02
Maj
2026
08:05

ZAPĘTLONA

Reżyseria: Krystyna Janda
Tłumaczenie: Andrzej Kłosiński
Scenografia i kostiumy: Zuzanna Markiewicz
Światło: Katarzyna Łuszczyk
Asystent ds. scenografii i kostiumów:Małgorzata Domańska
Realizacja dźwięku: Michał Cacko
Realizacja światła: Waldemar Zatorski
Realizacja projekcji: Paweł Nowicki
Producent wykonawczy: Rafał Rossa
Obsada:
Krystyna Janda, Paweł Ciołkosz, Adam Tomaszewski
Czas trwania: 120 minut (w tym jedna przerwa)
Kategoria: premium
Data premiery: 01 maja 2026

Polska prapremiera sztuki Looped Matthew Lombardo w tłumaczeniu Andrzeja Kłosińskiego.

Hollywood, 1965 rok. Legendarna gwiazda sceny i kina Tallulah Bankhead przychodzi do studia nagraniowego, by dograć jedną krótką kwestię do swojego filmu. Z pozoru rutynowa sesja szybko zamienia się w próbę cierpliwości i swoistą terapię  – jedno zdanie powtarzane jest w nieskończoność, a napięcie w studiu rośnie z każdą kolejną „pętlą”. Spotkanie wielkiej, bezkompromisowej divy starego Hollywood z montażystą przeradza się w błyskotliwy, pełen ironii pojedynek charakterów.

Sztuka Matthew Lombardo, oparta na autentycznym epizodzie z życia Bankhead, jest przenikliwą i zarazem niezwykle zabawną opowieścią o sławie, przemijaniu i samotności artysty. Jedno zdanie nagrywane w kółko staje się tu metaforą życia, które potrafi zapętlić się w ambicjach, wspomnieniach i niespełnionych nadziejach.

W roli legendarnej Talluli Bankhead zobaczymy Krystynę Jandę, która mierzy się z jedną z najbardziej wyrazistych i niepokornych postaci w historii amerykańskiego show-biznesu.

UWAGA! W tekście sztuki pojawiają się wulgaryzmy. 
W trakcie spektaklu na scenie palone są papierosy.
Dotychczas zagrany: 1 raz.
———-

„BÓL BĘDZIE ZAWSZE, A CIERPIENIE JEST OPCJONALNE”

Byłem wczoraj w teatrze. To było niesamowite przeżycie. Powalające. Na scenie Teatru Polonia premiera sztuki „Zapętlona”. Autor: Matthew Lombardo. Reżyseria: Krystyna Janda.
Bohaterką sztuki jest Tallulah Bankhead, słynna amerykańska aktorka filmowa i teatralna. Laureatka nagrody Stowarzyszenia Nowojorskich Krytyków Filmowych dla najlepszej aktorki za rolę w dramacie wojennym Alfreda Hitchcocka Łódź ratunkowa (1944). W 1939 roku magazyn „Variety” uznał ją za najlepszą aktorkę roku. Porównywano ją do Marleny Dietrich. Wielka skandalistka, prowokatorka, charyzmatyczna i piękna. Niezależna, pewna siebie i jednocześnie zagubiona wewnętrznie. Niespełniona artystycznie. Niespełniona w życiu. Krystyna Janda w roli Tallulah wspaniała! Irytująca i wzruszająca, śmieszna i smutna, nostalgiczna i wulgarna, ludzka i nieludzka, zagubiona i „zapętlona”, a tak naprawdę tragiczna w swojej samotności i jednocześnie pełna empatii. Janda wszystkie te stany oddaje znakomicie, ani przez moment nie przeszarżowując. Empatię najlepiej widać w jej relacjach z Dannym Millerem, montażystą filmowym. W tej roli Paweł Ciołkosz, świetny aktor, dawno przeze mnie nie widziany w teatrze. Zagrał mężczyznę pozornie ustatkowanego życiowo, choć od początku widz czuje, że to tylko maska kolejnego „zapętlenia” człowieka, poszukującego swojej tożsamości. Janda i Ciołkosz wspaniale się uzupełniają.
Akcja dzieje się w studiu dźwiękowym, w którym nagrywane są postynchrony do kolejnego filmu. W kabinie siedzi młody dźwiękowiec Steve (Adam Tomaszewski), świadek dramatu Tallulah i Danny’ego. Aktorka ma nagrać jedną kwestię: „Ten zakłamany kapelan nie wpuścił mnie w dosłownym tego słowa znaczeniu do kościoła”. Nie udaje się jej nawet zacząć kwestii, wchodzi w coraz głębszą relację z Dannym. W końcu podaje to zdanie w czterech interpretacjach, w każdej co innego znaczy. Młody Steve zapytany, która z wersji najbardziej mu się podoba, wybiera tę najbardziej skomplikowaną, niejednoznaczną. Może ów nieznany nam kapelan jest tak samo zapętlony jak Tallulah, która nie weszła do tego metaforycznego kościoła, jak Danny, człowiek rozdarty między tym, co czuje, a tym, co powinien wybrać.
Zdanie z tytułu tej notki „Ból będzie zawsze, a cierpienie jest opcjonalne”, wypowiedziane przez bohaterkę sztuki, jest jak dzwon, uderzające. Najmocniejszy moment przedstawienia. W tym zdaniu każdy widz może się znaleźć.
Warto jeszcze zwrócić uwagą na znakomite tłumaczenie Andrzeja Kłosińskiego. A KRYSTYNA JANDA jest po prostu wielka! Kilka dni temu obchodziła jubileusz: 50 lat na scenie!
A przedstawienie REWELACYJNE!
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
W studiu dźwiękowym wisi na ścianie plakat Niny Simone. Udostępniam zatem jej utwór, może trochę wprowadzi w klimat przedstawienia, które trzeba zobaczyć. Koniecznie.

widz_trębicki(nie)poleca: „Zapętlona”

O spektaklu „Zapętlona” Matthew Lombardo w reż. Krystyna Janda w Teatr Polonia w Warszawie pisze Robert Trębicki.

Opublikowano: 2026-05-02
fot. Katarzyna Kural-Sadowska
Ocena recenzenta/tki:(8/10) – bardzo dobry

„Zapętlona” Matthew Lombardo, w przekładzie Andrzeja Kłosińskiego to spektakl, który z pozoru udaje lekką, podszytą humorem anegdotę z życia gwiazdy, by po chwili bezceremonialnie wciągnąć widza w emocjonalne bagno bez wyjścia.

Sytuacja jest banalna do granic absurdu: jedno zdanie do dogrania. Jedno. W studiu pojawia się Tallulah Bankhead – a właściwie jej cień, jej zmęczona, rozedrgana, rozbita wersja. Aktorka ma nagrać jedną kwestię: „Ten zakłamany kapelan nie wpuścił mnie w dosłownym tego słowa znaczeniu do kościoła”. Od pierwszych minut wiadomo, że to nagranie nie ma prawa się udać. I rzeczywiście – zamiast pracy mamy powolne, bolesne rozpadanie się człowieka na oczach widowni.

I warto na chwilę się przy tej postaci zatrzymać. Bankhead to nie jest anonimowa bohaterka dramatu o uzależnieniu, tylko konkretna legenda – aktorka porównywana do Marleny Dietrich, nagradzana za role filmowe (choćby u Alfreda Hitchcocka), a jednocześnie postać skrajna: charyzmatyczna, prowokacyjna, niezależna – i wewnętrznie kompletnie rozbita. I tę dwoistość spektakl oddaje bez taryfy ulgowej.

Publiczność reaguje śmiechem. Czasem szczerym, czasem nerwowym, a niekiedy mogącym budzić zdziwienie. I właśnie w tym tkwi największy dysonans tego przedstawienia – bo „Zapętlona” nie jest komedią. To raczej wiwisekcja uzależnienia, samotności i niespełnienia. Śmiech staje się tu mechanizmem obronnym wobec czegoś znacznie bardziej niewygodnego: oglądania cudzego upadku w czasie rzeczywistym.

Język spektaklu jest brutalny, nieoszlifowany, momentami wręcz odpychający. Wulgaryzmy nie są dodatkiem – są naturalnym środowiskiem bohaterki. Alkohol nie jest rekwizytem – jest osią świata. Relacje międzyludzkie? Margines. Liczy się tylko kolejny łyk, kolejne podejście, kolejna porażka.

A jednak w tym chaosie pojawia się relacja, która na chwilę zatrzymuje ten pęd ku samozniszczeniu. Spotkanie z Dannym Millerem. Paweł Ciołkosz buduje postać pozornie poukładaną, ale od początku podszytą pęknięciem. To nie jest kontrapunkt dla Tallulah Bankhead, lecz jej odbicie – lepiej zamaskowane. Ich wspólne sceny mają w sobie coś z nieoczywistej czułości, która pojawia się nagle i równie szybko znika.

Całość obserwuje z dystansu młody dźwiękowiec – Adam Tomaszewski – świadek i jednocześnie ktoś, kto próbuje jeszcze wierzyć, że sens da się uchwycić. To przez jego spojrzenie najmocniej wybrzmiewa finałowy paradoks: najbardziej przekonująca okazuje się ta ostatnia, najbardziej niejednoznaczna wersja nagranej kwestii.

I dopiero na samym końcu pada zdanie, które spina to wszystko klamrą: „ból będzie zawsze, a cierpienie jest opcjonalne”. Wypowiedziane po całym tym scenicznym rozpadzie, nie brzmi jak złota myśl ani pocieszenie. Raczej jak gorzka konstatacja – być może spóźniona, być może nieskuteczna, ale przez to jeszcze bardziej uderzająca. To moment, w którym widz zostaje sam z pytaniem, czy w ogóle da się z tego „zapętlenia” wyjść.

Krystyna Janda nie gra – ona przejmuje scenę w sposób absolutny. To rola totalna, intensywna, chwilami wręcz niewygodna w odbiorze. Potrafi być jednocześnie irytująca i poruszająca, śmieszna i smutna, wulgarna i bezbronna. I co najważniejsze – ani przez moment nie traci kontroli nad tym scenicznym rozedrganiem. To nie jest chaos. To precyzyjnie skonstruowany rozpad.

Paweł Ciołkosz wykonuje solidną, uczciwą pracę, ale pozostaje w cieniu – i nie sposób mieć o to pretensji. Taki jest układ sił. I trudno wyobrazić sobie inny.

Na osobną uwagę zasługuje scenografia Zuzanny Markiewicz – elegancka, przemyślana, nieprzytłaczająca, a jednocześnie wyraźnie budująca przestrzeń klaustrofobii i zamknięcia. Studio nagraniowe staje się tu czymś więcej niż miejscem pracy – jest pułapką.

Warto też docenić sam przekład – Andrzej Kłosiński zachowuje ostrość języka, jego rytm i bezczelność, nie wygładzając tego świata na potrzeby widza.

„Zapętlona” to spektakl niewygodny, momentami męczący, ale właśnie dlatego potrzebny. Bez moralizowania, bez prób naprawiania świata, bez łatwych odpowiedzi. Zostawia widza z ciężarem, który nie znika po wyjściu z teatru.

I choć śmiech na widowni bywa zaskakujący, to ostatecznie zostaje coś zupełnie innego – poczucie obcowania z czyimś dramatem, który nie ma szczęśliwego zakończenia.

Spektakl, który – mimo wszystko, mimo niewygody i konsekwentnego odbierania widzowi jakiegokolwiek komfortu – trzeba po prostu zobaczyć.

Teatr Polonia

——

Tallulah Janda
„Ból będzie zawsze, a cierpienie jest opcjonalne…” Nie wiem, czy rozumiem to zdanie (pogłos Murakamiego), którym bohaterka „Zapętlonej” Matthew’a Lombardo kończy ostatnią kwestię spektaklu. Co więcej – nie wiem, czy ono w ogóle ma sens. Za każdym razem kiedy tłumaczę z włoskiego słowa „dolore” i „sofferenza”, zastanawiam się nad różnicą pomiędzy bólem i cierpieniem, i w rozterkach wspiera mnie nie tylko wspaniały przekład Haliny Kralowej powieści Carla Emilia Gaddy „La cognizione del dolore” jako „Poznawanie cierpienia”. Nic zresztą nie szkodzi nawet ta możliwość, że sensu w tym nie ma, skoro zdanie ma siłę, wyrazistość, jest jak haczyk zarzucony w pustkę słów bezradnych wobec magmatycznej rzeczywistości życia. Podobnie jak „miłość jest przereklamowana” – inne zdanie, które pozwala odpyskować losowi, rzucić nim w twarz retorycznym wartościom jak rękawiczką. Nie na początek pojedynku, tylko na jego koniec. Nie na wygraną, lecz na odmowę uczestnictwa w walce o przesłania, budującą naukę.
Bohaterką dramatu jest Tallulah Bankhead, o której czytamy w teatralnym programie, w ciekawej i żwawo napisanej opowieści Natalii Jeziorek. Z niego, a zwłaszcza ze sztuki, dowiadujemy się, że Tallulah (1902-1968), o której istnieniu niewielu spośród moich rozmówców przed spektaklem wiedziało, była aktorką i skandalistką. Żyła wśród gwiazd amerykańskiego i brytyjskiego teatru i kina, miała nieodgadnione, choć legendarne relacje z Gary Cooperem, George’em Cukorem, Joan Crawford czy Gretą Garbo, otarła się o rolę Scarlett w „Przeminęło z wiatrem”, dużo talentu mogła przekuć na sukces, wiele straciła przez tzw. trudny (choć raczej nieznośny) charakter i nałogi, wśród których królował alkoholizm.
Reżyserując spektakl, i grając w nim główną rolę, Krystyna Janda dokonała dwojakiego dzieła: wykorzystała spektakularność ekspresji Tallulah (w soczystym, znakomitym tłumaczeniu Andrzeja Kłosińskiego), i odwróciła jej odziaływanie z niszczącego na inicjacyjne. Bo jeśli w pierwszym akcie artystka robi wszystko, żebyśmy nabrali obrzydzenia do swojej bohaterki (nie mojego – mam słabość do skandalistów i trochę im zazdroszczę), w drugim buduje pomnik z jej mądrości i doświadczenia.
Pokrótce: fabułę stanowi próba dogrania ścieżki dźwiękowej do filmu, przy realizacji którego mikrofon otarł się o krzaki i zamiast pełnej kwestii zarejestrował szelest i chrobot. Chodzi o jedno zdanie – długie, ale nie niemożliwe do zapamiętania. I dla bohaterki „Zapętlonej” to jedno, jedyne zdanie, które ma dograć, okazuje się niewykonalne. Niewypowiadalne. A to się myli, to znowu potrzebuje się napić, to znów nie ma torebki czy papierosa. Tymczasem czas nagli. Producent dzwoni, grozi prawnikiem, asystent ryzykuje utratą pracy, dźwiękowiec niecierpliwi się niecierpliwością młodzieńca, dla którego praca to w sumie tylko strata czasu. I oto w drugim akcie asystent, który przez dłuższy czas odgrywa osobnika niewiele więcej niż korporacyjnego, pęka, i staje się kruchym człowiekiem. Zwierza się i sypie. Wyznaje rzeczy, o które go nie podejrzewamy ani my, ani aktorka. Tyle że ona wcale się nie gorszy, nie dziwi. Wiele widziała, wszystko uważa za normalnie życiowe. To świat udaje, że istnieje tylko jasna strona życia. Jasna, czyli nieprawdziwa. Nieistniejąca. Bo wszyscy kiedyś kogoś zawiedli, zdradzili, wszyscy są aniołami z przetrąconym i poczerniałym skrzydłem. Tallulah wcześnie straciła matkę, miała ojca alkoholika… Czy to tłumaczy złamane życie? Nieważne. Życie jest takie, jakie być umie i chce, w uwikłaniu, pokusie, utracie kontroli. Jest szczęściem bycia nieszczęśliwym, zgryzotą usiłowania bycia szczęśliwą, i świat w dodatku domaga się za nie przeprosin.
To, że Krystyna Janda jest wielką aktorką, współczesną Modrzejewską, na którą powinniśmy chodzić jak na wystawy Caravaggia, jest rzeczą wiadomą. Mniej mówi się o tym, jaką jest reżyserką. Jak czystą. Świadomą kształtu przedstawienia, budowy napięcia, podziału. Kontroli czasu, prowadzenia aktorów. Dzieje się tak za każdym razem, kiedy Krystyna Janda bierze spektakl w swoje ręce, czy chodzi Bałuckiego, czy Witkacego. Ona po prostu (łatwo powiedzieć) zna teatr na wylot. Czuje dramaturgię, dynamikę postaci i akcji.
Jako aktorka, w „Zapętlonej” jest rozjątrzoną artystką, najczarniejszą stroną rozpaczy, mistrzynią nastroju i głębi, a także szczegółu. Co do wielkich rozwiązań – już o tym wspomniałem. Co do szczegółów – popatrzcie na przykład jak chodzi w amerykańskich szpilkach, jak pewnie zstępuje w nich z podestu, z jak trzeźwą maestrią kontroluje pijany krok bohaterki.
Wspaniale asystuje jej Paweł Ciołkosz, przez cały spektakl obecny z nią na scenie, asystent poddany szaleństwu Tallulah, wulgarnym gestom i słowom, jej prowokacjom i zagubieniom, wreszcie zrozpaczony – on, który z ofiary stał się beneficjentem skrajnych doświadczeń gwiazdy. Miłą obecnością jest również Adam Tomaszewski – młodziutki dźwiękowiec, z pokolenia, którego ani ziębi, ani grzeje rozpacz. Dla którego ważne jest tylko to, czy i kiedy praca zostanie skończona.
Co do aktorstwa Krystyny Jandy, jeszcze jeden szczegół, który nie zdradza niczego, bo nie o niego w spektaklu chodzi. Otóż po wielu próbach aktorka wykazuje się znakomitą znajomością brakującej kwestii i mówi ją czterokrotnie. Do końca nie wiemy, czy wcześniej nie pamiętała, aż się nauczyła, czy od początku bawiła się współpracownikami. Lecz jak ona mówi czterokrotnie to zdanie. Jak je różnicuje.
Wielka. Krystyna Janda jest wielka, a przez nią wielki jest dramat.
Teatr Polonia, Zapętlona. Reżyseria Krystyna Janda. Obsada: Krystyna Janda, Paweł Ciołkosz, Adam Tomaszewski. Tłum. Andrzej Kłosiński
🌷🌷

Krystyna Janda sugestywną rolą Tallulah Bankhead nawiązuje do swojej kolekcji kobiet silnych, zdecydowanych, o własnym niezależnym sposobie życia, które znalazły się na zakręcie. Zapętlonych, jak zapowiada tytuł sztuki Matthew Lombardo. Takich jak Blanche DuBois, bohaterka „Tramwaju zwanego pożądaniem”, który Tennessee Williams napisał specjalnie dla Bankhead i której nigdy nie zagrała. Tak właśnie zapętlona jest gwiazda hollywoodzka u zmierzchu swej kariery, którą powołuje do scenicznego istnienia Krystyna Janda.

Pojawia się w studio dźwiękowym, aby nagrać zaledwie jedną kwestię zniekształconą podczas zdjęć na planie jej najnowszego filmu. Zjawia się jednak kompletnie pijana, co stawia montażystę Danny’ego Millera – w tej roli precyzyjny Paweł Ciołkosz – przed zadaniem wydaje się niewykonalnym, kiedy próbuje bez skutku nagrać to jedno zdanie. Trudno sobie wyobrazić kogoś innego niż Janda, kto tak celnie wycisnąłby z tej roli wszystkie możliwe odcienie emocji i napięcia, tyle psychologicznej prawdy.

Publiczność skręca się ze śmiechu, przynajmniej w pierwszym akcie, ale im bardziej sztuka się „zapętla”, tym mniej w niej do śmiechu, a więcej do poważniejszego namysłu nad dramatami, przed którymi stawia bohaterów ich los.

Proste zadanie zawodowe okazuje się sesją terapeutyczną dla obu stron. Nie tylko dla Tallulah zmagającej się z chorobą alkoholową i rozedmą płuc, ale i dla montażysty, skrywającym za ścianą lodowatej powściągliwości piekło swoich wewnętrznych dramatów. Ich spotkanie, dzięki ekstrawaganckiemu zachowaniu gwiazdy, nieoczekiwanie sprawia, że montażysta otwiera się i chyba znajduje drogę ocalenia.

Zmaganiom Bankhead i Millera towarzyszy z dyskretnym dystansem młodziutki dźwiękowiec Steve. Gra go Adam Tomaszewski, który debiutował w Polonii dziesięć lat temu jako dziecko u boku Krystyny Jandy w „Medei”. Nie bierze udziału w ich walce, ale jego obecność unaocznia, że jest jeszcze jakiś inny świat poza tym dwojgiem zagubionych bohaterów.

Świetnie to się ogląda i słucha też – przekład Andrzeja Kłosińskiego tchnie autentyzmem i zrozumieniem potrzeb sceny. Tallulah wyraża się dosyć obcesowo, nawet szpetnie, ale Krystyna Janda robi doskonały użytek z tych soczystych przerywników, którymi usiane są jej kwestie – przylegają do języka idealnie, rażą jedynie montażystę (ma to zapisane w roli), ale zupełnie nie rażą widowni, która chłonie tekst jak gąbka.

Tak więc na afiszu Polonii pojawił się inteligentny tekst brawurowo zagrany i wyreżyserowany z biegłością znawczyni tego gatunku dramatycznego.

Tomasz Miłkowski

ZAPĘTLONA Matthew Lombardo, tłum. Andrzej Kłosiński, reż. Krystyna Janda, scenografia Zuzanna Markiewicz, światło Katarzyna Łuszczyk, producent wykonawczy Rafał Rossa, Teatr Polonia, premiera 1 maja 2026.

——-

Okiem Obserwatora: Zapętlona

5.05.2026, 12:27 Wersja do druku

„Zapętlona” Matthew Lombardo w reż. Krystyny Jandy w Teatrze Polonia w Warszawie. Pisze Krzysztof Stopczyk.

fot. Katarzyna Kural-Sadowska

W Teatrze Polonia mamy kolejny master class. Tym razem to „ZapętlonaMatthew Lombardo, wyreżyserowana przez Krystynę Jandę, z nią samą w roli głównej.

Mam problem z tym spektaklem. Z jednej strony bardzo łatwo go opisać, bo wystarczy jedno zdanie, a może nawet słowo. A z drugiej, gdy staram się trochę rozbudować to moje podsumowanie i zanalizować poszczególne elementy przedstawienia, do głowy przychodzi mi cały czas to samo określenie. ZNAKOMITE! Wszystko w nim jest doskonałe. Począwszy od treści – przypominającej jedną z dawnych gwiazd Hollywood, czyli Tallulah Brockman Bankhead, która swoją karierę rozpoczęła jeszcze w epoce kina niemego, a zmarła w 1968 roku – poprzez fabułę, którą jest jeden epizod z jej przebogatego życia, rozgrywający się w studio radiowym w 1965 roku, gdzie nagrywała kwestię do swojego ostatniego filmu: „Dij! Dij! Kochanie!”, aż do tematów stricteteatralnych: fantastycznie przetłumaczonego przez Andrzeja Kłosińskiego tekstu; cudownej, dopieszczonej w każdym szczególiku, jakby żywcem wyjętej z epoki scenografii i kostiumów autorstwa Zuzanny Markiewicz; jak zawsze perfekcyjnego oświetlenia przez Katarzynę Łuszczyk, aż do bardzo ważnych w tym spektaklu efektów dźwiękowych (Michał Cacko). No i deser w tej uczcie – maestria aktorska.

Co do Krystyny Jandy, to posłużę się słynnym cytatem z Bohdana Tomaszewskiego: „Szkoda, że Państwo tego nie widzą!” – [zdanie wypowiedziane w czasie transmisji radiowej, ale również tytuł artykułu jego autorstwa w Przekroju numer: 770 (2/1960); z dnia: 10 stycznia 1960]. I nie chodzi mi o całość roli granej przez Jandę (to jest poza dyskusją!!), ale można bez końca rozkoszować się szczegółami, detalami. Kompulsywne obciąganie sukienki, „pijane” kroki stawiane w niebotycznych szpilkach, niby również mocno zgłuszone alkoholem spojrzenia rzucane na rozmówcę, ale tak naprawdę bardzo uważne, typu „rentgen w oczach”, zabawa słowem (i to tak zwanym grubym słowem!) w taki sposób, aby wybrzmiało, ale nie uraziło słuchaczy, etiudy z papierosami i tak można ciągnąć bez końca, czyli: „Szkoda, że Państwo tego nie widzą!”.

Ale uważam, że przy całej maestrii Jandy jest to spektakl dwójki aktorów, bo partnerujący jej PawełCiołkosz (Danny Miller) jest równie doskonały. Postać grana przez niego to krańcowo odmienny typ psychologiczno-mentalny. Ciołkosz rewelacyjnie oddaje zmiany zachodzące w jego postaci pod wpływem zdarzeń, w których uczestniczy. A zaręczam Państwu, że wyprowadziłyby one z równowagi nawet świętego.

„Zapętlona” ma dwie części i zarówno Tallulach grana przez Jandę, jak i Danny Ciołkosza są w nich diametralnie różni, nie przez zmianę kostiumów czy charakteryzacji, tylko przez swoje zachowanie, ton wypowiedzi i body language. I tę zmianę ogląda się z równie zapartym tchem, jak część pierwszą.

Na scenie widzimy jeszcze Adama Tomaszewskiego (Steve). Wydawać by się mogło, że jest to postać poboczna, ale w gruncie rzeczy dźwiękowiec grany przez niego odgrywa istotną rolę w fabule. A Tomaszewski musiał konsultować swojego Steva z kolegami z kabiny akustycznej, bo jako spec od hebli, którego interesują tylko one, a nie emocje, których jest mimowolnym świadkiem, jest jak żywcem wyjęty z grona tych zakulisowych bohaterów wszystkich spektakli teatralnych, bez których nie mogłyby się one odbyć.

„Zapętlona” Matthew Lombardo, wyreżyserowana w Teatrze Polonia przez Krystynę Jandę, jest wspaniałą inscenizacją z dawnych czasów. Nie ma żadnych udziwnień i eksperymentów. Symptomatyczne jest to, że niedawno Janda wyreżyserowała jakże inny „Klub kawalerów”, ale obydwa te spektakle mają jeden wspólny mianownik, bardzo ceniony nie tylko przeze mnie, ale sądząc po frekwencji, również przez liczne grono widzów. To klasyczne spektakle słowa, aktora, scenografii i kostiumów!

Przekonajcie się Państwo sami, a nie będziecie żałować!

—-

HEBEL: Portret niepokornej gwiazdy

Fot. Z archiwum Teatru Polonia. Na zdjęciu Krystyna Janda w spektaklu „Zapętlona”.

Jeśli ktoś stwierdziłby, że spektakl „Zapętlona” w Teatrze Polonia w reżyserii Krystyny Jandy się udał, to nie powiedziałby wszystkiego. Artystka jest w nim obłędnie wspaniała! Z wielkim wyczuciem wcieliła się w postać Tallulah Bankhead – legendarnej amerykańskiej gwiazdy sceny i kina. Gdy z zapartym tchem oglądałem Jandę na scenie, miałem wrażenie, jakbym rzeczywiście znajdował się w studiu nagraniowym i cofnął się w czasie do 1965 roku. Nikt nie oddałby charakteru niepokornej ikony Hollywood lepiej niż Janda.

Widzimy Tallulah Bankhead w trakcie mozolnego nagrywania jednej kwestii do filmu. Czynność ta trwa w nieskończoność i przeradza się w fascynujący pojedynek słowny między nią a młodym montażystą. Wielka gwiazda dosłownie zapętla się w dogrywaniu swojego głosu, co w głębszym wymiarze nabiera znaczenia metaforycznego. Pod maską dowcipu i śmiechu dostrzegamy kobietę nieszczęśliwą i życiowo zagubioną. Warto dodać, że fabuła przedstawienia opiera się na autentycznym zdarzeniu.

Tallulah w wydaniu Jandy bywa wulgarna, ale bije z niej uderzający autentyzm. Z gorzką ironią powtarza, że „życie to żart”. Jest przekonana, że świat jest chaotyczny, nielogiczny i pozbawiony odgórnego sensu. Skoro próby jego zrozumienia zawsze kończą się fiaskiem, jedyną sensowną odpowiedzią pozostaje śmiech i dystans. Często rozbawia publiczność, chociażby stwierdzeniem: „Kocham Londyn, bo Londyn kocha mnie”. Jest sobą i stać ją na bezlitosne wyznanie: „Znałam jedynie takich mężczyzn, którzy albo chcieli być mną, albo mnie przelecieć”.

Dzięki talentowi Krystyny Jandy widzowie mogą zajrzeć za kulisy życia gwiazdy gardzącej konwenansami i etykietą. Partnerujący jej Paweł Ciołkosz w roli młodego montażysty zostaje wciągnięty w wir tej emocjonalnej gry. Choć niekiedy traci cierpliwość i podnosi głos, z czasem odsłania fragmenty swojego prywatnego życia. W roli pomocnika montażysty obsadę dopełnia Adam Tomaszewski, który pozostaje jednak na drugim planie.

Widzowie skupiają się na postaci odtwarzanej przez Jandę, która czyni to z mistrzowską precyzją. Jest rewelacyjna, gdy z rozbrajającą szczerością opowiada o wczesnej inicjacji alkoholowo-płciowej. Jak i wtedy, gdy wspomina o zarażeniu się rzeżączką w wieku trzydziestu jeden lat. Na scenie widzimy ją pijącą, palącą i przeklinającą. Nie sposób jednak nie dostrzec, jak błyskotliwie potrafi żartować, m.in. z panującego upału, co kwituje stwierdzeniem: „Gdybym wiedziała, że jest tak gorąco, to założyłabym inne futro”.

Można być pod wrażeniem imponującej scenografii, która przenosi nas do studia nagraniowego wiernie oddającego realia epoki. Składają się na nią projektor, dwie kanapy oraz stanowiska dla aktorki, reżysera i technika. Wszystko to jest przygotowane z dbałością o najmniejszy detal. Ducha epoki podkreślają także stylowe kostiumy oraz trafnie dobrana oprawa muzyczna.

Gdybym miał krótko podsumować, to powiedziałbym, że ten spektakl jest o samotności wielkiej artystki, ale też – a może przede wszystkim – refleksją o życiu i przemijaniu sławy. Głęboka prawda kryje się w stwierdzeniu bohaterki, że „życie niesie ze sobą ból, ale cierpienie jest już opcjonalne”.

Na widowni panował nadkomplet, poprzez co niektórzy widzowie musieli siedzieć na schodach. Po spektaklu aktorzy, a przede wszystkim wspaniała Janda, byli długo oklaskiwani przez publiczność. Oklaski szybko zamieniły się w owację na stojąco. Wielkie brawa!

JAROSŁAW HEBEL

🌿🌿🌿🌿

sobota, 2 maja 2026

ZAPĘTLONA TEATR POLONIA

ZAPĘTLONA to błyskotliwa, świetnie przetłumaczona przez Andrzeja Kłosińskiego sztuka autorstwa Matthew Lombardo. Teatr Polonia wystawił spektakl, który nie dowodzi, nie potwierdza, ale jest kolejnym mistrzowskim lśnieniem Krystyny Jandy: aktorskim, reżyserskim, managerskim. Nie funduje zaskoczenia, odkrycia, cudu. Jest kontynuacją, wspaniałym ciągiem dalszym jej spektakularnej kariery (niedawno minęło 50 lat pracy na scenie). I nie jest to panegiryk, tylko stwierdzenie faktu. To aktorstwo poza skalą, ta radość grania poza wszelką normą. Dwie godziny na scenie w emocjonalnej, psychologicznej i sytuacyjnej intensywności metamorfoz osobowości, jakiej wymaga charakterystyka i historia życia sławnej amerykańskiej artystki show-biznesu, w trudnym okresie kończenia kariery, Tallulah Bankhead, to nie lada wyzwanie. Kreacja Krystyny Jandy w nastrojowej scenografii Zuzanny Markiewicz to petarda archetypu artystki kontrowersyjnej, niepokornej, irytującej i fascynującej, charyzmatycznej, dowodzącej, że nie należy oceniać człowieka po pozorach: statusu, wyglądu, zachowania, uzależnień, trudności, jakie sprawia i które są wyzwaniem dla tych, z którymi coś ją łączy. Trzeba przebić się przez kokon stereotypów, medialnych wizerunków, pierwszego wrażenia, jaki robi podczas bezpośredniego kontaktu. Warto wiedzieć coś więcej o jej przeszłości, kształtowaniu się osobowości, odkryć ukryte intencje, znać przebieg jej kariery, by przekonać się o jej prawdziwej wartości oraz cenie, jaką płaci, bo chce żyć intensywnie, mocno, po swojemu dla siebie i naprawdę, a jednocześnie pozostać zawsze sobą. To bardzo ambitny, odważny i trudny program bezterminowy, bez taryfy ulgowej, który w efekcie w sytuacjach krytycznych pomaga, ratuje, zbawia, bo jest decyzją podjętą na własną odpowiedzialność. Pozwala znosić ból przez całe życie a cierpieć opcjonalnie.

Bohaterka Jandy, z wykreowaną sugestywnie fizycznością, ekspansywną chimeryczną osobowością cały czas gra. Jakby udowadniała, że należy bezpardonowo wchodzić w relacje, agresywnie rozbrajać, nietaktownie onieśmielać, na całego bulwersować, bezkompromisowo przyciskać do muru otoczenie, by się nagięło do jej woli, prowokować je i zachowywać się ostentacyjnie, wyzywająco, niepoprawnie pod każdym względem, aby wydobyć prawdę i dać szansę naprawić to, co jest zapętlone, rozdarte, zepsute, co jest nie tak jak być powinno (rzeczywistość rzadko dorównuje oczekiwaniom, potrzebom). Aby nie było chaotycznie, bez sensu, samotnie, aby nie było nudno. A gdy się uda, może być pięknie, czule i mądrze.

Prosty zabieg powtarzania w nieskończoność jednej kwestii w celu nagrania jej do filmu:: „Ten zakłamany kapelan nie wpuścił mnie w dosłownym tego słowa znaczeniu do kościoła” doprowadza do nawiązania szczególnej więzi divy z montażystą, Dannym Millerem (Paweł Ciołkosz), zmusza go do spojrzenia prawdzie w oczy i – po karkołomnej, wyczerpującej walce – uzmysławia mu, że ma jeszcze długie życie przed sobą więc wszystko jest możliwe – jego pragnienia mają szansę się spełnić, jeśli dokona właściwego wyboru. Tallulah gra ostro i przebiegle, ale w dobrym celu. Ma talent i doświadczenie. Zdradza Dannemu swoje sekrety, obnaża się przed nim duchowo, odkrywa słabości, bolączki i tragiczną sytuację życiową, co powoduje że młody człowiek zaczyna mówić otwarcie i szczerze. Dochodzi do wzajemnej psychoterapii, pasjonującego starcia dwóch różnych światów, które mogą sobie pomóc. I to jest budujące. Wspaniałe.

Krystyna Janda gra fenomenalnie – ekspansywnie i energetycznie. Z dezynwolturą, zaczepnie, niegrzecznie. Z poczuciem humoru, lekko, jakby od niechcenia. Od pierwszych chwil kradnie uwagę, podbija serca widzów. Jakby nie istniał dystans, jakby zatarte zostały wszelkie granice między widownią a sceną, między aktorką a rolą, nią i partnerującymi jej aktorami, Pawłem Ciołkoszem i Adamem Tomaszewskim. Można odnieść wrażenie, że Janda stopiła się ze swoją bohaterką, z Tallulah, w jedną wiarygodną, w dużej mierze kontrolującą to, co się wokół niej dzieje, postać. Tak właśnie działa bogate doświadczenie aktorskie i życiowe, talent i dojrzałość.

Krystyna Janda po raz kolejny przedstawiła bohaterkę, która będąc w opresji, kryzysie, samotności nie poddaje się (np.: Shirley Valentine, Tonka Babić, Florence Foster Jenkins, Danuta Wałęsa i wiele innych). Walczy o siebie, o innych będących w potrzebie, stara się żyć pełnią życia, maksymalnie nim cieszyć. Jest kreatywna, inteligentna, empatyczna, ciepła i życzliwa, mimo ciętego języka, utyskiwań, zjadliwej ironii, irytującego otoczenie zachowania. Tworzy iskrzącą napięciami atmosferę afirmującą życie i ludzi takimi, jacy są. Potrafi im otworzyć oczy na samych siebie, na świat, przedstawić nową perspektywę, by wzięli się w garść i coś ze sobą i swoim życiem zrobili. Nie odpuszcza, dopóki nie dopnie swego. To budująca osobowość, to bardzo ludzka postawa, której pozytywna energia rozgrzewa serca nadzieją, przeprogramowuje umysł pomysłami i mobilizuje do walki o siebie. Z teatru wychodzi się wzmocnionym, w doskonałym nastroju. Z myślą, by może i swoje życie na lepsze zmienić, bo bywa, że każdy jest czasem „zapętlony” i potrzebuje pomocy, by mógł się z tego impasu blokującego podjęcie właściwej decyzji uwolnić, wyrwać. Ocalić.
Wspaniała sztuka, genialne aktorstwo, znakomity spektakl. Hit!
🌼🌼🌼🌼

Odwaga, by żyć – „Zapętlona” w Teatrze Polonia, recenzja

Oglądając Krystynę Jandę jako Florence Foster Jenkins w „Boskiej!” wielokrotnie da się usłyszeć ze sceny słowa „moja przyjaciółka Tallulah”. Któż mógł jednak przypuszczać, że będą to słowa prorocze? Po dramat Matthew Lombardo „Looped”, opisujący pewien drobny incydent z życia aktorki i głośnej skandalistki Hollywood Talluli Bankhead, sięgnął Andrzej Kłosiński. Jego przekład, zachowujący całą ekspresję, brutalność i bezkompromisowość języka, oddał w ręce Krystyny Jandy zapewne najbardziej wyrazistą postać w jej teatralnej karierze. Pełną kotłujących się uczuć, rozedrganą emocjami i uzależnieniami oraz klnącą jak szewc kobietę po przejściach. Bohaterkę tragiczną, skrzywdzoną przez życie i hollywoodzką elitę, a mimo to żyjącą pełną piersią na własnych zasadach. I trochę o tym właśnie traktuje „Zapętlona” w Teatrze Polonia – o odwadze życia w zgodzie ze sobą, o umiejętności dokonywania wyborów, o osobistej wolności. A przy okazji snuje też opowieść o trudach aktorstwa, przemijaniu sławy, koszmarze nałogów i ciągłym bólu istnienia.
   Tallulah ma dograć w studiu nagraniowym jedno zdanie do swego najnowszego filmu – brytyjskiego horroru klasy B „Giń! Giń! Kochanie!”. Najnowszego po niewielkiej dwudziestoletniej przerwie. Tyle że się spóźnia. Reżyser nie czeka, ma ważniejsze sprawy. Młody dźwiękowiec Steve najchętniej wyciąłby tekst i odpuścił temat. Nikomu nie zrobi to różnicy. W końcu komu zależy na jakiejś dawnej gwieździe? Obowiązek dopilnowania sprawy spada na Danny’ego Millera, montażystę filmu, który choć wie, że klapa jest niemal murowana, staje na wysokości zadania. A przynajmniej próbuje. Choć też się spieszy. Tyle, że z pijaną i cokolwiek zmanierowaną Tallulah ciężko się współpracuje. Drobny, gorzko-zabawny epizod ze schyłkowego okresu kariery Bankhead ma komediowy potencjał, ale wśród początkowych śmiechów publiczności dość szybko okazuje się gęstą od emocji terapią i rozliczeniem życia dwojga bohaterów.
   Od momentu pojawienia się Krystyny Jandy, jej Tallulah przejmuje władanie sceną. Nawet jeśli jest już tylko rozpadającym się cieniem wielkiej gwiazdy. Ale gwiazdy, która pamięta własny blask i wciąż żyje jego lśnieniem. To kobieta silna, władcza i bezkompromisowa – idealna dla Jandy, której intensywność sceniczna sprzyja emocjonalnej gwałtowności amerykańskiej divy. Obrazoburcza, świntusząca, łamiąca wszelkie zasady, wciąż gra siebie w hollywoodzkim teatrze próżności. Krystyna Janda wspaniale cieniuje postać wymykając się jej prostemu zaszufladkowaniu. Rozwesela docinkami, by za chwilę uderzyć w smutne tony, irytuje gwiazdorską postawą, ale intryguje spostrzeżeniami, rzuca bez ogródek wulgaryzmami, by za moment delektować się niuansami powtarzanej w kółko frazy. Z każdą szklaneczką paskudnej szkockiej, z kolejnym zapalonym papierosem i połykanymi garściami tabletkami aktorka pokazuje dramatyczny obraz bezradnego, wewnętrznie potrzaskanego człowieka, którego upadek obserwujemy śmiejąc się mimowolnie z rubasznych żartów i grubiańskich odzywek. I od początku wiemy, że nagranie jednego tylko zdania będzie procesem długim, jeśli nie niemożliwym.
   Każda kolejna próba, każda nieudana „pętla” podnosi ciśnienie Millera i zagęszcza atmosferę. Dla niespełnionej aktorki staje się to okazją do wiwisekcji swojej złamanej kariery, a przy okazji do prześwietlenia problemów właśnie poznanego mężczyzny. Oboje są bowiem na życiowym zakręcie. Ona, nadal czerpiąca pełnymi garściami, mimo postępującej choroby. On, żyjący wiele lat w zawieszeniu, a teraz przerażony upływem czasu i brakiem kontroli nad podjętą poniewczasie decyzją. Paweł Ciołkosz konstruuje z pozoru uporządkowanego i rozsądnego mężczyznę, a jednak daje się wyczuć w nim wewnętrzne napięcie. Jeden telefon rozpali w nim ogień gwałtowności, a charakterna aktorka wydobędzie z niego całą prawdę, starając się wydobyć także innego człowieka. Oboje obnażonych z kłamstw i wątpliwości zbliży to samo poczucie zmarnowanego losu, przegapionych szans. To samo „zapętlenie” w splotach życia, w skomplikowanych relacjach, ambicjach i niespełnionych nadziejach, z których nijak nie idzie się uwolnić. Ich spotkanie staje się bolesną, ale uwalniającą lekcją życia, a egzystujący dotąd przez zaniechanie Miller ma jeszcze możliwość coś zmienić. Wystarczy, by zdobył się na odwagę, bo „ból będzie zawsze, ale cierpienie jest opcjonalne”.
   Intensywny dialog dwojga szamoczących się z życiem ludzi obserwuje przez szybę młody technik dźwięku, „rozkoszny tajemniczy przyjaciel”. Adam Tomaszewski dopełnia aktorską trójcę, która od 2016 roku występuje wspólnie w Teatrze Polonia w spektaklu „Matki i synowie”, a teraz kontynuuje sceniczną przygodę w „Zapętlonej”. Dodanie trzeciej, niezaangażowanej perspektywy daje oddech od pojedynku charakterów głównych protagonistów. Ostatecznie to on ma też głos decydujący, znajdując intrygujące nuty perfekcji w najbardziej nieoczywistej wersji nagranego zdania.
   Scenografia i kostiumy Zuzanny Markiewicz nawiązują bezpośrednio do lat 60. Strój „panny Bankhead” odzwierciedla jej status – futro, perły, biżuteria – po prostu szyk i blask. Przestrzeń zaprojektowano z dbałością o estetykę i szczegóły – ze ścian spoglądają płyty, plakaty i zdjęcia gwiazd tamtych czasów, jak Billie Holiday czy Nina Simone. Centralnym punktem uczyniono podest nagraniowy, na którym skupia się uwaga widza i blask reflektorów. Światła Katarzyny Łuszczyk rozproszone punktowo wtapiają się elegancko we wnętrze studia, zaś czerwony neon „On Air” przydaje blasku retro-autentyczności.
   „Zapętlona” nurzająca się w oparach alkoholu, papierosowym dymie i dosadnym języku bywa podskórnie nieprzyjemna rozdrapując rany przeszłości. Ludzkie dramaty zestawia z niezłomnością do bycia sobą i przykrywa warstwą ratunkowego śmiechu. Zostawia po sobie słodko-gorzki posmak, a nas ze wskazówkami, ale szczęśliwie bez czytelnych odpowiedzi. Bo każdy jest kowalem własnego losu.
   W teatralnej kuźni jak ryba w wodzie czuje się z pewnością Krystyna Janda, nagrodzona całkiem słusznie niekończącymi się owacjami za kreację Talluli. A jeśli w tekście „Zapętlonej” szukać kolejnych proroctw, to przyjdzie nam zapewne obejrzeć ją w przyszłości w roli Joan Crawford. W tym przypadku jest z czego wybierać. Nawet jeśli bohaterką miałaby być „wyjątkowa suka, która była beznadziejna w łóżku”. Ale dla Krystyny Jandy to przecież tylko młyn na wodę.
Tekst Marek Zajdler,
Fot. Andrzej Kulpita/East News
© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.