalnego, jednak zainscenizował ten finalny akord projektu, skondensował spektakl w stu minutach, dodał jako przerywniki amerykańskie szlagiery z 1968 roku, poszukał analogii w micie i formie tragedii greckiej.

Sprawiedliwość ma scenariusz, czyli została skonstruowana, podzielona na części, stematyzowana. Szukanie prawdy o Marcu nakłada się na śledztwo z Króla Edypa. U Sofoklesa winny zbrodni władca, nie wiedząc o własnej winie, zarządza poszukiwania zabójcy poprzedniego króla, inaczej, jak mówią bogowie, zaraza i głód pustoszące Teby nie ustaną. Aktorzy Zadary co rusz wyłapują znamienne koincydencje Literatury i Historii – jeden z szeregowych winowajców ślepnie, jedna z ofiar Wypędzenia (reżyser Aleksander Ford) zostaje znaleziona powieszona. Jak u Sofoklesa z chwilą wytypowania zbrodniarza skończy się polska trauma, polskie zagubienie i kac moralny po Wygnaniu. Uczestniczymy więc w procesie wyłaniania kozła ofiarnego, nosiciela winy fundamentalnej. O ile rozumiem, w roli króla Edypa, winowajcy szukającego odpowiedzi na pytanie o zbrodnię z przeszłości, zostaliśmy obsadzeni my, wszyscy Polacy. Na scenie i w śledztwie reprezentują nas jednak aktorzy i realizatorzy, żeby na koniec przedstawić tak zwaną krótką listę prawdziwych winowajców. Zadara deklaruje, że nie wierzy w winę zbiorową, winni są zawsze konkretni ludzie. A więc szukajmy ich wśród nas, znajdziemy, a będziemy wolni!

Spektakl rozpada się na dwie części. W pierwszej dostajemy podstawowe dane na temat marcowego pogromu. Zadarowcy liczą, ile osób musiało opuścić kraj, jakie przepisy w związku z tym złamano, jakiego dochodu narodowego pozbawiliśmy się tym aktem. Które instytucje i pod jakim pretekstem zwalniały Żydów z pracy? Gdzie znaleźć takie informacje? Czemu wszystko jest tajne? Czemu tych zakładów pracy już nie ma? Kolejni prelegenci siadają za stołem, proszą o slajd, omawiają jeden dział, dziękują za projekcję. I zaczyna się następny wykład. Spektakl niby zawęża opowieść o Marcu do jednej idei i sprawy, ale jednak chce ogarnąć za dużo. Jak już ogarnia więcej, okazuje się, że to i tak za mało i pewne rzeczy zostają niedopowiedziane. Mimo wstępnych ograniczeń – zajmujmy się tylko liczbami, datami, procedurami, drabiną decyzyjną i ludzką odpowiedzialnością – w tle pojawiają się głosy ofiar, historie rozszabrowanych mieszkań i przedmiotów. U Zadary panuje na przykład cisza w kwestii pomarcowych docentów, czyli awansów na stanowiska wygnanych (wiem, nie można za to ukarać sądownie, ale można było te winy przynajmniej wskazać, skoro liczymy w spektaklu takie rzeczy, jak PKB Polski z wygnanymi i bez). Jest tylko wspomniana tak zwana atmosfera w kraju, która była efektem antysemickiej nagonki, szeptanej propagandy.

Ale kto za tym stał? Konkretnie! Trójka aktorów po kolei wyrzuca za siebie teczki personalne Gomułki, Moczara i Cyrankiewicza. Nie ma dowodów, podpisów, papierów, potencjalni sprawcy nie żyją. Białe kartki fruwają za plecami, pojawiają się wątpliwości, czy coś w ogóle po tylu latach można jeszcze odkryć? Już, już wydaje się, że to skręci w stronę widowiska o porażce, o spóźnieniu twórców. To śledztwo już nie ma sensu, za długo czekaliśmy, oskarżeni się wymknęli. Nawet dziś wyręczamy prawników i publicystów, ale chyba mogliśmy zacząć wcześniej. Może my też jesteśmy winni zaniechania? Ale jednak Zadara i jego ekipa cofają się przed samooskarżeniem. Powolutku wkraczamy w drugą część przedstawienia.

Oto podczas sprawdzania drabinki odpowiedzialności za wygnanie Żydów – przywódcy państwa i partii, pracodawcy, urzędnicy, celnicy – twórcy spektaklu dochodzą do kategorii „dziennikarze”. I wreszcie sukces. W archiwach bibliotecznych i redakcyjnych są przechowywane antysyjonistyczne, czyli antysemickie teksty, a tekst może być dowodem w sprawie. Zwłaszcza jeśli jest podżeganiem do waśni na tle rasowym lub narodowościowym albo zohydzaniem konkretnej mniejszości. Kwerenda wykazuje, że z wszystkich rozpoznanych autorów plugawych donosów, komentarzy i pomówień z 1968 roku żyje jeszcze siedem osób. Twórcy dotarli do trójki. Ich artykuły zostaną przeczytane i zanalizowane w obecności widzów. Jedna z piszących szefuje obecnie jakiemuś pismu ekonomicznemu, Karol Badziewiak wydawał w wolnej Polsce nacjonalistyczną gazetkę „Aspekt Polski”, Iwona Śledzińska-Katarasińska jest dziś posłanką PO, zasiada w sejmie od 1989 roku, z partii wystąpiła w okresie Karnawału Solidarności. I w tym momencie zaczyna się etyczny klops całego przedsięwzięcia. Chyba założony, bo kto nie słyszał o przeszłości byłej kandydatki na ministra kultury w rządzie Jerzego Buzka? Tłumaczyła się z głupot młodości wiele razy, przepraszała. Zadara musiał wiedzieć, że w końcu na nią wpadnie w swoim śledztwie, być może liczył jednak, że towarzystwo oskarżonych będzie większe.

Nasza nadzieja, twórców i widzów zasiadających na tym spektaklu, polegała również na wierze, że ekipa badawcza odnajdzie szarą eminencję odpowiedzialną za Wygnanie. Wciąż żyjącego obłąkanego starca, który pociągał za wszystkie sznurki. Tymczasem będzie to odkrycie jak w Edypie: trup jest po naszej, liberalnej, postępowej stronie. Zbrodnia jest zbrodnią, zwłaszcza ta przeciwko ludzkości, mniejszy zbrodniarz też jest zbrodniarzem, skoro nie można złapać dużego, nie ma mocodawców – zadowolić się trzeba płotką.

W myśl projektu Zadary nie wystarczy infamia lub tylko niesmak, jaki towarzyszy lekturze młodzieńczej działalności pisarskiej łódzkiej posłanki. Nie wystarczy już napiętnowanie winnej, nie wystarczy zapytać się publiczności, kogo my w ogóle wybieramy do sejmu od tylu lat? Zarzut – zbrodnia przeciwko ludzkości – jest zbyt poważny. Złożyć zawiadomienie, czy nie złożyć? – zastanawiają się w imieniu badaczy aktorzy na scenie. Czuję szacunek dla realizatorów za publiczne przedyskutowanie moralnych aspektów tego gestu, skoro nie mogą się wycofać z penalizacyjnej zapowiedzi. Dlaczego wskazujemy akurat ją? Przecież zmieniła poglądy. Czemu mamy iść do prokuratury Ziobry z oskarżeniem członka opozycyjnej partii? Karol Badziewiak poglądów nie zmienił, zastanawia się Arkadiusz Brykalski, ale żona byłego propagandzisty powiedziała im, że jest zniedołężniały, stracił wzrok i pamięć. I jak tu doprowadzić do sądu człowieka bez kontaktu z rzeczywistością? Zadarowcy mają świadomość manipulacji litością i stopniem odpowiedzialności za Marzec. Bo obecny polityk zawsze będzie bardziej winien niż rencista-emeryt. Przy wyrównanych winach pech Śledzińskiej-Katarasińskiej polega na tym, że jest rozpoznawalna, działa aktywnie w przestrzeni publicznej i na swoje nieszczęście przeżyła gorszych od siebie. Katarasińska wie, co robiła, jakiej podłości była częścią. Podejrzewam, że jej aktywność publiczna, polityczna w ROAD, Unii Wolności, PO jest jakąś formą pokuty, służby publicznej, wymazania win. Człowiek, który się zmienił, jest jakby mniej winny od tego, który się nie zmienił, poglądów nie odwołał. Bo to jest ucieczka od zła ku dobru. Sprawiedliwość z czerni i bieli przechodzi wtedy w obrzeża półcienia, szarości. Ale wiedza o tym aspekcie nie ma żadnego znaczenia w projekcie Zadary. To nie uwalnia od winy. I wtedy wpadamy w pułapkę.

Zadara myśli po amerykańsku o Środkowej Europie, prawie i moralności. I mówi: respektujmy prawo, choćby dlatego że w Marcu je złamano, teraz nie mamy wyjścia. Przekłada więc swój zaoceaniczny szacunek do prawa i jego egzekwowania na polskie realia i polską dyskusję o odpowiedzialności. Z jednej strony ma rację, bo nie ma czegoś takiego jak wasza i nasza moralność, moralność jest jedna. Z drugiej wychodzi mu jakaś presja rozliczania za izolowane winy, a nie za całokształt działań. Zygmunt Bauman odpowie za bezpiekę, a nie za filozofię. Wałęsa na zawsze pozostanie Bolkiem, bo jest winny współpracy z SB, coś podpisał po aresztowaniu, zanim jeszcze skoczył przez płot. Rozwalenie systemu było słuszne i piękne, ale podpis trzeba odpokutować.

Nie bronię przeszłości Śledzińskiej-Katarasińskiej ani jej obecnego immunitetu. Ona nie gra w tej lidze, co wyżej wymienieni. To prawda, nigdy nie czytałem równie obrzydliwego tekstu, jak ten wyświetlany na ekranie w Powszechnym, w którym młoda dziennikarka zarzuca Żydom celową współpracę z nazistami. To trzeba było pokazać, przypomnieć. Przeszkadza mi raczej finalna zerojedynkowość projektu z Teatru Powszechnego, która szczególnie silnie objawiła się w momencie, gdy twórcy skupili się tylko na jednej osobie i karze dla niej. Wiemy, że marcowe wypędzenia były złem i stali za nimi źli ludzie. Ale czy już tak wszyscy zgadzamy się w sprawie sensowności kary po latach? Nie przeczymy samej idei kary, tylko pytamy o metody doprowadzenia do wskazania winnego (sprawdziliście naprawdę wszystkich żyjących do dziś dziennikarzy-propagandystów z tamtej epoki?) i o potrzebę jej wymierzenia akurat w tym wypadku. Zerojedynkowość pomocna w interpretacji Marca okazuje się niewystarczająca pięćdziesiąt lat później podczas osądzania organizatorów i współsprawców Wygnania.

I druga sprawa: skoro zdaniem Zadary teatr od zawsze wymierzał symbolicznie sprawiedliwość, to moim zdaniem tak samo od zawsze fascynował się występkiem, czyli niesprawiedliwością, zaglądał w dusze i w mózgi sprawców, ciekawiło go, co mówią na swoje usprawiedliwienie, oddawał im głos, patrzył na świat ich oczami, szukał szarości, nitek bieli w czarnej tkaninie zła. Podejrzewam, że jednak Zadara się myli w tej definicji. Za rzadko czyta Szekspira chociażby. W teatrze raczej nie chodzi o wymierzanie sprawiedliwości, tylko o pokazywanie jej skutków lub tego, co się dzieje, kiedy jej nie ma. Teatr bada niemożliwość sprawiedliwości i triumf niesprawiedliwości. Teatr, który wydaje wyrok, jest mniej interesujący od teatru, który pyta widza, co zrobiłbyś w sytuacji niemożności zaprowadzenia sprawiedliwości, czy wydałbyś wyrok w takiej i takiej sytuacji, czy wyrok w ogóle jest możliwy, co to jest kara, jak działa, a jak powinna? Wolałbym, żeby spektakl z Powszechnego skręcił właśnie w tę stronę.

W TVN-owskim „Drugim śniadaniu mistrzów” Michał Zadara powiedział, że po raz pierwszy nie zrobił spektaklu ironicznego. Jednak w jego drugiej części ta nie-ironia zmieniła znacząco swój ciężar gatunkowy. Zbliżyła się na kilka chwil za bardzo do konwencji spektaklu oskarżycielskiego i demaskatorskiego. Patrzcie – tu jest wróg, spekulant i dywersant. Winny. To nie jest dobra tradycja teatralna. Jako widz empatyczny miałem wtedy naprawdę złe emocje w stosunku do nieoczekiwanej głównej bohaterki Sprawiedliwości. A przecież nie o wzbudzanie takich uczuć chodziło. Lincz jest fajny tylko na niby.

Zamiast kazuistycznych wywodów o nieprzedawnionych winach wolałbym zobaczyć na scenie rekonstrukcję rady redakcyjnej przyjmującej do druku tekst młodej Śledzińskiej. Nie każdy był Ryszardem Gontarzem, do antysyjonistycznych ataków używano chyba też harcowników, niedoświadczonych autorów łatwych do zmanipulowania, wykorzystania ich neofickiego zapału. Kto redagował jej tekst? Kazano go napisać, czy sama z nim przyszła? Czy coś dopisano poza jej wiedzą, czy istniały wytyczne z KC lub cenzury, jak pisać o Żydach, czy była lista dozwolonych lub użytecznych oskarżeń? Co Śledzińska pisała wcześniej? Kiedy skończyła z tą paskudną rasistowską tonacją? Naprawdę to były tylko dwa teksty, czy więcej? I co z odpowiedzialnością korekty, która poprawiała literówki, i zecera w drukarni, który układał czcionki z gotowym tekstem w ramce i mógł skrócić tekst, jak się coś nie mieściło? Zecer i korektor nie byli autorami kalumnii z artykułu, ale tekst przechodził przez ich ręce, parzył ich, gdyby chcieli, mogli zaprotestować, popsuć go specjalnie. I wreszcie – co było groźniejsze – artykuł Śledzińskiej czy antysemickie, prześmiewcze piosenki o Dajanie nagrywane wtedy chociażby przez Jana Pietrzaka? To nie jest rozmywanie winy, to jest propozycja spojrzenia kontekstowego. Ekipa Zadary skupia się na odpowiedzialności dziennikarzy, odpowiedzialność niektórych artystów znika im w natłoku spraw do przebadania.

„Wszystko w tym spektaklu jest prawdą” głosi napis na ekranie w prologu do Sprawiedliwości. Zgoda, ale za mało mówi się o konsekwencjach tej prawdy. Dla społeczeństwa, katów i ofiar. Co z tą prawdą można dziś zrobić? I komu się tę prawdę o Marcu teraz zostawia? Prokuratorom Ziobry, widzom TVP, wyborcom PiS? Co oni z nią zrobią? Zadara i zespół zdają się mówić: „To już nie nasza sprawa, nie nasz cel. Teatr tylko zawiadamia o przestępstwie”. Niby ma do tego prawo, ale jednak – strach.

Łukasz Drewiniak, teatralny.pl, 04.04.2018

http://teatralny.pl/opinie/k185-teatr-ktory-wyrecza,2326.html

„Zapiski z wygnania”: Widzowie szybko przestają szperać w telefonach. Mają ściśnięte gardła. Krystyna Janda hipnotyzuje

Żaden, nawet najbardziej wymyślny pomysł inscenizacyjny nigdy, przenigdy nie dorówna Krystynie Jandzie, która stojąc na gołych teatralnych deskach, mówi proroczymi słowami Sabiny Baral: „Nas już tu nie ma. A wy zostaniecie z tym waszym antysemityzmem”

Na wyciemnionej scenie Teatru Polonia stoi mikrofon. Za mikrofonem ubrana na czarno aktorka. To może nawet nie jest kostium, aktorka wygląda, jakby przyszła przed chwilą z domu. Czarna bluzka, czarna spódnica, zupełnie zwyczajne buty. I chyba nawet nie jest przesadnie uczesana. Ot, ogarnęła włosy przed wyjściem do ludzi. Zresztą nie widać jej zbyt dobrze, bo w miejscu kurtyny wisi siatka, na której wyświetli się niebawem jej twarz i kilka czarno-białych archiwalnych projekcji. Aktorka zaczyna mówić, ale jakoś tak niezbyt głośno. Trzeba się kompletnie wyciszyć i skupić, żeby słyszeć każde jej słowo. A słowa jakby kapały, jedno po drugim. I nic więcej. Nic więcej się nie dzieje. Nic a nic. Nic na scenę nie wjeżdża, nic z niej nie zjeżdża, światło się nie zmienia, żadnej właściwie scenografii nie widać. Tylko cienie muzyków akompaniujących aktorce, która kiedy nie mówi, to śpiewa: „w zaplombowanych wagonach/ jadą krajem imiona” albo „że jedna łza opada w dół/ to jeszcze nic, to jeden ból”. I tak przez prawie dwie godziny.
Widzowie szybko przestają się kręcić i szperać w telefonach. Nikt nie rozwija cukierków z szeleszczących papierków i nie wymienia się uwagami z osobą towarzyszącą. Oczy widzów w pękającej w szwach sali patrzą tylko na aktorkę, a w powietrzu czuć takie napięcie, jakby ktoś miał wzrokiem przesuwać przedmioty. Nikt nawet nie drgnie, chyba że w końcu musi sięgnąć po chusteczki, bo wypełnione łzami oczy muszą zrobić miejsce na nowe. Tak, toczą się łzy po policzkach i kapią na teatralne fotele. I zaczyna się coraz częstsze smarkanie, bo nos, jak oczy, też nie wytrzymuje. Tak samo jak gardła. Ściśnięte gardła. I tak przez prawie dwie godziny.
„Emigracja to rodzaj pogrzebu, po którym życie dalej trwa” – od tych boleśnie prawdziwych słów Tadeusza Kotarbińskiego zaczyna swoje „Zapiski z wygnania” Sabina Baral. W marcu chyba żadnej książki w Polsce nie przekazywano sobie częściej z rąk do rąk. „Masz może pożyczyć Baral?” – słyszałem to nieskończoną liczbę razy. Słyszała to też pewnie niejeden raz aktorka, która Sabinę Baral poznała bodaj dwa lata temu podczas spotkania autorskiego w zrównanym dzisiaj z ziemią Teatrze Żydowskim. Wtedy czytała fragmenty książki, dzisiaj mówi je ze sceny własnego teatru. Ale co ja plotę. Właściwie nie mówi, tylko hipnotyzuje. I tak przez prawie dwie godziny.

„Zapiski z wygnania” to nie jest żaden naukowy buch, żadne opracowanie, żaden komentarz do „wydarzeń marcowych”. To napisane znakomitą polszczyzną i gęstymi emocjami refleksje młodej dziewczyny, której świat rozpada się na kawałki. Dziewczyny z Wrocławia, którą wyrzuca własna ojczyzna. Wyrzuca ją, bo jej mama ma na imię Estera, a dziadek – Zacharje. To są niedobre imiona w Polsce w 1968 roku. Niedobre imiona i niedobry wygląd. Zresztą czy kiedykolwiek były dobre? Czy byłyby dobre dzisiaj? Te pytania zdają się kołatać w głowach wszystkich widzów. I aktorki za mikrofonem też. A w mnożeniu pytań jest bezlitosna, nie przestaje nawet na chwilę. Tylko mówi i mówi, i mówi, i śpiewa, ale jakoś tak beznamiętnie, jakby siły nie miała, jakby chciała zaraz zrezygnować. I tak przez prawie dwie godziny.
Choć opowieść Sabiny Baral sama w sobie jest niezwykle przejmująca i nieraz wstrząsająca, wypowiedziana przez tę aktorkę nabiera takiej siły, jakiej nie dałaby tym słowom żadna inna polska aktorka. Żadna. To jest także wielki, wręcz spektakularny w swojej niespektakularności triumf słowa w teatrze. Żaden, nawet najbardziej wymyślny pomysł inscenizacyjny nigdy, przenigdy nie dorówna tej aktorce, która stojąc na gołych teatralnych deskach mówi proroczymi słowami Sabiny Baral: „Nas już tu nie ma. A wy zostaniecie z tym waszym antysemityzmem”. Widzowie wtedy wstrzymują oddech i serca bić przestają. Przysięgam. Bo tą aktorką jest Krystyna Janda.
Sabina Baral „Zapiski z wygnania”, reż. Magda Umer, Teatr Polonia w Warszawie.
Najbliższe spektakle: 1-4 maja (Teatr Polonia w Warszawie), 13 maja (Centrum Sztuki „Impart” we Wrocławiu), 17-19 maja (Teatr Stary w Lublinie), 21 maja (Simchat Chajim Festival w Jarocinie)

Mike Urbabiak, Wysokie obcasy, 7.04.2018
http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/7,127763,23232649,zapiski-z-wygnania-widzowie-szybko-przestaja-szperac-w-telefonach.html

ZAPISKI Z WYGNANIA, CZYLI „CZY WY O TAKICH RZECZACH WIECIE?”

Spektakl z kategorii tych, na temat których nie ma się co rozpisywać. Ich recenzję powinny stanowić dwa fakty: bilety wyprzedane na miesiące do przodu i ilość pomiętych, wilgotnych chusteczek wynoszonych przez widzów z teatru. I w zasadzie nic więcej mówić nie trzeba! „Zapiski z wygnania” w reżyserii Magdy Umer stanowią adaptację niezwykłych wspomnień Sabiny Baral, kobiety, która pięćdziesiąt lat temu przeżyła przymusową emigrację z Polski, tracąc bezpowrotnie cały swój świat. Spektakl ten to nie tylko wzruszające wspomnienie tamtych wydarzeń, ale też rozpaczliwy krzyk o to, by świat się opamiętał (choć paradoksalnie Krystyna Janda nawet na chwilę nie podnosi tu głosu). Trudno się ogląda tak intymne przedstawienie grane jak przez taflę szkła. Przez kilka chwil chciałem nawet marudzić, a potem zrozumiałem, że Magda Umer musiała tę ścianę stworzyć, żeby Krystyna Janda nie rozsypała się z emocji przed widzami. I że utrudniła jej pracę maksymalnie, bo przecież artystka, będąc odgrodzona od publiczności, czuje jej obecność, rozumie, że ta przeraźliwa, aż sycząca cisza – to absolutne zrozumienie i jedność. Ta świadomość też może działać z przerażającą siłą. A jednak Janda, na przekór wszystkiemu, znów wygrała. Mało tego, ta tafla jest potrzebna nam, widzom, byśmy poczuli, jak to jest wiedzieć, że gdzieś tam, jest ktoś, kogo lubimy, cenimy, za kim tęsknimy, ale ktoś nam odebrał możliwość bezpośredniego kontaktu.

Niespecjalnie podoba mi się finałowa sekwencja filmowa, która owszem – wstrząsa widzami, tylko nie wiem, czy tego samego efektu nie dałoby się osiągnąć innymi środkami. Wszystko inne – ocenić muszę jako majstersztyk. To, że komentarz do słów Sabiny Baral wyrażany jest przez Jandę spojrzeniami, westchnieniami, załamaniem rąk, zapaleniem papierosa, kilkoma krokami – więcej mówi o tym, jak głęboko je przeżyła niż gdyby miotała się w szale po całej scenie. Widzowie mają podobnie – już same słowa zabijają, a ten wymowny, choć kobiecy i delikatny, całkowicie niewerbalny komentarz – dodatkowo uruchamia emocje.

Jak daleko stąd, jak blisko? Janda stoi zaledwie kilka metrów od nas, obok gra orkiestra, a ma się wrażenie, że to świat, który nigdy nie będzie na wyciągnięcie ręki. Kiedy się wreszcie zrozumie, że ta półprzezroczysta kurtyna nie podniesie się już do końca przedstawienia, wzruszenie bierze górę.
„Zapiski z wygnania” wcale nie mają na celu otwierania ran ludzi, którzy pół wieku temu doświadczyli niezawinionego zupełnie zła (zresztą dla wielu rany te nie nigdy się nie zagoiły). To raczej próba uzmysłowienia ludziom, do czego prowadzą pewne słowa czy zachowania. Po tylu latach okazuje się, że wielu jakby zapomniało, do czego prowadzi antysemityzm, inni, którzy nie pamiętają tamtych czasów, płyną zaś z prądem wydarzeń, zachwyceni hasłami o wielkiej patriotycznej postawie…

„Zapiski z wygnania” w teatrze stają się opowieścią o życiu ludzi, którym zgotowano traumę niemal nie do przejścia. W ich kraju nie szalała wojna, a mimo to musieli z niego wyjechać, zostawiając niemal wszystko, co mieli (i – niestety – także wszystkich). Pożegnanie z ojczyzną wypadło wyjątkowo dramatycznie. Sam wyjazd, poprzedzony urągającymi godności „emigrantów” wydarzeniami, był końcem wszystkiego, co do tamtej pory znali. Przed nimi jawiło się jakieś inne, nieznane życie, na spotkanie z którym jechali emocjonalnie wyczerpani. Cały ich dobytek, przechodził w obce ręce (ileż jest świadectw o bogacących się nagle w tamtym okresie urzędnikach i celnikach). Dowiadujemy się, że aby móc jakoś sobie poradzić z tym wszystkim, trzeba było popełnić wewnętrzne samobójstwo. Tylko skąd czerpano na to siły? Bo przecież w Polsce zostawali przyjaciele, miłości, znajomi, domy i sprzęty, ba, nawet groby bliskich. Bilet wszakże był tylko w jedną stronę, więc trzeba było zrozumieć, że nie ma już powrotu. I to najważniejsze pytanie: dlaczego? Za co to wszystko?
Będzie w spektaklu tyle momentów, przy których na twarzach widzów pojawi się niedowierzanie, potem smutek i taka wzruszająca ludzka solidarność. Bo przecież to jest rzecz o tych, którym działa się potworna krzywda. Za nic. Dowiemy się, że nawet zwykły plan miasta staje nagle dokumentem państwowym, że własnych zdjęć nie można zabrać, pamiątek, świadectw, ba nawet pamiętnika nastolatki, bo to ważny dla kraju „rękopis”. Dlaczego? Tak po prostu, bo można to było ludziom zrobić. Bo taki był czas. Bo jeszcze można się było na tych Żydach dorobić… „Robili z nami co chcieli” – padnie ze sceny. I nie trzeba będzie mówić więcej, żeby słowa te zrozumieli wszyscy obecni. Tyle że słowa padną, a po nich kolejne i kolejne. O tysiącach nikomu niepotrzebnych pieczątek, o upokorzeniu, o do ostatniej chwili trwających szykanach, o tym, że wyjeżdżając miało się tego wszystkiego serdecznie dość. A, dodajmy, to był wyjazd z własnej ojczyzny – do tego z biletem w jedną stronę…

„Zapiski z wygnania” to także spektakl o tym, co trzeba zrobić, żeby odbudować sobie świat, który zawalił się w kilka zaledwie miesięcy. O tym, że jednym się ta sztuka udała, innym – niekoniecznie. To głos kobiety, która odważyła się być szczęśliwa, mimo wszystko. Pisałem kiedyś, że człowiek potrafi czerpać wodę nawet z wyschniętej studni. To jest właśnie ten przypadek…
Przedstawienie w Teatrze Polonia uchyla drzwi do prawdy, że zło naprawdę żyje pod słońcem… Wypowiadanym przez Krystynę Jandę słowom Sabiny Baral towarzyszy chwilami uśmiech przez łzy. Bo to jest przecież dramatyczne wyzwanie rzucone tym którzy nie rozumieją. „Czy Wy o takich rzeczach wiecie?” – powinniśmy powtarzać przypominając zło, które miało miejsce pięćdziesiąt lat temu – wszystkim tym, którzy jakoś nie zauważają, że antysemityzm, uniwersalny język wszystkich faszystów świata, w ogóle nie powinien mieć miejsca. Mądry, potrzebny i przejmujący spektakl – przestroga. Zobaczcie koniecznie – właśnie teraz.
Włodzimierz Neubart

Przyznane Chochliki:
tekst sztuki: 6
gra aktorska: 6
reżyseria: 5
scenografia i kostiumy: 6
wrażenia artystyczne: 5
razem: 28

autor: chochlik kulturalny/Włodzimierz Neubert

27.04.2018

https://chochlikkulturalny.blogspot.com/2018/04/zapiski-z-wygnania-czyli-czy-wy-o.html

FELIETON

Tej nie kocham, tej nie lubię, tej nie pocałuję…

– tak brzmią słowa starej dziecięcej zabawy, w której z bezmyślnym kilkulatków okrucieństwem eliminuje się kolegów, nie wiedzieć czemu, z kręgu kochanych i całowanych. Dlaczego? Dlatego.

MAŁGORZATA STĘPIEŃ

– W czasie II wojny światowej według Yad Vashem zginęło 4 miliony Żydów. Wśród bezdusznej liczby jest dla mnie spielbergowska dziewczynka w czerwonym płaszczyku, mała Sabcia Wygnańska z kieleckiej wsi, której dziadkowie prowadzili sklep przylegający obejściem do szkoły powszechnej. Podwórko szkolne z zagrodą Wygnańskich dzielił śmietnik, na który babka Sabci pewnego dnia wyrzuciła dopiero co wyklute kaczątko.
Sabcia zapukała do drzwi kierownika szkoły i z tajemniczą miną wywołała jego córki. Za stodołą otworzyła stulone rączki. Ach! – wyrwało się dziewczynkom. Popiskiwała tam żółta kulka, której nóżki rozciągnięte w szpagat skazały ją na śmierć. „Musimy pisklaka ukryć u was, bo babka zrobi mu coś złego!” – zawyrokowała przerażona, tuląc delikatny puszek do ust. Bardziej troskliwej opiekunki nie było.
Zginęła w Auschwitz.
– W marcu 1968 roku wyjechało z Polski od 13 do 20 tysięcy Żydów.
Wyjechała z Bielawy babcia Jo. Siedząc na tobołkach i tuląc wnuczka, małego Abramka, prosiła syna płacząc – „Herszlik, jedźcie z nami. Taki świat drogi!“
Herszele nie mógł jednak wyjechać, bo piękna Julia, żona Polka, nie chciała opuścić Polski.
Babka zamieszkała w Izraelu, w Nahariji, ale daleko w Europie pozostał jej ukochany Abramek, zostało serce, które bez dziecka nie chciało dłużej bić. Po tej miłości pamiątkami są egzotyczne, zasuszone kwiatki, które babka, nie umiejąc pisać, wysyłała wnukowi, dając znać, że pamięta i tęskni. Życie Herszele uległo zmianie. Rozdarty między bliskimi w Izraelu, a żoną i dziećmi, nie był szaęśliwy.
Po rozwodzie z Julią, wyjechał do Izraela. Matki już nie było.
„Historia nie biegnie głównymi traktami, ale przede wszystkim chodzi bocznymi uliczkami spokojnych miasteczek” – taki napis widnieje na tablicy w synagodze w Chmielniku. Ilu jeszcze ludzi ma swoich Blanków, dobrych kolegów, którym wciąż pamięta się pomoc w szkole, panów Gąsków, znakomitych ,,krawców mężczyźnianych“ szyjących wszystkim chłopcom garniturki komunijne, Josków, doskonałych ,,szewieców”?
I stało się tak, jak w piosence Jacka Kaczmarskiego dwadzieścia lat póżniej – Alek mieszka w Kopenhadze, a Krysia (izraelska już Batia) w Tel-Awiwie, Danek w Wiedniu, Janusz we Frankfurcie, Sura w Paryżu, Marek w Zurychu. Są informatykami, kupcami, naukowcami, restauratorami, prawnikami. Tak, Polska jest uboższa o ich wiedzę i zdolności, ale nie możemy nigdy zapomnieć o zwykłych babciach Jo, których życie upłynęło na rozstaniach i na ciągłej tęsknocie za domem, za Polską – najpierw na Syberii, a potem na przymusowej obczyźnie.
Sabina Baral – w marcu 1968 roku studentka Politechniki Wrocławskiej – wzięła udział w burzliwym sprzeciwie młodych ludzi przeciwko zdjęciu z afisza ,,Dziadów” Mickiewicza, przeciw dyktaturze zwanej proletariacką, przeciw niesprawiedliwym ocenom, przeciw dominacji partii nad wolną wolą i kulturą.
Nikt wtedy nie spodziewał się, jakie kręgi zatoczy ten wir i kogo wciągnie zawierucha, na której czele stanęli Adam Michnik i Henryk Szlajfer, obaj o żydowskich korzeniach. Ich udział wystarczył, aby za bunt oskarżyć obywateli polskich pochodzenia żydowskiego i zatuszować budzącą się w narodzie niezgodę na zbytnią ingerencję państwa w życie Polaków. Dodać trzeba, że wydarzenia marcowe rozgrywały się na tle istniejącej już nagonki antyżydowskiej, rozpętanej w 1967 roku po wybuchu wojny izraelsko-arabskiej, w której
Związek Radziecki opowiedział się po stronie Palestyny. W zniewolonym PRL-u słusznym zatem było popieranie rosyjskich sympatii. Polscy Żydzi zapłacili za tę manipulację wypędzeniem.
Sabina Baral (wtedy Binder) wyjechała z rodzicami do Stanów Zjednoczonych. Jak głęboko zraniła ją emigracja wbrew woli, opisała we wspomnieniach ,,Zapiski z wygnania”. Czuła się odepchnięta i upokorzona decyzją polskiego rządu. Nie, nie zostanie tu, gdzie jej nie chcą. Przed podjęciem ostatecznej decyzji o emigracji jeszcze oglądała się na sprzeciw narodu, że tak nie można, że Żydzi to także Polacy oddani ojczyźnie, mający swój jedyny dom właśnie
tu, nad Wisłą, Nikt nie zabrał głosu przeciwko barbarzyństwu. 20-letnia dziewczyna z urażoną dumą była tak zdeterminowana, że zdecydowała się na wyjazd nawet porzucając narzeczonego, a gdy rodzice zaczęli marudzić nie chcąc opuszczać domu cokolwiek by się tu nie działo, Sabina odpowiedziała – To zostańcie. Ja wyjeżdżam.
Byli już starsi, był to dla nich czas na stabilizację, nie na zmiany, ale Sabina to jedyna, ukochana córka… Trzeba się pakować. Jak wyselekcjonować pamiątki? Z czego zrezygnować i porzucić? Obostrzenia władz dotyczące mienia przesiedleńczego były drakońskie. Sąsiedzi łakomie spogłądali na meble, ubrania, naczynia, nie odwodząc ich od wyjazdu, ale na niego czekając.
Państwo Estera i Zygmunt Binderowie nie znali języków obcych, nie byli obeznani w obcym świecie, pracowali we wrocławskiej fabryce szczotek i prowadzili życie zwykłe, spokojne, dalekie od światowego, zatem nasza dumna autorka brała na siebie odpowiedzialność za szczęśliwe dobicie z nimi do spokojnej przystani. Teraz ona była opiekunką, pocieszycielką, tłumaczką, żywicielem.
Wzruszenie ścisnęło mi gardło, gdy zobaczyłam zdjęcie matczynego słownika polsko-angielskiego. Zniszczona, widać, że często używana książeczka z rozpadającymi się kartkami. Ten słownik powiedział mi wszystko o mamie Sabiny Baral, która drżącymi rękami wertuje słownik w sklepie, zagadnięta przez sąsiadkę. Widać w tych strzępach jej zagubienie i gorączkowe próby odnalezienia się wśród obcych. Często był w użyciu. Żaden, najbardziej
nawet artystyczny opis i liryczna wylewność nie zastąpią mi tego zdjęcia.
Poznałam Esterę.
Rozumiem Sabinę Baral, kiedy odwraca się od współczesnych problemów Polski. Mam inny świat – bezpieczny i dzieli mnie od niego kilka godzin lotu – mówi, odgradzając się tym samym od IPN-owskiej ustawy, wewnętrznych i zewnętrznych polsko-żydowskich konfliktów, nieporozumień dyplomatycznych. Rozumiem też Sabinę Baral, która odwiedza Polskę chcąc spotkać się z przyjaciółmi, zobaczyć stare kąty, odetchnąć atmosferą młodości. Powiecie, że tamto odżegnywanie się i obecne częste odwiedziny to sprzeczność?
Nie, to zagmatwana i rozdarta dusza wygnańca. Baral lubi powtarzać w wywiadach słowa Faulknera: ,,Przeszłość nigdy nie umiera. Właściwie nawet nie jest przeszłością”.
Książkę napisała po polsku i wydała w Polsce. Mówi, że „wyrwała tę książkę z własnej duszy” zawierając w niej cały ból wypędzenia. Przekazała Polakom, w których wciąż jeszcze mimo okrutnych doświadczeń tkwi ksenofobia i antysemityzm, uczucia człowieka pozbawionego domu. Z pięcioma dolarami w kieszeni, pozostawiając przyjaciół i miłość, wygnaniec zostaje zmuszony w nieznanym budować życie. Emocje, które towarzyszą
czytającemu pamiętnik są bardzo głębokie. To nie wydumana historia, ale dokument ,,ku pamięci”.
Magda Umer, jako reżyserka i Krystyna Janda, jako sceniczna odtwórczyni postaci Sabiny Baral, dopisały własny, dalszy ciąg tej historii. W Teatrze Polonia obie panie wystawiły „Zapiski z wygnania”. Co za artyzm, co za takt, co za umiar!
Krystyna Janda wycofana w głąb sceny, odgrodzona od widowni tiulową kurtyną, która lekko zasnuwa mgłą tamte wydarzenia, ale nie pozwala im zniknąć – opowiada. Opowieść ilustrują muzycy i fragmenty filmów dokumentujących wydarzenia marcowe.
,,Emigracja to rodzaj pogrzebu, po którym życie dalej trwa” – słowa Tadeusza Kotarbińskiego, którymi Baral rozpoczyna swoją opowieść – płyną cicho z ust zwyczajnej kobiety, tak małej i drobnej w ciemnościach sceny, mającej jedynie mikrofon jako partnera, na którą skierowane jest punktowe światło, jakby wydobywające ją z masy jej podobnych, tysięcy Żydów, którzy tam, w ciemności, swoją obecnością potwierdzają przeszłość. Nic nie jest ważne w spektaklu, tylko słowo, które Krystyna Janda ceni, zna i wypowiada jak nikt. Ascetyczność gry aktorki i otoczenia pogłębia odbiór. Czy ona gra? Czy wyjęła duszę Sabiny i teraz sączy ją w nasze serca? Akcenty muzyczne, fragmenty piosenek – wyrwane, niedokończone, zmięte w ustach, zamilkłe…
Czasem wydaje się, że to już koniec spektaklu, ale nie, to Janda mistrzowsko operuje pauzą podsycając napięcie. Po ciszy, wyciąga z zakamarków pamięci kolejną historię, a milcząc zastanawiała się tylko, czy też o niej powiedzieć.
Widownia zamiera, w zastygłych ludzi wlewają się ciche słowa „Zapisków”. Tu niepotrzebna deklamacja, tekst pamiętnika niesie w sobie wielkie bogactwo emocji tak ciężkich, że wraz z aktorką coraz częściej widzowie ocierają łzy.
Ale co to? Na czarnej mgle marcowych wspomnień pojawiają się współczesne obrazy rozkrzyczanej tłuszczy z nienawiścią na twarzach. Są buńczuczni, pewni swego, niosą obraźliwe hasła, ryczą ulicznym żargonem deklaracje sily i nienawiści, i nietolerancji.
,,Nas już tu nie ma. A wy zostaniecie z tym waszym antysemityzmem” – smutno konstatuje Sabina Baral.

artpost nr 3(22) 2018 maj-czerwiec, s. 30-31

Krystyna Janda hipnotyzuje. Jej najnowszy spektakl to ważna lekcja historii dla Polaków [RECENZJA]

Jakub Panek 04.05.2018

Krystyna Janda repertuary swoich teatrów od zawsze układa z dużą precyzją. Ostatnia propozycja Teatru Polonia – spektakl „Zapiski z wygnania” to dowód, że Janda sięga nie tylko po komercyjne hity światowych scen. O wydarzeniach Marca ’68 mówi przejmująco, hipnotyzując publiczność.

O Krystynie Jandzie można pisać i mówić bez końca. Lista ról, które podarowała polskiemu kinu i teatrowi jest naprawdę długa. Od wielu lat prowadzi z sukcesem (komercyjnym i artystycznym) w Warszawie dwie prywatne sceny – Teatr Polonia nieopodal pl. Konstytucji i Och-Teatr w budynku dawnego kina Ochota.

Nie jest tajemnicą, że spektakle z Krystyną Jandą w obsadzie zawsze wypełniają się widzami po brzegi. Paleta ról, w których obecnie można na żywo zobaczyć aktorkę jest pokaźna. I każda jej sceniczna propozycja jest warta uwagi. Od uwielbianej przez widzów nieszczęśliwej i zahukanej gosposi domowej, która nagle mając dość – rzuca wszystko i wyjeżdża do Grecji („Shirley Valentine” – grana w stolicy od 1990 roku; od 2005 roku w Polonii), poprzez marzycielkę i „najgorszą śpiewaczkę operową na świecie” Florence Foster Jenkins (kultowa „Boska”, T. Polonia), surową i demoniczną Marię Callas („Maria Callas – Master Class”, Och-Teatr), aż po zwariowaną i nadużywającą alkoholu pomoc domową („Pomoc domowa”, Och-Teatr). Wszystkich twarzy Jandy opisać w krótkim tekście nie sposób. Ale celowo je przytaczam, by zwrócić uwagę na najnowszą kreację Krystyny Jandy.

Słowa ze sceny tną ciszę jak sztylety
W marcu do repertuaru Teatru Polonia włączono „Zapiski z wygnania”. To spektakl na podstawie bardzo osobistych wspomnień Sabiny Baral. Po Marcu ’68 roku, mając niespełna 20 lat wyemigrowała z Polski z rodzicami. – W marcu 1968 r. Polacy nie tylko nie walczyli w żaden sposób o nas, a wręcz niektórzy szukali możliwości wzbogacenia się. Urzędnicy i celnicy np. wymuszali łapówki, a sąsiedzi przychodzili do mojej mamy i mówili: „Pani Esterko, ten stół się na pewno nie sprzeda, a państwo musicie zostawić puste mieszkanie, może my ten stół zabierzemy” – mówiła Baral w ostatnim wywiadzie opublikowanym m.in. na łamach „Magazynu Świątecznego”.

Wstrząsającą książkę na potrzeby teatru zaadaptowały Krystyna Janda i Magda Umer. W 100 minutach musiały zmieścić nie tylko szczegółową relację wędrówki Baral z jej rodzinnego Wrocławia poprzez Wiedeń i Rzym do USA, ale także historię Marca ’68. Bo „Zapiski” to przecież świadectwo tamtych wydarzeń, swoisty akt oskarżenia wobec PRL-u i dowód na haniebną postawę Polaków wobec Żydów.

Pomysł na inscenizację „Zapisków” w Polonii to majstersztyk. W czarnej przestrzeni sceny znalazły się tylko miejsca dla Krystyny Jandy i kilkuosobowego zespołu muzycznego Janusza Bogackiego. Publiczność od artystów dzieli przezroczysty ekran kinowy, na którym jednocześnie pokazywana z bliska jest twarz Krystyny Jandy i projekcje historyczne. Jednak ta wydawałoby się z pozoru bariera tylko wzmacnia przekaz. Bo oko w oko jesteśmy w Jandą i jej emocjami. Swoją opowieść przeplata muzyczną recytacją. Przekaz z każdym kwadransem jest mocniejszy – na widowni pełne skupienie. W tym hipnotycznym doznaniu nie ma jednak obojętności. Słowa ze sceny tną ciszę jak sztylety. Nie brakuje łez. Widzowie (to powinna być reguła) nie bawią się smartfonami, nie szukają godziny na zegarku, nie rozmawiają.

Pomyli się ten, kto stwierdzi, że to przedstawienie wyłącznie okazjonalne na 50-lecie wydarzeń Marca ’68. To ważna lekcja historii dla Polaków, która nie została odrobiona przez polski system edukacji, przez Polskę. To też ostrzeżenie przed przyzwalaniem dziś na skrajny nacjonalizm i faszyzm. Przedstawienie kończy krótki dokument „bez komentarza” zmontowany z pochodów narodowców 11 listopada w Warszawie. Wydawałoby się w dzisiejszych czasach na ulicach takich słów nikt nie powinien skandować? A jednak. To moment porażający, który daje widowni katharsis. Wychodząc z teatru ludzie są bogatsi nie o kolejną doskonałą rolę Jandy. Nie tylko. Opuszczając mury zaczynają inaczej patrzeć na rzeczywistość. Szerzej i mądrzej.

Jakub Panek, gazeta.pl/kultura, 04.05.2018

http://kultura.gazeta.pl/kultura/7,114628,23357457,krystyna-janda-hipnotyzuje-jej-najnowszy-spektakl-to-wazna.html

„Zapiski z wygnania”, Teatr Polonia in Warsaw. Krystyna Janda hypnotized [RECENZJA]

Krystyna Janda can be written and spoken without end. The list of roles she has given to Polish cinema and theater is very long. For many years he has performed successfully (commercially and artistically) in Warsaw on two private stages – Teatr Polonia near Pl. Konstytucji and Och-Teatr in the building of the former Ochota cinema.
It’s no secret that performances with Krystyna Janda in the cast always fill the audience to the brim. The range of roles in which you can see the actress live is considerable. And each of her stage statements is worthy of attention. By an unfortunate and trashy housekeeper who is loved by the spectators who are suddenly fed up .
1; throwing everything and going to Greece („Shirley Valentine” – since 1990 in the capital, since 2005 in Polonia), by the dreamer and ” the worst opera singer in the world „Florence Foster Jenkins (icon” Divine „, T. Polonia), severe and demonic Maria Callas (” Maria Callas – master class „, Och-Teatr), to crazy and abusive domestic help (” Domestic help „, Och – Theatre). All faces of Janda can not be described in a short text. But I purposely quote them to draw attention to the latest creation of Krystyna Janda.
The words of the stage cut through the silence like daggers
In March, „Zapiski z wygnania” was included in the repertoire of the Polonia Theater. This is a spectacle based on Sabina Baral’s very personal memories. After March 1968, when she was not yet 20 years old, she emigrated with her parents from Poland. – In March 1968, the Poles not only fought for us, but some people tried to enrich themselves. For example, civil servants and customs officers forced bribes, and neighbors came to my mother and said, „Ms. Esterka, this table is not being sold, and you have to leave the apartment, maybe we will take this table,” Baral said in a recent interview from .in. On the pages of „Magazyn Świąteczny”
Krystyna Janda and Magda Umer have adapted a shocking book to the needs of the theater. In 100 minutes, they not only had to provide a detailed account of Baral’s journey from her hometown of Wroclaw through Vienna and Rome to the US, but also about the story of March # 68. For „Zapiski” is after all a testimony to these events, a peculiar charge of accusation against the People’s Republic of Poland and a proof of the shameful attitude of the Poles towards the Jews.
The idea to stage „Zapiski” in Polonia is a masterpiece. In the black room of the stage there were only seats for Krystyna Janda and a group of several musicians Janusz Bogacki. The audience of the artists shares a transparent cinema screen, where Krystyna Janda’s face and historical projections are shown simultaneously. However, this apparent barrier only reinforces the message. Because we are at eye level with Janda and her emotions. His story is intertwined with musical recitations. The message with each quadrant is stronger – in the full focus of the audience. In this hypnotic experience, however, there is no indifference. The words from the stage pierced the silence like daggers. There is no shortage of tears. Spectators (which should be the rule) do not play with smartphones, do not spend hours looking at the clock, do not talk.
Those who find that this performance is only occasionally the 50th anniversary of the March events # 68; This is an important history lesson for Poland, which was not refined by the Polish education system Poland. It is also a warning against allowing today’s extreme nationalism and fascism. The performance concludes with a brief document „without commentary”, which was compiled on the occasion of the national parade on November 11 in Warsaw. No one seems to sing these days on the streets of such words. And yet. This is a shocking moment that gives the audience a catharsis. The theater people are richer, not for another perfect role of Janda. Not only. When you leave the walls, you see reality differently. Broader and wiser.

Infoglitz.com, 4 maja 2018

"Zapiski z wygnania", Teatr Polonia in Warsaw. Krystyna Janda hypnotized [RECENZJA]

KRYSTYNA JANDA – LEKCJA HISTORII

Można czytać historyczne książki. Albo słuchać opowieści uczestników przeszłości. O takiej lekcji historii trudno zapomnieć. Dłużej pozostaje w pamięci. Jest emocjonalna i wzruszająca. Jakby bardziej prawdziwa.
Mieszkała we Wrocławiu, wraz z rodzicami, którzy cudem przeżyli wojnę. W atmosferze nienawiści do inności, Żydów „wyrzucano” ze studiów i zwalniano z pracy. Strajkowali studenci.
W marcu 1968 roku z Polski wygnano kilkanaście tysięcy Żydów.
Przymusowo żegnała rodzinne miasto. Połączona z Polską, kilkuwiekową historią swojej rodziny. Polska Żydówka. Miała 20 lat.

Kobieta sukcesu.
• W 1968 roku była studentką elektroniki na Politechnice Wrocławskiej. Strajkowała.
• Mieszka w Stanach Zjednoczonych.
• Mówi w wielu językach.
• Zajmowała się programowaniem.
• Studiowała biznes.
• W Dolinie Krzemowej założyła firmę, pozwalającą korzystać rynkom w Europie z technologii amerykańskich.
• Stworzyła firmę importującą do USA kamień architektoniczny. Mówi, że kamień to wierny głos historii.
• Zobaczyła wszystkie kontynenty.
W 2015 roku wydała książkę:

„Zapiski z wygnania”

Przypominają dramatyczne wydarzenie marca 1968 roku. Przymusową emigrację, młodej dziewczyny, wraz z rodziną. Z Wrocławia, przez Wiedeń, Rzym do USA.
Autorka opisuje przygotowania do wyjazdu. Obowiązujące wówczas zasady:
• Po odebraniu obywatelstwa polskiego wszyscy otrzymują tzw. dokument podróży.
• Nie można wywozić pieniędzy. Jedna osoba może zabrać pięć dolarów.
• Zakazany jest wywóz rękopisów. Dlatego Sabina nie może zabrać własnego pamiętnika.
• Nie wolno zabierać zdjęć sprzed 1945 roku. Zdjęć mundurów, również zuchowych i harcerskich.
• i inne.
Władzę nad wyjeżdżającymi przejmują urzędnicy i celnicy, którzy wymuszają łapówki.W trakcie podróży powtarzają się rewizje. Podczas jednej z nich celnik odłamuje obcas kozaka Sabiny. Szuka przemycanych kosztowności. Nie znalazł. Pozostało uczucie upokorzenia.
Po wyjeździe z Polski Sabina Baral przestała mówić po polsku. Również jej rodzice, którzy nigdy nie odnaleźli się w amerykańskiej rzeczywistości.
„Był czas, kiedy miałam nadzieję, że Polska wyciągnie do nas rękę, że w skrzynce pocztowej znajdę polski paszport i jakieś słowo, choćby: wybacz”. Pisze w książce Sabina Baral.

Zapiski z wygnania w Teatrze Polonia

Premiera monodramu odbyła się 9 marca 2018 roku, w 50. rocznicę wydarzeń Marca 1968. Przedstawienie reżyserowała Magda Umer, zainspirowana książką Sabiny Boral. Adaptację wykonała Magda Umer i Krystyna Janda. Na scenie wystąpiła Krystyna Janda i Janusz Bogacki z zespołem muzycznym.
Do mojego ukochanego Teatru Polonia, wchodzę półtorej godziny przed rozpoczęciem przedstawienia.
• Bilety wyprzedano już dawno.
• Za pół godziny rozpocznie się sprzedaż wejściówek. Chętni cierpliwie czekają, w coraz dłuższej kolejce.
• Jestem szczęśliwa. Mam wejściówkę.
• Widzowie siedzą na fotelach, krzesłach i schodach.
Po trzecim dzwonku rozpoczyna się spektakl
• Półprzeźroczysty ekran zakrywa scenę.
• Za nim po lewej stronie siedzą muzycy.
• Pośrodku, przy pulpicie stoi Krystyna Janda. Bez makijażu. Ubrana na czarno, z włosami spiętymi w „kitkę”.
Przez sto minut, bez przerw trwa wzruszająca lekcja historii. Widownia zamarła. Na ekranie oglądam zdjęcia rodziny i przyjaciół Sabiny Baral. Fragmenty kronik filmowych z 1968 roku. Przemówienie I sekretarza Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej Władysława Gomułki, o słuszności działań socjalistycznego rządu, o wrogach ludu. O Polsce dla Polaków.
Krystyna Janda mistrzowsko śpiewa i mówi. Fragmenty książki Sabiny Baral, wierszy Juliana Tuwima, Marii Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej. Ekspresja słowa i gestu wywołuje łzy widowni. Aranżacja muzyczna wyzwala jeszcze większe emocje.

Pamiętaj

Historia Polski od wielu pokoleń łączy się z historią narodu żydowskiego.
• Polscy Żydzi walczyli o polskie sprawy. Na przykład brali udział w Powstaniu Wielkopolskim, i Powstaniu Styczniowym.
• Stanisław Lem, Henryk Wieniawski, Jan Brzechwa, Krzysztof, Kamil Baczyński, Julian Tuwim, Antoni Słonimski, to wielcy Polacy pochodzenia żydowskiego.
Jizkor po hebrajsku znaczy pamiętaj. To pierwsze słowa żydowskiej modlitwy podtrzymującej pamięć.
Pamiętać należy po to, aby nie powtarzać błędów poprzednich pokoleń.Przekazać dalej obowiązek pamiętania. Naprawiać błędy, przepraszać jeśli to jeszcze możliwe.
Ostatnie słowa Krystyny Jandy dudnią w mojej głowie, jeszcze po powrocie do domu. Krzyk – pamiętajcie!. Przestroga dla przyszłości.
Widzę wykrzywioną, w niesamowitych emocjach twarz aktorki.
Bardzo dziękuję Pani Krystynie Jandzie i wszystkim twórcom przedstawienia za cenną i wzruszającą lekcję: Marzec’68.
Lekcję krzywdy za inność.
Dziękuję,

Magda Śniecińska, magdablog.pl, 5 maja 2018

Krystyna Janda – lekcja historii

ZAPISKI Z WYGNANIA w finale 24. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej!

Szanowni Państwo,

z radością informujemy, że spektakl ZAPISKI Z WYGNANIA został zakwalifikowany do finału 24. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej, organizowanego przez Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego. Przedstawienie znalazło się w finale pośród 13 innych spektakli. Finał konkursu jest planowany na 29 czerwca.

Zapraszamy do zobaczenia tego spektaklu 6-7 i 19-21 czerwca. Bilety można kupić online lub w kasie, tel. 22 622 21 32.

Serdecznie pozdrawiamy.

8 maja 2018

http://teatrpolonia.pl/pr/390545/zapiski-z-wygnania-w-finale-24-ogolnopolskiego-konkursu-na-wystawienie


Bez wielkich łez

„Zapiski z wygnania” – reż. Magda Umer – Teatr Polonia w Warszawie

Krystyna Janda stoi na scenie. W zwykłej, czarne sukience. Stoi i mówi. Czasem sięgnie po papierosa. Czasem zaśpiewa. I znowu mówi. Tyle. Nic więcej. Ale tyle wystarczy, żeby wzruszyć i poruszyć.

„Zapiski z wygnania” w reż. Magdy Umer w roli głównej z Krystyną Jandą właśnie takie są: doskonale ubogie w formę i bogate w poruszającą treść. Scena jest niemalże pusta, mikrofon, stolik z paczką papierosów i tyle. Ale reżyserka i aktorka świadomie i bezbłędnie wykorzystują technikę – przysłaniają w połowie przezroczystym ekranem scenę i wyświetlają na nim zbliżenia twarzy Jandy podczas monologu albo archiwalne zdjęcia z wydarzeń marcowych. Dzięki temu wyraźnie widzimy, że każdy gest, półuśmiech, każde zmrużenie oka jest po coś. Mamy wrażenie, jakbyśmy uczestniczyli w niezwykle intymnym procesie: dobierania odpowiednich słów, nadawania im wagi i tworzenia całej opowieści. Gdyby nie to, cała historia, choć wzruszająca, stałaby się monotonna.
Janda mówi o bardzo osobistych wspomnieniach Sabiny Baral, która w 1968 roku jako młoda dziewczyna wraz z rodziną została zmuszona do wyjazdu z Polski. Pozwolenie na wywiezienie tylko pięciu dolarów z kraju, podarty pamiętnik przez kontrolerów na granicy czy ukochana poezja Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, z którą tak trudno się było rozstać. Nie ma tu ogólnikowych zdań, patetycznych stwierdzeń, że było źle, niesprawiedliwie, niebezpiecznie. Tekst bogaty jest w szczegóły, to właśnie one tworzą emocje, nie pozwalają zapomnieć o całej tej historii. Janda mówi w pierwszej osobie, ale wcale nie gra Baral. W ten sposób wspomnienia jednej kobiety stają się wspomnieniami wielu.
Aktorka podaje tekst prawie na biało, bez sentymentalizmu analizuje szczegół po szczególe. A jednak z każdym zdaniem nerwy są bardziej napięte, emocje, schowane gdzieś pod skórą u aktorki, u widzów są coraz silniejsze i pojawiają się w postaci łez czy westchnięć. Niesamowita koncentracja towarzyszy każdemu wypowiedzianemu słowu. Oprócz ważnej i wzruszającej historii Janda daje niesamowitą lekcję ze sztuki mówienia. A my nie tylko słuchamy, ale też słyszmy. Tekst podawany tak prosto robi wrażenie, bo Baral nie żali się, nie krzyczy, nikogo nie oskarża. Nie chce też przeprosin, patrzy na wydarzenia marcowe jakby z boku. Rana jest, ale to już nie jej sprawa. Dlatego słowa „kiedy z Polski wyjadą już wszyscy Żydzi, ze swoim antysemityzmem zostaniecie sami” uderzają tak mocno.
Janda chwilami przerywa swój monolog i śpiewa. Piosenki żydowskie, utwory na podstawie wierszy Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, Szymborskiej, Tuwima. Nigdy w całości. Czasem tylko refren, parę zdań zwrotki – komentarz do tego, o czym mówi, przedłużenie mowy. To kolejny świadomy zabieg konstruowania i urozmaicania spektaklu opartego głównie na monologu. Obok na żywo przygrywa orkiestra, dzięki której tak mocno wybrzmiewają słowa jednego z poematów Tuwima „My, Żydzi Polscy…”. Powiedziane mocnym, stanowczym, choć nie uniesionym, głosem, odbijają się echem w głowie jeszcze długo po spektaklu. Zwłaszcza gdy na koniec zamiast twarzy aktorki na ekranie pojawiają się nagrania z marszu niepodległości, w którym w biało-czerwonych barwach idą tłumy z racami, rasistowskimi hasłami na plakatach, z przysłoniętymi twarzami, od których bije wręcz zwierzęca chęć przemocy. Nie dało się znaleźć trafniejszego komentarza dla całej tej historii. 50 lat później, oglądamy tę samą niezrozumiałą nienawiść, „zostajemy ze swoim antysemityzmem sami”. Nie ma tu zadawania pytań, czy historia się powtórzy. Odpowiedź mamy, a ona paraliżuje i przeraża. Nie wiadomo tylko wciąż skąd tyle nienawiści.
„Zapiski z Wygnania” nie szukają winnych, nie zadają pytań – bo dla wygnanych odpowiedzi nie mają już znaczenia – nie ranią, ale w swej niezwykle minimalistycznej formie poruszają i wstrząsają. Przez dwie godziny trudno oderwać wzrok od tego, co dzieje się na scenie, choć z pozoru dzieje się tak niewiele. Janda hipnotyzuje, słowami Baral przedstawia tak naprawdę zapiski z Polski, teraźniejszej, aktualnej i być może tej przyszłej wciąż niepotrafiącej uczyć się na błędach.

Aleksandra Pucułek
Dziennik Teatralny Łódź
10 maja 2018

http://www.dziennikteatralny.pl/artykuly/bez-wielkich-lez.html

Terapia zastępcza
Porażająca opowieść o Polsce. Historia sprzed pół wieku ożywa na oczach publiczności
Jarosław Wanecki, Pediatra, prezes Płockiego Towarzystwa Przyjaciół Teatru
10 maja 2018

Pierwszy autograf Krystyny Jandy zdobyłem trzydzieści lat temu. Długo czekałem przy portierni na kilka słów rozmowy i podpis. Agnieszka z filmów Wajdy miała wówczas długie kasztanowe włosy. Po kilku chwilach zniknęła w śnieżnej zamieci.
Z ostatniego rzędu wypełnionego po brzegi warszawskiego Teatru Polonia, w upalny wieczór święta Konstytucji 3 Maja, oglądaliśmy „Zapiski z wygnania”. Stojącą owację przerwało wręczenie opowiadającej na scenie historię Sabiny Baral, medalu imienia legendarnego przywódcy powstania w getcie warszawskim Mordechaja Anielewicza. Odbierając nagrodę, wzruszona aktorka podziękowała reżyserce Magdzie Umer i podsumowała laudację na swoją cześć. „Staram się grać dobrze”.
Pierwszy autograf Krystyny Jandy zdobyłem trzydzieści lat temu. Gazety pisały o ostatnich zdjęciach do serialu „Modrzejewska”, a afisz Teatru Powszechnego w Warszawie zapraszał na „Medeę” Eurypidesa w reżyserii Zygmunta Hübnera. Długo czekałem przy portierni na kilka słów rozmowy i podpis. Agnieszka z filmów Wajdy miała wówczas długie kasztanowe włosy. Po kilku chwilach zniknęła w śnieżnej zamieci. Trwały rozmowy „okrągłego stołu”.
W Teatrze Muzycznym w Łodzi obejrzałem „Kobietę zawiedzioną”, magiczne przedstawienie łączące monodram, recital i multimedialną prezentację z muzykami grającymi na żywo. Późniejsza realizacja telewizyjna nie niosła już tego niezwykłego spotkania z aktorką, opowiadającej o miłości i samotności. Zaśpiewane w przerwie między egzaminami w Akademii Medycznej, prawie ćwierć wieku temu, utwory Młynarskiego i Przybory, pozostały w mojej pamięci na stałe.
W foyer Teatru Dramatycznego im. Jerzego Szaniawskiego w Płocku dostaliśmy drugi autograf. Zdobi płytę z piosenkami z „Kobiety zawiedzionej”, „Białej bluzki” i spektaklu o Marlenie Ditrich, który impresaryjnie przedstawiono na Nowym Rynku 11. Na wewnętrznej okładce CD „Krystyna Janda w trójce” czytam: „Drodzy Państwo! Piszę do Was jako wykonawca, jak to się wdzięcznie nazywa, i jako wydawca, tej płyty. Nie chciał jej wydać nikt. Naobrażano mnie przy tym, nafukano się, nawybrzydzano, nawykrzykiwano, że się nie sprzedaję i nie opłacam…”. Nadchodził XXI wiek.
W 2004 roku, kiedy Polska przystąpiła do Unii Europejskiej, Krystyna Janda powołała fundację i postanowiła poprowadzić teatr autorski. Najpierw w budynku dawnego kina Polonia, a po kilku latach także w sali kina Ochota, z widownią po dwóch stronach sceny. Codzienną walkę o byt prowadzi repertuarem, którego mogą pozazdrościć najbardziej renomowane i dotowane instytucje kultury. Występują tutaj najlepsi, ale także debiutanci. Teatry grają codziennie, także w wakacje, a widownie, mimo wysokiej ceny biletów, wypełniają się po brzegi, zwłaszcza podczas spektakli, w których można zobaczyć dyrektor artystyczną, reżyserkę, menedżerkę, aktywistkę społeczną, ale nade wszystko aktorkę Krystynę Jandę. Raz towarzyszy Jerzemu Stuhrowi i Ignacemu Gogolewskiemu w „32 omdleniach”, innym razem Marianowi Opani i Wojciechowi Malajkatowi w „Panu Jowialskim”, od czasu do czasu zaskakuje Macieja Stuhra w „Boskiej”. Najbardziej oblegane są monodramy: „Danuta W.”, „Biała bluzka” i rekordowa realizacja z 1990 roku „Shirley Valentine”.
Od premiery „Zapisków z wygnania’ 68” zdobycie biletu do Polonii jest trudniejsze niż zwykle. Spektakl jest porażającą opowieścią o Polsce. Historia sprzed pół wieku, odżywa na oczach osłupiałej widowni, której Sabina Baral przekazuje motto za Williamem Faulknerem: „Przeszłość nigdy nie umiera. Właściwie nawet nie jest przeszłością”.
Z ostatniego rzędu wypełnionego po brzegi warszawskiego teatru, oklaskiwałem Krystynę Jandę. Widownia wstała natychmiast po zapaleniu świateł na ukłony i biła brawo kilka minut. Są bowiem spektakle, o których zapiski czytać będą następne pokolenia. Warto zobaczyć takie przedstawienie, choćby raz w życiu.

http://plock.wyborcza.pl/plock/7,95996,23382501,porazajaca-opowiesc-o-polsce-historia-sprzed-pol-wieku-ozywa.html

Mocne i wyciszone „Zapiski z wygania” | Krystyna Janda w Imparcie

Magda Umer i Krystyna Janda zaadaptowały na scenę przejmujące opowiadanie – dokument z wydarzeń marcowych 1968 roku Sabiny Baral. Premiera spektaklu miała miejsce dwa miesiące temu w warszawskim Teatrze Polonia. Teraz przyszła kolej na podzielenie się „Zapiskami z wygnania” z widownią wrocławskiego Impartu. Przyzwyczajeni do nadekspresyjnego wizerunku znakomitej aktorki mogą być zaskoczeni.

„Zapiski z wygania” to mocny, emocjonalnie wyciszony spektakl. Krystyna Janda mówi głosem niskim, stonowanym, właściwie się nie porusza, tylko stoi przed mikrofonem przez cały spektakl i snuje wspomnienia bohaterki. Robi to z pozycji zdystansowanej i świadomej postaci, czasem zaśpiewa lub tylko zanuci fragment utworu skojarzonego z testem, np. „Rebekę”, czy „tych miasteczek nie ma już, okrył niepamięci kurz…” . Stoi w głębi sceny, za przysłoną na której wyświetlane są projekcje, a jej zbliżenie twarzy, kiedy mówi lub mała sylwetka w tle, kiedy wyświetlane są obrazy kronik z lat minionych, skupiają cała uwagę widza. Nie ma zbędnych dekoracji, czerń okala twarz postaci, a jej stonowane grymasy mimiczne wyrażają wszystkie bolesne emocje, które już przepracowała, przemyślała i teraz zdystansowana, ale nieobojętna zdaje relacje z fragmentów swojego życia, na które nie miała żadnego wpływu.
Artystce na scenie towarzyszy dyskretny, prawie niewidoczny zespół muzyczny pod kierunkiem Janusza Bogackiego. Muzycy: Janusz Bogacki – fortepian, Tomasz Bogacki (gitara), Mateusz Dobosz/Paweł Pańta (kontrabas), Bogdan Kulik (perkusja), Marek Zebura (skrzypce) budują nastrój drugiego planu, nie zakłócają biegu wspomnień przymusowej emgracji.
„Zapiski z wygania” to mocny manifest przestrzegający przed różnymi rodzajami nienawiści, ksenofobi i antysemityzmu. Ogląda się go i słucha przecierając łzy wzruszenia.
tekst: Dorota Olearczyk
foto: Julian Olearczyk i Dorota Olearczyk

www.pik.wroclaw.pl, 17.05.2018

Mocne i wyciszone „Zapiski z wygania” | Krystyna Janda w Imparcie

Zapiski z wygnania… co wy o tym wiecie? Lekcja historii, odpowiedzialności i przyzwoitości, czyli monodram Krystyny Jandy i Magdy Umer

„Chcieli mieszkać tutaj ,tu gdzie się urodzili ich rodzice i gdzie urodziły się ich dzieci – my. Po wojennej gehennie, po latach cierpienia i strachu, mimo wszystko jeszcze raz zdecydowali, że Polska to jest ich kraj.
I tych ludzi w 1968 roku Polska wyrzuciła”.
To fragment książki Sabiny Baral, która w marcu 1968 roku wraz z rodzicami opuściła Polskę, miała wtedy dwadzieścia lat.
„Zapiski z wygnania” po prostu trzeba przeczytać, tak jak trzeba zobaczyć monodram w reżyserii Magdy Umer, która wspólnie z Krystyną Jandą jest autorką adaptacji.
W piątek 18 maja i w sobotę 19 maja możliwe to było w Teatrze Starym w Lublinie. W roli Sabiny Baral wystąpiła, i to nie będą słowa przesadzone, zjawiskowa, genialna, wielka, Krystyna Janda. Gdy patrzy się na nią, opowiadającą historię polskich Żydów wygnanych z ojczyzny, słucha przejmującego monologu, piosenek i wierszy Tuwima, Szymborskiej, Jasnorzewskiej, Młynarskiego rozumie się, że tylko ona mogła zagrać Sabinę Baral. Rozumie się też, że minął się z prawdą premier M. Morawiecki mówiąc, że Polska była zawsze rajem dla Żydów. Rozumie się, że pod polskim dachem, tak jak pod każdym innym, niemieckim, angielskim, francuskim, czeskim mieszka szlachetność i podłość, mądrość i głupota, siła i słabość, dobro i zło, wielkość i małość i że świadomość tego jest dziś szczególnie potrzebna.
Przez 100 minut słuchamy historii przymusowej emigracji, która została opisana oczyma bardzo młodej i bardzo mądrej dziewczyny. To też historia jej rodziców, którzy inaczej niż ona nigdy się w nowej rzeczywistości, z dala od Polski, nie odnaleźli, choć bardzo próbowali, a ona sama starała się im w tym pomóc, jak tylko umiała. To również opowieść o ludziach, na których skończyła się 800-letnia historia polskiego żydostwa. Historia naprawdę przejmująca… której widzowie wysłuchali w całkowitym milczeniu, a po zakończeniu spektaklu nie od razu bili brawo artystom.
„Co wy o tym wiecie”? – pyta Sabina Baral.
„Czy na sali byli młodzi ludzie”? – pyta za każdym razem Magda Umer, gdy Krystyna Janda gra kolejne przedstawienie… Niewielu…
Dlaczego myślę, że my młodzi ludzie, mamy obowiązek obejrzeć to przedstawienie? Powodów jest dużo, podam kilka:
– bo trzeba przywracać pamięć o tamtych wydarzeniach i oddać hołd tym, którzy zostali wygnani z ojczyzny;
– bo przeszłość nigdy nie umiera;
– by nie godzić się na mowę nienawiści, antysemityzm, rasizm, ksenofobię, nacjonalizm i wszelkie formy wykluczenia innych;
– by umieć odróżnić przyzwoitość od podłości;
– by rozumieć, że tożsamość jest kwestią wyboru i tylko, jak pisze Sabina Baral, „ludzie i systemy praktykujące ignorancję i nienawiść, decydują o tożsamości innych i za tę tożsamość sądzą”.
„Zapiski z wygnania” to piękny i mądry tekst, ale także muzyka podkreślająca sens słów i budująca nastrój. Razem z Krystyną Jandą wystąpił Janusz Bogacki z zespołem, który zagrał między innymi urzekające urodą fragmenty muzyczne z „Listy Schindlera”.
Po przedstawieniu można było spotkać się z twórcami i posłuchać opowieści K. Jandy o pracy nad spektaklem, o tym, jak angażowała się w nią Sabina Baral. Janda mówiła, że monodram został przygotowany na 50 rocznicę Wydarzeń Marca 68, ale ponieważ w czasie przygotowań do premiery Polska zbrunatniała, a fora internetowe zalała fala spontanicznej nienawiści i słowo Żyd znów stało się w ustach niektórych obelgą, twórcy postanowili wzbogacić tekst Baral o filmy słowackiego reżysera dokumentujące współczesne marsze narodowców w Polsce. Gdy patrzy się na ten dokument ma się ciarki na skórze… demony przeszłości odradzają się?
Wybierzcie się na to przedstawienie…będzie jeszcze grane nie tylko w Teatrze Polonia. Kupcie książkę Sabiny Baral. Pierwszy nakład sprzedał się w ciągu 10 tygodni. Gorąco polecam.

29 maja 2018 Lena Smolarek

http://www.cosnowego.idiks.org/zapiski-z-wygnaniaco-wy-o-tym-wiecie-lekcja-historii-odpowiedzialnosci-i-przyzwoitosci-czyli-monodram-krystyny-jandy-i-magdy-umer/

Poznaliśmy najlepsze polskie sztuki współczesne. Grand Prix dla „Zagubionego chłopca” z Opolski Teatr Lalki i Aktora!

Jury przyznało także 9 nagród indywidualnych: za reżyserię Pawel Passini („Zagubiony chłopiec”), za muzykę Maja Kleszcz („Bzik. Ostatnia minuta”Teatr Współczesny w Szczecinie), nagrody aktorskie: Krystyna Janda („Zapiski z wygnania”TEATR POLONIA), Matylda Baczyńska („Ikebana”Tarnowski Teatr im. Ludwika Solskiego w Tarnowie), Sara Celler-Jezierska („Łauma, czyli czarownica” Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu), Justyna Wasilewska i Agnieszka Żulewska (za role w przedstawieniu „Puppenhaus. Kuracja” TR Warszawa), Nagroda im. Jana Świderskiego dla Dawida Żłobińskiego („1946”, Teatr im. Stefana Żeromskiego w Kielcach), Nagroda Specjalna dla Marty Guśniowskiej („Marvin” Opolski Teatr Lalki i Aktora).

28.06.2018

Poznaliśmy najlepsze polskie sztuki współczesne. Grand Prix dla „Zagubionego chłopca” z Opolski Teatr Lalki i Aktora!…

Opublikowany przez Instytut Teatralny im. Zbigniewa Raszewskiego Piątek, 29 czerwca 2018

Festiwal Jandy w Szczawnie-Zdroju: o polskim antysemityzmie
Wiadomości z Wrocławia

Historią Polki-Żydówki z Wrocławia, wypędzonej w 1968 r. z kraju, rozpoczął się w Szczawnie-Zdroju Festiwal Krystyny Jandy. Spektakl przygotowano w ramach 50. rocznicy wydarzeń, podczas których Polskę musiało opuścić kilkanaście tysięcy mieszkańców żydowskiego pochodzenia.

W Szczawnie-Zdroju na Dolnym Śląsku rozpoczął się Festiwal Krystyny Jandy. To już piąta edycja imprezy przygotowywanej przez miejscowe uzdrowisko, podczas której znana aktorka przedstawia publiczności nie tylko spektakle grane przez nią w jej warszawskich teatrach, ale także przypomina filmy, w których występowała oraz zaprasza na debaty i spektakle innych artystów.

W tym roku w Szczawnie zobaczymy jeszcze spektakl „Piękny nieczuły” z piosenkami Edith Piaf (31 sierpnia), „Dobry Wojak Szwejk” ze Zbigniewem Zamachowskim (1 września) i „Klaps! 50 twarzy Greya” (2 września).
Festiwal zaczął się jak zwykle mocnym akcentem. 30 sierpnia widzowie obejrzeli „Zapiski z wygnania”. To spektakl w adaptacji Krystyny Jandy i Magdy Umer powstały na podstawie książki Sabiny Baral o tym samym tytule. Kobieta urodziła się we Wrocławiu, w rzemieślniczej rodzinie, a jej matka miała żydowskie korzenie. To zaważyło na jej dalszym życiu. Wraz z bliskimi musiała w 1968 r. opuścić kraj. – W 2010 r. Sabina Baral na zjeździe swojego wrocławskiego liceum w 2010 r. została poproszona o przemówienie na temat tych wydarzeń – mówi Krystyna Janda. – Na bazie tego wystąpienia powstała później książka.

I właśnie po tę książkę sięgnęła Janda w swoim najnowszym przedstawieniu. – Wybrałyśmy z Magdą Umer ten tekst jako jeden z wielu – mówi. – Uwiodła nas ta historia. To była normalna wrocławska rodzina. Książka zawiera refleksję, której nie ma w innych wspomnieniach z tego okresu – to bardzo osobista, pięknie napisana historia. Opisuje tamten czas bez zapiekłości i żalu.

Gdy w Polsce rozpoczęła się nagonka antysemicka wywołana przez rządzących krajem, Sabina Baral była studentką. Nie rozumiała, dlaczego nagle zaczęto rzucać w nią kamieniami. Dlaczego nagle kazano jej się spakować i wyjechać. Dlaczego nagle poniemieckie meble, które mieli w mieszkaniu, stały się polskie. Dzień po dniu wspomina to, co działo się wokół niej.

– Ile cierpienia można znieść, zanim się nie oszaleje? – mówi ustami Jandy Baral. – Powychodzili z lasów, z dziur w ziemi, z szaf, piwnic i strychów, wyszli półżywi z obozów, wrócili z Syberii i Kazachstanu, do domu, do Polski. A potem, przez następne dwadzieścia trzy lata nie wyjechali. Chcieli mieszkać tutaj, tu, gdzie się urodzili ich rodzice i gdzie się urodziły ich dzieci – my. Po wojennej gehennie, po latach cierpienia i strachu, mimo wszystko jeszcze raz zadecydowali, że Polska to ich kraj. I tych ludzi po 1968 r. Polska wyrzuciła.
Każdy mógł wziąć 5 dolarów, 5 par majtek, a kobiety po biustonoszu. Nie wolno było wywozić rzeczy sprzed 1945 r., także zdjęć, najczęściej jedynych pamiątek po straconych w Holocauście, i rękopisów. Sabinie zabrano pamiętnik, który pisała. Podarła go na oczach celników, stojąc w wyłamanych obcasach jedynych butów, by nikt nie czytał jej dziewczęcych tajemnic. – Robili nam, co chcieli – mówi ze sceny Janda, której sylwetka schowana jest w tle, a ze sceny widać jej powiększoną na ekranie twarz.
Lekcje
Każde wspomnienie to dla młodej dziewczyny lekcja. Odpowiedzialności uczy jej historia rodzeństwa Żydów, którzy emigrują z kotem i nie potrafią go porzucić po drodze, chociaż wywiezienie zwierzęcia jest administracyjnie niemożliwe. Lekcją straty jest historia o rodzicach podróżujących z trumną własnego dziecka, które ekshumowano. – Lekcja, którą ćwiczę do dziś – tożsamość, jest kwestią wyboru – mówi Baral – Janda. To, kim jestem i gdzie przynależę, zależy od punktu widzenia. Tylko ludzie i systemy, które praktykują ignorancję lub nienawiść, decydują o tożsamości innych i za tę tożsamość ich sądzą.
Dla widza to także lekcja tego, jak łatwo w naszym kraju nagle z dnia na dzień było stać się nie-Polakiem, kimś niepotrzebnym, kto nie jest tu mile widziany.
Antysemityzm
Było? Umer i Janda ostatnim scenami pokazują, że nie. Dołączyły do spektaklu filmy z Marszu Niepodległości, który przeszedł ulicami Warszawy. Widać tam transparenty, race, polskie hasła i okrzyki. – Magda tego, co się dzieje boi się, boi się w sposób chorobliwy, boi się wejść w tłum, jest przerażona sytuacją tutaj – mówiła po spektaklu Janda. – Bardzo chciała powiedzieć tym spektaklem coś więcej. I gdy skończyliśmy, powiedziała: „Już nic więcej nie muszę robić”.
Wrocławska rodzina Baralów po przymusowym wyjeździe osiedla się w Stanach Zjednoczonych. Sabina wraca do Wrocławia dopiero po latach, już jako profesor, uznany naukowiec. Szuka śladów siebie i już nie znajduje. Jej opowieść zostawia słuchających jej Polaków z poczuciem dyskomfortu. Przekraczając granicę w Zebrzydowicach, która zamykała jej dawne życie, pomyślała: – Miałam was dość. Wygraliście. Nie, to my wygraliśmy. Raczej wszyscy przegraliśmy. Wszystko jedno. Wyjechaliśmy. Będziecie mieli Polskę Judenfrei, Judenrein. Niech no tylko przekroczymy tę granicę, za chwilę wasz antysemityzm będzie już tylko waszym problemem.
A wiele lat później mówi: – Kiedy wyjadą już z Polski wszyscy Żydzi, ze swoim antysemityzmem zostaniecie sami…

Agnieszka Dobkiewicz, Wyborcza.pl Wrocław, 31.08. 2018

http://wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/7,35771,23845696,festiwal-jandy-w-szczawnie-zdroju-o-polskim-antysemityzmie.html#Z_BoxLokWrocLink:undefined

————————————————————-

Subiektywny spis aktorów teatralnych 2018
Edycja dwudziesta szósta
wrzesień 2018

Gdy ukazało się tomiszcze zawierające dzienniki Andrzeja Łapickiego z lat 1984-2005 „Jutro będzie «Zemsta»”, odzewem były głosy przepojone jakimś rozdzierającym, osobistym rozgoryczeniem. Że oto wspaniały amant polskich ekranów i scen, nasz arbiter elegantiarum, pokazał się w prywatnych notatkach jako ktoś egocentryczny, dosyć próżny, dosyć małostkowy, bezceremonialnie a niekiedy grubo traktujący ludzi bez wątpienia zasługujących na szacunek, w tym często mu bliskich. Jak mógł!? – pytano. Czytałem te głosy zgrozy z pewnym zadziwieniem. Nie tylko ze względu na ewidentne pomylenie – i to u osób znających się na teatrze! – gracko zbudowanego wizerunku scenicznego (scenę rozumiem tu szerzej niż tylko wieczorne przedstawienia) z, by tak rzec, obliczem bez szminki. Jeszcze bardziej zdumiewająca była ujawniająca się w tych protestach namiętna potrzeba idealizacji kogoś, w kim się chciało widzieć wzorzec, i szczera rozpacz, gdy ów ktoś do wzorca nie dostawał. Jakby nie było oczywiste, że nawet świętym, gdy nikt nie patrzył, zdarzało się szpetnie zakląć, brzydko odreagować napięcie, krzywo i niesprawiedliwie pomyśleć coś o czymś czy o kimś. Inna rzecz, że nie lecieli notować tych robaczywych myśli w kajeciku szykowanym do wydania (nawet, jak tu, z karencją pięciu lat po śmierci).
Trzeba mieć dla dzienników Łapickiego trochę wyrozumiałości (i, rzecz jasna, łatwiej o nią komuś, kogo diarysta akurat ni razu boleśnie nie dziabnął). Trzeba chcieć przedzierać się przez wszystkie honory i splendory, jakie go spotkały, przez papieży, prymasów, premierów, rektorów, eminencje, ekscelencje i magnificencje, trzeba przenurkować przez życiowe nudziarstwa o lekarzach, samochodach i życiu towarzyskim, by na samym dnie trafić na coś, co być może jest jakimś bolesnym jądrem twórczej świadomości człowieka teatru, aktora, reżysera. Na udrękę obsesyjnych pytań zadawanych sobie po każdej robocie: czy wyszło, więc dalej jestem czegoś wart, czy nie wyszło, więc może już się kończę? Widać, jak artysta, bądź co bądź uznany i szanowany, katuje się tymi wątpliwościami, jak przetrawia wszelkie sygnały i reakcje, czasem ewidentnie niemądre bądź marginalne. Lawina pochwał, nawet rozpędzona dalece ponad konwenanse, nie gasi jego niepokoju, zaś głosy nieprzychylne nie wstrzymują kurczowej nadziei, że może coś jednak da się obronić. Jest w tym rozliczaniu uporczywy, nienasycony, ale trzeźwy, nie ma tu narcyzmu, tylko rzeczowy rachunek, nigdy zresztą nie domykany do końca. A przy jego sporządzaniu aktor jest bezapelacyjnie sam. Wywiady, recenzje, głosy na bankietach, bon-moty i złośliwostki od kawiarnianego stolika, wszystko to brzęczy gdzieś z dala, w niczym nie pomaga, niczego nie łagodzi. Jak widać, w sztuce teatru, jednej z najbardziej kolektywnych z definicji dziedzin twórczości, bilans tak czy owak zawsze sumuje się jednostkowo. Na indywidualnym koncie.
Choć z tą samotnością… W dzienniku Łapickiego żona obecna jest właściwie milcząco. Nie ma nawet zapisów, że rozmawiali o spektaklu, czy roli. A jednak w dniu jej śmierci autor pisze w kajecie wielkimi literami słowo „koniec”. Jakby nagły brak czegoś, co przedtem nie doczekało się nawet wzmianki, zamykał dokumentnie wszystko.
Próbując zestawiać – już dwudziesty szósty raz, więc może też obsesyjnie – coroczne notatki o dokonaniach aktorskich sezonu, myślę o tych indywidualnych bilansach. Które dokonywane przez obserwatorów z zewnątrz zawsze są niesprawiedliwe, niepełne, skażone przypadkiem: czegoś się nie zobaczyło, nie dopatrzyło. Zaś czynione przez samych artystów bywają potwornie gorzkie – bo nikt lepiej od nich samych nie wie, ile jest tu niespełnień niezawinionych, płynących z nieporozumień, z niedogadania, z pośpiechu, ze złej chemii, ze złego układu gwiazd. Z tych wszystkich czynników, których żaden rachunek osobisty nie uwzględni, a w końcu, rób co chcesz, jedynie on się liczy. Te notatki tego stanu nie odwrócą, choć na pewno by się chciało, nie raz i nie dwa. No to trzeba przynajmniej spróbować.

Krystyna Janda [mistrzostwo]

Doprowadziła mnie do wściekłej złości wygłupem i dezynwolturą w rozpoczynającej sezon farsie „Pomoc domowa”. A teraz leżę plackiem przed bezapelacyjnym mistrzostwem jej „Zapisków z wygnania” i myślę, że może naprawdę nie ma złego bez dobrego. Może widownia Polonii i Och-Teatru rzeczywiście powinna się najpierw utwierdzić w miłości dla niej nonszalanckiej, haftującej niepamiętany tekst, zaraźliwie śmiejącej się sama z siebie – żeby dać się później tak zmrozić druzgocącą w swej determinacji mową oskarżycielską wypędzonej w 1968 polskiej Żydówki, Sabiny Baral. Mówioną w zapamiętałym skupieniu, z ważeniem i wybrzmieniem każdego, precyzyjnie artykułowanego zdania. I jeszcze te piosenki z epoki, nieśpiewane, nucone po parę taktów, niczym przywoływane z pamięci dźwięki-pamiątki zdarzeń, tak niedosłowne, że aż oczywiste. I sama jej twarz, powiększona dzięki projekcji na tiulowy ekran, stężona bólem i gniewem przekraczającym wymiar zwykłego spektaklu. Najmocniejsza teatralna wypowiedź wobec tego wskrzeszenia upiorów, które nam sprokurowano na pięćdziesiątą rocznicę.

„Subiektywny spis aktorów teatralnych. Edycja dwudziesta szósta”

Jacek Sieradzki
Materiał własny
03-09-2018

http://www.e-teatr.pl/pl/statyczne/ssat26.html

———————————————————————————————–

Werdykt XVII edycji Festiwalu Prapremier
Jury XVII Festiwalu Prapremier Nie/Podległa 2018 w składzie:

1. Małgorzata Sikorska-Miszczuk (przewodnicząca)
2. Jacek Kopciński
3. Seb Majewski
4. Paweł Miśkiewicz
postanowiło przyznać trzy równorzędne nagrody oraz trzy wyróżnienia.
Wyróżnienia:
– wyróżnienie w wysokości 2 000 zł dla Pani Małgorzaty Witkowskiej za rolę w spektaklu „Sprawa. Dzieje się dziś” w reżyserii Martyny Majewskiej;
– wyróżnienie w wysokości 2 000 zł dla Pana Jana Sobolewskiego za rolę w spektaklu „Żaby” w reżyserii Michała Borczucha;
– wyróżnienie w wysokości 3 000 zł za bezpretensjonalny dialog na temat polskości, jej mitów i kondycji, prowadzony z szacunkiem dla przeszłości i teraźniejszości przez dramatopisarza i polsko-irański zespół spektaklu „Uchodź! Kurs uciekania dla początkujących”.
Trzy równorzędne nagrody w wysokości 6 000 zł:
– Krystynie Jandzie za kreację, która przywraca sens i powagę obywatelskiemu zaangażowaniu artysty w sprawy publiczne, w spektaklu „Zapiski z wygnania”;
– Sandrze Korzeniak i zespołowi aktorskiemu spektaklu „Pod presją” za kreacje zbiorową umożliwiającą stworzenie nieoczywistego, intymnego portretu psychologicznego bohaterki;
– twórcom spektaklu „Cezary idzie na wojnę” za udaną próbę stworzenia oryginalnej formy teatralnej i wykorzystanie jej do podjęcia dyskusji z tradycyjnym modelem męskości.

Bydgoszcz 14.10.2018

———————————————————————–

„Zapiski z wygnania” Teatr Polonia. Tworząc nową tożsamość (recenzja)
JOANNA KOŁAKOWSKA, PUBLICYSTYKA

Plac Konstytucji. Oddziały ORMO, ZOMO albo jeszcze innej formacji pałują niewinnych, wloką ich po ulicy, wyrywają pakunki, drą na nich ubrania. Plac Konstytucji. Dym, krzyki, sztandary, zamaskowani ludzie wznoszą w górę zaciśnięte pięści, niektórzy trzymają gigantyczną biało-czerwoną flagę. Tuż obok, na placu Zbawiciela płonie instalacja, stanowiąca symbol pokoju i przymierza. Plac Konstytucji. Wychodzimy z teatru. Jest ciepły, jesienny wieczór, pod nogami chrzęszczą zeschłe liście. W lodówce, w domu czeka butelka wina. Wszystko w porządku.

Zapiski z wygnania w Teatrze Polonia to spektakl osnuty na wspomnieniach
Sabiny Baral, która swoje przeżycia spisała w książce pod tym samym tytułem. Na scenie pięcioosobowy zespół muzyczny i Krystyna Janda, która recytuje kolejne fragmenty książki, kolejne rozdziały z życia Baral.

Większość jej rodziny zginęła w obozach zagłady, ona sama wraz z rodzicami emigrowała z Polski w 1968 roku, kiedy to władze PRL wyraziły chęć pomocy obywatelom polskim narodowości żydowskiej w przeniesieniu się do Izraela, jeśli tego pragnęli. Jako dwudziestoletnia dziewczyna musiała zostawić za sobą rozpoczęte studia, chłopaka, ulice, na których dorastała, przyjaciół, pamiętnik, całą wczesną młodość. Jako dwudziestoletnia dziewczyna z nieświadomego wielu spraw dziecka przemieniła się w opiekunkę swoich rodziców, nieznających angielskiego, niepotrafiących się odnaleźć w Ameryce, gdzie zamieszkali u dalekich krewnych.

A my, widzowie, przez te półtorej godziny pochylamy się nad jej losem tak samo, jak Janda wcześniej pochyliła się nad jej książką. Monolog Sabiny przerywają fragmenty piosenek, archiwalne nagrania, zdjęcia. Janda-Baral śpiewa W żółtych płomieniach liści, Ta jedna łza, Kadysz… I choć te interludia (skądinąd budujące w dużej mierze atmosferę przedstawienia) w swojej liczbie mogą dekoncentrować, choć oryginalny tekst Baral został tu skrócony, pofragmentowany, dostosowany do wymogów sceny, nic nie jest w stanie odwrócić uwagi widzów od rozgrywającej się przed nimi historii, od właściwej treści spektaklu.

Każdy z nas utracił kiedyś dzieciństwo. Wyprowadził się z rodzinnego domu, zerwał kontakt z kolegami z podwórka, zapomniał melodii sprzed lat, poczuł się pozbawiony kontekstu – tym lepiej rozumiemy Sabinę, która została wyrwana z ojczyzny czy dzieciństwa nagle i bezpowrotnie.

To przedstawienie, ten tekst jest próbą zbudowania nowej tożsamości. Sabina i jej podobni musieli zostawić za sobą rodzinne pamiątki, zdjęcia cudem przechowane przez wojnę, własne zapiski, całe swoje dziedzictwo. Skoro więc zostali pozbawieni śladów własnej przeszłości i nie mogą już przekazać ich dalej, następnym pokoleniom, to niech pozostanie po nich przynajmniej wspomnienie, przynajmniej skarga, płacz, świadectwo krzywdy, świadectwo wygnania. Jizkor, jak określiła to sama Baral, czyli żydowska modlitwa za zmarłych, za coś, co odeszło i nigdy nie wróci.

Joanna Kołakowska
Zapiski z wygnania reż. Magda Umer
Teatr Polonia, premiera 9 marca 2018


ATAKNAMARGINESIE, 22.10.2018

„Zapiski z wygnania” Teatr Polonia. Tworząc nową tożsamość (recenzja)

————————————————————————————————-

Spektakl który ostrzega przed powrotem tamtych sentymentów i zdarzeń

Spektakl „Zapiski z wygnania” Teatru Polonia z Warszawy zagości w poniedziałek 5 listopada na dużej na scenie Teatru Rozrywki. Jego kanwą są wspomnienia Sabiny Baral, 20-letniej emigrantki roku 1968, która wyjechała razem z rodzicami. Na scenie Krystyna Janda w przejmujących monologach i piosenkach oraz zespół muzyczny. Reżyserką jest Magda Umer. Rozmowa z Krystyną Jandą w Gazecie Wyborczej – Katowice.

Marta Odziomek: Kim jest pani Sabina Baral, bohaterka „Zapisków z wygnania”, i dlaczego postanowiły panie – wspólnie z panią Magdą Umer – sięgnąć właśnie po jej wspomnienia z czasów Marca ’68?
Krystyna Janda: Pani Sabina jest dziś obywatelką Ameryki, osobą z wielkimi sukcesami zawodowymi i udanym życiem rodzinnym i zawodowym. Kiedy wyjeżdżała z Polski w 1968 roku, miała 20 lat, była studentką Politechniki Wrocławskiej na wydziale matematyki, jej rodzice byli zwykłymi skromnymi ludźmi – ojciec był rzemieślnikiem, szczotkarzem, robił szczotki z naturalnego włosia, mama była gospodynią domową. Książka „Zapiski z wygnania” powstała w następstwie przemówienia czy mowy, którą pani Baral wygłosiła kilka lat temu na zjeździe emigrantów roku ’68 we Wrocławiu. Zjazd był zorganizowany przez prezydenta Dutkiewicza. Książkę napisała chwilę później i książka ta została wydana w Polsce dwa lata temu.
Przeczytałyśmy ją z Magdą Umer, kiedy szukałyśmy materiału do spektaklu dla Teatru Polonia, spektaklu robionego z myślą o 50. rocznicy Marca ’68, i uznałyśmy, że jest to materiał idealny. Prosta, zwykła rodzina, wspaniała dziewczyna – studentka, miłośniczka Polski, Wrocławia, życia i poezji, z udanym życiem po emigracyjnych pierwszych latach tułaczki i trudności. Osoba z wielką świadomością, czym były wydarzenia marcowe, jakiego rodzaju i jak wielka jest to strata – ta emigracja – i dla Żydów, i dla Polaków. Książka z wieloma szczegółami dotyczącymi wyjazdów i pierwszych lat tułaczki. Wrażenie po lekturze było tak piorunujące, że obie z Magdą Umer wiedziałyśmy, że chcemy opowiedzieć to i tylko to. Wydawało się nam, że ta opowieść jest materiałem uniwersalnym. Przede wszystkim podobał nam się ton tej książki, sposób oceniania tamtych wydarzeń i cytowane poezje. Książka jest wspaniała.

„Magda uznała, że powinnyśmy zrobić z tego przedstawienie. Ja od początku mówiłam, że to będzie trudne. I nie myliłam się” – mówi pani w jednym z wywiadów. W czym tkwiła trudność zrealizowania „Zapisków…” na scenie?

– Dziś nie pamiętam, co miałam na myśli i jakie obawy mną targały. Dziś mamy spektakl – wydaje się – naprawdę poruszający i niezwykle odbierany przez publiczność. Spektakl, który gram z wielkim poczuciem sensu i solidarności, spektakl z rolą, za którą dostałam już kilka nagród. Chciałbym grać go w nieskończoność, dla młodzieży szczególnie. Jest wymowny i ostrzega przed powrotem tamtych sentymentów i zdarzeń.

Sabina Baral przekazuje motto za Williamem Faulknerem: „Przeszłość nigdy nie umiera. Właściwie nawet nie jest przeszłością”. W jaki sposób spektakl rezonuje z współczesnością?

– Spektakl kończy się sekwencją zmontowanych materiałów z demonstracji skrajnie prawicowych ugrupowań w Polsce, organizowanych 11 listopada. Jest to montaż z kilku ostatnich lat. Mam nadzieję że to jedyny element spektaklu, który dotyka współczesności. Wszystko inne to szalenie ludzka, czuła i dumna opowieść o ludziach, którzy zostali zmuszeni do emigracji, pozbawieni ojczyzny i godności w momencie wyjazdu. Ludzi, którzy wyjechali bez obywatelstwa, z koniecznością zapłacenia za studia odbyte w Polsce i z nigdy niezwróconymi emeryturami, które – wyjeżdżając – utracili. A motto? Jest ich tam w tekście kilka. Historia ludzka zostaje. Historia się powtarza. Trudna sztuka wybaczania. Odpowiedzialność za kraj i za wydarzenia. Odpowiedzialność za państwo. „Zostaniecie z tym antysemityzmem sami i to będzie wasz problem”.

Na scenie pojawiają się, oprócz pani, Janusz Bogacki i towarzyszący mu zespół. Jaki repertuar muzyczny wybrała pani do ilustracji tekstu?

– Jest w przedstawieniu dużo muzyki. Dużo poezji. Szymborska, Pawlikowska-Jasnorzewska, Tuwim, Młynarski, motywy z filmu ” Lista Schindlera”. Kadisz i znane piosenki żydowskie.

Czy autorka książki widziała spektakl?

– Tak, pani Sabina była na premierze i oglądała także kilka spektakli popremierowych. Była oszołomiona, chyba można to tak nazwać. Ale wyobrażam sobie, że to wielkie przeżycie usłyszeć własne wyznania, zobaczyć swój los w ujęciu teatralnym. Jesteśmy dziś stale w kontakcie. Zaprzyjaźniłyśmy się wszystkie.

Czy autorka książki jest dziś z Polską związana?

– Tak, pani Sabina odwiedza głównie chyba Wrocław, gdzie są jej groby rodzinne. I jak mówi, chciałaby czuć wzniosłość patriotyzmu, mieć ciepłe uczucia i do Polski, i do Wrocławia, ale nie może, nie umie. Zabrakło choćby jednego słowa – „wybacz” – przez te wszystkie następne lata. W spektaklu pani Sabina pyta kilka razy o to, czy polski antysemityzm dalej istnieje. Czy to się zmieniło. Te pytania robią wrażenie.

Jest już po wyborach samorządowych. Widzi pani światełko w tunelu?

– Nie wiem. Czekają nas teraz trzy lata wyborów, nie wiem, jak to przetrzymamy. Te kampanie i postanowienia są zabójcze dla stabilnego rozsądnego rozwoju kraju, spokojnej pracy, rodzą nienawiści i zawodzą nadzieje z miesiąca na miesiąc. Nie jesteśmy sobą. Tęsknię do Polski tej z lat 1989 do 2016, do Polski kroczącej dumnie i skutecznie naprzód pod sztandarami Unii Europejskiej. Polski bez wątpliwości, że kierunek jest dobry. Tęsknię.

Jak Teatr Polonia i Och-Teatr radzą sobie w tej rzeczywistości, niekoniecznie im przychylnej?

– Radzimy sobie. Gramy nieustannie, każdego dnia, pracujemy, robimy nowe spektakle, jesteśmy po premierze „Krzeseł” Ionesca, przed premierą „Os” Iwana Wyrypajewa, „Stowarzyszenia umarłych poetów” itd. Sezon zaplanowany, realizowany, dzięki publiczności. Dziękujemy. Rozmawiamy z chorzowskim teatrem i jego nowym dyrektorem o naszej letniej obecności na tej scenie, o przeglądzie naszych nowych premier. Bardzo byśmy się ucieszyli, gdybyśmy mogli zaprezentować nasze nowości.

Spektakl „Zapiski z wygnania” zostanie w Teatrze Rozrywki zagrany 5 listopada dwukrotnie: o godz. 18 i 20.30. Bilety: 60-145 zł.

Teatr Rozrywki, Krystyna Janda, Umer.
Rozmowa z Krystyną Jandą

Marta Odziomek: Kim jest pani Sabina Baral, bohaterka „Zapisków z wygnania”, i dlaczego postanowiły panie – wspólnie z panią Magdą Umer – sięgnąć właśnie po jej wspomnienia z czasów Marca ’68?

Krystyna Janda: Pani Sabina jest dziś obywatelką Ameryki, osobą z wielkimi sukcesami zawodowymi i udanym życiem rodzinnym i zawodowym. Kiedy wyjeżdżała z Polski w 1968 roku, miała 20 lat, była studentką Politechniki Wrocławskiej na wydziale matematyki, jej rodzice byli zwykłymi skromnymi ludźmi – ojciec był rzemieślnikiem, szczotkarzem, robił szczotki z naturalnego włosia, mama była gospodynią domową. Książka „Zapiski z wygnania” powstała w następstwie przemówienia czy mowy, którą pani Baral wygłosiła kilka lat temu na zjeździe emigrantów roku ’68 we Wrocławiu. Zjazd był zorganizowany przez prezydenta Dutkiewicza. Książkę napisała chwilę później i książka ta została wydana w Polsce dwa lata temu.
Przeczytałyśmy ją z Magdą Umer, kiedy szukałyśmy materiału do spektaklu dla Teatru Polonia, spektaklu robionego z myślą o 50. rocznicy Marca ’68, i uznałyśmy, że jest to materiał idealny. Prosta, zwykła rodzina, wspaniała dziewczyna – studentka, miłośniczka Polski, Wrocławia, życia i poezji, z udanym życiem po emigracyjnych pierwszych latach tułaczki i trudności. Osoba z wielką świadomością, czym były wydarzenia marcowe, jakiego rodzaju i jak wielka jest to strata – ta emigracja – i dla Żydów, i dla Polaków. Książka z wieloma szczegółami dotyczącymi wyjazdów i pierwszych lat tułaczki. Wrażenie po lekturze było tak piorunujące, że obie z Magdą Umer wiedziałyśmy, że chcemy opowiedzieć to i tylko to. Wydawało się nam, że ta opowieść jest materiałem uniwersalnym. Przede wszystkim podobał nam się ton tej książki, sposób oceniania tamtych wydarzeń i cytowane poezje. Książka jest wspaniała.

„Magda uznała, że powinnyśmy zrobić z tego przedstawienie. Ja od początku mówiłam, że to będzie trudne. I nie myliłam się” – mówi pani w jednym z wywiadów. W czym tkwiła trudność zrealizowania „Zapisków…” na scenie?

– Dziś nie pamiętam, co miałam na myśli i jakie obawy mną targały. Dziś mamy spektakl – wydaje się – naprawdę poruszający i niezwykle odbierany przez publiczność. Spektakl, który gram z wielkim poczuciem sensu i solidarności, spektakl z rolą, za którą dostałam już kilka nagród. Chciałbym grać go w nieskończoność, dla młodzieży szczególnie. Jest wymowny i ostrzega przed powrotem tamtych sentymentów i zdarzeń.

Sabina Baral przekazuje motto za Williamem Faulknerem: „Przeszłość nigdy nie umiera. Właściwie nawet nie jest przeszłością”. W jaki sposób spektakl rezonuje z współczesnością?

– Spektakl kończy się sekwencją zmontowanych materiałów z demonstracji skrajnie prawicowych ugrupowań w Polsce, organizowanych 11 listopada. Jest to montaż z kilku ostatnich lat. Mam nadzieję że to jedyny element spektaklu, który dotyka współczesności. Wszystko inne to szalenie ludzka, czuła i dumna opowieść o ludziach, którzy zostali zmuszeni do emigracji, pozbawieni ojczyzny i godności w momencie wyjazdu. Ludzi, którzy wyjechali bez obywatelstwa, z koniecznością zapłacenia za studia odbyte w Polsce i z nigdy niezwróconymi emeryturami, które – wyjeżdżając – utracili. A motto? Jest ich tam w tekście kilka. Historia ludzka zostaje. Historia się powtarza. Trudna sztuka wybaczania. Odpowiedzialność za kraj i za wydarzenia. Odpowiedzialność za państwo. „Zostaniecie z tym antysemityzmem sami i to będzie wasz problem”.

Na scenie pojawiają się, oprócz pani, Janusz Bogacki i towarzyszący mu zespół. Jaki repertuar muzyczny wybrała pani do ilustracji tekstu?

– Jest w przedstawieniu dużo muzyki. Dużo poezji. Szymborska, Pawlikowska-Jasnorzewska, Tuwim, Młynarski, motywy z filmu ” Lista Schindlera”. Kadisz i znane piosenki żydowskie.

Czy autorka książki widziała spektakl?

– Tak, pani Sabina była na premierze i oglądała także kilka spektakli popremierowych. Była oszołomiona, chyba można to tak nazwać. Ale wyobrażam sobie, że to wielkie przeżycie usłyszeć własne wyznania, zobaczyć swój los w ujęciu teatralnym. Jesteśmy dziś stale w kontakcie. Zaprzyjaźniłyśmy się wszystkie.

Czy autorka książki jest dziś z Polską związana?

– Tak, pani Sabina odwiedza głównie chyba Wrocław, gdzie są jej groby rodzinne. I jak mówi, chciałaby czuć wzniosłość patriotyzmu, mieć ciepłe uczucia i do Polski, i do Wrocławia, ale nie może, nie umie. Zabrakło choćby jednego słowa – „wybacz” – przez te wszystkie następne lata. W spektaklu pani Sabina pyta kilka razy o to, czy polski antysemityzm dalej istnieje. Czy to się zmieniło. Te pytania robią wrażenie.

Jest już po wyborach samorządowych. Widzi pani światełko w tunelu?

– Nie wiem. Czekają nas teraz trzy lata wyborów, nie wiem, jak to przetrzymamy. Te kampanie i postanowienia są zabójcze dla stabilnego rozsądnego rozwoju kraju, spokojnej pracy, rodzą nienawiści i zawodzą nadzieje z miesiąca na miesiąc. Nie jesteśmy sobą. Tęsknię do Polski tej z lat 1989 do 2016, do Polski kroczącej dumnie i skutecznie naprzód pod sztandarami Unii Europejskiej. Polski bez wątpliwości, że kierunek jest dobry. Tęsknię.

Jak Teatr Polonia i Och-Teatr radzą sobie w tej rzeczywistości, niekoniecznie im przychylnej?

– Radzimy sobie. Gramy nieustannie, każdego dnia, pracujemy, robimy nowe spektakle, jesteśmy po premierze „Krzeseł” Ionesca, przed premierą „Os” Iwana Wyrypajewa, „Stowarzyszenia umarłych poetów” itd. Sezon zaplanowany, realizowany, dzięki publiczności. Dziękujemy. Rozmawiamy z chorzowskim teatrem i jego nowym dyrektorem o naszej letniej obecności na tej scenie, o przeglądzie naszych nowych premier. Bardzo byśmy się ucieszyli, gdybyśmy mogli zaprezentować nasze nowości.

Spektakl „Zapiski z wygnania” zostanie w Teatrze Rozrywki zagrany 5 listopada dwukrotnie: o godz. 18 i 20.30. Bilety: 60-145 zł.»

„Krystyna Janda na scenie Rozrywki w Zapiskach z wygnania”
Marta Odziomek, Gazeta Wyborcza-Katowice online, 02.11.2018


Kraków 16.12.2018

Jury konkursu INFERNO 11. Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Boska Komedia obradowało w składzie: ANAMARTA DE PIZARRO, IVAN MEDENICA, IGOR LOZADA oraz ANTÓNIO ARAÚJO i przyznało nagrody w dziewięciu kategoriach:

 

DRUGĄ NAGRODĘ AKTORSKĄ ZA NAJLEPSZĄ ROLĘ MĘSKĄ FESTIWALU otrzymuje: Jan Sobolewski za swoją rolę w „Żabach”.

 

DRUGĄ NAGRODĘ AKTORSKĄ ZA NAJLEPSZĄ ROLĘ KOBIECĄ FESTIWALU otrzymuje: Jadwiga Jankowska-Cieślak za rolę w „Wyjeżdżamy”.

 

NAGRODĘ ZA NAJLEPSZĄ REŻYSERIĘ DŹWIĘKU I MUZYKĘ otrzymuje: Paweł Mykietyn za pracę nad „Wyjeżdżamy”.

 

NAGRODĘ ZA NAJLEPSZĄ SCENOGRAFIĘ I KOSTIUMY otrzymuje: Małgorzata Szczęśniak za scenografię do „Wyjeżdżamy”.

 

PIERWSZĄ NAGRODĘ AKTORSKĄ ZA NAJLEPSZĄ ROLĘ MĘSKĄ FESTIWALU otrzymuje: Szymon Czacki za rolę w „Konformiście 2029”.

 

NAGRODĘ ZA NAJLEPSZĄ REŻYSERIĘ otrzymuje: Michał Borczuch za „Żaby”.

PIERWSZĄ NAGRODĘ AKTORSKĄ EX-AEQUO ZA NAJLEPSZĄ ROLĘ KOBIECĄ FESTIWALU otrzymuje: Sandra Korzeniak za rolę w „Pod Presją”.

 

PIERWSZĄ NAGRODĘ AKTORSKĄ EX-AEQUO ZA NAJLEPSZĄ ROLĘ KOBIECĄ FESTIWALU otrzymuje: Krystyna Janda za rolę w „Zapiskach z wygnania”

 

NAJLEPSZYMI PRODUKCJAMI BOSKIEJ KOMEDII 2018 ogłaszamy: „Pod presją” w reżyserii Mai Kleczewskiej (Teatr Śląski im. Stanisława Wyspiańskiego) i „Zapiski z wygnania” w reżyserii Magdy Umer (TEATR POLONIA).


 

„Zapiski z wygnania”: płacz nic tutaj nie pomoże [RECENZJA]

 

Szmer. Szelest. Telefon, jeden, drugi. Szepty, chrząknięcia i komentarze. Po chwili milknie wszystko. Robi się tak cicho, jak w teatrze nigdy nie było. Krystyna Janda, opanowanym, przeszywającym tonem, opowiada, relacjonuje, zawstydza. Jako Sabina Baral, wypędzona z Polski pamiętnego ’68 Żydówka, robi rachunek z człowieczeństwa. Całym pokoleniom. Bo kolejne pokolenia mijają, a antysemityzm wciąż ma się świetnie.

 

  • „Zapiski z wygnania” Magdy Umer i Krystyny Jandy, nagrodzone na krakowskim festiwalu Boska Komedia, zrealizowano na podstawie opowiadania-dokumentu Sabiny Baral, Żydówki zmuszonej do emigracji z Polski w marcu ’68, pod wpływem antysemickiej nagonki
  • Janda dokonuje rzeczy niezwykłej, stając się kimś na kształt posłańca, oddelegowanego do niewdzięcznej misji. Stara się ograniczać ekspresję, z którą od zawsze jest kojarzona. Nie jest ani rozedrgana, ani przesadnie poruszona, jakby tylko powtarzała: płacz nic tutaj nie pomoże
  • Umer i Janda zdecydowanie sięgają po to, co najbardziej aktualne, drażliwe. Wykorzystują fragmenty nagrań z pochodami ONR-u, kończąc spektakl obrazem demolowanej Warszawy
  • To spektakl edukacyjny w najlepszym tego słowa znaczeniu. I jeśli dziś wysyłać szkoły do teatrów, z obowiązku, to do takich. Jeśli inwestować oświatowe pieniądze w kulturę, to w kulturę, która nauczy tego, czego, bardzo możliwe, nikt nie dowie się na lekcji polskiego, historii czy religii.

 

„Ucieleśnia polityczne i humanistyczne treści, nie wykorzystując ani realistycznych, bądź melodramatycznych mechanizmów, ani osądów. Jej głos – dosłownie i metaforycznie – wyraża głośny sprzeciw wobec faszyzmu, nie ferując żadnych wyroków” – brzmiało uzasadnienie jury festiwalu Boska Komedia, które przyznało Krystynie Jandzie nagrodę za Najlepszą główną rolę kobiecą, a spektakl „Zapiski z wygnania”, obok „Pod presją” Mai Kleczewskiej, uznało Najlepszym przedstawieniem 2018 roku._

Zgadza się, Krystyny Jandy i reżyserującej przedstawienie Magdy Umer, nie interesują melodramatyczne tony. Wystawiając „Zapiski…” na podstawie opowiadania-dokumentu Sabiny Baral, nie pozwalają na łatwą manipulację emocjami. Bohaterką monodramu, na co dzień wystawianego w stołecznej Polonii, czynią kobietę z głosem ściśniętym, który nie ma prawa drżeć. Baral w wykonaniu ostentacyjnie niegrającej, występującej „na biało”, uważnie relacjonującej Jandy, jest tutaj bardziej pośrednikiem, niż odtwarzaną postacią. Stojąca w oddali, za tiulowym, przezroczystym materiałem, na którym zobaczymy zbliżenia jej twarzy, będzie streszczać kolejne lata z życia „marcowej emigrantki”, a na rozwieszonym nad sceną ekranie pojawią się zdjęcia innych wygnańców. „My wyjechaliśmy, a wy zostaniecie z waszym antysemityzmem sami” – usłyszymy z ust Baral-Jandy.

 

Sabina Baral w swojej książce przypomina o czarnym okresie z polskiej historii, roku 1968, kiedy Polska „wyrzucała ludzi”, starych-nowych wrogów, Żydów. Dając im bilet w jedną stronę. „Napisałam tę książkę dla siebie, dla Was i dla przestrogi. Jest kawałkiem mojego życia, ale nie tylko. Jest moim Jizkor, hebr., (Oby wspominał [Pan duszę]; jid. Jizker, Jisker)” – brzmi dedykacja autorki. Głośno „modląc się” za dusze zmarłych krewnych (Izkor lub Jizko to tradycyjna hebrajska modlitwa), zachowuje pamięć o nich. Jak pisze, gdyby ona o nich nie wspomniała, nikt by się o nich nigdy nie dowiedział. Historia nie obeszła się z nimi łaskawie.

 Siła tekstu Baral zdaje się tkwić w jego zdystansowaniu, laboratoryjnej wręcz precyzyjności w opisywaniu zdarzeń. Te, przez swoją dokładność, stają się doświadczeniem fizycznie bolesnym. Dynamiczne prowadzone losy bohaterki, najpierw z perspektywy młodej studentki, później dorosłej, ustatkowanej, spełnionej zawodowo kobiety, nie dają widzom odetchnąć. Za kolejnymi, nieludzkimi, upokarzającymi sytuacjami, idą następne.

Na scenie Jandzie towarzyszy zespół pod kierownictwem Janusza Bogackiego (ten sam, z którym Janda stworzyła wspaniałą „Białą Bluzkę”, opartą na opowiadaniach Agnieszki Osieckiej). W linearnie prowadzoną opowieść wplatane zostają utwory z wierszami Tuwima, tekstami Osieckiej, Młynarskiego, czy tradycyjne piosenki żydowskie. Częściej melorecytowane, niż wyśpiewywane. Baral-Janda relacjonuje jak podczas wyjazdu z Polski szmuglowano rzeczy na lotnisku i jak w końcu zostawano z niczym. Wspomina koty, „pierwsze zwierzęta tej emigracji” i w końcu pokazuje jedną najważniejszych, chyba najbardziej dramatycznych i poruszających scen przedstawienia – wizytę z wujkiem Zacharje w Auschwitz, wspólnie się modlą. Modlimy się z nimi wszyscy.

 Janda dokonuje rzeczy niezwykłej. Dźwiga na sobie tę postać, nie odtwarzając jej. Staje się kimś na kształt posłańca, oddelegowanego do niewdzięcznej misji. Nie może dać ponieść się emocjom, niczego kreować. Cały czas stara się ograniczać ekspresję, tak przecież silną, z którą niemal od zawsze jest kojarzona. Zamiast więc wykorzystywać słynną „charyzmę”, dyscyplinuje się. Nie pozwala sobie na słabość, a krzyk czy płacz byłyby jej oznaką.

Jest inna, niż w pozornie podobnie skonstruowanej „Danucie. W”. Jako Wałęsowa też rezygnowała z grania na rzecz dyskretnego opowiadania, wiarygodność uzyskując w możliwie najprostszy sposób. Ale wtedy pozwalała sobie na prywatność, wykorzystywała ją. Tutaj takiej możliwości sobie nie daje. Gdy tam tony wypowiadanego przed dwie godziny tekstu równoważyła wykonywaniem domowych obowiązków (pieczeniem szarlotki), tak tutaj każde kolejne zdanie zyskuje podobną moc i taką samą, bolesną ostrość. Janda nie udowadnia że nic jej to nie kosztuje. Wręcz przeciwnie. Z każdą frazą wygląda jakby walczyła, żeby nie płakać (wspominając w wywiadach okres prób, mówiła, że z tym na początku było u niej najtrudniej), żeby nie stracić trzeźwości spojrzenia. Ból, gorycz, złość, niepogodzenie są, ale ukryte. Nie jest ani rozedrgana, ani przesadnie poruszona, jakby tylko powtarzała: płacz nic tutaj nie pomoże. Choć my płaczemy. Tylko po cichu, żeby nie przegapić ani jednego słowa zmierzającego w naszą stronę z prędkością pędzącego naboju. Bo zwykle kiedy bardzo się wstydzisz, to potrafisz bardzo uważnie słuchać.

 Rewelacyjnie zainscenizowane (świetny jest pomysł z umieszczeniem Jandy za delikatną zasłoną, jako symbol pozostawania pomiędzy różnymi czasami, rzeczywistościami) „Zapiski z wygnania” zdecydowanie sięgają po to, co najbardziej aktualne, drażliwe. Wykorzystują fragmenty nagrań z pochodów ONR-u, kończąc spektakl obrazem demolowanej Warszawy. Nie sposób zarzucić im jednak sięgania po wykorzystywaną już wiele razy efektowność tego typu scen. Nie w tym przypadku. Nie pokazanie obrzydliwych napisów, które wciąż wyglądają do nas z okolicznych murów, świadczyłoby raczej o chęci zamknięcia historii w przeszłości. A na to od początku nie daje przyzwolenia Baral. I tego najbardziej się obawia.

 „Zapiski z wygnania” Magdy Umer to teatr, nie bójmy się tego słowa, publicystyczny. Ba, trzeba nawet śmiało powiedzieć – edukacyjny. W najlepszym tego słowa znaczeniu! I jeśli wysyłać dziś szkoły do teatrów, z obowiązku, to do takich. Jeśli inwestować oświatowe pieniądze na szeroko rozumianą kulturę, to na kulturę, która nauczy tego, czego, bardzo możliwe, nikt nie dowie się na lekcji polskiego, historii czy religii. Że demolowana stolica z 11 listopada, kukła Żyda palona na wrocławskim Rynku i uchodźcy porównywani z roznoszącymi zarazę szkodnikami, to tworzące się tu i teraz „zapiski wygnańców”. I tego, że, jak pisze Baral, „niektóre straty są nieodwracalne”.

Dawid Dudko, kultura.onet.pl, 17.12.2018

https://kultura.onet.pl/teatr/zapiski-z-wygnania-placz-nic-tutaj-nie-pomoze-recenzja/c7ytk35?utm_source=wiadomosci_viasg&utm_medium=nitro&utm_campaign=allonet_nitro_new&srcc=ucs&utm_v=2

 


 

Poznań: Krystynę Jandę zobaczymy w „Zapiskach z wygnania”

 

„Zapiski z wygnania” to wspomnienia Sabiny Baral, która w wyniku wydarzeń Marca 1968 wyemigrowała wraz z rodzicami. Zobaczymy je 10 i 11 stycznia w Auli Artis w wykonaniu Krystyny Jandy. To kolejna propozycja Gruv-Artu w ramach cyklu Poznańska Premiera przygotowana przez warszawski Teatr Polonia. Na scenie zobaczymy Krystyną Jandę i Janusza Bogackiego wraz z zespołem muzycznym. Krystyna Janda razem z Magdą Umer, która rzecz reżyserowała, jest autorką adaptacji „Zapisków”. „Zapiski z wygnania” to bardzo osobiste wspomnienia 20-letniej wtedy emigrantki. Sabina Barel urodziła się we Wrocławiu. Po maturze w 1965 roku rozpoczęła studia na tamtejszej politechnice. Jej losy są podobne dol osów wielu ludzi z jej pokolenia.

Krystyna Janda stoi na scenie w zwykłej, czarnej sukience. Stoi i mówi. Czasami sięgnie po papierosa. Czasami zaśpiewa i znów mówi. Nic więcej. Ale to wystarczy, aby wzruszyć i poruszyć. „Zapiski z wygnania” z Krystyną Jandą są niezwykle ubogie w formę i bogate w poruszającą treść. Scena jest niemalże pusta. Mikrofon, stolik, paczka papierosów. To wszystko. Ale reżyserka i aktorka interesująco wykorzystują technikę. Przesłaniają w połowie przezroczystym ekranem scenę i wyświetlają na nim zbliżenia twarzy Jandy podczas monologu albo zdjęcia archiwalne. Dzięki temu wyraźnie widzimy, że każdy gest, każdy półuśmiech, każde zmrużenie oka jest po coś. Ile cierpienia można znieść zanim się nie oszaleje? Powychodzili z lasów, z dziur w ziemi, z szaf, piwnic i strychów. Wyszli półżywi z obozów, wrócili z Syberii i Kazachstanu do domu do Polski. A potem przez 23 lata nie wyjechali. Chcieli mieszkać tutaj. Tu gdzie się urodzili ich rodzice i gdzie się urodziły ich dzieci. Po wojennej gehennie, po latach cierpienia i strachu mimo wszystko jeszcze raz zdecydowali , że Polska to ich kraj. I tych ludzi po roku 1968 Polska wyrzuciła. Krystyna Janda za rolę w spektaklu „Zapiski z wygnania” uhonorowana została indywidualną nagrodą aktorską na 24. Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej. Spektakle, które wpisują się w obchody Dnia Judaizmu zobaczymy 10 stycznia o godzinie 19 i 11 stycznia o godzinie 17.30 i 20.30. Bilety kosztują od 70 do 150 zł. Rezerwacja biletów na rezerwacja@gruvart.com lub pod nr. telefonu 61 847 1115.

 

Marek Zaradniak, Głos Wielkopolski, 17.12.2018

 

https://gloswielkopolski.pl/poznan-krystyne-jande-zobaczymy-w-zapiskach-z-wygnania/ar/13743252?fbclid=IwAR0tW2AyEceNXxNpr-sf9J3wprXFZzxIAichd1SqRfmBytv3SO2gYBZxbG4

 


 

WYSOKIE OBCASY – Portrety kobiet – Śmiałe 2018

50 Śmiałych 2018. Kobiety, które zmieniają świat na lepsze

Krystyna Janda. Widzowie siedzą przez 100 minut ze ściśniętymi gardłami i ani drgną, a potem bez końca biją brawo na stojąco.

Zatriumfować w spektaklu, którego forma polega głównie na tym, że stoi się niemal nieruchomo przed mikrofonem, może tylko Krystyna Janda. Stoi się i mówi. Czasem też śpiewa. Aktorka zrobiła to w marcu, jednym z tych miesięcy w polskim kalendarzu, które od czasu do czasu zapisujemy dużą literą. W tym roku dużą i pogrubioną, bo obchodziliśmy 50-lecie jednej z haniebniejszych kart naszej powojennej historii – antysemickiej kampanii Marca ’68. Z tej okazji Janda przeniosła na scenę swojego warszawskiego Teatru Polonia bolesne i szczere do bólu „Zapiski z wygnania” Sabiny Baral, polskiej Żydówki, której własna ojczyzna kazała się wynosić. A przeniosła je tak, że widzowie siedzą przez 100 minut ze ściśniętymi gardłami i ani drgną, a potem bez końca biją brawo na stojąco. Biją je w Warszawie i Szczawnie-Zdroju, Gdańsku i Jarocinie, Lublinie i Lubinie, Krakowie i Gorzowie, bo aktorka przemierza Polskę wzdłuż i wszerz za sprawą domagającej się tego ludności.

Nie dziwi więc, że Krystyna Janda na tegorocznym Festiwalu Prapremier w Bydgoszczy otrzymała główną nagrodę „za kreację, która przywraca sens i powagę obywatelskiemu zaangażowaniu artysty w sprawy publiczne”. Nic dodać, nic ująć. A już niebawem, bo w styczniu, będą się mogli o tym przekonać mieszkańcy Tychów i Poznania, gdzie będą grane „Zapiski z wygnania”.

Mike Urbaniak, Gazety Wyborcza – Wysokie obcasy, 29.12.2018

—————– ——————— ———- —————- ————————-

O!Lśnienia 2018: nominowani w kategorii Teatr

W programie „Rezerwacja” Katarzyny Janowskiej poznaliśmy nominowanych do O!Lśnień 2018, nagród kulturalnych Onetu. W kategorii Teatr nominowani zostali: Krystyna Janda za spektakl „Zapiski z wygnania”, Weronika Szczawińska za spektakl „Genialna przyjaciółka” oraz Krzysztof Warlikowski za spektakl „Wyjeżdżamy”. Głosowanie potrwa do 24 lutego. Zwycięzców poznamy 1 marca o godz. 20.00 podczas transmisji gali na www.onet.pl oraz w Canal+.

– Jest to wydarzenie, które nas połączyło. Ci, którzy widzieli spektakl, a wydaje mi się, że wszyscy powinni zobaczyć. W tym momencie uważam, że przekaz tego spektaklu powinien trafić do jak najszerszego grona – powiedział o spektaklu „Zapiski z wygnania” Krystyny Jandy krytyk teatralny Łukasz Maciejewski. – Dla Warlikowskiego i marki, którą stworzył ten spektakl jest pewnego rodzaju podsumowaniem – dodał na temat spektaklu „Wyjeżdżamy” Krzysztofa Warlikowskiego. – Bardzo się cieszę z tej nominacji, ponieważ jest to teatr współczesny, a my krytycy żadko do niego zaglądamy. Powinniśmy częściej – skomentował nominację Weroniki Szczawińskiej za spektakl „Genialna przyjaciółka” Maciejewski.

W kategorii Teatr nominowani zostali: 

  • Krystyna Janda, „Zapiski z wygnania” (Teatr Polonia): Za wielką poruszającą kreację w spektaklu opowiadającym o wypędzeniu polskich Żydów w Marcu ’68, w spektaklu odsłaniającym dawny i dzisiejszy antysemityzm.
  • Weronika Szczawińska, „Genialna przyjaciółka” (Wrocławski Teatr Współczesny): za feministyczny spektakl będący pierwszą polską adaptacją prozy Eleny Ferrante; za opowieść o walce z męską dominacją i nierównościami klasowymi, za refleksję na temat aspiracji i rozczarowań kobiet.
  • Krzysztof Warlikowski, „Wyjeżdżamy” (Nowy Teatr w Warszawie): za melancholię, wzruszenia, ale i humor na przekór śmierci; za wspaniałą grę zespołu aktorskiego, w którym każda z gwiazd Nowego kreuje swój fragment spektaklu.

1 luty 2019

https://kultura.onet.pl/teatr/olsnienia-2018-nominowani-w-kategorii-teatr/q5bzsmf

——————- ———– ——————- —————————–

Przegrani, czyli zapiski z Polski

26 lutego 2019

O „Zapiskach z wygnania” w reżyserii Magdy Umer w Teatrze Polonia w Warszawie pisze Magda Mielke.

„Zapiski z wygnania” w reżyserii Magdy Umer, z przejmującą rolą Krystyny Jandy, to oparta na wspomnieniach Sabiny Baral gorzka opowieść o wydarzeniach marca 1968 roku. Przymusowa emigracja widziana oczami dwudziestoletniej wówczas dziewczyny, która wraz z rodziną i tysiącami innych Żydów została zmuszona do opuszczenia Polski.

Sabina Baral wyjechała z kraju na fali marcowej nagonki. W ‘68 roku wchodziła dopiero w dorosłość – zaczynała studia na wrocławskiej politechnice, spotykała się z chłopakiem, snuła plany na przyszłość – przyszłość w Polsce. I choć finał tej historii nie jest tragiczny – Sabina dotarła z rodzicami do Stanów Zjednoczonych, zdobyła wykształcenie, zrobiła karierę i założyła rodzinę – to nie jest to happy end.

W głuchej ciszy, ze skupieniem widzowie wpatrują się w skromną przestrzeń sceny – półprzezroczysty ekran, rozpostarty niczym kurtyna. Za nim w świetle reflektora stoi ubrana na czarno aktorka oraz nieco z boku ustawieni są muzycy (Janusz Bogacki z zespołem muzycznym w składzie: Tomasz Bogacki, Mateusz Dobosz/Paweł Pańta, Bogdan Kulik, Marek Zebura). Akompaniują aktorce do żydowskich piosenek i utworów Tuwima, Osieckiej, Młynarskiego, Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Śpiewanych i recytowanych zawsze we fragmencie, nigdy w całości. Będących komentarzem do opowiadanych zdarzeń. Na ekranie zamiennie wyświetlane są dokumentalne nagrania z tamtego okresu oraz twarz aktorki, którą dzięki ekranowemu powiększeniu oglądamy z bliska, przyjmując opowieść o tych trudnych doświadczeniach prosto w oczy. To przeplatanie tekstu muzyką i fragmentami filmowymi działa w poruszający sposób: Janda wbija w fotel, z każdą kolejną minutą wzmacnia przekaz. I choć tekst miejscami ociera się o patos, to intymność tej bolesnej opowieści szybko go niweluje.

Zdziesiątkowane, często cudem ocalałe z Zagłady żydowskie rodziny w ‘68 roku zostały z Polski wyrzucone. Propagandowa nagonka, zwolnienia z pracy, wydalenia z uczelni, masowe podsycanie niechęci, szerzenie atmosfery strachu, naciski i agresja, której najmniejszym przejawem było rzucanie kamieniami w dzieci idące do szkoły. Wreszcie wygnanie. Spora część monologu poświęcona jest drobiazgowemu opisowi rzeczy, których z Polski wywieźć nie było można. Szybkie wyprzedawanie majątku, zbieranie absurdalnych zaświadczeń, pospieszne poszukiwanie towarów, które będzie można spieniężyć na Zachodzie, na koniec upokarzająca odprawa celna, związana nieodłącznie z wysokimi łapówkami dla celników i z utratą najintymniejszych pamiątek. Dalej bohaterka wspomina kolejne emigracyjne lekcje, których doświadczyła, gdy pracowała w Rzymie w ośrodku pomagającym emigrującym z Polski Żydom. Poznaje historię starszej pary, która próbuje dostać się na Zachód razem z kotem, losy małżeństwa podróżującego z trumną z ciałem córki czy dworcową próbę samobójczą. Poprzez te gorzkie anegdoty odbiera bolesne lekcje odpowiedzialności, zaufania i utraty tożsamości.

Ten przejmujący monolog-dokument to nie lekcja historii przypominająca o marcowych wydarzeniach ’68, lecz przestroga przed wszelkimi rodzajami nienawiści, ksenofobią i antysemityzmem. Konotacje z dzisiejszą sytuacją polityczną rodzą się pomiędzy wersami monologu. Dodatkowo głośno wybrzmiewają pod koniec spektaklu w filmowych nagraniach przedstawiających marsz niepodległości, w którym tłumy w biało-czerwonych barwach idą z racami i rasistowskimi hasłami na plakatach, a z przysłoniętych twarzy bije zwierzęca wręcz chęć przemocy. Epatowanie takim widokiem – wzmocnionym warstwą dźwiękową – sprawia, że po kilku minutach patrzenie na obraz staje się za trudne.

Krystyna Janda przy pomocy bardzo skromnych teatralnych środków – swojego głosu i spojrzenia – tworzy wybitną wręcz rolę, nie tylko dając wyraz artystycznemu zaangażowaniu w bieżące sprawy publiczne, lecz także po ludzku chwytając za serce przejmującą opowieścią o gniewie i strachu, które przekuwają się w samotność i bezsilność. „Ile cierpienia można znieść, zanim się oszaleje?”, pyta za Sabiną Baral aktorka. Nie żali się, nie krzyczy, nie oskarża. Opowiada jakby stojąc z boku, z zagojonymi ranami. „Kiedy z Polski wyjadą już wszyscy Żydzi, ze swoim antysemityzmem zostaniecie sami” – gdy ze sceny padają te słowa, to porażają, gdyż pokazują, że choć minęło pół wieku, to nastroje wciąż są jakby podobne.

Magda Mielke – absolwentka Dziennikarstwa i studentka Filmoznawstwa na Uniwersytecie Gdańskim. Recenzentka filmowa i teatralna, miłośniczka współczesnej literatury.

https://teatrdlawszystkich.eu/przegrani-czyli-zapiski-z-polski/

—————– ———— ——————————————————————

O!Lśnienia 2018: w kategorii Teatr zwycięża Krystyna Janda

 Krystyna Janda zwyciężyła w kategorii Teatr w plebiscycie O!Lśnienia – Nagrody Kulturalne Onetu i Miasta Krakowa. Aktorka pokonała Weronikę Szczawińską oraz Krzysztofa Warlikowskiego.

Krystyna Janda – laureatka O!Lśnień w kategorii Teatr

„Za wielką poruszającą kreację w spektaklu opowiadającym o wypędzeniu polskich Żydów w Marcu ’68, w spektaklu odsłaniającym dawny i dzisiejszy antysemityzm” – brzmiało uzasadnienie dla nominacji dla Krystyny Jandy za spektakl „Zapiski z wygnania” w Teatrze Polonia, wyreżyserowany przez Magdę Umer.

Janda pokonała Weronikę Szczawińską, reżyserkę spektaklu „Genialna przyjaciółka” we Wrocławskim Teatrze Współczesnym, oraz Krzysztofa Warlikowskiego, który wyreżyserował „Wyjeżdżamy” w warszawskim Teatrze Nowym.

„Krystyny Jandy i reżyserującej przedstawienie Magdy Umer, nie interesują melodramatyczne tony. Wystawiając »Zapiski…« na podstawie opowiadania-dokumentu Sabiny Baral, nie pozwalają na łatwą manipulację emocjami. Bohaterką monodramu, na co dzień wystawianego w stołecznej Polonii, czynią kobietę z głosem ściśniętym, który nie ma prawa drżeć. Baral w wykonaniu ostentacyjnie niegrającej, występującej »na biało«, uważnie relacjonującej Jandy, jest tutaj bardziej pośrednikiem, niż odtwarzaną postacią. Stojąca w oddali, za tiulowym, przezroczystym materiałem, na którym zobaczymy zbliżenia jej twarzy, będzie streszczać kolejne lata z życia »marcowej emigrantki«, a na rozwieszonym nad sceną ekranie pojawią się zdjęcia innych wygnańców. »My wyjechaliśmy, a wy zostaniecie z waszym antysemityzmem sami« – usłyszymy z ust Baral-Jandy” – pisaliśmy a naszej recenzji spektaktu.

Krystyna Janda to jedna z najbardziej utytułowanych polskich aktorek, prawdziwa legenda polskiego kina i teatru. Grała u Wajdy, Zanussiego i Kieślowskiego. Za „Przesłuchanie” Ryszarda Bugajskiego otrzymała w Cannes Nagrodę Jury za najlepszą rolę kobiecą. Na deskach teatralnych lśniła w jako Elżbieta w „Białej bluzce”, grała też Medeę, Shirley Valentine, Lady Makbet i Marię Callas.

Czym są O!Lśnienia?

O!Lśnienia – Nagrody Kulturalne Onetu i Miasta Krakowa – przyznawane są w siedmiu kategoriach konkursowych: Film, Literatura, Sztuki wizualne, Muzyka popularna, Muzyka klasyczna i jazz, Teatr oraz Serial. Ostatnia z nich pojawia się w plebiscycie po raz pierwszy. Nagrody przyznane zostaną za najważniejsze artystyczne wydarzenia 2018 roku. Osoby, które mają szansę na ich uzyskanie, to twórcy, których świeżość spojrzenia, talent oraz warsztat lśniły najjaśniej.

Do nagród nominowani byli polscy artyści, których dzieła zostały wydane lub wyprodukowane w ubiegłym roku w Polsce, lub którzy odnieśli spektakularny, międzynarodowy sukces. Nominacje mogli otrzymać też twórcy zagraniczni, pracujący z polskimi artystami. Listę nominowanych, na podstawie rekomendacji krytyków, przygotowała wraz z Katarzyną Janowską redakcja Onet Kultura.

Zwycięzców poznaliśmy 1 marca o godz. 20.00 podczas transmisji gali na www.onet.pl oraz w Canal+. Wręczenie nagród, koncert Natalii Przybysz i dyskusja na temat przyszłości kultury odbyły się w Centrum Kongresowym ICE w Krakowie.

Współorganizatorami O!Lśnień są: Miasto Kraków, Krakowskie Biuro Festiwalowe i Centrum Kongresowe ICE Kraków. Canal+ jest partnerem telewizyjnym, a polska edycja magazynu „Vogue” – patronem medialnym wydarzenia.

 

onet.pl, 1 marca 2019,  20:32

https://kultura.onet.pl/teatr/olsnienia-2018-w-kategorii-teatr-zwycieza-krystyna-janda/1j08cg1

————- —————— —————— —————– —————————

 

Kultura

Opowieść o tym, jak świat rozpada się na kawałki. Znakomita Janda z „Zapiskami z wygnania”

Głośne przedstawienie na podstawie wspomnień Sabiny Baral zobaczymy w Szczecinie w kwietniu w ramach 54. Festiwalu Małych Form Kontrapunkt

Spektakl powstał z okazji 50. rocznicy Marca ’68. Krystyna Janda zjeździła z nim Polskę wzdłuż i wszerz.

Bo też wydarzeniom, o których opowiada – antysemickiej nagonce i przymusowym wyjazdom Polaków żydowskiego pochodzenia, często cudem ocalałych w czasie II wojny – trudno przypisać jeden punkt na mapie.

Szacuje się, że Polskę opuściło od kilkunastu do 20 tys. obywateli. – Na tle emigracji z PRL-u lub ogółu ludności Polski emigranci pomarcowi byli grupą niezwykłą. Odsetek osób z wykształceniem wyższym i studentów był wśród nich osiem razy większy – wylicza Krystyna Janda w trailerze spektaklu.

Na scenie w „Zapiskach…” aktorce towarzyszy zespół muzyków pod kierownictwem Janusza Bogackiego. Za reżyserię odpowiada Magda Umer. Premiera odbyła się 9 marca 2018 roku w warszawskim Teatrze Polonia.

Straciła wszystko, co znała

Sabina Baral, której wspomnienia stały się kanwą scenariusza, to wrocławianka, która jako dwudziestolatka razem z rodzicami musiała uciekać w nieznane. – Często dostaję pytania, czy noszę jeszcze zadrę. Czy przebaczyłam. Czy nadal boli – opowiadała Sabina Baral podczas spotkania w Teatrze Żydowskim w 2016 r. – To jest złożona sprawa, bo jak sobie myślę o tym wszystkim, to boli. Wtedy bolało. Wtedy traciłam coś bardzo namacalnego, bo traciłam wszystko, co znałam. Potem przeżyłam najtrudniejszy okres – obojętność. Bo wiecie państwo, że odwrotną stroną miłości nie jest nienawiść – wyznała autorka wspomnień.

Historie, które zapamiętała Sabina Baral i które przywołuje na scenie Janda, wbijają w fotel. Niektóre zaskakują, jak ta o kocie, którego zabrało ze sobą w podróż starsze rodzeństwo profesorów Uniwersytetu Warszawskiego. „Kot wydaje się być ich jedyną rodziną. Stanowi niezwykłe wyzwanie logistyczne i organizacyjne, jest to chyba pierwsze zwierzę tej emigracji. Jego właściciele przy każdej okazji wpadają w panikę, boją się, że za chwilę ktoś powie, że dalej z kotem podróżować nie wolno. Ja zaczynam rozumieć, że nie chodzi tylko o miłość do kota, a o odpowiedzialność. O zaufanie. Wzięli zwierzę z Polski, zwierzę im zaufało. (…) Kot wyemigrował do Ameryki. Z własnym biletem lotniczym, na siedzeniu między nimi” – relacjonuje w spektaklu Janda.

Jest też rozdzierający wątek rodziców, którzy wyjeżdżają głównie po to, by ratować swoje wkraczające w dorosłość dziecko. I fragment o innej rodzinie, która zabiera ze sobą w podróż wykopaną trumnę.

Kontrapunkt 2019

„Zapiski z wygnania” zobaczymy w Szczecinie 29 kwietnia o godz. 18 w Teatrze Współczesnym jako tzw. Kontrapunkt Prolog.

Bilety będzie można kupić w połowie marca.

Festiwal Małych Form Teatralnych Kontrapunkt rozpocznie się 6 maja i potrawa do 13 maja. To jeden z najstarszych i największych polskich festiwali teatralnych. Jego sednem jest konkurs, podczas którego można zobaczyć, co pojawiło się na teatralnych scenach ważnego i wartościowego. Grand Prix przeglądu przyznaje publiczność (poprzez głosowanie), spektakle nurtu konkursowego ocenia także profesjonalne jury. Na tygodniowy festiwal składa się kilkadziesiąt wydarzeń artystycznych (konkursowe i pozakonkursowe atrakcje). Oprócz spektakli to m.in. barwny korowód, koncerty, wystawy, spotkania, dyskusje oraz warsztaty.

Sim, Gazeta Wyborcza Szczecin, 25 lutego 2019

http://szczecin.wyborcza.pl/szczecin/7,137466,24490297,prolog-przed-kontrapunktem-janda-w-osobistej-relacja-z-wydarzen.html?fbclid=IwAR0032Euwc4g63rVX3GazWAUwdmnoug5JH_FeobJNd9DXW6wfb7lqY7a034

—————— —————– ————– ————– ———————-

Krystyna Janda zdobyła Grand Prix Indywidualne 59. Kaliskich Spotkań Teatralnych

Tytuł Grand Prix Indywidualne 59. Kaliskich Spotkań Teatralnych otrzymała Krystyna Janda. W nocy z soboty na niedzielę Jury 59. Kaliskich Spotkań Teatralnych – Festiwal Sztuki Aktorskiej ogłosiło werdykt.

Krystyna Janda za rolę w spektaklu „Zapiski z wygnania” z Teatru Polonia w Warszawie otrzymała tytuł Grand Prix Indywidualne 59. Kaliskich Spotkań Teatralnych, nagrodę w wysokości 10 tys. zł oraz statuetkę Wojciecha.

Grand Prix Zespołowe otrzymał natomiast zespół aktorski spektaklu „Hańba” z Teatru Ludowego w Krakowie.

„Grand Prix indywidualne i grupowe to uhonorowanie z jednej strony niezwykłego talentu i niezwykłego tematu, który podjęła Krystyna Janda w swoim spektaklu, a z drugiej strony uhonorowanie fantastycznego spektaklu z niezwykłym zespołowym kunsztem aktorskim, który zaprezentował zespół z Krakowa” – powiedział przewodniczący 59. Kaliskich Spotkań Teatralnych (KST) Piotr Kruszczyński.

Podczas kaliskiej imprezy, która odbywała się od 11 do 18 maja br., zaprezentowano publiczności 13 spektakli konkursowych. Na scenie wystąpiło około 110 aktorów z całej Polski.

W nocy z soboty na niedzielę jury w składzie: Piotr Kruszczyński, Beata Guczalska, Dorota Landowska i Wojciech Majcherek ogłosiło werdykt. Zdaniem jury poziom tegorocznej edycji festiwalu był bardzo wysoki.

„Rzadko zdarza się, żeby festiwal teatralny miał tak wysoki poziom i żeby był tak duży kłopot z rozdysponowaniem wszystkich nagród i sum pieniężnych, które mieliśmy do dyspozycji. Ale jak widać sztuka aktorska w Polsce nie ginie, wręcz przeciwnie – jest w stanie rozkwitu i o tym mogliśmy się przekonać, oglądając te spektakle” – powiedział przewodniczący.

Dodał, że jury starało się wyróżnić i nagrodzić wszystkich tych, których „uznaliśmy za wybitne osobowości sceniczne tego festiwalu. Ale, szczerze mówiąc, tych nagród trochę nam brakowało” – powiedział.

Jury postanowiło przyznać trzy główne nagrody aktorskie. Pierwszą nagrodę oraz 4 tys. zł otrzymała Justyna Wasilewska za rolę Mai w spektaklu „Cząstki kobiety” z TR Warszawa. Drugą nagrodę i 3 tys. zł otrzymała Sandra Korzeniak za rolę Mabel w spektaklu „Pod presją” z Teatru Śląskiego w Katowicach. Trzecią nagrodę ex-aequo po 2 tys. zł otrzymali: Judyta Paradzińska za rolę siostry Alojzy w spektaklu „Wątpliwość” z Teatru Śląskiego w Katowicach i Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu oraz Dobromir Dymecki za rolę Larsa w spektaklu „Cząstki kobiety” z TR Warszawa.

Pięć równorzędnych wyróżnień aktorskich po 1 tys. zł trafiło do Juliusza Chrząstowskiego za rolę w spektaklu „Koniec miłości” z Teatru Polskiego w Bydgoszczy oraz za rolę w spektaklu „Rok z życia codziennego w Europie Środkowo-Wschodniej” z Narodowego Starego Teatru w Krakowie.

Magdalena Drab została wyróżniona za rolę w przedstawieniu „Curko moja – ogłoś to” z Teatru Zamiast w Łodzi; Katarzyna Herman za rolę w spektaklu „Koniec miłości” z Teatru Polskiego w Bydgoszczy; natomiast Dorota Pomykała i Anna Radwan za role w spektaklu „Rok z życia codziennego w Europie Środkowo-Wschodniej” z Narodowego Starego Teatru w Krakowie.

Nagroda Specjalna im. Ignacego Lewandowskiego w wysokości 2 tys. zł trafiła do Moniki Frajczyk za rolę Ewy w spektaklu „Cząstki kobiety” z TR Warszawa.

Dwa równorzędne wyróżnienia dla młodej aktorki i młodego aktora po 1 tys. zł trafiły do Aleksandry Pałki za rolę Pascale w spektaklu „Kamień i popioły” z Teatru im. W. Bogusławskiego w Kaliszu oraz Michała Felczaka za rolę Christophera w spektaklu „Dziwny przypadek psa nocną porą” z Teatru im. W. Bogusławskiego w Kaliszu.

Cykliczną Specjalną Nagrodę Aktorską w wysokości 3 tys. zł dla aktorki/aktora na początku drogi artystycznej wręczono Magdalenie Gorzelańczyk za rolę Jadwigi w spektaklu „Śmierć białej pończochy” z Teatru Wybrzeże w Gdańsku.

Związek Artystów Scen Polskich nagrodę im. Jacka Woszczerowicza i 3 tys. zł przyznał Magdalenie Kuta za rolę Matki w „Cząstkach kobiety” z TR Warszawa.

Gospodarz 59. KST, dyrektor Teatru im. W. Bogusławskiego w Kaliszu Bartosz Zaczykiewicz ocenił, że „udało się złożyć taki program, który bardzo rzadko można spotkać”. „Przynajmniej w paru przypadkach spektakle zostaną bardzo głęboko w pamięci oraz w emocjach publiczności” – powiedział. Dodał, że „festiwal dla wielu widzów był rodzajem autentycznego głębokiego spotkania”.

Ewa Bąkowska, rmfclassic.pl, 20.05.2019
(PAP)

http://m.rmfclassic.pl/informacje/Obraz,12/Krystyna-Janda-zdobyla-Grand-Prix-Indywidualne-59-Kaliskich-Spotkan-Teatralnych,38281.html?fbclid=IwAR2dMSAZLKqS6SMJg1A9vcRrGmSQjXHwfu4NC2ejQ7zKcqI1Bt3idyXIlSs

———————- ——————— ——————- ————————————

niedziela, 26.05.19 | NAGRODA GŁÓWNA FESTIWALU R@PORT 2019

ZAPISKI Z WYGNANIA TEATRU POLONIA WYGRAŁY R@PORT

NAGRODA GŁÓWNA FESTIWALU R@PORT 2019

Jury czternastego Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych R@Port w składzie: Małgorzata Bogajewska, Małgorzata Jarmułowicz, Małgorzata Sikorska – Miszczuk przyznało Nagrodę Główną Festiwalu:

– za wielką, osobistą przemowę do świata w obronie ludzkiej godności,

– za teatr, który podejmuje walkę o kształt naszej rzeczywistości,

– za wzruszające, porażające „Zapiski z wygnania” Teatru Polonia w Warszawie.

Nagroda Główna jest nagrodą  dla twórców przedstawienia (reżysera, scenografa, aktorów oraz innych realizatorów) i wynosi 50.000 zł.

Jury podjęło decyzję o przyznaniu pozaregulaminowej, symbolicznej Nagrody Specjalnej spektaklowi „Lwów nie oddamy” z Teatru im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie, którego twórcy rzucili wyzwanie stereotypom i uprzedzeniom narodowym. Stworzyli widowisko błyskotliwe, nowoczesne i dowcipne, będące efektem rzetelnej reportersko – dokumentacyjnej pracy i niezwykłego zaangażowania całego zespołu.

niedziela, 26.05.19 | NAGRODA PUBLICZNOŚCI

NAGRODA PUBLICZNOŚCI 14. Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych R@Port głosami widzów przyznana została przedstawieniu „Zapiski z wygnania” Teatru Polonia w Warszawie.

http://raport14.festiwalraport.pl

————— —————————– ———————— ————————–

Recenzja spektaklu „Zapiski z wygnania” (Opera Krakowska)

Już ponad rok minął od premiery Zapisków z wygania (9 marca 2018), a mimo to spektakl wciąż gromadzi pełne sale widzów w teatrach całej Polski. Sztuka, będąca muzycznym monodramem odegranym przez Krystynę Jandę, zdobyła liczne nagrody teatralne, w tym prestiżowe wyróżnienie dla aktorki na 24. Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej czy nagrodę główną na XVII Festiwalu Prapremier Nie/Podległa 2018.

Podstawą dla scenariusza Zapisków z wygnania, napisanego przez Magdę Umer, była książka Sabiny Baral o tym samym tytule co jej teatralna adaptacja. Utwór zawiera wspomnienia polskiej Żydówki, którą okrutna zawierucha Marca 68’ wypędziła wraz z rodziną z ojczyzny. Na fali antysemityzmu zaledwie dwudziestoletnia dziewczyna została zmuszona  opuścić swój ukochany Wrocław, przyjaciół, szkołę – wszystko, co do tej pory stanowiło sens całego jej życia. Historia Sabiny Baral napisana oszczędnym, wręcz ascetycznym językiem, stanowi gorzkie świadectwo nie tylko dramatycznych przeżyć rodziny bohaterki, ale wszystkich Żydów wygnanych wówczas z Polski. Jest niemym krzykiem i przestrogą dla przyszłych pokoleń – ukazuje destrukcyjną siłę nienawiści oraz pogardy, kotłujących się pod pokrywą  antysemityzmu. Książka przedstawia dramat ludzi, którzy otrząsnąwszy się z dramatycznych wojennych doświadczeń, w końcu odnaleźli swoje miejsce w świecie. Zostają jednak brutalnie z niego wygnani i skazani w ten sposób na tułaczkę, pełną rozpaczliwych pytań o własną tożsamość.

Przeniesienie książki Sabiny Baral na teatralne deski to wyzwanie z pewnością arcytrudne. Oddaniu emocji bohaterki, jej smutku, tęsknoty, a zarazem gorzkiej ironii, sprostać mogła tylko Krystyna Janda w duecie z Magdą Umer. Spektakl udowadnia, że największą siłę wyrazu buduje maksymalny (sic!) minimalizm sceniczny. Janda występuje na scenie wyłącznie w otoczeniu grupy muzyków pod przewodnictwem Janusza Bogackiego, grających klimatyczne utwory Agnieszki Osieckiej, Wojciecha Młynarskiego czy Ewy Demarczyk. Ubrana w prostą, czarną suknię, z papierosem w ręku powoli i dobitnie recytuje tekst Zapisków. Aktorka, ukryta za tiulowym materiałem, na którym projektor wyświetla jej powiększoną twarz, przekazuje historię bohaterki w sposób dotykający każdego widza. Jej opowieść, snuta momentami przez łzy, a czasem z uśmiechem bezradności na twarzy, staje się dla współczesnego widza wyrzutem. Wyrzutem, ale także historią, która daje nadzieję. Ostatecznie główna bohaterka, mimo trudu i upokorzenia, osiąga życiowy i zawodowy sukces, a jej Zapiski wybrzmiewają przejmującym głosem, przypominając nam o wydarzeniach Marca 68’.

Do tej pory spektakl został odegrany między innymi w Krakowie, Bydgoszczy, Łodzi czy Wrocławiu. We wrześniu można obejrzeć go w Warszawie (Teatr Polonia), w Poznaniu (Teatr Wielki) oraz w czeskim Pilznie.

KAROLINA PLES, KULTURA NA CO DZIEN,  5.09.2019

https://kulturanacodzien.pl/2019/09/05/recenzja-spektaklu-zapiski-z-wygnania/?fbclid=IwAR3aelxmNSEVfXZc3I9N76LratJ_tocOsqkdNtXmkedXrpc_rkfBI3EtQ8c

————– ——————- ———————– ——————– ——————

To poruszenie ust, ta płynąca łza…

„Zapiski z wygnania” Sabiny Baral w reż. Magdy Umer w Teatrze Polonia. Pisze Zbyszek Dramat.

O 15.15 w Kinotece seans „Bólu i blasku”, a o 19.30 „Zapiski z wygnania” w Teatrze Polonia. Te dwa dzieła mają wiele ze sobą wspólnego. Łączy je tytułowy ból i cierpienie, a także to jedno zdanie z programu spektaklu, które brzmi: „Przeszłość nigdy nie umiera. Właściwie nawet nie jest przeszłością” (W. Faulkner, „Requiem dla zakonnicy”). Nie wspominam już o blasku, który może zaślepić i zepchnąć nas/ich na tory… zła i absurdu.

Słowa klucze wkręcają się w mózg – nie ucieknie się od nich, nie pozbędzie się obecności i odpowiedzialności za nie. Zebrane razem maja moc bomby atomowej. Wygnanie, wydalenie, wysiedlenie, zesłanie, usunięcie, wyrzucenie, wypędzenie. Człowiek człowiekowi zgotował ten los. Polak – Polakowi.

Nieznane, przeznaczenie, fatum? Udręczenie, skaza, droga cierniowa, opresja, płacz i zgrzytanie zębów, przeciwność losu, zgryzota, upokorzenie, życiowa próba, szok, wstrząs, boleść duszy, gorycz, łzy, niepokój, nieszczęście, pognębienie, przygnębienie, smutek, stłamszenie, zadręczenie, zaszczucie, nękanie, żal, boleść, frustracja, irytacja, niezadowolenie, poczucie porażki, rozgoryczenie, rozżalenie, stres, załamanie, zawód, złość, rozczarowywanie, rozpacz, rozżalanie i brzemię. To jeszcze za mało na określenie stanów ducha i rozumu, wywołanych poniżającym i uwłaczającym wszelkiej godności wygnaniem tysięcy Polaków żydowskiego pochodzenia po marcu 1968 r. Wybrzmiewają one ze sceny bardzo mocno.

Magda Umer, Krystyna Janda przy wsparciu ze strony Janusza Bogackiego i jego zespołu w swym teatralnym misterium wprowadzili nas w to, co znane i nieznane. Los polskich Żydów zapisany jednostkowym losem Sabiny Baral. Tylko w ten sposób mogliśmy wczuć się w osobistą sytuację tych ludzi. Sytuację zderzoną z tragicznym procesem załamywania się 800-letniej historii polskiego żydostwa. „Najpierw holocaust, a teraz to…”.

To nie jest spektakl, a przedstawienie dramatu człowieka i… całej ludzkości. Tak, drzewa umierają stojąc, ale nie tylko, niestety. W dramacie scenicznym wspomina o tym pięknie K. Janda odwołując się do słów S. Baral, która nawiązała do wielkiej aktorki Mieczysławy Ćwiklińskiej. Ta od 1964 roku występowała w całym kraju jako Babka w sztuce Alejandro Casony „Drzewa umierają stojąc” (powtarzając tę swoją ostatnią rolę około 1500 razy). W kontekście treści „Zapisków z wygnania”, nie jesteśmy w stanie zrozumieć, co znaczy wyrywanie drzew z korzeniami i wyrzucanie ich poza granice swego terytorium (lasu-ojczyzny). To utrata miejsca, tożsamości, zatrzymanie wzrostu i dojrzewania albo spokojnej starości. Wiemy – starych drzew się nie przesadza, żadnych drzew się nie przesadza! Zostawmy te drzewa w spokoju! Stop dla wycinki! (także tej w rozumieniu Thomasa Bernharda). I tyle! A o wyjątkach nie będziemy tu rozmawiać, bo z nich skorzystali komuniści, nacjonaliści, moczarowcy.

Dramat wygnania tak sugestywnie i mistrzowsko przeżyty na scenie przez Krystynę Jandę, a muzycznie oddany przez zespół Janusza Bogackiego, to teatr głęboko osobisty, meta-podmiotowy, oddzielny, odrębny, autobiograficzny, wręcz intymny i zamknięty. Aktorka i zespół pozostają w tle sceny, za kurtyną, która służy za ekran mocnych sekwencji filmowych. Pozwala też pokazać twarz mówiącej postaci – widzieć jej każdy grymas, poruszenie pięknych ust, płynącą łzę… wzruszenie zamknięte w gestach, słowach, dźwiękach. Wszystko unosi się jak we mgle, niesamowita i tajemnicza gra świateł (gratulacje dla Pawła Szymczyka), czerń i biel przechodzące w szarość codzienności. Tylko ta współczesność, tak niepokojąca, kolorowa w ostatnich sekwencjach filmowych.

Przyzwyczajamy się niestety do lekcji nienauczonych i błędów nienaprawionych. Zapominamy i łatwo przechodzimy do porządku nad tym, co się stało i nadal dzieje. Głupota, nieprawość i pogarda zawsze znajdą swych uczniów. Nie możemy czy nie chcemy wyciągnąć z tego żadnych wniosków? Żadnej nauki? Niemożliwe!

Skończmy z praktykowaniem ignorancji, populizmu i nacjonalizmu. To droga do nienawiści, segregacji, wykluczenia oraz fali nietolerancji i dyskryminacji. Nie pozwólmy, aby historia się powtórzyła (1933-1945, 1968 – 1970, 2019 – ?).

Wniosek końcowy. „Zapiski z wygnania” powinny trafić do Teatru TV, być nagrane na DVD i przesłane do wszystkich szkół i uczelni w Polsce i nie tylko. A Teatr Polonia powinien utrzymać dramat na deskach jeszcze długo, długo – a przynajmniej tak długo, póki nie odrobimy prawdziwej lekcji z praworządności, Europy, edukacji obywatelskiej oraz standardów cywilizowanego świata i wartości tak bliskich zarówno wyznawcom judaizmu jak i chrześcijaństwa.

„To poruszenie ust, ta płynąca łza…”
Zbyszek Dramat
Materiał nadesłany

06-09-2019

http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/279466.html

———————- —————– ——————— ———-

Legnica. Krystyna Janda na finał „Modrzejewska by Legnica”

Wybitna aktorka po raz trzeci wystąpi na legnickiej scenie. Tym razem, w niedzielę 15 września o godz. 19.00 na Scenie Gadzickiego, obejrzymy ją wraz z zespołem muzycznym we wstrząsającym monodramie „Zapiski z wygnania” wyreżyserowanym przez Magdę Umer na podstawie książkowych wspomnień pomarcowej emigrantki z 1968 roku. Po spektaklu rozmowę z aktorką poprowadzi Jacek Głomb.

Spektakl „Zapiski z wygnania”, zrealizowany dla warszawskiego Teatru Polonia i premierowo wystawiony w rocznicowym marcu 2018 roku, to bardzo osobiste wspomnienia Sabiny Baral, dwudziestoletniej emigrantki roku 1968, która – nie z własnej woli – opuściła Polskę razem z rodzicami.
„Ile cierpienia można znieść, zanim się nie oszaleje? Powychodzili z lasów, z dziur w ziemi, z szaf, piwnic i strychów, wyszli półżywi z obozów, wrócili z Syberii i Kazachstanu, do domu, do Polski. A potem, przez następne dwadzieścia trzy lata nie wyjechali (…). Chcieli mieszkać tutaj, tu, gdzie się urodzili ich rodzice i gdzie się urodziły ich dzieci – my. Po wojennej gehennie, po latach cierpienia i strachu, mimo wszystko jeszcze raz zadecydowali, że Polska to ich kraj. I tych ludzi po 1968 roku Polska wyrzuciła”.
Aneta Kyzioł, Polityka: Opowieść Baral jest wstrząsająca, pokazuje ogrom krzywdy i jest wezwaniem do pamiętania i do przekazywania wiedzy kolejnym pokoleniom – chociaż tyle możemy zrobić. Także dlatego spektakl z Polonii powinni zobaczyć dziś wszyscy. Janda jest wspaniała – ogranicza ekspresję, mówi i śpiewa (m.in. fragmenty piosenek, których twórcy starali się oddać ból Marca, gorzkich wierszy Szymborskiej czy Tuwima) w sposób wyciszony, stojąc w głębi sceny, by także w taki sposób dać pierwszeństwo opowieści. O Polakach, którym pewnego dnia polskość odebrano, wypędzono, ich mieszkania i miejsca pracy zostały przejęte, ślady ich obecności zacierane. W 1968 r. sąsiedzi dokończyli to, co w 1939 r. zaczęli niemieccy faszyści. A antysemityzm? Jak widać, dzięki polityce PiS, nawet bez Żydów ma się w naszym kraju świetnie. I szuka kolejnych wrogów.
„Każdy w Polsce marzy o tym, żeby go zagrała Janda, tak jak każdy w Ameryce, żeby Meryl Streep zagrała” – zauważył recenzent Maciej Stroiński. Nic dziwnego, że nagrody posypały się lawinowo. Za wykonanie „Zapisków z wygnania” Krystyna Janda została wyróżniona, m.in. indywidualną nagrodą aktorską w 24. Ogólnopolskim Konkursie na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej, nagrodą główną na XVII Festiwalu Prapremier Nie/Podległa 2018, Grand Prix 11. Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Boska Komedia w Krakowie, tytułem najlepszej aktorki na XXIV Międzynarodowym Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi, nagrodą główną oraz nagrodą publiczności na 14. Festiwalu Polskich Sztuk Współczesnych R@Port w Gdyni oraz Grand Prix 59. Kaliskich Spotkań Teatralnych.
Dla legnickiej publiczności teatralnej będzie to trzecie spotkanie ze sztuką aktorską Krystyny Jandy na najwyższym poziomie. Pierwsze było wstrząsające „Ucho, gardło, nóż” Vedrany Rudan wystawione w 2006 roku. Rok później oglądaliśmy ją w kultowej komedii Willy’ego Russella „Shirley Valentine” (w obu przypadkach aktorka wystąpiła przed wypełnioną po jaskółkę legnickiej widowni dwukrotnie jednego dnia i to ledwie z godzinną przerwą!).
„Zapiski z wygnania” i rozmowa z aktorką bezpośrednio po spektaklu, którą poprowadzi szef legnickiego teatru Jacek Głomb, będą finałowym akcentem trzydniowego (13-15 września) jubileuszu 20.lecia obrania przez legnicki teatr patronki, którą od września 1999 roku jest polska aktorka wszech czasów Helena Modrzejewska. – Pokażemy zatem nie tylko wybitną polską aktorkę w świetnym przedstawieniu. Porozmawiamy z Krystyną Jandą także dlatego, że wcieliła się w naszą patronkę w siedmioodcinkowym telewizyjnym serialu „Modrzejewska” wyreżyserowanym przez Jana Łomnickiego – zapowiada Jacek Głomb.
Będzie też okazja, by kupić (40 zł) książkę Sabiny Baral, która stała się podstawą dla scenariusza spektaklu. Na samo przedstawienie biletów (80 zł) już nie ma!

Grzegorz Żurawiński
Materiał nadesłany
09-09-2019

http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/279533.html%0A?fbclid=IwAR32jcIUNmsHWtgX1erbG2Y4XFw-9zQ9G3z5yCYqNIwPkDtQj2ljuxrBF34

—————————————————————————-

Więcej życia

De profundis clamavi ad te, Domine – z upału wołam do Ciebie, Panie, z otchłani piekielnej! Tak tłumaczyłbym dzisiaj te słowa. Piszę to 1 lipca, kiedy powietrze ma temperaturę ciała. Nie mogę uwierzyć, że ten żar leje się z nieba, i zgadnijcie, o czym marzę. Marzę o jesiennym numerze „Przekroju”, o jesieni w ogóle, o „niebie w odcieniu szarość polska” (Masłowska, Paw królowej). Tekst ukaże się we wrześniu, a ja już tam jestem, przynajmniej w tym tekście!

To jak w filmie Powiększenie, scena dzieje się w Londynie, fotograf mówi modelce: „Miałaś być w Paryżu”, a ta – najpewniej pod wpływem gorąca – średnio kontaktuje, bo odpowiada: „Ja jestem w Paryżu”. O tym planowałem pisać: o tęsknocie za jesienią i o Czechowie, żeby jesień przyszła szybciej. Ale dzień przed oddaniem tego felietonu poszedłem na przedstawienie… I nagle to wszystko, całe to „polskie piekiełko”, w znaczeniu meteo, przestało być ważne.
Zapiski z wygnania są spektaklem rocznicowym: na 50. rocznicę Marca ’68. Reżyseria: Magda Umer, produkcja: Teatr Polonia. Gra Krystyna Janda. Wiele było już okazji, żeby to zobaczyć, ponieważ spektakl jeździ, był nawet u nas w Krakowie na Boskiej Komedii, którą zresztą wygrał, tak jak wygrał większość festiwali, na których się pojawił. Tylko że ten temat… Od obrony doktoratu o religii Żydów mam na te klimaty wewnętrzną blokadę, po prostu jakoś unikam.
Gdyby aktorka była choć o oczko gorsza, mielibyśmy katastrofę. Prawie dwie godziny mówienia łamanego na śpiewanie. Jest to bowiem: 1. monodram, 2. grany do kamery. To nie wyjdzie, nie ma prawa – no, chyba że wyjdzie.

Mógłbym powiedzieć nieoryginalnie, że na Zapiskach płakałem, ale płakał chyba każdy, kto widział to przedstawienie. Tak czystej i pięknej prozy, a przy tym scenicznej i leżącej w ustach – dawno nie słyszałem. Po wyzwoleniu… (1944–1956)Barbary Skargi też jest taką prozą, tyle że na razie niewystawioną.
Jeśli w teatrze masz dość polityki, jeśli uważasz, jak ja do niedawna, że teatr polityczny to przegrana sprawa i dawno obumarł w pustych prowokacjach i debilnych krzykach, obejrzyj Zapiski. Sztuka zaangażowana umie być subtelna – jeśli chce, to umie! Koniec spektaklu, którego nie zaspojluję, uderza obuchem w widza, lecz chyba ma do tego prawo. Jeżeli „środek” jest tak wielką i delikatną sztuką, to finał może być gruby.
Wszystko w tym spektaklu spoczywa na Jandzie i mogę powiedzieć, że to dobra inwestycja, dobre spoczywanie. Wielka aktorka, ale naprawdę, a nie, bo „tak się mówi”. Wielka i koniec. Potrafi ożywić temat, który nie tylko dla mnie był już wyczerpany. Jak się okazuje, nie ma złych tematów, są jedynie słabi artyści. Oni zajechali pamięć Holokaustu i w ogóle pamięć Żydów XX w. – robiąc sobie z tego kurę do znoszenia złotych jajek. Proszę wybaczyć, że zacytuję to nadęte zdanie, ale jest ono prawdziwe: „Kicz jest stacją tranzytową pomiędzy bytem a zapomnieniem” (Milan Kundera). Różni „zagładowcy” i „wypędzeniowcy” tworzyli okropne i pretensjonalne dzieła, bo temat uświęca środki. Przez takich właśnie nieudolnych konformistów, nazwiska do wglądu, mieliśmy tego po uszy. Janda przywraca tematowi rangę i szlachetność wykonania, na którą on zasługuje.
Spektakl Zapiski z wygnania – poza tym, że dobry – jest bardzo MĄDRY i uniwersalny. Można by o nim napisać pracę maturalną i nie byłoby się czego wstydzić, np. na temat: „Wdzięczność za życie”, „Jarzmo historii – pokaż na przykładach” albo „Miał być lepszy od zeszłych nasz XX wiek”. Idea przewodnia jest bardzo żydowska, z serca judaizmu: chodzi o błogosławieństwo, o tzw. więcej życia, o to, co wywalczył Jakub, kiedy stał się Izraelem. „Więcej życia” znaczy: cokolwiek by się działo, ja się nie dam śmierci, nie dam się obciążyć balastem tego, co było. Tak czy inaczej, jakoś przeżyję. Taka jest bohaterka Zapisków zwygnania, wolna od tego wszystkiego, czym ją los doświadczył, a dwóch godzin nie wystarcza, żeby streścić, czym doświadczył. Wypędzenie z Polski w marcu 1968 r. nie jest najważniejszą rzeczą, która jej się w życiu zdarzyła: od bycia wypędzoną dużo ważniejsze jest bycie urodzoną, i do dzisiaj żyjącą.
Jest w tym przedstawieniu coś z Walca z Baszirem – wyciąganie na wierzch i zdawanie sprawy z traumy, które ma uleczyć i postać, i widza. Proszę, o niemiłych sprawach, dawno zadawnionych, da się zwyczajnie pogadać, da się powiedzieć i da się wysłuchać. Bez krzyku, żenady, bez szantażu emocjonalnego. „A za każdym rogiem widzę duchy i płaczące kobiety” (Paweł Demirski, Wszystkopowiem Bogu!).

Maciej Stroiński, przekroj.pl. 13.09.2019

https://przekroj.pl/kultura/wiecej-zycia-maciej-stroinski?fbclid=IwAR3qrWkF5c0_dNUldQOKoxkl0Tqh07Pkvc7rgUfZ8De8zE6qe97DuQ1J5iA

————- ————————————————– ——

GLOSA: CO ZNAMENALO BÝT V POLSKU PŘED PŮLSTOLETÍM ŽIDEM

Nucenou emigraci tisícovek občanů židovského původu z Polska v roce 1968 připomíná inscenace Zápisky z vyhnanství varšavského Divadla Polonia. Na Mezinárodní festival Divadlo v Plzni ji přivezla hlavní protagonistka, umělecká ředitelka divadla a slavná polská herečka Krystyna Janda.
Jaro 1968 se nechvalně zapsalo do novodobých dějin Polska. Komunistická propaganda spustila lavinu šikany židovských spoluobčanů, následovaly vyhazovy z práce i ze studií. Často šlo o lidi, kteří zázrakem přežili holocaust. V Polsku se cítili doma, cítili se být Poláky. Identita je přece – řečeno s inscenací – otázkou volby.
Právě toto téma, které dosud není v Polsku součástí učebních osnov, toužila zprostředkovat divákům výrazná osobnost polského veřejného života, herečka Krystyna Janda (*1952). Ta je rovněž režisérkou, publicistkou, uměleckou ředitelkou dvou divadel, Och-Teatru a Divadla Polonia. (Její hvězda začala stoupat po ztělesnění hlavní ženské role ve filmu Člověk z mramoru režiséra Andrzeje Wajdy.) Janda je rovněž ředitelkou nadace, která si klade za cíl zpřístupňovat umění sociálně vyloučeným, spolupracuje s dětskými domovy, s domovy seniorů, se vzdělávacími institucemi.
Autobiografickou knihu Sabiny Baral Zapisky z wygnania / Zápisky z vyhnanství, z níž inscenace vychází, Janda objevila náhodně, když byla oslovena ředitelkou Židovského divadla, aby z ní přečetla několik úryvků v Rakouském institutu. Dala proto režisérce Magdě Umer (ta je v Polsku rovněž uznávanou herečkou a scenáristkou) podnět k vytvoření inscenace. Podle Jandy totiž lidé v Polsku o „březnových událostech“ příliš nevědí, a pokud ano, neznají jejich okolnosti. Například to, že takzvaní pobřeznoví emigranti byli státem ještě okradeni. Směli si vzít jen omezené množství peněz, nesměli vyvézt žádné dokumenty ani maturitní vysvědčení či univerzitní diplom, žádné starožitnosti a staré fotografie. Museli zaplatit za studium na univerzitě.
Minimalistický jevištní tvar stojí a padá na výkonu herečky Krystyny Jandy. Ta vypráví příběh vstoje u mikrofonu, prokládá ho zpěvem, nebo spíše přednesem, usebraným šepotem písní za doprovodu živé kapely Janusce Bogackého. Diváky od jeviště dělí síťovina, na níž se střídají dobové fotografie, filmové záznamy a detail hereččiny tváře, živě snímané kamerou. Mezi dobovými filmovými materiály se na závěr objevil jeden ze současnosti, totiž pochod polských nacionalistů během oslav státního svátku 11. listopadu. A tady se Janda diváků ptá: „Jak to s nacionalismem máš ty?“
Přínosem „koncertního provedení“ knihy je navození intimní atmosféry a vtažení do tématu, které se díky civilnímu a procítěnému projevu herečky diváků těsně dotýká. Forma inscenace sama o sobě objevná není. Přesto se Zápisky z vyhnanství v Polsku dočkaly nadšeného ohlasu kritiků, na festivalu Božská komedie získaly cenu za nejlepší herecký výkon i inscenaci. Jak připomněla Janda v besedě po plzeňském představení, celkem šlo asi o deset ocenění. Herečka zdůraznila, že Zápisky z vyhnanství hraje především pro studenty.
Jsou to paradoxy. V zemi, která necelé čtvrtstoletí po druhé světové válce hanebně vyžene a okrade tisíce svých občanů kvůli rasovému původu, přičemž lidé té rasy byli před oním čtvrtstoletím likvidováni smrtelnými nepřáteli polského národa, totiž nacisty, v zemi, v níž půlstoletí po vyhnání Židů komunistickým režimem o té hanebnosti učební osnovy mlčí, vznikne kvalitní inscenace těšící se uznání kritiky a hraná především studentům. Každý národ má svůj škraloup, ale Poláci mají díky Bohu také svou Krystynu Jandu.

Hanebný březen – fakta:
Rok 1968 byl přelomový v nemalé části světa: v USA, v Japonsku, v západní Evropě i v takzvaném Východním bloku. V Polsku se počátkem osmašedesátého objevily studentské protesty proti cenzuře, posléze se se rozšířily na požadavky politické svobody a demokracie. Komunistické vedení země protesty tvrdě potlačilo. Kromě toho se ve straně rozhořel mocenský boj a šéf komunistické partaje Władysław Gomulka a premiér Józef Cyrankiewicz vsadili na nacionalistické křídlo. Studentská revolta byla prohlášena za židovské dílo, Židé byli prohlášeni za pátou kolonu imperialistického Izraele a otevřeně vybízeni, ať se z Polska vystěhují. Konaly se provládní demonstrace s protisionistickými, fakticky protižidovskými hesly a transparenty. Takto ze země v letech 1968/1969 odešlo dvanáct až patnácti tisíc Židů, mnohdy příslušníků elit. Vloni 8. března prohlásil polský prezident Andrzej Duda: „Prosím ty, kdo byli vyhnáni: odpusťte Polské republice, odpusťte Polákům, odpusťte tehdejšímu Polsku, že spáchalo tak hanebný čin.“ Takový postoj však v současném Polsku není zdaleka přijímán jednoznačně; nemalá část dnešní vládnoucí vrstvy zastává názor, že Polsko se nemá komu za co omlouvat.
(jch)

Michaela Svobodová, ceskatelevize.cz, 17.09.2019

https://www.ceskatelevize.cz/specialy/artzona/360/glosa-co-znamenalo-byt-v-polsku-pred-pulstoletim-zidem-PpTFr?fbclid=IwAR26nks4S1ERnPV-E8ZB7A3JSSNa3ibo0A0jMAhulTqQzDEeo-C3b9ZkEw4

————————————————————————
NAGRODA im. CYPRIANA K. NORWIDA dla Krystyny Jandy za rolę w spektaklu ZAPISKI Z WYGNANIA

🔸 Krystyna Janda, 🔸 Wiesław Myśliwski, 🔸 Leon Tarasewicz i 🔸 Janusz Wawrowski zostali laureatami Nagrody im. Cypriana Kamila Norwida 2019‼️ Nagrodę „Dzieło życia” odebrał 🔸 Adam Myjak ART.
Nazwiska laureatów ogłosili, podczas gali na zamku Królewskim w Warszawie, przewodniczący kapituł: Małgorzata Komorowska, Krzysztof Masłoń, Lech Śliwonik i Stanisław Wieczorek. Statuetki wręczyli marszałek województwa mazowieckiego Adam Struzik i przewodniczący Sejmiku Województwa Mazowieckiego Ludwik Rakowski.
– Przez te 18 lat nagrodziliśmy 81 twórców, tworzących, mieszkających na Mazowszu, ludzi bez których kultura polska, kultura Mazowsza byłaby znacznie uboższa – powiedział przewodniczący Ludwik Rakowski, witając gości.
O tym, jak ważne miejsce zajmuje kultura mówił marszałek Adam Struzik. – Bez wątpienia tym, co odciska niezwykłe piętno na naszym życiu i rozwoju jest kultura. Mazowsze jest swoistym obszarem bogactwa w tej dziedzinie, zarówno jeśli chodzi o tradycje, o przeszłość, o korzenie, które mamy, ale również, jeśli chodzi o tę część współczesną, tę która na naszych oczach powstaje.
„Dzieło życia”
Tegoroczną statuetkę za całokształt twórczości odebrał rzeźbiarz i znakomity pedagog, jeden z najwybitniejszych artystów europejskich, klasyk współczesnej sztuki polskiej – Adama Myjaka. – Czuję się ogromnie zaszczycony, wzruszony. To dzieło prof. Gawrona [statuetka – red.], mojego przyjaciela, postawie i będę patrzył na to swoje „Dzieło życia”, ale pod jednym warunkiem – to nie koniec jeszcze – zaznaczył laureat.
Teatr
W kategorii Teatr nagrodę otrzymała Krystyna Janda – jedna z najbardziej cenionych polskich aktorek – doceniona za rolę w spektaklu „Zapiski z wygnania” Sabiny Baral, który można zobaczyć w TEATR POLONIA w Warszawie. – Proszę mi wybaczyć, ale jestem na scenie i nie mogę być z Państwem – przekazała Krystyna Janda w liście. – Ta nagroda dodaje sensu i znaczenia wszystkim naszym artystycznym poczynaniom i dzisiejszym i tym w przyszłości. Bardzo za to dziękuję – dodała aktorka.
Literatura
Za najlepszą książkę 2018 roku uznano „Ucho igielne” Wiesława Myśliwskiego, którego każda powieść staje się literackim wydarzeniem. – Norwidowe przesłanie jakie płynie z tej nagrody jest mi bardzo bliskie – wyznał laureat. – To Norwid moim zdaniem jest prekursorem tej literatury XX i XXI wieku, której credo, mówiąc najkrócej, brzmi: słowo i myśl. Tym bardziej dziękuję za obdarzenie tą nagrodą mojego „Ucha igielnego”.
Sztuki plastyczne
W dziedzinie sztuk plastycznych Nagrodę im. Norwida otrzymał Leon Tarasewicz – artysta odkrywający nowe oblicza malarstwa. Doceniony został za wystawę „Jerozolima”, prezentowaną w Galeria Foksal w Warszawie. – Dziękuję władzom Mazowsza, że tak podtrzymuje kulturę. Spróbuję to podpowiedzieć w Białymstoku – powiedział Leon Tarasewicz.
Muzyka
Muzyczny Norwid trafił do Janusza Wawrowskiego – wirtuoza skrzypiec – który odebrał statuetkę za wykonanie i rekonstrukcję „Koncertu skrzypcowego” Ludomira Różyckiego na skrzypcach Stradivariusa „Polonia”. – Dziękuję Ludomirowi Różyckiemu, że coś takiego napisał, że coś takiego udało się odnaleźć po 75 latach, bo to jest koncert, który w 1944 roku nie został ukończony poprzez rzeczy, które się tutaj działy na terenie Warszawy. Dla mnie było fascynujące dać światu na nowo ten koncert, oczywiście również z całą ekipą, która go rekonstruowała.
Nagroda
Laureaci otrzymali statuetkę, dyplom i nagrodę pieniężną w wysokości 20 tys. zł, a w przypadku laureata Nagrody „Dzieło życia” – 25 tys. zł.

https://www.facebook.com/sejmikmazowiecki/posts/2445569642339770?__tn__=K-R

23.09.2019
—————————– ———————————————

44 Zamojskie Lato Teatralne zostało podsumowane

Poniedziałek, 30 września 2019

W sobotę odbyło się uroczyste podsumowanie 44 Zamojskiego Lata Teatralnego ale przed nami jeszcze jeden, ostatni akcent festiwalu – spektakl „Česky diplom” (14 października).
Podczas sobotniego wieczoru Artyści Sceny InVitro zaprezentowali magiczny spektakl „ A recipe for Leonard Cohen (Przepis na Cohena)”. Cudowna Matylda Damięcka, fantastyczny Łukasz Witt- Michałowski, rewelacyjni muzycy – Tomasz Deutryk, Max Kowalski, Tomasz Kraskiewicz Konrad Ligas, Daniel Monski.
Janusz Nowosad – dyrektor ZDK złożył podziękowania: festiwalowej publiczności, sponsorom i partnerom. Ogłosił także wynik głosowania publiczności na najlepszy spektakl 44 Zamojskiego Lata Teatralnego.
Buławę Hetmańską 2019 otrzyma Teatr Polonia za spektakl „Zapiski z wygnania”. Właśnie ten Teatr zainauguruje 45 Zamojskie Lato Teatralne 20 czerwca 2020 roku.

http://zlt.zdk.zamosc.pl/pl/news/98/44-zamojskie-lato-teatralne-zostalo-podsumowane.html

———————————- —————————————-

© Copyright 2019 Krystyna Janda. All rights reserved.