09
Lipiec
2010
22:07

PRZYGODA - plakat, Teatr Polonia - 9 lipca 2010

zobacz więcej zdjęć (16)

PRZYGODA

PRZYGODA

Sandor Marai

Tłumaczenie: Katarzyna Lewicka

Reżyseria: Krystyna Janda

Scenografia: Janusz Sosnowski

Asystent scenografa: Małgorzata Domańska

Kostiumy: Magdalena Biedrzycka

Światło: Piotr Pawlik

Muzyka: Tatiana Czabańska-Cacko i Michał Cacko

Producent wykonawczy: Ewa Ratkowska

Obsada: 

Jan Englert, Edyta Olszówka, Beata Ścibakówna, Zofia Zborowska, Wiesław Komasa, Maciej Marczewski, Mariusz Zaniewski

 

Data premiery: 9 lipca 2010

Czas trwania spektaklu 120 minut, jedna przerwa

Sándor Márai był niezwykle cenionym prozaikiem i publicystą, autorem bestsellerówDramat PRZYGODA okazał się olbrzymim sukcesem, przyniósł autorowi zgodny zachwyt publiczności i krytyki, a także najważniejszą węgierską nagrodę teatralną im. Vojnitsa.
Wielokąt miłosny bohaterów PRZYGODY wymyka się wszelkim regułom. Głęboko skrywane tajemnice i nieoczekiwane odkrycia burzą porządek dnia, który miał być zawodowym i prywatnym triumfem uznanego lekarza, profesora Kádára. Bohaterowie zmuszeni są do podjęcia życiowych decyzji i dokonania ostatecznych wyborów. W plątaninie uczuć i namiętności poszukują odpowiedzi na pytania o sens życia i śmierci, o winę i karę, o granice powołania zawodowego i oddania innemu człowiekowi.

 

Spektakl zagrany 109 razy.

 

 

Recenzje:

 

Aktor, który dojrzał do szczerości

 

Występując w Polonii Krystyny Jandy, w reżyserowanej przez nią „Przygodzie” [na zdjęciu z Beatą Ścibakówną] Sándora Máraia, stworzył kreację. Teatr psychologiczny, który pogrzebano wraz z Holoubkiem i Zapasiewiczem, zmartwychwstał – o Janie Englercie pisze Jacek Cieślak w Rzeczpospolitej.

«Profesor grany przez Englerta przypomina antycznego bohatera. W dniu wielkiego sukcesu, gdy rząd powierzył mu dyrekcję kliniki, odkrywa w rozmowach z żoną i współpracownikami, że zajmując się karierą, doprowadził do katastrofy w relacjach z najbliższymi ludźmi.Aktor pokazał współczesnego Leara, który stając nad przepaścią – nie traci życiowej intuicji, nie obraża się na los, nie prowokuje najbliższych, tylko z pokorą, na jaką stać nowoczesnych mężczyzn, stara się ratować miłość, rodzinę, karierę. Kiedy interpretował szekspirowskiego Leara w Narodowym, przesadził z fanfaronadą, tubalnym głosem, minami i maskami. Teraz, przebywając na scenie Polonii przez półtorej godziny, nie gra ekshibicjonistycznie, nie krzyczy, a mimo to znamy każdy zakamarek duszy profesora, czujemy emocje, jakie nim targają.

Imponuje jego stoicyzm. Wynika z życiowej dojrzałości i zdrowego rozsądku. W rozmowie z żoną (Beata Ścibakówna), podsumowując ich małżeństwo, nie mówi o szczęściu, bo dla doświadczonego faceta nic to nie znaczy. Woli powiedzieć, że żyli razem i dojrzeli do szczerości, ta zaś ma większą wartość niż frazesy i pozory cnoty. W dialogu z asystentem przekonuje, że czas kruszy wielkie słowa i obnaża obłudę. Lepiej szukać dla życia prawdziwej miary.

Aktor unikał dotąd pokazywania mocnych wzruszeń. Jego bohaterowie chowali się za maskę ironii lub szyderstwa. Profesorowi łamie się głos, łka. Jest bliski rozpaczy, jednak nie przekracza granicy histerii. Englert wolał stworzyć wstrząsającą rolę z całej masy zaskakujących szczegółów. Dokładnie tak, jak swoją artystyczną biografię.

Kinową i telewizyjną popularność zdobył jako bezczelnie odważny powstaniec ze śląskiej trylogii Kutza, Kolumb i warszawski cwaniak z serialu „Dom”, który po wypowiedzeniu magicznej formuły „rikitikitak” mógł mieć każdą kobietę.

W teatrze go nie doceniano, mimo że w Polskim za dyrekcji Kazimierza Dejmka grał główne role w sztukach Wyspiańskiego, Mrożka, Fredry, występował jako sceniczny kolega Gustawa Holoubka i Andrzeja Łapickiego. Gdy został rektorem Akademii Teatralnej, nie dowierzano, że podoła wyzwaniu, a w Narodowym wieszczono katastrofę, chociaż teatralną pałeczkę przekazał aktorowi w „Hamlecie” i „Duszyczce” sam Jerzy Grzegorzewski.

Po wielu akowskich rolach wziął na siebie ciężar dowodzenia polskimi oficerami w „Katyniu” Andrzeja Wajdy. Generalską rangę na scenie potwierdził, reżyserując w mistrzowski sposób „Śluby panieńskie”, „Iwanowa” i „Księżniczkę na opak wywróconą”.

Kokietuje wizytówką rzemieślnika, ale po spotkaniu z Grzegorzewskim kuszą go eksperymenty. Zaprosił do Narodowego Maję Kleczewską.Pomimo potyczek z Grzegorzem Jarzyną miał odwagę zasypać środowiskowe podziały, występując w jego „Teoremacie”. Nie bał się zagrać życiowej katastrofy bohatera o statusie społecznym przypominającym jego własny. I odniósł sukces.»

„Aktor, który dojrzał do szczerości”
Jacek Cieślak
Rzeczpospolita online
Link do źródła
01-04-2010

 

 

——————- ————- ———— ————– —————-

 

Warszawa. Polonia i Och-Teatr bez wakacji

 

Teatr Polonia i Och-teatr należą to tych nielicznych scen w Warszawie, które zdecydowały się grać przez prawie całe wakacje. Zresztą nie tylko grają, ale przygotowują na sezon ogórkowy aż trzy premiery.

«W Teatrze Polonia Krystyna Janda pracuje nad tekstem, o którym marzyła od dawna. Sięgnęła po „Przygodę” – sztukę, której autorem był wybitny pisarz Sandor Marai. Skrywane tajemnice, nieoczekiwane odkrycia burzą porządek dnia, który wydawał się szczytem w karierze uznanego lekarza profesora Kádára. W roli głównej zobaczymy Jana Englerta. – To jeden z najpiękniejszych tekstów teatralnych, jakie czytałam – mówi reżyserująca spektakl Krystyna Janda. – Opowieść o miłości i odpowiedzialności za miłość. W „Przygodzie” tak samo ważny jest temat, jak i intryga; charaktery postaci, jak i nastrój, klimat.

Premiera 9 lipca.

Z kolei w Och-teatrze trwają próby do spektaklu „Zaświaty, czyli czy pies ma duszę”. Sztukę współczesnego autora Jerzego A. Masłowskiego, komedię filozoficzną, reżyseruje – debiutująca w tej roli – Maria Seweryn.

– „Zaświaty, czyli czy pies ma duszę” to propozycja bardziej wakacyjna, mam wrażenie: zabawny tekst bawiący się stereotypami i kpiący z naszych przyzwyczajeń – dodaje Krystyna Janda. – To czarna komedia. Trzy striptizerki jadą do pracy. Nie chcąc zabić psa, uderzają samochodem w latarnię i trafiają do poczekalni przed Sądem Ostatecznym, a tam spotykają pewnego anioła selekcjonera Tyle tylko, że trafia tam z paniami także pies

Rolę psa zagra suczka Lulu, która od kilku miesięcy zapoznaje się z teatrem. – Lulu czuje się tu dobrze, ale ma pewien problem. Okazało się, że psy nie odróżniają sceny od widowni – zdradza Maria Seweryn. – Żywe stworzenie na scenie obnaża każdy fałsz, musimy się do niego dostosować. Premiera „Zaświatów…” w poniedziałek 28 czerwca.

Teatr Polonia już w kolejne wakacje będzie grał też na placu Konstytucji. Powróci m.in. świetny „Lament na placu Konstytucji”, dotkliwa opowieść o wnuczce, matce i babce – kobietach, które nie radzą sobie w otaczającej nas rzeczywistości. W repertuarze Sceny na Placu Konstytucji pojawi się też propozycja premierowa. Będzie to „Flamenco namiętnie”. „Tragiczna miłość, muzyka, śpiew, taniec – namiętnie” – zaprasza Krystyna Janda. Premiera 12 lipca.»

„Spektakle namiętnie”
Dorota Wyżyńska
Gazeta Wyborcza Stołeczna
Link do źródła
23-06-2010

 

———– —————– —————- ——————————-

 

Warszawa. Premiera „Przygody” w Polonii

 

9 lipca w Teatrze Polonia odbędzie się premiera „Przygody” w reż. Krystyny Jandy.

Wielokąt miłosny bohaterów „Przygody” wymyka się wszelkim regułom. Głęboko skrywane tajemnice i nieoczekiwane odkrycia burzą porządek dnia, który miał być zawodowym i prywatnym triumfem uznanego lekarza, profesora Kádára. Bohaterowie zmuszeni są do podjęcia życiowych decyzji i dokonania ostatecznych wyborów. W plątaninie uczuć i namiętności poszukują odpowiedzi na pytania o sens życia i śmierci, o winę i karę, o granice powołania zawodowego i oddania innemu człowiekowi. Nazbyt ufni we własne powodzenie, mierzą się z losem, okrutnie gmatwającym ludzkie plany. To, co miało być przygodą, stanie się misterium śmierci, a to, co brano za miłość, okaże się zaledwie jej namiastką. I choć po burzy przyjdzie spokój, to nic już nie będzie takie, jak wcześniej. „Przygoda” to fascynująca wyprawa w głąb ludzkiej psychiki. Kolejne sceny dramatu pokazują niejednoznaczność intencji i motywacji bohaterów. Márai nie narzuca wyraźnej oceny ich decyzji. Pozostając z boku, inspiruje widza do własnej refleksji. W rezultacie, sztuka ta zamienia się w intymny dialog pomiędzy aktorami a widownią. Brawurowo poprowadzona akcja dramatu, wielobarwność tonacji i głębokie napięcia emocjonalne bohaterów poddanych sytuacji krytycznej są też zapowiedzią „Żaru”, powieści, którą Márai opublikuje niedługo po sukcesie „Przygody”. Sándor Márai był niezwykle cenionym prozaikiem i publicystą, autorem takich bestsellerów, jak choćby „Wyznania patrycjusza” czy „Dziedzictwo Estery”. Dramat „Przygoda” okazał się olbrzymim sukcesem, przyniósł autorowi zgodny zachwyt publiczności i krytyki, a także najważniejszą węgierską nagrodę teatralną im. Vojnitsa. Od premiery w październiku 1940 roku „Przygodę” zagrano na scenie kameralnej Teatru Narodowego w Budapeszcie blisko 350 razy, dając nawet po dwa spektakle dziennie, żeby nie rozczarować potencjalnych widzów, ustawiających się po bilety w długich kolejkach. „Przygodę” wystawiono także w wielu innych krajach Europy. Po II wojnie światowej komuniści wymazali Máraiego z węgierskiego życia kulturalnego i „Przygoda” mogła tam powrócić dopiero w roku 1990, ponownie odnosząc zasłużony sukces.

Materiał nadesłany
01-07-2010

 

————— —————- ————— ———— ————————-

 

Teatr bez wakacji

– To tekst, który leżał sobie u mnie w szufladzie, czyli pod sercem, od dawna. To piękny tekst. Jeden z najpiękniejszych teatralnych, jakie czytałam. To opowieść o miłości i odpowiedzialności za miłość – mówi KRYSTYNA JANDA przed premiera „Przygody” w Teatrze Polonia w Warszawie.

«Dorota Wyżyńska: Po raz kolejny przekonuje nas pani, że teatry nie muszą robić sobie długich wakacji, a do widzów można dotrzeć też i w lipcu, i sierpniu. Czy bilety na letnie spektakle dobrze się sprzedają?

Krystyna Janda: Tak, wakacje okazały się świetną porą dla teatru. W Warszawie jest wielu turystów, Polaków mieszkających za granicą, gości. No i oferta teatralna nie jest duża. Wiele teatrów – i te miejskie, i inne także – zamyka się na miesiące letnie.

Jest taka obiegowa opinia, że repertuar wakacyjny musi być wyłącznie komediowy. Że widz nie jest w stanie podczas upałów wybrać się na coś, co wymaga skupienia i myślenia. Co pani na to?

– Tak, wydaje się, że repertuar powinien być generalnie lżejszy, my proponujemy widzom przegląd naszych spektakli i jak co roku planujemy premiery, nowe rzeczy specjalnie na wakacje. Choć niekoniecznie są to tytuły „wakacyjne”. „Przygoda” Marai’ego nie należy do takich „bezproblemowych” i „rozrywkowych” propozycji, a właśnie na początek lipca planujemy premierę w Teatrze Polonia i będziemy to grać prawie cały lipiec.

Fragmenty z „Przygody” Marai’ego znalazły się w scenariuszu filmu „Tatarak”. Doktora-męża zagrał u Andrzeja Wajdy Jan Englert. Tę samą scenę – podczas której bada swoją żonę – Jan Englert zagra teraz w teatrze. Czy już na planie filmu „Tatarak” myślała pani o tym, żeby przenieść „Przygodę” do Polonii?

– Miałam to w planach, zanim zaczęliśmy zdjęcia do „Tataraku”. Mniej więcej w tym samym czasie co „Dowód”. Realizacja „Dowodu” okazała się łatwiejsza, a w związku z tym „Przygoda” musiała poczekać na swoją kolej. Jest to podobny gatunek teatralny. To tekst, który leżał sobie u mnie w szufladzie, czyli pod sercem, od dawna. To piękny tekst. Jeden z najpiękniejszych teatralnych, jakie czytałam. To opowieść o miłości i odpowiedzialności za miłość.

W czym pani zdaniem tkwi siła twórczości Marai’ego? Co dla pani jest tu szczególnie ważne?

– W harmonii, inteligenckości, jeżeli to można tak nazwać. W „Przygodzie” tak samo ważny jest temat, jak i intryga; charaktery postaci, jak i nastrój, klimat. Język i komplikacje całej opowieści. Dla mnie ważne jest także to, że bohaterowie tej opowieści to krąg ludzi w jakiś sposób mi bliskich. Wielką siłę ma sama historia. Uwielbiam to w teatrze: sprawę i historię, a tu Marai nie ma równych.

„Przygoda” nie jest sztuką „modną”, „nowoczesną”.

– Nowoczesną? Tak „z ucha” jest chyba sztuką XIX-wieczną. Ale ten typ narracji, komplikacji psychologicznych, wyborów moralnych i zachowań porządkuje na przykład moją wyobraźnię. Myślę, że tak jest w wieloma widzami. Ja jestem zmęczona nowoczesnością i awangardą na siłę, bez kompromisów. Jestem zmęczona nowoczesnym teatrem. Nudzi mnie i nie jest dla mnie, wiem to na pewno. Nowocześnie może być coś grane, współcześnie pomyślane, zainscenizowane, ale ja lubię, jeśli jest ważne, dobre, mądre i nie na siłę a mam wrażenie, że generalnie polski młody, nowoczesny, modny teatr jest robiony na siłę, bez serca, do ostatniej kropli krwi i wykręcenia ścięgien, no i nieprawdziwy.

Bohatera „Przygody” – profesora Kadara – poznajemy w szczytowym momencie jego kariery, na wydawałoby się najlepszym etapie życia. „Na szczytach panuje cisza” – taki przewrotny tytuł dał swojej sztuce wybitny dramatopisarz Thomas Bernhard. Pani Krystyno: jak jest z tą ciszą na szczytach? Czy ona jest w ogóle możliwa do osiągnięcia? Co o tym myśli profesor Kadar?

– Osiągnięcie szczytu zawsze okupione jest ofiarami. Tu – najboleśniejszymi. To ponowne przypomnienie, zastanowienie, co ma sens i jaki jest cel? Przypomnienie, że każdy sukces ma swoje koszty, często przerastające go wielokrotnie. Profesor Kadar jest wspaniałą postacią, świetną rolą do zagrania.

Choć trzeba dodać, co podkreślał też w rozmowie ze mną Jan Enlgert, to nie jest łatwy tekst dla aktorów.

– O tak. Tu trzeba talentu, wrażliwości, człowieczeństwa i fachowców.

„Przygoda” to nie jest jedyna wasza wakacyjna premiera. W Och-teatrze już 28 czerwca „Zaświaty…”, a potem czeka nas jeszcze flamenco. Czy może pani przedstawić nam jeszcze te dwie propozycje?

– „Zaświaty, czyli czy pies ma duszę” to propozycja bardziej wakacyjna, mam wrażenie – zabawny tekst, bawiący się znów stereotypami i kpiący z naszych przyzwyczajeń. To czarna komedia. Trzy striptizerki jadą do pracy. Nie chcąc zabić psa, uderzają samochodem w latarnię i trafiają do poczekalni przed Sądem Ostatecznym, a tam spotykają pewnego anioła selekcjonera tyle tylko, że trafia tam z paniami także pies Tekst Jerzego Masłowskiego zajął mnie bardzo i rozbawił. Zobaczymy. Z kolei „Flamenco namiętnie” to spektakl tańczony. Dołącza do repertuaru naszej Sceny na Placu Konstytucji. Mam nadzieję, że będzie wielką przyjemnością dla widzów. Tragiczna miłość, muzyka, śpiew, taniec – namiętnie. Premiera 12 lipca.

Scena na Placu Konstytucji to osobne zjawisko socjologiczne. Ma pani na pewno na ten temat mnóstwo anegdot?

– Przede wszystkim trzeba powiedzieć, że jest to nadspodziewany sukces. Nasz teatr letni na placu cieszy się niebywałą frekwencją, pewnie także dlatego, że jest za darmo, a – jak czytamy – co piątemu Polakowi grozi ubóstwo, ale także dlatego, że te pięć tytułów granych co roku to tak różne, atrakcyjne spektakle, różne stylistyki, naprawdę dobre aktorstwo, inscenizacyjnie Są widzowie, którzy nie opuszczają ani jednego spektaklu. Są zawsze o 17 na placu, przyjaźnią się z aktorami, czekają na nich, wzruszają się i śmieją, kupują dla nich kwiatki, pieką ciasta. Są też amatorzy alkoholu, którzy uznali spektakle na placu jako stały swój termin w ciągu dnia, ci przeżywają najgoręcej, dzieląc się wrażeniami spontanicznie z innymi widzami i przed spektaklami, i po nich. Przyjeżdżają ludzie z całej Polski, wycieczki włączające nasze spektakle w cykl zwiedzania Warszawy. Są i tacy, którzy raz się zatrzymali, przechodząc, albo wysiedli z autobusu na chwilę, żeby zobaczyć, co się dzieje. Nigdy wcześniej nie widzieli teatru, nie byli w teatrze, a teraz są naszymi stałymi widzami i w Polonii, i w Och-teatrze. Długo by opowiadać. To niezwykła przygoda – ten plac i na nim teatr. Na szczęście i w tym roku Biuro Teatrów i miasto Warszawa zdecydowały się finansować tę przygodę. Zagramy w te wakacje prawie 80 razy, pięć tytułów.

A jakie plany ma Teatr Polonia na następny sezon?

– Tuż po wakacjach ruszają próby do nowego spektaklu Przemysława Wojcieszka. To nowy, współczesny komediodramat o rodzinie zadłużonych, jak to nazywam żartobliwie. Premiera planowana jest na koniec października. Wcześniej na afiszu małej sceny „Fioletowe pończochy”, polski tekst, z Agnieszką Krukówną, w reżyserii Grzegorza Warchoła. Próby rozpoczną się jeszcze w sierpniu. A jesienią i zimą Borys Lankosz, reżyser filmu „Rewers”, wystąpi u nas jako reżyser teatralny. Co do tekstu – ustalenia trwają. Myślimy o dwóch tytułach, oba są interesujące. Zobaczymy. Czekają nas pracowite miesiące.

A to dla Teatru Polonia wcale nie jest nowością.»

„Teatr bez wakacji”
Dorota Wyżyńska
Gazeta Wyborcza – Stołeczna nr 145/24.06 Dodatek
Link do źródła
02-07-2010

 

 

———————- —————- ————- ————————–

 

Warszawa. Janda reżyseruje „Przygodę” Maraiego

 

W stołecznym Teatrze Polonia trwają próby przed piątkową premierą spektaklu „Przygoda” na podstawie sztuki węgierskiego pisarza Sandora Maraiego. Spektakl reżyseruje Krystyna Janda. Na scenie występują m.in. Edyta Olszówka, Beata Ścibakówna, Jan Englert i Wiesław Komasa.

«W opinii Krystyny Jandy, „Przygoda” to jedna z najpiękniejszych historii o miłości, mówiąca m.in. o odpowiedzialności za drugiego człowieka.

– Lekarz, który się dowiaduje, że jego żona za trzy miesiące najprawdopodobniej umrze, pozwala jej na wyjazd, na opuszczenie go, choć wie, że ona wróci do niego w trumnie. Robi to dla jej szczęścia, po to, by mogła przeżyć to, o czym marzyła – opowiadała podczas poniedziałkowego spotkania z dziennikarzami Janda.

Jak podkreśliła, dramat Maraiego pozwala stworzyć na scenie jej ulubiony typ spektaklu. – To gatunek teatru, który ja lubię najbardziej – fascynująca historia oparta na aktorach, na świetnie rozpisanych sytuacjach psychologicznych – mówiła.

Janda po raz pierwszy reżyseruje dramat Maraiego, ale z jego „Przygodą” zetknęła się też niedawno na planie filmowym. Jedna z centralnych scen sztuki, w której lekarz Peter Kadar bada swoją żonę, znalazła się w „Tataraku” Andrzeja Wajdy, w którym Janda zagrała główną rolę. Podobnie jak w filmie Wajdy, również w sztuce – na deskach Teatru Polonii – w rolę profesora medycyny wciela się Jan Englert.

– To jest ponadczasowy temat. Szkopuł tkwi tylko w tym, aby nie opowiadać tego w sposób banalny, ale nadać tej historii wymiar niemal tragedii greckiej – mówił Englert. Jak ocenił, „tytułowa przygoda to po prostu życie”. – Życie i nieubłaganie upływający czas – to jest przygoda. Najtrudniejszym zadaniem w życiu człowieka nie jest śmierć, tylko starość i wszystkie implikacje z nią związane. (…) Między innymi o tym jest ta sztuka: o momencie, w którym człowiek zaczyna zdawać sobie sprawę, że coś się bezpowrotnie kończy – mówił artysta.

W spektaklu występują także Zofia Zborowska, Maciej Marczewski i Mariusz Zaniewski.

Sandor Marai (1900-1989) był cenionym prozaikiem i publicystą, autorem takich bestsellerów jak „Wyznania patrycjusza” czy „Dziedzictwo Estery”. Dramat „Przygoda” okazał się jego wielkim sukcesem, przyniósł autorowi zachwyt publiczności i krytyki.

Od premiery w październiku 1940 roku „Przygodę” zagrano na scenie kameralnej Teatru Narodowego w Budapeszcie prawie 350 razy, dając nawet po dwa spektakle dziennie, żeby nie rozczarować potencjalnych widzów, ustawiających się po bilety w długich kolejkach.

„Przygodę” wystawiono także w wielu innych krajach Europy. Po II wojnie światowej komuniści wymazali Maraiego z węgierskiego życia kulturalnego i „Przygoda” mogła tam powrócić dopiero w roku 1990, ponownie odnosząc sukces.»

PAP
05-07-2010

 

——————– ————— —————— ————– ———————-

 

Awangarda zostawia ślad

– Na próbach z aktorami zorientowaliśmy się, że bardzo dawno większość z nas nie pracowała nad gatunkiem teatralnym, gdzie każde słowo coś znaczy, każde słowo wymaga zastanowienia. Okazuje się, że powolutku zaczynamy wracać do tego „grzecznego” teatru”. Takie spektakle, podczas których dwóch aktorów rozmawia, znów stają się dla widzów interesujące – dyrektor Jan Englert o roli w „Przygodzie” Maraiego i planach Teatru Narodowego.

«W Teatrze Polonia trwają ostatnie próby przed premierą „Przygody” Sandora Maraiego. Reżyseruje Krystyna Janda. A w roli głównej wystąpi dyrektor Teatru Narodowego Jan Englert.

Grający w „Przygodzie” Maraiego Jan Englert podkreśla, że siłą twórczości tego pisarza jest to, że nic nie jest dopowiedziane. Że wszystko jest tylko dotknięte, muśnięte i daje się interpretować. – Bywa, że szlachetność jest na granicy okrucieństwa. Że zachowania humanistyczne nie zawsze przynoszą właściwy rezultat, bez woli uczestniczącego w nich – mówi.

Rozmowa z Janem Englertem

Dorota Wyżyńska: Bohatera „Przygody” profesora Kadara [na zdjęciu jan Englert z Beatą Ścibakówną] poznajemy w momencie, w którym wydawałoby się osiągnął wszystko to, co planował. Jest na szczytach swojej kariery, ma u boku młodą żonę…

Jan Englert: Jeśli szuka pani podobieństw między mną a doktorem Kadarem, to nie wiem, czy jestem teraz w swoim szczytowym momencie (śmiech).

Wcale o to nie pytałam…

…ale pod spodem pani pytania to było…

…a to już pan powiedział.

– Nie ukrywam, że nie chciałbym, aby w kontekście ” Przygody” pojawiły się skojarzenia z moim życiem prywatnym. Jak pani dobrze wie, nie lubię, kiedy prywatność przenosi się na scenę. Jestem przeciwnikiem epatowania w teatrze własnym bólem, doświadczeniami.

Trudno mi mówić o bohaterze ” Przygody”, to postać niejednoznaczna. Ale myślę, że ją rozumiem. Rozumiem człowieka, który ma dylematy, jak pogodzić życie prywatne z życiem zawodowym. Rozumiem człowieka, który prowadzi klinikę. Przecież ja też prowadzę klinikę – ogromną! (śmiech)

Siłą twórczości Maraiego jest to, że tu nic nie jest dopowiedziane. Że wszystko jest tylko dotknięte, muśnięte i daje się interpretować. Bywa, że szlachetność jest na granicy okrucieństwa. Że zachowania humanistyczne nie zawsze przynoszą właściwy rezultat, bez woli uczestniczącego w nich. Pojawia się tu też wątek, czy w sytuacjach trudnych lepiej mówić prawdę, czy jednak kłamać? To też sztuka o tym, jak pozostać w zgodzie z samym sobą. Tu żadna z postaci nie jest negatywna. Ale też żadna nie jest jednoznacznie pozytywna. Profesor Kadar to człowiek, który – jak mu zarzuca jego przyjaciel – dla osiągnięcia sukcesu rozmienił na drobne swoje powołanie, co też nie jest do końca prawdą.

Widz, który oglądał „Tatarak” Andrzeja Wajdy, odnajdzie w ” Przygodzie” fragmenty, które były wykorzystane w filmie.

– Tak, to właśnie na planie filmowym Krystyna Janda zaproponowała mi udział w sztuce. To, że ja gram tę postać, nie jest więc przypadkowe. Zgodziłem się od razu. To było dwa lata temu, ale moje zajętości jako dyrektora w Teatrze Narodowym nie pozwoliły mi wcześniej na rozpoczęcie prób.

To, po roli w „T.E.O.R.E.M.A-cie”, kolejna pana praca poza Teatrem Narodowym.

– Mój zawód wyuczony to aktorstwo, a jako dyrektor Teatru Narodowego cierpię na niedosyt grania. Swojego pracodawcy nikt nie chce obsadzać! Nie dziwię się zresztą. I dlatego, kiedy dostaję oferty spoza teatru, to jestem szczęśliwy. Kiedy zagrałem w „T.E.O.R.E.M.A-cie” u Grzegorza Jarzyny, przypomniałem sobie, jaka to wielka frajda odpowiadać tylko za siebie. Przy okazji „Przygody” dodatkowo mam przyjemność mierzyć się z gatunkiem teatru, który lubię. To teatr oparty na dialogu, zajmujący się zagadkami duszy, nie ciała. Nie cielesnością, ale duchowością.

Sandor Marai – dopiero odkrywany w Polsce jako autor dramatów – na Węgrzech cieszy się niesłabnącym powodzeniem. Jego sztuki mogą się wydawać niemodne. Bo nie mają polityczno-społecznego odniesienia do współczesności. Dotyczą spraw ludzkich. Premiera ” Przygody” w Polonii będzie pewnie przez część pani kolegów recenzentów uznana za ramotę, melodramacik.

Na próbach z aktorami zorientowaliśmy się, że bardzo dawno większość z nas nie pracowała nad gatunkiem teatralnym, gdzie każde słowo coś znaczy, każde słowo wymaga zastanowienia.

Okazuje się, że powolutku zaczynamy wracać do tego „grzecznego” teatru. Takie spektakle, podczas których dwóch aktorów rozmawia, znów stają się dla widzów interesujące. Najlepszym tego przykładem był ” Żar” według dużym powodzeniem. Tęsknota za powrotem do teatru jako rozmowy, do rozmawiania ze sobą, zaczyna być wyraźna.

Oczywiście powrotu w formie czystej nie ma. Z każdej mody teatralnej coś zostaje. To już nigdy nie jest ta sama klasyka. Tworzy się nowy gatunek, który jest wzbogacony o nowe doświadczenia. Dlatego nie należy lekceważyć awangardy ani boksować się z nią. Bo nawet jeśli jest tylko chwilową modą, to i tak zostawia ślad. Ważne, abyśmy nie zagubili się w tym. I nie uznali, że to, co jest zaledwie jednym awangardowym oddziałem, to już cała armia.

A jakie oddziały nadciągają w tym sezonie do pana kliniki? Jakie plany ma Teatr Narodowywia?

– Zacznę od tego, co na pewno. Na dużej scenie premiera „Kazimierza i Karoliny” Odona von Horvatha w reżyserii Gabora Zsámbéki z Teatru Katona w Budapeszcie. Co jest o tyle ciekawe, że w tym samym miesiącu w Teatrze Polskim we Wrocławiu odbędzie się premiera tej samej sztuki w reżyserii Jana Klaty.

Zaraz po tym wydarzeniu próby rozpocznie – już po raz trzeci w Teatrze Narodowym – Jacques Lassalle.

Z kolei Maja Kleczewska jeszcze w tym sezonie wystawi „Oresteję”. Planujemy też wejść we współpracę z Teatrem Rozmaitości i trwają wstępne rozmowy.

Na scenie przy Wierzbowej w listopadzie „Mewa” w reżyserii Agnieszki Glińskiej z Joanną Szczepkowską jako Arkadiną. Zaś Jerzy Jarocki przymierza się do spektaklu według twórczości Różewicza.

Na scenie Studio zrezygnowaliśmy z promowania wyłącznie polskiego dramatu współczesnego. Zajmuje się tym obecnie ponad 90 proc. teatrów w Polsce. Wciąż interesuje nas dramaturgia współczesna. Mieliśmy światową prapremierę nowej sztuki rosyjskiej Iwana Wyrypajewa. Gdyby wszystkie premiery były tak dobre jak „Taniec Delhi”, to byłoby całkiem nieźle. Ale nie mamy tak dużo Gruszek!

W przyszłym roku kolejna edycja festiwalu Spotkania Teatrów Narodowych. A mój cel to przygotowanie jubileuszu na 250-lecie Teatru Narodowego. Rocznica wypada w 2015 roku. To będzie moje szczytowe osiągnięcie jako dyrektora! (śmiech). A potem chciałbym znów dużo grać. Takich ról jak profesor Kadar w „Przygodzie”.»

„Jan Englert: Też jestem dyrektorem kliniki, ogromnej!”
Dorota Wyżyńska
Gazeta Wyborcza Stołeczna nr 156 online
Link do źródła
07-07-2010

 

 

—————— ——————————— —————————————–

Tęsknota za jasnymi zasadami

W najbliższy piątek w teatrze Polonia obejrzymy premierę sztuki Sándora Máraia „Przygoda”. Popularność węgierskiego pisarza rośnie, z każdym rokiem przybywa mu nowych wielbicieli. „Polak i Węgier, dwa bratanki…”. Wiadomo. Jednak skąd w Polsce tak ogromna popularność wytrawnego stylisty i intelektualisty? Aż dwie jego książki – „Wyspa” i „Księga ziół” – znajdują się obecnie na liście bestsellerów wydawnictwa Czytelnik. Krystyna Janda postanowiła wyreżyserować „Przygodę”, kiedy zetknęła się z tym tekstem na planie filmu „Tatarak” Andrzeja Wajdy. Tłumacz książek Máraia, Feliks Netz, przyczyn tej popularności upatruje w podobieństwie losów i poglądów węgierskiego emigranta z polskimi pisarzami: Gustawem Herlingiem-Grudzińskim, Andrzejem Bobkowskim i Witoldem Gombrowiczem.
– Poza tym Márai został obdarzony darem opowiadania i umiejętnością dotykania ducha prawdy we wszystkim, co pisał – dodaje.Może więc sukces Máraia wynika między innymi z naszego zmęczenia nowoczesnością? Jego książki pozwalają na powrót w świat jasnych zasad, które tak ważne były dla generała Henrika, bohatera „Żaru” wystawionego w Teatrze Narodowym. Wielbiciele węgierskiego pisarza powinni więc wybrać się na piątkową premierę w Polonii.

 

Agnieszka Rataj, Blog Życia Warszawy

 

———— —————– ————– —————- ———— ——————-

 

Warszawa. Dziś premiera „Przygody” w Polonii

Krystyna Janda reżyseruje w Teatrze Polonia „Przygodę” [na zdjęciu próba spektaklu] – sztukę, której autorem jest wybitny węgierski pisarz Sandor Marai. Dziś premiera.

«- Osiągnięcie szczytu zawsze okupione jest ofiarami – mówi Krystyna Janda. – Tu – najboleśniejszymi. To ponowne przypomnienie, zastanowienie, co ma sens i jaki jest cel. Przypomnienie, że każdy sukces ma swoje koszty, często przerastające go wielokrotnie.

W roli profesor Kadara zobaczymy Jana Englerta.

Zaprasza Jan Englert:

Siłą twórczości Maraiego jest to, że tu nic nie jest dopowiedziane. Że wszystko jest tylko dotknięte, muśnięte i daje się interpretować. Bywa, że szlachetność jest na granicy okrucieństwa. Że zachowania humanistyczne nie zawsze przynoszą właściwy rezultat, bez woli uczestniczącego w nich. Pojawia się tu też wątek, czy w sytuacjach trudnych lepiej mówić prawdę, czy jednak kłamać. To też sztuka o tym, jak pozostać w zgodzie z samym sobą. Tu żadna z postaci nie jest negatywna. Ale też żadna nie jest jednoznacznie pozytywna.

Przy okazji „Przygody” mam przyjemność mierzyć się z gatunkiem teatru, który lubię. To teatr oparty na dialogu, zajmujący się zagadkami duszy, nie ciała. Nie cielesnością, ale duchowością. Sandor Marai – dopiero odkrywany w Polsce jako autor dramatów – na Węgrzech cieszy się niesłabnącym powodzeniem. Jego sztuki mogą się wydawać niemodne. Bo nie mają polityczno-społecznego odniesienia do współczesności. Dotyczą spraw ludzkich. Na próbach z aktorami zorientowaliśmy się, że bardzo dawno większość z nas nie pracowała nad gatunkiem teatralnym, gdzie każde słowo coś znaczy, każde słowo wymaga zastanowienia. Okazuje się, że powolutku zaczynamy wracać do tego „grzecznego” teatru. Takie spektakle, podczas których dwóch aktorów rozmawia, znów stają się dla widzów interesujące. Najlepszym tego przykładem był „Żar” według tekstu tego samego autora, który graliśmy w Narodowym przez kilka sezonów, z dużym powodzeniem. Tęsknota za powrotem do teatru jako rozmowy, do rozmawiania ze sobą, zaczyna być wyraźna.»

„Premiera „Przygody””
not. dow
Gazeta Wyborcza Stołeczna nr 158 online
Link do źródła
09-07-2010

 

 

———————————- ————– —————— —————–

Gotycka opowieść o domu wielkiego Profesora

Sandor Marai to autor dramatu na podstawie którego Krystyna Janda wystawiła „Przygodę” w Polonii. Dobra reżyseria, konsekwentne drążenie tematu, przekaz budzący refleksje, świetnie zagrane sceny oraz ukłon w stronę Andrzeja Wajdy – to „Przygoda” Jandy.

„Przygoda” to trochę gotycka opowieść o domu wielkiego Profesora. Najpierw personel, a zarazem jakby i domownicy w jednym budują legendę bohatera – wybitnej jednostki w świecie nauki i wspaniałego człowieka, trochę groźnego i tajemniczego. Profesor, jego żona, asystent, sekretarka i jakby recepcjonistka oraz przyjaciel ze studiów to osoby, wokół których dzieje się mnóstwo dziwnych zdarzeń. Są oni powiązani ze sobą cienkimi nićmi, często tworzącymi plątaniny niczym sieci. Kto wije sieć? Kto w tej intrydze rozdaje karty?
„Przygoda” to labirynt namiętności. Recepcjonistka szanuje, podziwia i kocha Profesora. Zimna, niedostępna a zarazem tylko pozornie niewrażliwa kobieta po 30 (Zofia Zborowska). Pani Doktor – Sekretarka Profesora (Edyta Olszówka) zakochana w Asystencie i histerycznie przeżywa zdrady ukochanego. Asystent to kobieciarz i ma prawie każdą. W pewnym momencie odnosi się wrażenie, że każdy ze wszystkimi miał bądź ma romans – niczym „Moda na sukces”. Wszystko dzieje się pod dachem Profesora, który według bliskich zajęty sprawami nauki i pacjentami nie ma pojęcia, co dzieje się w jego domu, jednak to on prowadzi tę rozgrywkę.
Kiedy siedziałam na sali i oglądałam „Przygodę” odniosłam wrażenie deja vu. Spektakl nie ma nic wspólnego z plagiatem, a wręcz jest miłym wydarzeniem przeżycia w teatrze scen z filmu „Tatarak”. Czy to zbieg okoliczności, czy podkreślenie wagi dzieła Wajdy w życiu reżyserki?
Rozprawa pomiędzy miłością a śmiercią, poświęcenie się pracy głównego bohatera a samotność zaniedbywanej kobiety, jej pragnienie miłości, akceptacji i fascynacja erotyczna młodszym mężczyzną. Tematyka, przesłanie i niektóre sceny spektaklu przypominają „Tatarak” Wajdy. Obraz badania żony przez lekarza jest najwyraźniejszym przykładem zależności ww. dzieł sztuki. Przy tej okazji wspomnę jeszcze monolog Krystyny Jandy o przeżyciach po stracie męża przedstawiony w filmie w sposób teatralny z zupełnie świeżą kreacją aktorki.
Ponadto, tak jak w Tataraku”, tak i w spektaklu lekarzem jest Jan Englert. Fantastycznym pomysłem było obsadzenie w roli żony Profesora Beaty Ścibakówny, żony Englerta. Aktorka ta fizycznie jest podobna do Jandy i szczególnie sceny małżonków wpływają na wrażenie odbioru spektaklu przez pryzmat filmu Wajdy. Oczywiście, taka interpretacja jest możliwa dla widza, który oglądał „Tatarak”.
Romans i związany z nim wątek sensacyjny czy może nawet detektywistyczny wciągają widza. W pewnych momentach można poczuć klimat książek Agathy Christie. To my, z punktu widzenia publiczności, stajemy się czynnym uczestnikiem wydarzeń, szukamy intrygi, próbujemy domyślić się, kto, co, jak i dlaczego? Spektakl został zrobiony w tonacji czarno-białej, ewentualnie korzystając z terminologii związanej z fotografią – w sephi czy retro. Stroje galowe, dominuje czerń, odcienie szarości, pojawiają się tylko białe fartuchy lekarskie czy elegancki jedwabny szlafrok żony Profesora. Kostiumy określają status społeczny bohaterów i rangę postaci. Profesor żyjący w mieście jest ubrany elegancko, posiada dobre maniery i został skonfrontowany z lekarzem pracującym na prowincji (Wiesław Komasa), wyglądającym niechlujnie (strój, roztrzepane włosy) i zachowującym się pretensjonalnie (np. stosunek do alkoholu – łapczywy wzrok i szybkie wychylenie szklaneczki). Scenografia, kostiumy budują klimat tajemniczości i melancholii.
Akcja spektaklu dzieje się jednego dnia w tym samym miejscu – w domu Profesora. Ma tu miejsce zasada trójjedności teatru antycznego. Dla bohatera ma to być dzień świąteczny. Jednak czas ten okazuje się przełomowym. Pojawia się przyjaciel ze studiów, z którym przed laty zaczęli badania nad metabolizmem człowieka, co miało skutkować epokowymi odkryciami. Profesor, bardziej utalentowany niż kolega, wycofał się z badań, żeby poświęcić się żonie, zarabianiu pieniędzy na zaspokajanie jej potrzeb i luksusowe życie. W trakcie rozmowy mężczyzn pada pytanie o szczęście – co jest szczęściem dla człowieka – spełnienie powołania zawodowego, naukowego czy miłość? To pytanie nie raz stawiane jest przed widzami spektaklu. Warto spróbować poszukać odpowiedź.
Fabuła wciąga widza, pobudza jego wyobraźnie i zmusza do myślenia, intensywnego śledzenia wydarzeń. Piękni, pod względem fizycznym, aktorzy wspaniale wcielają się w swoich bohaterów. Mistrzowskie kreacje Englerta, Scibakówny i Olszówki. Sztuka wydaje się statyczna, ale jej dynamiczność kulminuje się w akcji i niewybrednym poczuciu humoru. Śmieszą niektóre frazy, będące komentarzami sytuacji, ale odnoszą się zarazem do stereotypów. Wypowiedzi może nie śmieszyłyby, ale przekaz, mimika, gest – towarzyszące słowom nadają im czasami charakter nawet groteski.
„Przygoda” jest wyróżnieniem dla Zofii Zborowskiej, młodej, początkującej aktorki. Z każdą swoją kreacją udowadnia, że talent odziedziczyła po ojcu. Opanowanie, brak emocji, zgorzkniałość jej bohaterki zostały świetnie przekazane.
Najnowszy spektakl Jandy jest odpowiedni dla widza szukającego przygody, romansu, szczypty kryminału, odrobiny grozy – życia i fantazji w jednym. Lecz to sztuka także dla kogoś, kto lubi czytać między wersami i treści te poddawać refleksji. „Przygoda” to opowieść o człowieku, potrzebie bycia kochanym, akceptowanym, jego zmaganiach z najważniejszą sprawą w życiu – miłością w szarej codzienności. Nierozłącznie rozważaniom o miłości towarzyszy kwestia samotności, przemijalności czasu, starzenia się i śmierci.

 

Katarzyna Wojciechowska, www.stacjakultura.pl

————— ———— ————– ————- ——————————-

 

Gorzka „Przygoda” Jana Englerta

„Przygoda” w reż. Krystyny Jandy w Teatrze Polonia w Warszawie. Pisze Joanna Derkaczew w Gazecie Wyborczej.

«Do twórczości Sándora Máraia trudno mieć sentyment. Jego trzeźwe oceny rzeczywistości prowokują raczej do niezgody przeradzającej się w szacunek. Tym bardziej razi, gdy w inscenizacji jego „Przygody” pojawiają się wtręty z telenoweli.

Obecność Jana Englerta w produkcji poza Teatrem Narodowym (którego dyrektorem pozostaje od 2003 roku) może podnieść spektakl do rangi wydarzenia. Gdy jako przemysłowiec Paolo przemawiał ze sceny TR Warszawa („T.E.O.R.E.M.A.T”, Pier Paolo Pasolini, reż. Grzegorz Jarzyna), był nie tylko aktorem budującym postać konsekwentnego, ale spękanego wewnętrznie konserwatysty. Dokonywał także gestu pojednania między teatrami uznawanymi za bastiony całkowicie sprzecznych strategii artystycznych. Nie było w tym śladu kompromisu, flirtu z modną awangardą czy „wrogiego przejęcia”, nastąpiła raczej fuzja talentów i doświadczeń. Englert odnalazł się w cudzej wizji przy zachowaniu własnego temperamentu, warsztatu, osobowości.

W „Przygodzie” (wg Sándora Máraia) zrealizowanej przez Krystynę Jandę w Teatrze Polonia ta niezależność wystawiona zostaje na ciężką próbę. Dramat o profesorze medycyny, który u szczytu kariery zawodowej musi stawić czoło osobistej porażce, na scenie wydaje się nieskoordynowaną serią pobudzeń, spięć i autoprezentacji. Między baterią ciężkich gabinetowych mebli a zasiekami ze szpitalnych szafek eksplodują co chwila nierozbrojone w porę niewypały z ładunkiem melodramatu, zaskakującej nadekspresji. Edyta Olszówka z pełnym przekonaniem używa instrumentarium, którego funkcjonowanie w teatrze wydawało się możliwe jedynie na zasadzie pastiszu. Wcielając się w rolę kobiety rozbitej, porzuconej, wczepia się w klapy ukochanego, zderza z elementami scenografii, pozwala głosowi łamać się, skrzeczeć, obracać się w groteskowy pisk. Beata Ścibakówna („luksusowa” żona profesora) zaczyna z ogromną elegancją. W chwilach uniesień natychmiast jednak wpada w schemat zdesperowanej pani domu wyrażającej emocje zgodnie z jedynym znanym sobie wzorem – wzorem z romansów i telenowel. Dramatyczne odrzucanie szyi w scenie badania rentgenowskiego, agonalne okrzyki, spojrzenia Witkacowskich kobiet wampirów. Prawdziwe aktorskie możliwości pokazuje tylko w jednym momencie – w krótkiej sekwencji, gdy mąż zmusza ją do poddania się badaniu. Scena, którą Andrzej Wajda przeniósł do filmu „Tatarak”, pozwala pokazać coś faktycznie istotnego na temat relacji głównych bohaterów. Kilka medycznych komend, kilka chwil wyciszenia układa się w rozbrajająco prosty i trafny szkic na temat wygasającej miłości. Oddychaj. Pochyl się. Schudłaś. Trudno o bardziej suchy ciąg kwestii. A jednak jest tam troska i rozczarowanie, lęk i złość, pragnienie i wołanie o ratunek. Obraz zostaje, niestety, szybko rozbity przez popisowe tyrady, nagłe detonacje podkolorowanego cierpienia.

Jan Englert wydaje się oddzielony od tych wybuchów jakąś ochronną powłoką. Chłodny, spokojny wnosi na scenę zarazem determinację i pokorę. Grając człowieka, który „już wie, ale ciągle nie wierzy”, pokazuje, jak wewnętrzna siła może być zarazem źródłem ratunku i cierpienia. To, co inni wywalają na zewnątrz strumieniami, on tłumi, tłamsi, sączy stopniowo. Z heroiczną samokontrolą. Z goryczą.

U Máraia gorycz to naturalna reakcja człowieka przytomnego na rzeczywistość. Pisarz znalazł się ze swoją wrażliwością w tragicznej sytuacji jednostki, która nadal ma oczekiwania, ale nie ma już złudzeń. Młodszy o ćwierć wieku od Thomasa Manna wkraczał w podobne światy, sfery i krajobrazy. Zastawał je jednak zdegenerowane bądź opuszczone. W ruinie. W stanie po katastrofie, która u Manna jest dopiero widmem i przeczuciem.

„Przygoda” ciesząca się niezwykłą popularnością w węgierskich teatrach jest pod każdym względem dziełem artysty o temperamencie prozaika. Dialogi bywają ciężkie, narracyjnie przeładowane. Rozmowy o wartościach, postawach i sensie życia mają brutalność skrótu, ale nie jego siłę.

Spektakl przenosi do świata, w których wielu wielbicieli literackiej tradycji „Mitteleuropy” mogłoby czuć się u siebie. Mogłoby – gdyby gęste wizje nie były rozbijane przez aktorską przesadę.»

„Gorzka „Przygoda” Jana Englerta”
Joanna Derkaczew
Gazeta Wyborcza nr 160
Link do źródła
12-07-2010

 

 

————- ———— ——————– —————– ———-

 

„Przygoda” w warszawskiej Polonii

„Przygoda” w reż. Krystyny Jandy w Teatrze Polonia w Warszawie. Pisze Jacek Wakar w Dzienniku Gazecie Prawnej – dodatku Kultura.

«Bez znakomitej roli Jana Englerta „Przygoda” w warszawskiej Polonii byłaby innym przedstawieniem. Aktor daje jej nieubłaganą lakoniczność współczesnego moralitetu. Każdy jego gest ma ciężar ołowiu.

O tym, że chce wyreżyserować na własnej scenie „Przygodę” Sandora Maraiego Krystyna Janda wspominała bodaj dwa lata temu. Realizacja odwlekała się, a to z powodu innych projektów, a to ze względu na brak czasu Jana Englerta – szefowa Polonii w głównej roli chciała mieć tylko jego. Wcześniej zobaczyliśmy „Tatarak” Andrzeja Wajdy. W jednej ze scen profesor medycyny (Englert) skrupulatnie bada swą żonę (Janda) i wykrywa u niej nowotwór. Kobiecie pozostało kilka miesięcy życia. Ten fragment autorzy filmu wzięli z opowiadania węgierskiego pisarza „Nagłe wezwanie”. Oglądamy go także w Polonii. Maraiego znaliśmy dotąd z prozy oraz wstrząsającego „Dziennika”, w którym łączył wyznanie intymne z dokumentem epoki. Autor „Żaru” zdawał się mistrzem języka, operującym nim z chirurgiczną precyzją. Był Marai spadkobiercą literackiego blasku Mitteleuropy. Nazywano go czasem węgierskim Tomaszem Mannem. W warszawskim spektaklu z początku tego nie widać. „Przygoda” to dramat trudny, niemal w całości zbudowany ze scen dwójkowych, wszystko zależy zatem od dialogów, a co za tym idzie – od aktorów. Janda w Polonii obsadę ma dobrą, a jednak początkowe fragmenty zawodzą. Czasem wydaje się wręcz, że wiele pracy włożono w zneutralizowanie nieubłaganego języka Maraiego i w zastąpienie go melodramatem ze średniej półki. Edyta Olszówka jako zdradzana pani doktor miota się po placu gry, pazurami (dosłownie!) walcząc o wiarołomnego kochanka (Mariusz Zaniewski). Ten z kolei ma zbyt mało siły, by uzasadnić przypisaną mu przez autora funkcję katalizatora najważniejszych zdarzeń. Wiesław Komasa pojawia się niczym zjawa z przeszłości, wyrzut sumienia bohatera, ale do końca nie znajduje klucza do swej postaci. Obietnicą roli jest na razie żona Beaty Ścibakówny. Bywa przejmująca, lecz w najważniejszych chwilach zbyt łatwo uderza w histerię. Ale to da się wyeliminować. W pierwszych sekwencjach wydaje się zatem, jakby w „Przygodzie” Jandy mniej było Maraiego, a więc quasi-serialowej opowieści o miłosno-zawodowych rozterkach grupy lekarzy. Otrzymujemy zatem niewiele więcej niż bardziej wyrafinowaną wersję „Na dobre i na złe”.

Zdecydowany zwrot przynosi wejście Jana Englerta. Gra profesora Kadara – wybitnego lekarza, który w jednej chwili zdaje sobie sprawę, że pieczołowicie budowane poczucie sukcesu i osobistego szczęścia było tylko ułudą. Do końca jednak nie wychodzi ze swej roli. Portretuje kogoś, kto w żadnych okolicznościach nie zrzeknie się własnej siły. Odkrywa w lot intrygi innych, ale wie tyle o świecie i o bliźnich, że siłą rzeczy weźmie za nich odpowiedzialność. Choćby nawet miał zapłacić za to jeszcze wyższą cenę.

Kreacja Englerta przenosi widowisko w Polonii w inne, ciekawsze rejony i podpowiada jego najważniejszy temat. Dzięki takiemu ujęciu roli Kadara „Przygoda” staje się traktatem o zdradzie i odpowiedzialności za własne wybory i innych, mniej świadomych. Englert gra go bez fałszywych tonów.

Jest skrajnie powściągliwy, w ponaddwugodzinnym spektaklu może raz podnosi głos. Dzięki temu jego spokój zyskuje nowy wymiar – ukrywa ból i piekące emocje. Tworzone poza macierzystą narodową sceną, której od 2003 roku jest dyrektorem, role Englerta wskazują, że to dziś w polskim teatrze ktoś wyjątkowy. Jako Paolo w spektaklu „T.E.O.R.E.M.A.T.” Jarzyny w TR, a teraz w roli Kadara w „Przygodzie” ukazuje artysta zdumiewającą pewność stosowanych środków. Inna rzecz, że będących z nim na scenie aktorów skazuje to na trudne partnerowanie. Gdy ogląda się spektakl w Polonii, w wielu momentach nierównowaga sił jest tak wyraźna, że można poczuć się jak na monodramie wielkiego aktora.»

Jacek Wakar
Dziennik Gazeta Prawna nr 137 – Kultura
16-07-2010

 

————- —————– ———————- —————————

Przygoda recenzja spektaklu

Autor: Sylwia Tomkiewicz

wczoraj 14:08 , aktualizacja 2010-07-21

Spektakl, który stawia szereg trudnych pytań. Zmusza do słuchania i refleksji. A do tego…pozostawia nadzieję.

 

Sztuka węgierskiego twórcy Sándora Máraia w reżyserii Krystyny Jandy przedstawia historię wybitnego lekarza – profesora Kádára (Jan Englert), który w jednym dniu traci sens swojego dotychczasowego życia. Co czuje lekarz, gdy nie może pomóc swojej śmiertelnie chorej żonie? Co, gdy po latach jego wydawałoby się szczęśliwe małżeństwo okazuje się być fikcją?

Fabuła spektaklu nie jest zbyt rozbudowana. W klinice należącej do Kádára rozgrywają się życiowe rozterki pracowników, żony, dochodzi do spotkania kolegi ze studiów, a mimo to odnosi się wrażenie, że siła i wymowa spektaklu ciąży na głównym bohaterze. To on uwikłany jest we wszystkie te ludzkie historie i z jego ust niejednokrotnie padają kwestie ważne dla całości spektaklu. Ciekawa jest konfrontacja głównego bohatera z dawnym kolegą. Reprezentują oni dwa stanowiska lekarskie i odmienne pozycje społeczne. Jeden racjonalista-praktyk, mocno stąpający po ziemi, drugi idealista-teoretyk wciąż dążący do wielkich odkryć. Jeden z ich dialogów w wymowny sposób obnaża względność i ulotność pojęcia szczęścia i sukcesu.

Akcja spektaklu toczy we własnym, trochę leniwym tempie, choć nie jest pozbawiona bardziej dynamicznych, ekspresyjnych scen. W niektórych dialogach odnosi się wrażenie sztuczności, pewnego telenowelowego tonu. Tak dzieje się w wypadku mocno emocjonalnych wybuchów żony profesora (Beata Ścibakówna) i lekarki (Edyta Olszówka). Równowagę znajduje jednak Jan Englert. Stworzona przez niego postać stara się przyjmować wszystko ze stoickim spokojem, tłumić emocje, choć czuć, jak silnie one wzbierają. Ważne jest wypowiadane przez niego słowo. Nie jest to wyłącznie załuga scenariusza, ale przede wszystkim sztuki aktorskiej J.Englerta. Dzięki niemu, tego spektaklu się słucha. Każde słowo coś znaczy, jest ważne i ma swoje konsekwencje. To przywołuje refleksje, że słowa we współczesnym świecie są produkowane w wielkich ilościach, ale tracą na znaczeniu i szybko się o nich zapomina.

„Przygoda” na pewno nie spełni oczekiwań widza, który przychodząc do teatru chce się odciąć od codziennych spraw, szuka rozrywki i humoru. To niełatwe przedstawienie, które każe nam pomyśleć o życiu i śmierci, zawodzie, sprawach osobistych, szczęściu, bezradności itd. Przy tym wszystkim nie przygnębia, ale daje nadzieję.

 

Sylwia Tomkiewicz, stacjakultura.pl, 20.07.2010

——— ————-  ——————— ——————— —————

Przygoda

„Przygoda” w reż. Krystyny Jandy w Teatrze Polonia w Warszawie. Pisze Katarzyna Wojciechowska w portalu Stacjakultura.pl.

«Sandor Marai to autor dramatu na podstawie którego Krystyna Janda wystawiła „Przygodę” w Polonii. Dobra reżyseria, konsekwentne drążenie tematu, przekaz budzący refleksje, świetnie zagrane sceny oraz ukłon w stronę Andrzeja Wajdy – to „Przygoda” Jandy.

Sandor Marai to autor dramatu, na podstawie którego Krystyna Janda wystawiła „Przygodę” w Polonii. Dobra reżyseria, konsekwentne drążenie tematu, przekaz budzący refleksje, świetnie zagrane sceny oraz ukłon w stronę Andrzeja Wajdy – taka jest „Przygoda” według Jandy.

„Przygoda” to trochę gotycka opowieść o domu wielkiego Profesora. Najpierw personel, a zarazem jakby i domownicy w jednym budują legendę bohatera – wybitnej jednostki w świecie nauki i wspaniałego człowieka, trochę groźnego i tajemniczego. Profesor, jego żona, asystent, sekretarka i jakby recepcjonistka oraz przyjaciel ze studiów to osoby, wokół których dzieje się mnóstwo dziwnych zdarzeń. Są oni powiązani ze sobą cienkimi nićmi, często tworzącymi plątaniny niczym sieci. Kto wije sieć? Kto w tej intrydze rozdaje karty?

„Przygoda” to labirynt namiętności. Recepcjonistka szanuje, podziwia i kocha Profesora. Zimna niedostępna a zarazem tylko pozornie niewrażliwa kobieta po 30 (Zofia Zborowska). Pani Doktor – Sekretarka Profesora (Edyta Olszówka) zakochana w Asystencie i histerycznie przeżywa zdrady ukochanego. Asystent to kobieciarz i ma prawie każdą. W pewnym momencie odnosi się wrażenie, że każdy ze wszystkimi miał bądź ma romans – niczym „Moda na sukces”. Wszystko dzieje się pod dachem Profesora, który według bliskich zajęty sprawami nauki i pacjentami nie ma pojęcia, co dzieje się w jego domu, jednak to on prowadzi tę rozgrywkę.

Kiedy siedziałam na sali i oglądałam „Przygodę” odniosłam wrażenie deja vu. Spektakl nie ma nic wspólnego z plagiatem, a wręcz jest miłym wydarzeniem przeżycia w teatrze scen z filmu „Tatarak”. Czy to zbieg okoliczności, czy podkreślenie wagi dzieła Wajdy w życiu reżyserki?

Rozprawa pomiędzy miłością a śmiercią, poświęcenie się pracy głównego bohatera a samotność zaniedbywanej kobiety, jej pragnienie miłości, akceptacji i fascynacja erotyczna młodszym mężczyzną. Tematyka, przesłanie i niektóre sceny spektaklu przypominają „Tatarak” Wajdy. Obraz badania żony przez lekarza jest najwyraźniejszym przykładem zależności ww. dzieł sztuki. Przy tej okazji wspomnę jeszcze monolog Krystyny Jandy o przeżyciach po stracie męża przedstawiony w filmie w sposób teatralny z zupełnie świeżą kreacją aktorki.

Ponadto, tak jak w Tataraku”, tak i w spektaklu lekarzem jest Jan Englert. Fantastycznym pomysłem było obsadzenie w roli żony Profesora Beaty Ścibakówny, żony Englerta. Aktorka ta fizycznie jest podobna do Jandy i szczególnie sceny małżonków wpływają na wrażenie odbioru spektaklu przez pryzmat filmu Wajdy. Oczywiście, taka interpretacja jest możliwa dla widza, który oglądał „Tatarak”.

Romans i związany z nim wątek sensacyjny czy może nawet detektywistyczny wciągają widza. W pewnych momentach można poczuć klimat książek Agathy Christie. To my, z punktu widzenia publiczności, stajemy się czynnym uczestnikiem wydarzeń, szukamy intrygi, próbujemy domyślić się, kto, co, jak i dlaczego? Spektakl został zrobiony w tonacji czarno-białej, ewentualnie korzystając z terminologii związanej z fotografią – w sephi czy retro. Stroje galowe, dominuje czerń, odcienie szarości, pojawiają się tylko białe fartuchy lekarskie czy elegancki jedwabny szlafrok żony Profesora. Kostiumy określają status społeczny bohaterów i rangę postaci. Profesor żyjący w mieście jest ubrany elegancko, posiada dobre maniery i został skonfrontowany z lekarzem pracującym na prowincji (Wiesław Komasa), wyglądającym niechlujnie (strój, roztrzepane włosy) i zachowującym się pretensjonalnie (np. stosunek do alkoholu – łapczywy wzrok i szybkie wychylenie szklaneczki). Scenografia, kostiumy budują klimat tajemniczości i melancholii.

Akcja spektaklu dzieje się jednego dnia w tym samym miejscu – w domu Profesora. Ma tu miejsce zasada trójjedności teatru antycznego. Dla bohatera ma to być dzień świąteczny. Jednak czas ten okazuje się przełomowym. Pojawia się przyjaciel ze studiów, z którym przed laty zaczęli badania nad metabolizmem człowieka, co miało skutkować epokowymi odkryciami. Profesor, bardziej utalentowany niż kolega, wycofał się z badań, żeby poświęcić się żonie, zarabianiu pieniędzy na zaspokajanie jej potrzeb i luksusowe życie. W trakcie rozmowy mężczyzn pada pytanie o szczęście – co jest szczęściem dla człowieka – spełnienie powołania zawodowego, naukowego czy miłość? To pytanie nie raz stawiane jest przed widzami spektaklu. Warto spróbować poszukać odpowiedź.

Fabuła wciąga widza, pobudza jego wyobraźnie i zmusza do myślenia, intensywnego śledzenia wydarzeń. Piękni, pod względem fizycznym, aktorzy wspaniale wcielają się w swoich bohaterów. Mistrzowskie kreacje Englerta, Scibakówny i Olszówki. Sztuka wydaje się statyczna, ale jej dynamiczność kulminuje się w akcji i niewybrednym poczuciu humoru. Śmieszą niektóre frazy, będące komentarzami sytuacji, ale odnoszą się zarazem do stereotypów. Wypowiedzi może nie śmieszyłyby, ale przekaz, mimika, gest – towarzyszące słowom nadają im czasami charakter nawet groteski.

„Przygoda” jest wyróżnieniem dla Zofii Zborowskiej, młodej, początkującej aktorki. Z każdą swoją kreacją udowadnia, że talent odziedziczyła po ojcu. Opanowanie, brak emocji, zgorzkniałość jej bohaterki zostały świetnie przekazane.

Najnowszy spektakl Jandy jest odpowiedni dla widza szukającego przygody, romansu, szczypty kryminału, odrobiny grozy – życia i fantazji w jednym. Lecz to sztuka także dla kogoś, kto lubi czytać między wersami i treści te poddawać refleksji. „Przygoda” to opowieść o człowieku, potrzebie bycia kochanym, akceptowanym, jego zmaganiach z najważniejszą sprawą w życiu – miłością w szarej codzienności. Nierozłącznie rozważaniom o miłości towarzyszy kwestia samotności, przemijalności czasu, starzenia się i śmierci.»

„Przygoda”
Katarzyna Wojciechowska
http://stacjakultura.pl/29.07
Link do źródła
09-08-2010

 

 

———— —————- ——————- ————— ——————

 

Zachwyty i rozczarowania teatralnego roku

Najważniejsze było „Ciało Simone” Krystiana Lupy z Małgorzatą Braunek w roli uduchowionej aktorki, która ma zagrać Simone Weil, żydowską intelektualistkę zafascynowaną Chrystusem – miniony rok w teatrze podsumowuje Jacek Cieślak w Rzeczpospolitej.

«W wielu komentujących się ironicznie wymiarach – świętości, kabotyństwa i obrazoburstwa – reżyser przedstawił niebo i piekło zapętlonej europejskiej duchowości. Wiara w czystość zderza się z hedonizmem posthipisowskiej kontrkultury oraz ateistycznym sceptycyzmem. Dla mediów ważniejszy od kreacji Małgorzaty Braunek [na zdjęciu] był protest Joanny Szczepkowskiej.

Dopełnieniem „Ciała Simona” stała się madrycka „Końcówka” Lupy – groteskowy obraz religijności opartej na epatowaniu cierpieniem, która konkuruje z idiotycznym laickim kultem optymizmu. Grzegorz Jarzyna w magicznej „Aretei” w Essen sportretował manipulację religią i bezowocność boskiej ofiary. Krzysztof Warlikowski w „Końcu” pokazał piekło na ziemi i dociekał, czy istnieje Niebo.

Dla Moniki Strzępki i Pawła Demirskiego (spektakle z Teatru im. Szaniawskiego w Wałbrzychu) najważniejszym problemem jest tożsamość – zakłócona bądź narzucana w imię politycznej poprawności lub narodowych stereotypów. Podważają istnienie jednej obowiązującej wszystkich wersji naszego losu – akowsko-solidarnościowego lub peerelowsko-postkomunistycznego. „Niech żyje wojna!”, ironiczna pointa „Czterech pancernych” stała się głosem w obronie „gorzej urodzonych” Czereśniaków. „Był sobie Andrzej, Andrzej i Andrzej” kpi z artystów i polityków, którzy stworzyli nową, neoliberalną cenzurę, towarzyską i ekonomiczną, nie przyjmując do wiadomości, że jest Polska B i nowi twórcy.

„Biesy” Krzysztofa Garbaczewskiego (Teatr Polski, Wrocław) ujawnił, że dla młodego pokolenia ważniejszym problemem niż historia XX w. jest totalitaryzm życia rodzinnego. Podobnego problemu dotyka postholokaustowy „Utwór o matce i ojczyźnie” Marcina Libera ze Współczesnego w Szczecinie. O tym, że PRL jest dla młodych niezrozumiałą prehistorią, mówi „Utopia będzie zaraz” Michała Zadary ze Starego w Krakowie.

Najrówniejszą formę prezentował Narodowy w pełnej teatralnych fajerwerków „Księżnie na opak wywróconej” Jana Englerta i „Mewie” Agnieszki Glińskiej z rewelacyjną Dominiką Kluźniak. Oba spektakle pokazały pustkę ludzi znikąd, zakochanych w marzeniu o celebryckiej sławie – rozhuśtanych emocjonalnie, a bezradnych intelektualnie.

„Wesele hrabiego Orgaza” Jana Klaty, zbiorowa kreacja Starego Teatru z Krzysztofem Globiszem, to mistrzowski pamflet na szwindel popkultury i newage’owych rytuałów udających metafizykę. Klata udowodnił, że najlepiej sprzedaje się iluzja!

Dojrzałości – aktorskiej i życiowej – uczy Jan Englert w „Przygodzie” Krystyny Jandy w stołecznej Polonii.

Zachwyty

– „Ciało Simone” Krystiana Lupy stołeczny Teatr Dramatyczny

– „Wesele hrabiego Orgaza” Jana Klaty Stary Teatr, Kraków

– „Księżniczka na opak wywrócona” Jana Englerta Teatr Narodowy

Rozczarowania

– Brak Teatru TV w TVP

Kompromitacja publicznej telewizji!

– „Księżna d’Amalfi” w Studio

Dziwna wpadka Jacka Głomba

– „Zmierzch bogów” Mai Kleczewskiej w Opolu

I mistrzom zdarza się zaćmienie»

„Scena nie znosi uproszczonych prawd”
Jacek Cieślak
Rzeczpospolita online
Link do źródła
22-12-2010

 

 

——————— ————— ———————————————– ———

 

Szczecin. Poniedziałek z warszawskimi gwiazdami

Jan Englert, Edyta Olszówka, Beata Ścibakówna, Zofia Zborowska, Wiesław Komasa, Maciej Marczewski, Mariusz Zaniewski – oto obsada spektaklu „Przygoda”, który zostanie zagrany w Szczecinie już 11 kwietnia na deskach Teatru Polskiego (godz. 17.30 i 20.30).

«Uwaga! Ostatnie bilety dostępne są już tylko w kasie teatru.

W „Przygodzie” mamy wielokąt miłosny bohaterów. Głęboko skrywane tajemnice i nieoczekiwane odkrycia burzą porządek dnia, który miał być zawodowym i prywatnym triumfem uznanego lekarza, profesora Kádára. Bohaterowie zmuszeni są zatem do podjęcia życiowych decyzji i dokonania ostatecznych wyborów…»

„Gwiazdorska obsada”
(MON)
Kurier Szczeciński online
Link do źródła
08-04-2011

 

 

—————————————— ———– ———————–

 

Warszawskie gwiazdy na jeleniogórskiej scenie

„Przygoda” w reż. Krystyny Jandy z Teatru Polonia w Warszawie w Teatrze im. Norwida w jeleniej Górze. Pisze Accipiter w portalu jelonka.com.

«W poniedziałkowy wieczór w Teatrze im. Norwida gościli aktorzy warszawskiego Teatru Polonia ze spektaklem wg powieści węgierskiego dramaturga i pisarza Sándora Máraiego „Przygoda” w przekładzie Katarzyny Lewickiej i reżyserii Krystyny Jandy. Ta sztuka o miłości, powołaniu, wierności i niewierności, dramacie sukcesu i porażki to przede wszystkim wielka demonstracja warsztatu aktorskiego Jana Englerta.

Akcja rozgrywa się w godzinach popołudniowych w gabinecie lekarskim profesora Pétera Kádára (Jan Englert), który właśnie święci swój triumf zawodowy. Niczym grom z jasnego nieba spada na niego wieść, iż już wkrótce umrze jego żona Anna (Beata Ścibakówna). Tymczasem w profesorze kocha się pielęgniarka-recepcjonistka (Zofia Zborowska). Z kolei koleżanka po fachu profesora Kádára – lekarka dr Eszter Pálos (Edyta Olszówka) darzy uczuciem doktora Zoltána, asystenta profesora (Mariusz Zaniewski), który okazuje się być bawidamkiem i lowelasem. Na chwilę pojawia się też nieprzewidywalny wątek i postać drugoplanowa – pracujący na prowincji przyjaciel ze studiów lekarz dr Szekeres (Wiesław Komasa), no i dziennikarz (Maciej Marczewski).

Zaistniałe sytuacje komplikują problemy i dylematy. Wydaje się, że każdy zdradza każdego z każdym, a związki i zdrada prowadzą bohaterów do głębszego zrozumienia przede wszystkim samych siebie, przekraczają granice i łamią różnorakie tabu, fabularnie – niczym jakaś amerykańska opera mydlana typu „Moda na sukces”. Do tego klasyczny tekst Sándora Máraiego, zwanego węgierskim Tomaszem Mannem, jest nieznośnie trudny, a ramy narracyjne, dialogi i spodziewane rozwiązania fabularne nie zaskakują widza. I nie wszystkie wplątane w miłosny wielokąt postacie są do końca przekonujące i autentyczne.

Świetnym pomysłem reżyserki Krystyny Jandy jest wprowadzenie do rozmów wyrwanych z melodramatu monodramu profesora medycyny. To właśnie ten wpleciony monodram poszerza swoją formę stając się nagle kameralną sztuką w wykonaniu Jana Englerta. Bo profesor Kádára to jego wielka kreacja psychologiczna. Jako wybitny lekarz ujawnia, że wiedza i poznanie są niczym więcej jak tylko iluzją wykreowanego przez siebie świata. Siła osobowości aktora i zdecydowanie wygrywają w tych fragmentach, gdzie analizowane i filtrowane są związki uczuciowe i emocjonalne bohaterów, za których on chce wziąć odpowiedzialność. Englert jako profesor jawi się na scenie zaskakująco stonowany, pełen rezerwy i stoicki, tutaj zupełnie odmienny od tego Englerta, jakiego znamy z ekranu, impulsywnego i nerwowego, choćby z serialu Jana Łomnickiego „Dom” w roli Rajmunda Wrotka, miłośnika kobiet, z którymi robi „riki tiki tak”.»

„Warszawskie gwiazdy na jeleniogórskiej scenie”
Accipiter
www.jelonka.com
Link do źródła
14-06-2011

————- ————- ——————- ————— ———————

 

 

Dzień, w którym zmienił się porządek

 

Teatr Polonia nie ogląda się na wakacyjną przerwę. dziś możemy oglądać „Przygodę” Sándora Máraia, czyli zetknąć się z twórczością węgierskiego prozaika, który od kilku lat cieszy się w Polsce niesłabnącym zainteresowaniem.

«Powieści, a przede wszystkim „Dziennik” Sándora Máraia odkrywają dla siebie coraz to nowi czytelnicy. Naprzeciw ich zainteresowaniu wychodzą wydawcy, więc na rynku ukazują się nowe tłumaczenia książek węgierskiego intelektualisty. Na scenie do tej pory pojawiły się dwa jego utwory: „Komora celna” zrealizowana w Teatrze Krypta w Szczecinie i najbardziej znany „Żar” zaadaptowany przez Christophera Hamptona w reżyserii Edwarda Wojtaszka w Teatrze Narodowym w Warszawie. To właśnie w tym spektaklu niezwykłą rolę starego generała Henrika przez lata pielęgnującego w sobie wspomnienie zdrady żony i przyjaciela wykreował Zbigniew Zapasiewicz. I ją zagrał jako ostatnią – gościnnie w Gdyni.

Podobnie jak w „Żarze” w „Przygodzie” mamy do czynienia ze skomplikowanym związkiem miłosnym. Głównym bohaterem jest znakomity lekarz profesor Peter Kádár (Jan Englert). Dzień, który miał być jego triumfem zawodowym, przynosi nieoczekiwane odkrycia, całkowicie zmieniające ustalony wcześniej porządek.

Nagle Peter będzie musiał wziąć odpowiedzialność za drugiego, najbliższego mu człowieka, odpowiadając w ten sposób na pytanie o granice poświęcenia.

Dla Krystyny Jandy reżyserującej przedstawienie w Polonii „Przygoda” to piękna historia miłosna i jednocześnie typ spektaklu, który lubi najbardziej.

– Wszystko zależy tu od aktorów, bo to przedstawienie bardzo emocjonalne i psychologiczne – wyjaśnia nam reżyserka.

„Przygoda” dla Sándora Máraia była ogromnym sukcesem. Wystawiona po raz pierwszy w 1940 r. w Teatrze Narodowym w Budapeszcie, została doceniona zarówno przez krytyków, jak i publiczność.

„Przygoda”, Sándor Márai, reż. Krystyna Janda, wyk. Jan Englert, Edyta Olszówka, Beata Ścibakówna, Teatr Polonia, ul. Marszałkowska 56, bilety: 35 – 70 zł, rezerwacje: tel. 22 622 21 32, środa (13.07), godz. 20»

„Dzień, w którym zmienił się porządek”
Agnieszka Rataj
Życie warszawy online
Link do źródła
13-07-2011

———— —————— ————– ———————-

 

Na rozstaju życiowych ścieżek

 

„Przygoda” w reż. Krystyny Jandy w Teatrze Polonia w Warszawie. Pisze Marek Kubiak w serwisie Teatr dla Was.

«Najczęściej dramaturdzy konstruują swoje sztuki tak, by pokazać bohaterów w miejscu przecięcia się ich życiowych ścieżek, a sceniczne „tu i teraz” staje się miejscem, do którego te ścieżki ku sobie zmierzają. Zupełnie inaczej jest w przypadku „Przygody” Sándora Márai, która w reżyserii Krystyny Jandy wystawiana jest w Teatrze Polonia. Tym razem bowiem przychodzi nam obserwować taki punkt w życiu wszystkich bohaterów, w którym ich drogi boleśnie się rozchodzą, i to wydaje się bezpowrotnie.

Wielokąt miłosny, tak silnie dominujący w fabule przedstawienia, jest jednym z wątków prowadzących do wielu głębokich konkluzji, a zdrady, romanse i skrywane miłości, w jakie wikłają się postaci dramatu, stanowią jedynie iskrę zapłonową do podejmowania dalszych decyzji życiowych i wyborów. Stają przed nimi profesor – sława świata onkologii, jego żona zaangażowana w romans z asystentem męża, sam asystent i zakochana w nim lekarka, zatrudniona w klinice profesora. W tak gęstej od emocji gmatwaninie uczuć i myśli, każda z postaci działa na dwóch płaszczyznach świadomości: tej oficjalnej, manifestowanej na zewnątrz, i tej wewnętrznej, przepełnionej nierzadko lękiem, bólem, obawami, czy gniewem. Dzień wyjawienia prawdy, która wydaje się niczym szokującym wobec domysłów i przeczuć, od których na scenie aż się kłębi, to jednocześnie dla wszystkich bohaterów moment, kiedy rzeczywistość wywrócona o 180 stopni odwraca bieg ich osobistych historii. Odtąd nic już nie będzie wyglądać tak samo, choć bohaterowie czują równie intensywnie, kochają wciąż bardzo mocno – w obliczu jednej prawdy muszą nauczyć się mówienia jednym głosem. Również świadomość konsekwencji dokonywanych w życiu wyborów nigdy w nich samych nie była tak silna jak teraz. I choć za moment każdy pójdzie dalej w swoją stronę, to za wszelką cenę chce, choć symbolicznie i pozornie niedostrzegalnie, pozostać w życiu bliskich im osób, nawet jeśli nie zniknie w ich jestestwie obawa, że nie będzie to do końca możliwe.

Szalenie pozytywnie na odbiór tego dramatu wpływa metaforyczność pojawiających się w strukturze wątków. Motyw choroby dotyczy nie tylko kondycji zdrowotnej bohaterów, ale jest również symbolem problemu rozwijającego się podskórnie w związkach bohaterów, w ich umysłach i duszach. Dylematy rozpostarte między powołaniem a robieniem kariery, koncentrujące się na splendorze własnych działań, miłość okazywana ludziom cierpiącym testowana wobec choroby najbliższej osoby, którą kocha się najbardziej, tradycyjne dowody miłości i oddania drugiej osobie oraz skrywanie w tajemnicy uczucia nigdy nie wyjawionego i obecnego jedynie w cieniu zdarzeń pierwszoplanowych, to elementy narracji składające się jak puzzle w jedną układankę i trójwymiarowy obraz niemal w ostatniej chwili spektaklu. Wówczas staje się jasnym skąd to nieśpieszne tempo narracji i skąd ten chłód emocjonalny, z jakim aktorzy wcielają się w swoje postaci.

Mistycznego wymiaru nabiera postać dawnego współpracownika profesora, który pojawia się po latach (powracający w chwili przełomowej wyrzut sumienia onkologa), by objąć kierownictwo prestiżowej placówki naukowej.

Ten doskonale napisany dramat i dojrzale zagrany spektakl, z fantastyczną rolą Jana Englerta, daje szanse do zaistnienia nawet w rolach drugoplanowych – choć wcale nie mniej ważnych – Edycie Olszówce, Zofii Zborowskiej, Wiesławowi Komasie i Mariuszowi Zaniewskiemu. Broni się również Beata Ścibakówna, choć jej rysunek postaci, wobec dość licznych scen konfrontacji ze znakomitym Englertem, może wydać się niekiedy mało naturalny i wymuszony.

Rozdroże życiowych ścieżek pokazane w „Przygodzie”, wydaje się o wiele bardziej interesujące niż klasyczne skrzyżowanie dróg, w kierunku którego zmierzają losy wszystkich bohaterów. Z tego rozdroża w dalszą wędrówkę wyrusza bowiem również widz zastanawiając się nad tym, gdzie dalej powiodą wytyczone przez przeznaczenie szlaki i w jaką podróż wyruszą poszczególne postaci. W tym kontekście nie sposób nie zgodzić się z powiedzeniem: podróże kształcą, nawet jeśli edukacyjny aspekt takiej drogi do pokonania ma wymiar budzącej się samoświadomości i patrzenia na losy bohaterów przez pryzmat własnych doświadczeń, wyborów i rozterek.»

„Na rozstaju życiowych ścieżek”
Marek Kubiak
Teatr dla Was
Link do źródła
20-08-2013

 

 

© Copyright 2019 Krystyna Janda. All rights reserved.