Anieli i Sykstusa - wszystkiego dobrego
Wczoraj w Łodzi na Festiwalu Sztuki Aktorskiej TEATROPOLIS zagrałam „ Zapiski z wygnania” i podczas gali na zakończenie festiwalu dostałam nagrodę za całokształt działalności.
Laudację wygłosił Remigiusz Grzela, bardzo za nią dziękuję, oto ona.
LAUDACJA DLA KRYSTYNY JANDY
Obsypany ważnymi nagrodami spektakl „Zapiski z wygnania” to z jednej strony monolog marcowej emigrantki Sabiny Baral, a z drugiej ważna osobista wypowiedź Krystyny Jandy, aktorki, artystki, obywatelki. Dowód na to, że teatr musi się rodzić, wciąż na nowo,
żeby ubraną w formę i metaforę opowieść uczynić terenem wspólnym, przestrzenią społeczną, nawet jeśli osobistą i intymną, aby mogła się wydarzyć często ta jedyna możliwa wspólnota – spotkanie widza z widzem, widza z aktorem, spotkanie życia
ze spektaklem, który kiedy trwa także jest prawdziwym życiem.
Niepowtarzalny a w pełni realizujący się Teatr daje szansę i możliwość przeżycia katharsis, ale i uczestnictwa we wspólnym doświadczeniu społecznym.
Trudno byłoby dziś wyobrazić sobie życie społeczne i obywatelskie Polski (a nie tylko życie artystyczne) bez Krystyny Jandy, która właściwie od początku swojej kariery,
czyli początku naznaczonego spotkaniem z Andrzejem Wajdą, staje po stronie wolności, niezależności i prawdy – po stronie wolnej myśli i wolnego ducha, po stronie szczerości. Po stronie pamięci i troski o przyszłość. W pełni oddaje to nazwa założonej przez nią
i prowadzonej Fundacji Krystyny Jandy na Rzecz Kultury, czyli na rzecz „całokształtu duchowego i materialnego dorobku społeczeństwa”, idąc za definicją kultury. W tej nazwie realizują się jej praca, poczucie powinności i misja.
Już kiedy jako Agnieszka w „Człowieku z marmuru” rozsadzała ekran, kreując postać,
jak się później okaże, dla kina ikoniczną, mówiła w imieniu tych, którym mówić nie wolno, nie tylko zepchniętego w niebyt przodownika pracy Birkuta, ale przede wszystkim
|w imieniu młodej reżyserki, która chce za wszelką cenę zrobić film dyplomowy, jednak system polityczny takie próby dławi u podstaw. Agnieszka ze swoją energią przysiada
do stołu, do biurka, sięga po cudzą kanapkę, pije cudzą herbatę, zawłaszcza teren, dając do zrozumienia: tak łatwo się mnie nie pozbędziecie. Jestem. Mam coś do powiedzenia. Jestem zależna od was, ale zrobię ten film.
Ten znak totalnej wolności stanie się znakiem wodnym aktorstwa Krystyny Jandy.
Bez względu na to, jakie role będzie grała.
Laudacje mają tę wadę, że często stają się długim spisem ról i zadań, jakby nagradzana Postać nie była ich świadoma. Dlatego postanowiłem skupić się na kilku rolach i na samej postawie Wybitnej Aktorki. Bo jeśli przyznaje się nagrodę za całokształt twórczości, można już mówić, jaki ta twórczość ma charakter, co jest duchem i sercem.
Czy Krystyna Janda zawłaszcza role i postaci? Od spektaklu „Ucho, gardło, nóż” w 2005 roku i zarazem otwarcia Teatru Polonia, czy w kinie od filmu Andrzeja Wajdy „Tatarak” na pewno, już tak. To cezura, kiedy wyraźnie widać, że głos granych przez nią postaci dzielony jest z jej własnym głosem. Tonka Babić, bohaterka kameralnego „Ucho, gardło, nóż”, ofiara wojny na Bałkanach, krzyczy przeciwko okrucieństwu, przeciwko nienawiści mężczyzn, przeciwko bratobójstwu i chce zostać usłyszana. Trauma nie ma być tabu.
Ma być wpisana w sztandar nowego społeczeństwa, żeby zawsze pamiętało, może nawet czuło wstyd.
Elżbieta z „Białej bluzki” w reż. Magdy Umer, do której wróciły po latach, nie patrzy na cenę wolności. Nie zależy jej na zrozumieniu. Jest oddzielna, samoswoja, być może outsiderka, choć to wskazywałoby na margines, podczas gdy Elżbieta jest centrum świata.
I Krystyna Janda mówi tą rolą, że Elżbieta ma prawo tak żyć.
Danuta Wałęsowa ze spektaklu „Danuta W.” w reż. Janusza Zaorskiego ma dość milczenia, uległości i życia w cieniu legendarnego męża. Niezrozumiana przez niego,
pisze książkę, aby zawalczyć o siebie samą, wyemancypować za wszelką cenę, także nie liczy kosztów złamania rodzinnego tabu. Przywraca kobiety na karty współczesnej historii.
Maria Callas z „Masterclass”, to także powrót do roli sprzed lat, traci własny głos, ginie wybierając beznadziejną miłość, ale to Janda ją na scenie ratuje. Daje temu coraz cichszemu głosowi siłę. Trudno nie mieć wrażenia, że nie mówi tu także w swoim imieniu.
Wreszcie Sabina Baral z „Zapisków z wygnania”. Staje przed społeczeństwem i powtarza: – Zobaczcie, coście mi zrobili. Krystyna Janda z Magdą Umer nie zamykają tej opowieści na kartach historii, zderzają ze światem nam współczesnym, z antysemityzmem, nienawiścią, hejtem. To nie jest lekcja historii. To obraz dzisiejszego świata.
W filmie swój głos dostaje w „Tataraku” Andrzeja Wajdy. Intymnej opowieści
o odchodzeniu i umieraniu, nie tylko u Jarosława Iwaszkiewicza, także w jej własnym życiu. Pisze monolog o umieraniu Edwarda Kłosińskiego, a potem go gra w scenografii
jak z obrazu Edwarda Hoppera. Jest więc Martą z „Tataraku” i sobą samą. Nie wychodzi mi z głowy scena, kiedy przemoknięta i zziębnięta aktorka kładzie się na siedzeniu taksówki, by uciec z planu do domu. Mocna metafora podróży pomiędzy sobą prawdziwą i sobą sceniczną/filmową.
Z ról kinowych wymieniłbym także poetkę Marię Linde z filmu Jacka Borcucha „Słodki koniec dnia”. Janda gra laureatkę nagrody Nobla zamieszkującą w toskańskim miasteczku. I wszystko niby w niedopowiedzeniu. Tyle że Maria Linde na nikogo się nie ogląda. Mówi, co myśli. Nawet, jeśli to niepopularne. Wystawia się na osąd, a nawet lincz społeczny. Owszem, nie identyfikuję poglądów Jandy jako poglądów poetki Linde, raczej odwołuję się do postawy totalnej niezależności myślenia. W jednej z ostatnich scen zamknięta jest w klatce, wystawiona na publiczny widok. Mocne? Ale kogo obchodzi poetka zamknięta w klatce? Przecież ma być zepchnięta w niebyt, niewidzialna
i niesłyszalna.
Krystyna Janda – obywatelka nie idzie na kompromisy. Nie sprzeniewierzyła się
ani Agnieszce, ani Elżbiecie, ani Tonce Dziwisz z „Przesłuchania” Ryszarda Bugajskiego, ani Tonce Babić, nie mówiąc o Danucie W. Nie sprzeniewierzyła się ani Wajdzie,
ani Bryllowi, autorowi słynnego „Wieczernika” wystawionego w 1985 roku. Więcej, jest ich obrończynią, rzeczniczką, w ich imieniu zabiera głos i walczy. Opresyjne systemy wracają. Świat się zaognia. Wojny są u naszych drzwi. Tymczasem widzimy wrogów
w społeczeństwie, wśród sąsiadów, także wśród artystów – bo wyrażają swoje poglądy, bo opowiadają się za poszanowaniem praw innych. Ich głos nie wynika tylko z pamięci historycznej, ich głos bierze się też z przeżytej traumy granych postaci, ich cierpienia, niezrozumienia, odrzucenia. Stając na scenie, znajdują punkt prawdy. Miejsce, w którym ona jest czysta.
W „Ucho, gardło, nóż” Krystyna Janda mówi: – Może jednak mam dla was bombę. Postanowiłam, że gdy minie ta noc… minie, mina, jakie ładne słowo „mina”. Kiedy minie ta noc, odejdę od Kikiego. Zostawię go. Zatrzasnę za sobą drzwi. Zacznę nowy rozdział. Spalę za sobą wszystkie mosty. Wypnę się na dawne życie. Przede mną nowy dzień. Ulżyło wam?
Nie wiem, czy ulżyło. Na pewno w ten, czy inny sposób zmieniło. Bo daliśmy sobie szansę usłyszeć.
To wielki zaszczyt móc wygłosić laudację dla Krystyny Jandy, laureatki Nagrody Festiwalu Teatropolis za całokształt twórczości.
Krystyno, bardzo Ci w imieniu nas wszystkich dziękuję i gratuluję.
Lidii i Ernesta - wszystkiego dobrego
Dziś w DZIEŃ TEATRU, składamy wszystkim ludziom teatru, tym na scenie i za sceną wielkie podziękowania i najlepsze życzenia. Widzom wysyłamy pozdrowienia i mamy nadzieję że spędzicie w teatrach chwile wzruszeń, radości i zachwytów, zastanowień i emocji. Życzymy całemu światowi teatru, aby był doceniany i szanowany a może niezbędny. 🍀
Feliksa i Pelagii - wszystkiego dobrego
Wczoraj BIAŁA NLUZKA w Och-Teatrze przy pełnej sali, radość jednak , że po emisji telewizyjnej, ludzie nadal kupują bilety.
Dziś urodziny mojej córki, zawsze to moment czułości i refleksji, podsumowań. Jestem z Niej dumna, troje dzieci, wieczny korowód ze zwierzętami domowymi, dużo obowiązków zawodowych i jest z tym wszystkim sama. Nadzwyczajnie ogarnia to zamieszanie i te radości i wydarzenia każdodniowe. Serdeczne , najlepsze życzenia wszystkiego dobrego.
Uczę się nowej roli i mam codziennie próby. Premiera 1 maja. Zobaczymy. Dużo w Wiśle wody przepłynie do tego czasu. Najpierw jeszcze kilka wyjazdów ze spektaklami i święta. No i gram, gram, gram na miejscu.
Nie piszę, nawet nie wspominam co w Polsce i co na świecie bo niepokój i wyczekiwanie wydarzeń każdego dnia , dominuje życie. Tylko nadzieja że to zbiorowe już szaleństwo zła i agresji jakoś przeminie. Ale nadzieja słaba, bardzo słaba.
Wszystkiego dobrego.
Cypriana i Marcelego - wszystkiego dobrego
Dziękuję za tego ORŁA
najserdeczniej. A to moje dzisiejsze podziękowania❤️
Szanowni, Moi Kochani – mówię kochani, bez wahania, bo jesteśmy wszyscy wielką wspaniałą rodziną zgromadzoną dookoła pojęcia Sztuka. Jestem w zawodzie 50 lat. I 50 lat nie opuszcza mnie uczucie szczęścia, że uprawiam ten zawód, jeden z najpiękniejszych zawodów świata. Przez całe życie zdarzało mi się płakać, na filmach, w teatrach, słuchając muzyki, stojąc przed obrazem czy wreszcie czytając książki. Moja wdzięczność za to nie ma granic, za tę naukę człowieczeństwa, empatii i piękna. Zawsze uważałam, bo jestem przede wszystkim aktorką, że miarą aktorstwa jest człowieczeństwo a pewnego szczęśliwego dnia, spotkałam na mojej drodze Andrzeja Wajdę, który zaczął uczyć mnie, że sztuka, film, rola może zmienić świat, ustrój, kraj, człowieka, że to co robimy może stać się rzeczą najwyższej wagi. Że przywilej publicznej rozmowy z ludźmi na płaszczyźnie sztuki jest szczęściem, Trzeba tylko jasno wiedzieć co się chce opowiadać, co jest dla mnie prawdziwą wartością, z czym się nie zgadzam, przeciwko czemu występuję, w jaką podróż zabieram ze sobą ludzi. To spotkanie, ta nauka i obserwowanie Andrzeja, sprawiło, że zaczęłam traktować to co robię, śmiertelnie poważnie i z miłością. Nieobecność Andrzeja to brak bardzo bolesny.
Artystą się bywa małymi chwilami, ale warto się o te chwile starać. Andrzej mówił mi, masz wielkie narzędzie w ręku, ten zawód, i forum, przestrzeń sztuki.
Nigdy nie interesowała mnie sztuka awangardowa, sztuka dla sztuki, odbierana, przez nielicznych, zawsze walczyłam o zrozumienie i partnerstwo jak najszerszej publiczności. Ale kiedy robiliśmy „Wieczernik” w kościele na Żytniej, w 1985 roku, w okresie czarnej nocy w Polsce, rzecz była jak zwykle u Andrzeja Wajdy o prawie do wolności, Andrzej wierzył w znaczenie tego przedstawienia, mimo małej ilości ludzi mogących się tam w tym kościele w święto wielkanocne pomieścić,. Ernest Bryll powiedział nam wtedy żartem – nie martwcie się , Jezus nauczał w narzeczu aramejskim a jego nauki przetrwały do dzisiaj. Mówię to do tych wszystkich twórców, którzy za dwa złote próbują robić filmy, w piwnicach teatry, do samotnie piszących pisarzy, poetów, fotografów przemierzających ulice z małym aparatem. Warto. Kocham Was wszystkich, którzy macie potrzebę tworzenia i dzielenia się z ludźmi. Dziękuję też wszystkim, a było ich setki na mojej drodze, reżyserom, scenografom, muzykom, aktorom, pisarzom, za to że byłam z Wami. Bez Was nie byłoby nic. Ani mnie, bo to czym się zajmujemy to sztuki zespołowe.
Dziękuję też mojej rodzinie, dzieciom a przede wszystkim mojej matce, to dzięki niej mogłam być zawsze w pracy a ona dźwigała ciężar codzienności. Dziękuję mamo.
Dziękuję też wszystkim ludziom mojej fundacji, 400 aktorom grającym w naszych teatrach, gramy 950 razy w roku. Ludzie! Kochani! Przyjaciele! Dźwigacie ze mną od 20 lat to nasze piekło i niebo. Dziękuję.
Mówi się że wielkość narodu rozpoznaje się po stosunku do dzieci, starców, niepełnosprawnych, zwierząt, wreszcie do nauki i sztuki. Kultura Polska to niezmierzone ilości wielkich dzieł i wspaniałych artystów. Moi mentorzy i nauczyciele już odeszli, ale niech mi wolno będzie powtórzyć za wielką Callas, którą grałam długo w teatrze – życie bez sztuki nie ma sensu. Sztuka to piękno, emocje, czasem krzyk protestu, często opowieść o ludzkiej bliskości i zrozumieniu. To wzruszenie, czułość, oskarżenie, śmiech i zamyślenie, to uświadomienie. To nauka człowieczeństwa.
Zawsze miałam ideały i od 50 lat się staram… tyle mogę powiedzieć.
Dziękuję za to wielkie wyróżnienie, jestem szczęśliwa i idę pracować dalej, codziennie, każdego dnia. Idę do publiczności, do widzów, do ludzi, to dla mnie najważniejsze. Idę kochać, protestować, opowiadać, uczyć godności i uświadamiać jak ważna jest wolność także osobista. Dziękuję.
Wszystkim nominowanym, nagrodzonym w latach poprzednich i w tym roku, serdecznie gratuluję i życzę dalszej owocnej pracy.
Tycjana i Kunegundy - wszystkiego dobrego
6 MARCA setna rocznica urodzin Andrzeja Wajdy. Trwa rok, którego patronem jest Andrzej Wajda i jego twórczość. W Polsce i Europie, także w Ameryce, dziesiątki wystaw, spotkań, dyskusji, retrospekcji filmowych. Wielkie święto i radość. Odzywaja się wydawnictwa, telewizje, licea, rozgłośnie z całego świata. My, którzy pracowaliśmy z Andrzejem, znaliśmy Go, przyjaźniliśmy się z Nim, staramy się sprostać oczekiwaniom dziennikarzy, organizatorów, widzów, wielbicieli Andrzeja Wajdy i Jego twórczości. Dzwoni Londyn., Paryż, Dublin, Nowy jork, Berlin, Śląsk, Dzierżonów, Gdańsk, Sztokholm. Zaproszenia, wywiady, wspominanie i analizowanie. Ja po każdym takim wywiadzie, spotkaniu, nagraniu mam pretensję do siebie, że mówiłam za dużo o sobie a za mało o Nim, ale tak układają się pytania, co pani czuła? Jak to było? Jaki był Wasz tryb pracy? co spowodowało…itd itd…Nie umiem się zdystansować, wciąż we mnie tylko emocje, wdzięczność, podziw , nie umiem analizować, zobaczyć spraw w szerszej perspektywie, z dystansu. Mam o to do siebie żal. Myślę zawsze – jestem za głupia, zbyt mało wiem, za gorące mam serce w miejscu Wajda, żeby mówić i oceniać.
Za chwilę w Krakowie także uroczystości i „obchdzy” otwarcie wystawy w muzeum Manga, wystawy przygotowanej przez Krystynę Zachwatowicz, żonę Andrzeja, 6tego w sejmie debata i spotkanie, gremialne, podobno ma być nieprzebrana ilośc osób, mnie niestety nie będzie , mam obowiązki zawodowe poza Polską. Wczoraj w Kinie Atlantic, spotkanie kolejne, zaproszono Jurka Radziwiłowicza, Adama Michnika, Bogdana Borysewicza i mnie. To jak mówi o Andrzeju, o jego zasługach dla Polski i historii i kultury Polskiej Adam Michnik, jest po prostu nadzwyczajne. Każde słowo waży tonę i ma znaczenie wiekopomne. Trzeba to spisywać i nagrywać. Wczorajsze wypowiedzi pana Adama i pana Burusewicza na zawsze we mnie zostaną. Ustawienie nazwiska Andrzeja i jego dorobku, znaczenia tego dorobku, w jednej linii z Mickiewiczem, Słowackim czy Wyspiańskim stawia sprawy w porządku właściwym. Dziękujemy.
Teofila i Makarego - wszystkiego dobrego
Wczoraj zarejestrowaliśmy moje MY WAY w Teatrze Polonia z obecnością publiczności. Wkładamy do „puszki” wypuścimy kiedy przyjdzie an to czas, ale już mamy. Bardzo się cieszę. Do zobaczenia. Dobrego dnia.
Wiktora i Cezarego - wszystkiego dobrego
I ciągle nie ma Magdy. Obudziłam się w nocy z tą myślą. Przypomniałam sobie nasze wakacje, które planowałyśmy zawsze o tej porze roku. Tyle lat, 30 lat Principina a mare. Były lata, że zbierało się nas tam 10, 20 rodzin, przyjaciół. Wszystko się miesza, kłębi we wspomnieniach. Jeździła tam Zuzia Łapicka z tatą, Janusz Gajos z żoną, Marek Kondrat z rodziną, Grzesio Warchoł z rodziną, Krzysiek Materna w dużej grupie rodziny i przyjaciół, Filip Bajon z przyległościami, Jurek Stuhr, Artur z Wojtkiem…ale przede wszystkim my, to znaczy nasza rodzina i Magda Umer, a potem, kiedy dzieci dorosły a innych zabrakło, tylko Magda, Zuzia i ja. Magda od rana uprawiała jogę na tarasie, przywoziła ze sobą ulubione – kołderkę, wałeczek pod szyję, rozliczne przedmioty z którymi się nie rozstawała, aparat fotograficzny obowiązkowo, komputer i książki, książki, książki. Zawsze wynajmowałyśmy rowery i szalałyśmy po okolicy, jeździłyśmy tymi rowerami na zakupy i wycieczki do okolicznych miasteczek. Magda zamyślona, roztrzepana, szczęśliwa, wiecznie w coś zapatrzona w „widoki” czy morze, wałęsała się sama. Zdarzało się, że podmieniała rower i przyjeżdżała jakimś innym a potem szukałyśmy komu go oddać, gubiła zakupy, zostawiała je gdzieś po drodze, a nawet nie pamiętała co kupiła. We czwartki jeździłyśmy obowiązkowo na targ w Grosetto a tam Magda regularnie się gubiła i szukaliśmy Jej wszyscy. Co rano, opowiadała co przeczytała zawsze z niesamowitym zachwytem i entuzjazmem, wieczorem chodziliśmy do baru przy głównej ulicy i wspominaliśmy, śmialiśmy się z byle czego i opowiadaliśmy o planach artystycznych na kolejny rok. Kiedyś na tę nasza liczną grupę „znakomitości” wpadł jakiś zabłąkany Polak, stanął jak wryty i spytał – czy wy jesteście prawdziwi? Mogę was dotknąć? Mój mąż był tam dla Włochów inżynierem Janda, bo znał się na wszystkim, Magdy mąż kiedyś przyjechał przypadkiem, bo pomylił promy i dobił tym promem niedaleko od nas, więc nas odwiedził, dla niego we Włoszech było zawsze za gorąco, więc miał inne kierunki wakacyjne. Pewnego roku, kiedy niektórzy zaczynali, uczyli się, grać w golfa w Punta Ala, zrobili pole golfowe w odwrotną stronę ku zdumieniu wszystkich milionerów jak opowiadali. Oglądaliśmy tam w barach nadmorskich mistrzostwa w piłce nożnej, drąc się wniebogłosy Azzurri!!! Azzurri!! Gotowaliśmy makarony, odwiedzaliśmy się nawzajem, prowadziliśmy długie dyskusje na leżakach plażowych. Magda zawsze trochę osobna, zagrzebana w swoich poezjach, zdjęciach, jogach, dietach, pisaniu. Zdjęcia, zdjęcia wieczne zdjęcia. Głównie Janusz Gajos I Magda. Czasem podczas jazdy samochodami do jakiejś nowej miejscowości zatrzymywaliśmy się dziesiątki razy, bo oni musieli zrobić zdjęcie, inni się wściekali – Pierd…one Kółko Fotograficzne – krzyczeli – jedźmy! Kiedyś wracałyśmy z Magdą z targu, ta zobaczyła, jej zdaniem wyjątkowo piękne pole słoneczników. Zażądała – wejdź w te słoneczniki, zrobię ci w nich zdjęcie. Posłusznie wykonałam. – Zdejmij bluzkę krzyknęła, bo będzie ładniej i odwróć się plecami, będzie zdjęcie „goła baba w słonecznikach’, dołu nie będzie widać, ale zdejmij i dół na wszelki wypadek no i stań tyłem. Wykonałam. Tyle że to była uczęszczana droga. Samochody się prawie pozderzały, ja pospiesznie ubierałam się biegnąc w słonecznikach. Dobrze, że nie wezwali policji. Zdjęcie wyszło beznadziejne, zdaniem Magdy. Magda. No i mimoza i Magda. Te mimozy! Każdego roku mimozy, Magdy miłość. Ile podróży samochodem ze śpiewającą Magdę i zachwyconymi jej śpiewem moimi synami. … Oj . Zasypiam na nowo. Lepiej spać i nie myśleć.
Eleonory i Feliksa - wszystkiego dobrego
W Teatrze Polskim ostatnie spektakle ” Wiśniowego sadu” w mojej reżyserii. Jestem dumna z tego przedstawienia. Ale magia teatru polega miedzy innym na tym , że trwają, istnieją, kiedy są grane, każde jest inne w pewien sposób, bo to też magia chwili . Przestają istnieć zdjęte ze sceny. Recenzje i wspomnienia, nie mają większego znaczenia , bo nie oddają nawet w minimalnym stopniu tej magii. Opisy czasem je przybliżają, rejestracje dają namiastkę, bo to nie to samo co odbieranie spektaklu na żywo, poza tym kamera to subiektywne oko reżysera rejestracji.
Jednak kiedyś, kiedy pracowaliśmy nad ” Mężem i żoną ” Fredry w Teatrze Powszechnym w reżyserii Krzysztofa Zalewskiego, udało mi się dotrzeć do 20 minutowego nagrania legendarnego przedstawienia z Janiną Romanówną w roli Elwiry w reżyserii Bohdana Korzeniewskiego, do roli Elwiry się przygotowywałam. Nagranie było nieme, tylko minuta była z dźwiękiem. Spojrzałam na wielką Romanównę i z zachwytu umarłam. Mówiła zdanie puentujące jedną ze scen z Alfredem i natychmiast wybuchały oszałamiające brawa, ale jak je mówiła! ze zdumiewającą dla mnie akcentacją i modulacją głosu na przestrzeni ponad oktawy. Potem mówiłam zawsze to zdanie tak samo, zawsze miałam brawa. Geniuszka. Był tam też fragment sceny z mężem, sceny po jego powrocie z kart. Grała genialnie, wyszywała na tamborku i za każdym razem kiedy mąż nie patrzył na nią, chciała go tą igiełką ukłuć w powietrzu, cudowne. Naiwne, zabawne, urocze i oddające wiernie jej uczucia i styl przedstawienia. Tego nie umiałam potem powtórzyć.
Lata później przygotowywałam się do zagrania roli Jadwigi Stańczakowej w filmie „Parę osób, mały czas” Andrzeja Barańskiego. Żyje rodzina pani Stanczakowej, rozmawiałam z nimi, grałam w Jej okularach, kamizelce, koralach, które dostała w prezencie od Białoszewskiego, ale dopiero kiedy zobaczyłam dosłownie sekundowe nagranie z występu Teatru domowego stworzonego przez pana Mirona, w których to przedstawieniach uczestniczyła pani Jadwiga, doznałam olśnienia i wiedziałam wszystko ( no tak się mówi), wiedziałam o Niej nagle dużo.
Kocham nagrania, zdjęcia, niemych świadków chwil i zdarzeń. W komputerze Magdy Umer wiem, że istnieje zaklęte tysiące chwil. Na szczęście są. Mam w swoim komputerze część z nich, tylko część. Oglądam je jak mi smutno.
Symeona i Konstancji - wszystkiego dobrego
Nie ma Magdy. Nie można się pogodzić i ani na chwilę zapomnieć. Jakby czas z Nią stał w miejscu, nie daje się poruszyć.
Znała wszystkie wiersze świata, mówiła je z pamięci, wszystkie teksty piosenek. Nieomylnie wyłuskiwana te najlepsze, te ważne, te znaczące. W ważnych chwilach lub niecodziennych sytuacjach przychodziły Jej do głowy, cytaty, zdania, frazy i ustawiały sensy chwil w człowieczym porządku.
Ja nie pamiętałam nic , tylko wrażenia i uczucia, jak to aktorka.
Kiedy zaczynałyśmy próby do „ Zapisków z wygnania” przyniosła propozycje tekstów , które chciałaby dodać do adaptacji. Wsród nich był wiersz Wisławy Szymborskiej, „ Imiona” , powiedziałam – Magda, do tego jest muzyka! Kiedyś słyszałam jak śpiewała to jakaś młoda aktorka. Spojrzała na mnie z politowaniem – Tak, muzykę napisał Janusz Tylman i śpiewałaś to ty!
Magda dlaczego Cię nie ma? Co się stało?! Ta zawsze pełna szuflada z Tobą nagle pusta.
Anastazegoi - wszystkiego dobrego
Zima zmroziła i nasze serca i umysły. Mam uczucie , że wszyscy zajęli się sobą, bo co tu robić jeśli szaleńcy rządzą światem. Koszmar.
Ciepła i światła dla Ukrainy, póki co.
Urbana i Dariusza - wszystkiego dobrego
Długo mnie nie było bo życie odebrało chęć i wszelką potrzebę.
Dziś pogrzeb Magdy.
Renaty i Witolda - wszystkiego dobrego
Dużo telefonów i wpisów na fb po poniedziałkowej emisji KLBU KAWALERÓW. Także nowych postów i wiadomości w Internecie.
Dziś o 20:30 w TVP1 przypomnimy spektakl 🎭”Klub Kawalerów” w reżyserii i z udziałem Krystyny Jandy.
Na stronie TVP VOD znajdziemy również inne spektakle, które reżyserowała i w których zagrała 🎭”Damy i huzary”, „Śluby panieńskie czyli magnetyzm serca”, „Trzy siostry”, „Balladyna”, „Elektra”.
Linki poniżej:
🎭https://vod.tvp.pl/teatr-telewizji,202/damy-i-huzary,347774
🎭https://vod.tvp.pl/teatr-telewizji,202/sluby-panienskie-czyli-magnetyzm-serca-2003,345666
🎭https://vod.tvp.pl/teatr-telewizji,202/trzy-siostry-1974,293565
🎭https://vod.tvp.pl/teatr-telewizji,202/balladyna-1981,318992
🎭https://vod.tvp.pl/teatr-telewizji,202/elektra,308894
🎭https://vod.tvp.pl/teatr-telewizji,202/zapiski-z-wygnania,1290343
Andrzeja i Ludomira - wszystkiego dobrego
25 lat temu zrealizowałam dla Teatru TV Michała Bałuckiego „ Klub kawalerów”. Obsada do dziś przyprawia o zawrót głowy :
Pracowali ze mną sami przyjaciele Dariusz Kuc ( nie żyje) który był autorem zdjęć, Maciek Maria Putowski ( nie żyje) autor scenografii, Dorota Roquplo kostiumy, Marta Broczkowska opracowanie muzyczne, Milenia Fiedler montaż, Elżbieta Turska była moją asystentką, a producentem całości mój ukochany , nieodżałowany Paweł Rakowski którego też już nie ma.
Reżyserowałam w kostiumie, na obcasach, w kapeluszu z wielkim piórem bo grałam jednocześnie Dziudziulińską i padałam z nóg , kręciliśmy uzdrowisko w Wilanowie, szaleństwo jesieni i kolorów i tam scenę nocnego balu. Pamiętam to całe zamieszanie o 4:00 nad ranem podszedł do mnie Jurek Stuhr i zapytał: panujesz jeszcze nad wszystkim, czy lecimy na „ luźne koło” ? Odpowiedziałam- panuję, spokojnie, no i jest kolo mnie Darek Kuc, z którym kochałam pracować, ale który akurat tej nocy miał żywy konflikt z roniącym dzwięk Wackiem Pilkowskim, też moim serdecznym przyjacielem.
zobaczę to przedstawienie dziś wieczorem, po latach, z rozczuleniem i tysiącem wspomnień. A 24 listopada zaczynam próby „ Klubu kawalerów” w Och- Teatrze w brawurowej także obsadzie z premierą planowaną na połowę lutego 2026. Siadłam znów do nowego opracowania tekstu, co konieczne i….będziemy się bawić raz jeszcze, po latach. Dla Waszej przyjemności i ku zapomnieniu trosk codzienności. Oby nam się udało.
Kocham postaci Bałuckiego i jego złośliwe poczucie humoru . W Teatrze Polonia przed laty zrobiłam „ Grube ryby” , dwa lata temu w Teatrze Polskim „ Dom otwarty” grany do dziś.
Dobrego dnia. Dziś wieczór 20:30 w Teatrze TV program 1
Sewera i Gotfryda - wszystkiego dobrego
Ostatnio wiele zaproszeń do podcastów, wywiadów, telewizji. Jeśli czas mi na to pozwala przyjmuję je, bo tego rodzaju „ kontakt” z publicznościà to ta druga znacząca strona zawodu, ważna, także w znaczeniu reklamowym dla naszych teatrów. Problem w tym , że kiedy ja opowiadam czy raczej odpowiadam na pytania autoironicznie i lekko, media potem przerabiają i interpretują moje zdania jak im wygodnie , w każdym razie w innym tonie. No cóż, dziękuję i za to. Ukłony.
ŚWIAT GWIAZD
Smutne, jak ludzie traktują Jandę. To się w głowie
Czy naprawdę zasłużyła na to, co dziś ją spotyka? Jedna z najbardziej rozpoznawalnych kobiet polskiej kultury od lat musi mierzyć się z falą hejtu, jakiej trudno nie zauważyć. A przecież to ktoś, kto od pół wieku pracuje dla widzów, często kosztem siebie.
Od debiutu do legendy
Krystyna Janda jest obecna w polskiej kulturze od niemal pół wieku. To czas, w którym z artystki młodego pokolenia stała się żywą legendą. Od debiutu w Człowieku z marmuru Andrzeja Wajdy w 1976 roku minęło już prawie pięćdziesiąt lat, a jej obecność w przestrzeni publicznej nie tylko nie słabnie, ale nabiera nowych znaczeń.
Ostatnie dwie dekady jej życia to przede wszystkim praca – ciężka, systematyczna, często niewidoczna zza kulis. W 2005 roku założyła Teatr Polonia, a kilka lat później Och-Teatr. Obie warszawskie sceny działają dzięki jej uporowi i konsekwencji, stając się ważnym punktem na mapie stolicy. Dla Jandy to nie tylko miejsca występów, ale projekty życia – przestrzenie, w których można mówić o sprawach ważnych i dawać widzom to, czego często brakuje w kulturze masowej: autentyczność.
Janda wielokrotnie podkreślała, że prowadzenie teatrów to jej najważniejsze zadanie. To właśnie tam inwestuje energię, czas i doświadczenie. Wciąż występuje, reżyseruje, czuwa nad repertuarem, wspiera młodych artystów. Jej dni są wypełnione obowiązkami, a mimo to nie traci zapału. Nie ściga się z modami ani z nowymi nazwiskami. Pozostaje jedną z najważniejszych postaci polskiej sceny, konsekwentnie wykonując swoją pracę z profesjonalizmem i poczuciem odpowiedzialności za teatr oraz publiczność.
Gdy świat się zatrzymał
Śmierć Edwarda Kłosińskiego w 2008 roku była dla Krystyny Jandy momentem przełomowym. Straciła nie tylko męża, ale też najbliższego towarzysza życia i pracy. Kłosiński – wybitny operator filmowy, współpracujący z Andrzejem Wajdą czy Agnieszką Holland – był dla niej oparciem i partnerem w najpełniejszym znaczeniu tego słowa. Po jego odejściu Janda została sama z teatrem, obowiązkami i codziennością, która musiała toczyć się dalej.
W rozmowie w audycji Zmałpychwstanie w Polskim Radiu RDC aktorka przyznała:
Jestem osobą spokojną, zrównoważoną i spełnioną. Nie mam jakichś tęsknot. Nie marzę o miłości, mam towarzystwo. Mam wielu przyjaciół, przede wszystkim tych młodych w fundacji, którzy są koło mnie i którzy patrzą na mnie. Muszę uważać, co robię, jak się zachowuję, jednak jestem głową tej fundacji i to dyktuje sposób funkcjonowania. Nie odczuwam żadnych braków
Po śmierci Edwarda Kłosińskiego Krystyna Janda na nowo układała swoje życie – bez partnera, ale z niezmiennym rytmem pracy. Otaczają ją młodzi ludzie z fundacji i teatrów, mówi o nich z ciepłem, jak o swojej drugiej rodzinie. To dzięki nim trzyma tempo, mimo że życie nie zawsze bywa dla niej łaskawe.
Ledwo wzięła rozwód, a już ogłasza cudowną nowinę. Oświadczenie Kaczorowskiej wstrząsnęło fanami
Lech Wałęsa w szpitalu! Biuro wydało pilny komunikat w jego sprawie
Tuż przed finałem zmieniają reguły w „TzG”. Wszystko przez Kaczorowską i Rogacewicza
Teatr pełen ludzi, internet pełen hejtu
Choć na scenie wciąż ma pełne sale i życzliwą publiczność, w internecie sytuacja wygląda zupełnie inaczej. W rozmowie w Polskim Radiu RDC, Janda mówiła o hejcie, który spotyka ją od lat.
Po pierwsze przestałam czytać komentarze – wyznała. Czasem to jest taki ściek, że to się nie mieści w żadnej kategorii, dlatego przestałam to zwyczajnie czytać. Nie usuwam tego, niech to sobie zostanie, to jest znak czasu. Jakieś incydentalne rzeczy, że ludzie wychodzili, ale szybko publiczność sobie z nimi dawała radę. Jak staliśmy razem z Maćkiem Stuhrem na scenie, to przeciwko naszej dwójce ktoś tam, coś tam… To wtedy natychmiast publiczność na sali to regulowała. Poza tym, do naszego teatru nie przychodzi „tamta” strona. Nie sądzę, żeby na widowni byli ludzie, którzy robią te wpisy internetowe. Zawsze były pełne sale i zawsze miałam partnera do rozmowy na poziomie scenicznym
W teatrze tego nie doświadcza. Jeśli zdarzy się jakiś problem, widownia reaguje od razu i przywraca porządek. „Tamta strona” po prostu nie przychodzi na jej spektakle. Dzięki temu scena pozostaje dla niej miejscem, gdzie może spokojnie pracować i rozmawiać z widzami.
Janda rzadko bywa w mediach publicznych, ale czasem zgadza się na wywiady, żeby dotrzeć do widzów. Przyznaje, że każdy gest i słowo mogą wywołać krytykę, podobnie jak u innych twórców, np. Olgi Tokarczuk. Mimo intensywnej pracy zawodowej prowadzi normalne życie, unikając rozgłosu.
Nie prowokuję, bo nie bywam nigdzie prywatnie. Nie chodzę na premiery, właściwie nie chodzę do restauracji i kawiarni. Oczywiście chodzę po mieście, robię zakupy, ale robię to w Milanówku, gdzie mnie wszyscy znają i zdarza mi się pobiec po chleb w pidżamie.
Feliksa i Leonarda - wszystkiego dobrego
Wczoraj w Olsztynie na Olsztyńskich Spotkaniach Teatralnych zagraliśmy ALEJĘ ZASŁUŻONYCH Jarosława Mikołajewskiego. Entuzjastyczne przyjęci, spektakl w świetnej formie. Publiczność akceptująca „trudne treści i niestandartowy język” rozumiejąca konwencję tego przekazu. Dla mnie wciąż kiedy to gram, zagadnienie oceny, kto zasługuje na pozycję wybitnego czy zasłużonego, jaki artysta i kto to ocenia, kto o tym decyduje, to temat naczelny. Uwielbiam ten tekst i pokłady jego tematów w niekonwencjonalnej interpretacji Mikołajewskiego. Jego gorycz i bezkompromisowy sposób traktowania śmierci, miłości i oceny „artyzmu”. Uwielbiam to grać. W zalewie wszech panującego banału i braku kryteriów, bezrefleksyjnego katolicyzmu i powtarzanych „ klisz” na tzw tematy ostateczne, ten tekst jest jak świeże powietrze. Mam nadzieję że to jeszcze pogramy czas jakiś.
W poniedziałek uśpiłam Benka, prawie 20- letniego naszego psa. Nie mogę się pozbierać. Tak smutno w domu i taki żal. Odszedł jeden z najważniejszych członków naszej rodziny, pies , który mam wrażenie, jako ostatni był moim łącznikiem z dawnym życiem sprzed śmierci męża i mamy.
Dziś LILI i lektury sztuk, mam ich do przeczytania około 10 w trybie pilnym bo autorzy czekają. Może spotkam coś co mnie „ zatrzyma” lub coś „ przydatnego” fundacji , naszym teatrom i publiczności. Jestem ciekawa nowego Turriniego.
dobrego dnia.
Sylwii i Huberta - wszystkiego dobrego
Dziękuję Chochlikowi Kulturalnemu 🌷Trzydzieści pięć lat temu Krystyna Janda po raz pierwszy oficjalnie stała się „Shirley Valentine”. Napisałem kiedyś te słowa i nie zamierzam ich nigdy zmienić: Niesłabnąca popularność tego spektaklu każdego artystę wprawiłaby w osłupienie. Bo w końcu ile razy można stawać się tą kobietą, która na przekór światu pojedzie do Grecji i będzie wcinała oliwki, chociaż szczerze ich nie znosi? Ile ziemniaków można obrać na scenie, ile jajek usmażyć? Niby obudzona w środku nocy Janda mogłaby być Shirley na zawołanie, ale przecież to się może znudzić. Faktem jest jednak, że kiedy pojawia się na scenie, nie ma żadnych wątpliwości: to nie Janda a Shirley Valentine, Po prostu. Prawdziwa do bólu, trochę śmieszna, trochę smutna. Identyfikują się z nią kolejne pokolenia kobiet i mężczyzn. Wszystkim im Janda daje nadzieję, że jeszcze będzie piękniej.
Słuchając Shirley, jej opowieści o znienawidzonej, a potem ukochanej Marjorie Major, o dzieciach, mężu, o pierwszym wyjeździe do Grecji, niezależnie od tego, kim jesteśmy, łapiemy się na tym, że to przecież samo życie. I choćbyśmy nie wiem jak się śmiali, to w konsekwencji smutek z powodu pewnych zjawisk i zdarzeń i tak nas dopadnie. Ale jeśli chociaż jedną osobę na sali Shirley namówi, żeby spakowała paszport, bilet i pieniądze, po czym ruszyła na podbój świata, to niezależnie od tego, czy ktoś pojedzie do Grecji czy tylko do cioci pod Warszawę, będzie to znak, że Krystyna Janda zmieniła kolejne życie. Tak sobie myślę, że takich zmian ma już na koncie bardzo wiele.
Widziałem „Shirley” wiele razy, choć ostatnio notuję coraz dłuższą przerwę…. Niby znam tekst prawie na pamięć, a wciąż trzymam kciuki, żeby tej kobiecie się udało i za każdym razem, gdy w drugim akcie podnosi się kurtyna, a Shirley jest tam, gdzie zawsze marzyła, by być, głośno wypuszczam powietrze z płuc. Ze szczęścia oczywiście.
Są takie spektakle, na które zawsze sprzedają się wszystkie bilety. Są takie artystki, które w ich popisowych rolach chce się oglądać po raz piąty, dziesiąty, piętnasty i więcej. Cóż, na wieki wieków Shirley! Co, nie, ściana? 😉
fot. Adam Kłosiński
Zenobii i Przemysława - wszystkiego dobrego
Wczoraj SHIRLEY grana w prezencie dla publiczności świętującej z nami 20 rocznicę powstania Teatru Polonia. Po spektaklu wspominanie i śmiechy, serdeczności, żadnej pompy i przemówień, skromnie.
Ja skonana bo pracuję ostatnio stanowczo ponad moje siły, na szczęście zaraz kończy się ten przełafowany czas i odpocznę. Zdjęcia do filmu „ Lalka” zdjęcia do drugiego sezonu „ Matek pingwinów” nagromadzenie spektaklu w Teatrze Polonia i Och- Teatrze i wyjazdy ze spektaklami. Za dużo.
Dwudziestolecie fundacji prowokuje liczne wywiady, zaproszenia, wypowiedzi publiczne, co w tej chwili powoduje dodatkowy zawrót głowy, ale i cieszy.
Uspokoimy się i zamyślimy z okazji zaduszkowych okoliczności, będzie rodzinnie i refleksyjnie.
Mam wielkie poczucie wdzięczności do wszystkich, którzy mi towarzyszyli przez te 20 lat fundacji. Wczoraj wspominaliśmy wszystkie wpadki i śmieszności , które się wydarzały, ludzi którzy odeszli, katastrofy i triumfy. Było serdecznie i tkliwie.
Dziś na nowo do pracy. Rozwiązywać kolejne przeszkody i problemy. Skończę dziś nocą po ostatnim dniu a raczej nocy zdjęciowej w „ Matkach pingwinów” , jutro porządki na cmentarzu. W sobotę odwiedzanie grobów i obiad rodzinny tradycyjny, od 20 lat spotykamy się wszyscy tego dnia, bliższa i dalsza rodzina. A potem n i e d z i e l a ….
Pies Benek właśnie dożywa 20 roku życia, nie widzi, nie słyszy, ma demencję i cierpi na chroniczne zapalenie stawów, umierał już kilka razy , ale przetrwał, teraz moim zdaniem się już naprawdę męczy, nie wie gdzie jest, co mu jest, czasem siedzi całą noc i się kiwa albo drży, lekarz mówi, że powinniśmy mu pozwolić odejść, ja też się ku temu skłaniam, ale rodzina na samą myśl rozpacza i płaczą, nie wiem co robić. Smutny czas.
w wolnych minutach słucham biografii Kafki. Wczoraj zdumiało mnie jego zdanie: „ Sztuka bardziej potrzebuje rzemiosła niż rzemiosło sztuki” . Coś w tym jest.
Euzebii i Narcyza - wszystkiego dobrego

„Czy życie pozbawione namiętności, palącego żaru uczuć ma jakikolwiek sens” – pyta Jan Englert (Henrik) Daniela Olbrychskiego (Konrad) tuż przed odejściem w ciemność kulisy. „Oczywiście, że nie” – odpowiada Olbrychski. Oglądając Żar w Teatrze Polonia, trudno zapomnieć, kogo się widzi na scenie. Ten spektakl daje niejako podwójną przyjemność. Fabularnie to opowieść o parze niegdyś bliskich przyjaciół, którzy spotykają się po latach, by wywołać duchy przeszłości, porozmawiać o tym, co przemilczeli. Wciąż trawią ich intensywne uczucia, które wobec siebie żywili. Jednocześnie to popis dwóch aktorskich tytanów, którzy na scenę wnoszą unikalną wrażliwość, umiejętności i pamięć o swoich poprzednich rolach.
Teatr nie dla krytyków
Englert jak nikt potrafi zagrać rozpacz, gniew i grozę, skrywającą się za maską suchego intelektualizmu, jest świetny w cynicznych monologach. Potwierdza swoje emploi aktora-intelektualisty. Olbrychski w tym przedstawieniu głównie milczy, ale od pierwszego wejścia na scenę jest w nim nerw, gwałtowność i dużo wdzięku. Gra tu swoim wizerunkiem, czasem teatralnie podkreślając wypowiedzi gestem, czasem bawiąc się rekwizytem – gdy niczym Kmicic wyciąga nagle szpadę ze swojej laski. Olbrychski też wspaniale słucha. To oczywiście stare prawidło w świecie sztuki, że gdy jeden człowiek monologuje, a drugi milczy, przewagę ma ten milczący, on ściąga uwagę widzów (to temat jednoaktówki Strindberga Silniejsza czy Persony Bergmana). Olbrychski wykorzystuje tę szansę – jego bohater próbuje ukryć emocje, ale gdy się denerwuje, porusza palcami, jakby grał na fortepianie (Konrad jest pianistą). Jego ciało to rozluźnia się, to tężeje pod wpływem wypowiadanych przez Englerta słów. Ten aktorski duet dopełnia Maja Komorowska (grająca na zmianę z Anną Seniuk; widziałem spektakl z Komorowską), w niewielkiej, ale bardzo znaczącej roli niani Henrika. Pojawia się na końcu i na początku przedstawienia, jej bohaterka jest obdarzona wewnętrznym spokojem, łagodnie pogodzona z życiowym rozczarowaniem, co stanowi dobry kontrast dla obu panów.

Żar to spektakl elegancki, klasyczny, oparty przede wszystkim na aktorach i tekście – gotowej adaptacji książki Sándora Máraiego, napisanej przez Christophera Hamptona (autora m.in. scenariusza Całkowitego zaćmienia Agnieszki Holland) i wystawionej pierwszy raz w 2006 roku na West Endzie z Jeremym Ironsem. Nie ma tu żadnych fajerwerków inscenizacyjnych, tempo jest spokojne. Wojciech Stefaniak zaprojektował eleganckie, ciemne wnętrze starego i bogatego salonu.
Olbrychski i Englert w chwilach większych emocji podnoszą się z foteli, potem znów na nie opadają; wszystko dzieje się w słowach i subtelnych gestach. Aktorów widać, słychać, rozumie się, co mówią. Przebieg fabularny jest czytelny, intencje bohaterów, choć wielowarstwowe, są jasne. Solidna teatralna robota. Wszystko to sprawia, że dla wielu krytyków teatralnych spektakl będzie nudny. Dla tych, którzy szukają w teatrze oburzenia, przełamywania granic (estetycznych i myślowych) – będzie zbyt konwencjonalny i zachowawczy. Ci, którzy cenią awangardę, uznają go za zbyt „mieszczański”. I dlatego właśnie odniesie frekwencyjny sukces. Jak zresztą sporo innych przedstawień w Teatrze Polonia i w Och-Teatrze.
Widz wie, za co płaci
Krystyna Janda wie, czego ludzie chcą i im to daje. Na tym zasadza się misja jej teatru, w przeciwieństwie do wielu teatrów z ambicjami awangardowymi i krytycznymi, których zadanie polega na czymś dokładnie odwrotnym – na zmuszaniu widzów do konfrontacji z tym, czego oglądać nie chcą, do zaglądania tam, gdzie zaglądać nie wypada, do prowokacji. Jeżeli teatr krytyczny rozdrapuje rany, to teatr Jandy raczej je opatruje. Oba rodzaje teatru są potrzebne, ich funkcje się nie wykluczają, jeden nie może istnieć bez drugiego. Tylko o teatrze „środka”, teatrze „kulturalnego miasta” (określenie Dariusza Kosińskiego) czy teatrze „mieszczańskim” (używam wszystkich tych nazw niepejoratywnie) pisze się dużo mniej. Nie zajmuje on tak bardzo teatrologów i krytyków. Nie sądzę zresztą, by wynikało to jedynie ze snobizmu tzw. środowiska. Taki teatr krytyków i egzegetów niespecjalnie potrzebuje, bo bez problemu komunikuje się z widzem, nie trzeba go objaśniać.
Janda sięga po teksty, które działają – jak mają wzruszać, to wzruszają, jak mają bawić, to bawią. Jej teatr jest komunikatywny. Widz wie, na co idzie, za co płaci i co dostaje.
A jednak zdarzają się teatry rozrywkowe lepsze i gorsze, przedstawienia bardziej i mniej udane. Jacek Sieradzki recenzując kiedyś taki „użytkowy”, „popularny” spektakl (Singielkę Jacka Bończyka, monodram w wykonaniu Anny Guzik z Bielska-Białej), napisał mądrze o przedstawieniach popularnych i lekkich: „Aliści i w tej dziedzinie są, muszą być drabinki wartości. Zasługuje na szacunek widowisko dobrze zrobione, fachowo wyliczone, zaplanowane, wyciskające z sytuacji scenicznej ile się da efektu, mocy, wyrazistości – a przy tym nieprzeładowane, skromne, klasycznie powściągliwe. O niewielu przedsięwzięciach z tej półki da się tyle dobrego powiedzieć”. Da się na pewno to powiedzieć o większości spektakli z repertuaru Polonii i Och-Teatru, zarówno tych stricte rozrywkowych (takich jak farsy czy komedie), jak i tych poważniejszych – granych, jak to kiedyś ujęła Krystyna Janda w wywiadzie dla „Teatru”, „dla honoru domu”. Janda sięga po teksty, które działają – jak mają wzruszać, to wzruszają, jak mają bawić, to bawią. Jej teatr jest komunikatywny. Sama przyznała, że nakazuje reżyserom, by w ciągu pierwszych pięciu minut dali widzom znać, jaki spektakl oglądają, w jakiej konwencji. Widz wie, na co idzie, za co płaci i co dostaje.
„Publiczność tak, środowisko nie”
Środowisko teatralne nie zawsze Jandę ceniło, ona sama zdawała sobie z tego sprawę. W książkowej rozmowie z Katarzyną Montgomery tak wspominała odejście z Teatru Powszechnego, co było jednym z impulsów do założenia własnego teatru: „Kiedy odeszłam, spojrzałam na świat z innego punktu widzenia: uświadomiłam sobie, że to środowisko mnie nie chce. Publiczność tak, środowisko nie”. Dzisiaj sytuacja wygląda nieco inaczej – z mojej, dosyć plotkarskiej, wiedzy wynika, że aktorzy chcą u Jandy grać. Widzowie dalej jej chcą, mimo nieuniknionych czasem wpadek artystycznych czy drażniącego publicznego wizerunku. Janda głośno wyraża w mediach własne opinie, także te polityczne – potrafi zirytować i prawicę (swoją krytyką konserwatyzmu, religii i umysłowego prostactwa), i lewicę (neoliberalnymi przekonaniami oraz niewątpliwym statusem gwiazdy, byciem częścią kulturalnego establishmentu). Gdy śledzi się jej wypowiedzi medialne na przestrzeni wielu lat, widać, że nierzadko zmieniała zdanie, ale zawsze mówiła to, co akurat myślała. Trudno uznać ją za mistrzynię dyplomacji, przy wszystkich niekonsekwencjach trudno zarazem zarzucić jej cyniczny konformizm. Ten paradoks dobrze ujmuje wyklejka na opakowaniach kremów, którym dała swoje nazwisko. Hasło reklamowe kremów Janda brzmi: „Bądź prawdziwa!”.
Teatralne przyjemności
Aktor i reżyser filmowy Grzegorz Skurski zrealizował projekt Aktorka, który polegał na tworzeniu krótkich dokumentów o Krystynie Jandzie na różnych etapach jej kariery. Powstały trzy filmy: pierwszy, w 1978 roku, kiedy Janda na progu drogi zawodowej jest aktorką odważną i zapalczywą, ale jeszcze niepewną swojej kariery. Drugi, z 1991, chwyta Jandę już jako diwę w Teatrze Powszechnym, tuż po sukcesie Shirley Valentine – hitowego spektaklu w reżyserii Macieja Wojtyszki, przeniesionego potem do Teatru Polonia. Aktorka siedzi w ogrodzie, dookoła biegają dzieci i zwierzęta, a ona – w ciemnych okularach, wylewna i ekspresyjna – opowiada o wyzwaniach, z jakimi się mierzy w pracy i w życiu prywatnym. Ostatni film, z 2005, dokumentuje remont siedziby Teatru Polonia – tam Janda właściwie nie wypowiada się do kamery, obserwujemy ją w pracy. Telefony, rozmowy z majstrami, próby spektakli, długie godziny spędzone w samochodzie. W pewnym momencie aktorka kłóci się z mężem, Edwardem Kłosińskim, o palarnię (która, jak się zdaje, ostatecznie nie powstała). Krystyna Janda broni widzów – „niech sobie siedzą, dlaczego mają się w tej palarni nie rozsiadać?”. W rozmowie z architektką o toaletach porusza kwestię luster, które mają być odpowiednio oświetlone, tak by widzki wyglądały w nich ładnie, szczupło i elegancko. Przekaz jest prosty: to teatr, w którym publiczność ma czuć się dobrze – nawet jeśli spektakle będą poruszały sprawy bolesne.
Farsa nie jest łatwa
Jedną z pierwszych premier Jandy w Polonii (12 listopada 2005) był przecież jej monodram na podstawie powieści Vedrany Rudan Ucho, gardło, nóż (w dokumencie Skurskiego są fragmenty tego przedstawienia). Pełen wulgaryzmów monolog kobiety – ofiary wojny na Bałkanach – można uznać za symboliczny początek Teatru Polonia. Po pierwsze był to monodram, a Janda tę formę bardzo ceni, nie tylko jako aktorka, która monodramów gra dużo i z sukcesami, lecz także jako dyrektorka. Dobry monodram, jak sama kiedyś tłumaczyła, jest formą opłacalną – niewielki koszt eksploatacji przy dużym powodzeniu frekwencyjnym. Jerzy Stuhr pokazywał w Polonii swojego Kontrabasistę Patricka Süskinda, Krzysztof Globisz grał Jekylla/Hyde’a, Joanna Liszowska Siedem sekund wiecznościaustriackiego pisarza Petera Turriniego. Wciąż na afiszu jest One mąż show Szymona Majewskiego, niedawne premiery monodramów to Na pierwszy rzut oka z Marią Seweryn (świetny tekst o przemocy seksualnej, który można także zobaczyć w National Theatre Live pod tytułem Prima Facie z Jodie Comer), Pogoz Marcinem Hycnarem (nagrany dla Teatru Telewizji monodram o ratownikach medycznych – adaptacja książki lekarza Jakuba Sieczki) czy Życie pani Pomsel Christophera Hamptona z Anną Seniuk – monolog sekretarki Goebbelsa, oparty na jej pamiętnikach.

Nie wszystkie spektakle cieszą się równym powodzeniem, nie każdy tekst jest dobry i nie zawsze widzowie akceptują aktorów w określonych rolach. Ale pomysł, by repertuar teatrów opierać na niskoobsadowych sztukach i świetnych wykonawcach, przyświecał Jandzie zawsze. Dyrektorka ściąga ich z całej Polski, bo wie, że publiczność lubi chodzić „na gwiazdy”. Nie byłoby sukcesu Żaru, gdyby nie Englert i Olbrychski. W Polonii grali Jerzy Stuhr, Barbara Krafftówna, Ignacy Gogolewski, Krzysztof Globisz, Emilia Krakowska, Jerzy Trela – Janda uwielbia doświadczonych aktorów, wie, że teatromani również. Występują u niej ci, których wizerunki kształtowały się nieraz w radykalnie odmiennym repertuarze, jak Sandra Korzeniak i Małgorzata Kożuchowska, bracia Hycnarowie, Małgorzata Biela, Julia Wyszyńska, Mateusz Damięcki.
Pamiętam, jak jeszcze na studiach w Poznaniu, snobując się na awangardę, teatr krytyczny, polityczny i nudny, poszedłem na gościnny pokaz Weekendu z R. z Och-Teatru – spektaklu w reżyserii samej Krystyny Jandy – i zdałem sobie sprawę, że pierwszy raz od bardzo dawna, oglądając przedstawienie, śledzę fabułę. Siedziałem jak urzeczony.
W Polonii spektakle z większą liczbą aktorów to z reguły farsy. A farsa jest gatunkiem teatralnie trudnym, dla wykonawców bardzo wymagającym. Dobra farsa jest przyjemnością nie tylko wtedy, gdy zawiera dobre żarty, lecz gdy grana jest w określonym tempie i rytmie. Pamiętam, jak jeszcze na studiach w Poznaniu, snobując się na awangardę, teatr krytyczny, polityczny i nudny, wymagający wielu kompetencji kulturowych, poszedłem na gościnny pokaz Weekendu z R. z Och-Teatru, spektaklu w reżyserii samej Krystyny Jandy – i zdałem sobie sprawę, że pierwszy raz od bardzo dawna, oglądając przedstawienie, śledzę fabułę. Siedziałem jak urzeczony, przejęty idiotycznymi problemami bohaterów („co powie żona, gdy mąż zajrzy do szafy i odkryje, że chowa się tam jej kochanek?”), zapominając o własnych. To bardzo ważna funkcja teatru, sztuki w ogóle – możliwość, by na jakiś czas, dwie godziny lub trochę krócej, wyjść z własnej głowy, odpocząć od swoich myśli i zanurzyć się w cudzym świecie.
Teatr feministyczny?
Ucho, gardło, nóż było także spektaklem o kobiecie, zrobionym przez kobietę i dla kobiet. Janda od początku jasno mówiła, że zależy jej na stworzeniu instytucji, która będzie kierowała swoje dzieła przede wszystkim do żeńskiej części publiczności. „Kiedy otwierałam Teatr Polonia, postanowiłam, że będzie to teatr dla kobiet. O kobietach. Robiony przez kobiety, poruszający kobiece tematy – opowiadała w cytowanym już wywiadzie rzece. – Czułam, że to potrzebne, wiedziałam, że do teatru chodzą głównie kobiety, że to one będą moimi prawdziwymi partnerkami w tym trudnym i ryzykownym przedsięwzięciu” – tłumaczyła.
Trudno powiedzieć, na ile Jandzie się to udało, bo trudno powiedzieć, czym różni się teatr dla kobiet od teatru dla mężczyzn. W jej teatrze reżyserują zarówno mężczyźni, jak i kobiety (mężczyzn reżyserów jest, jak się wydaje, obecnie nieco więcej, ale sama Janda też reżyseruje u siebie dużo, więc wynik nie jest miarodajny). Zatrudnia mnóstwo aktorek, a teksty, które wystawia, nierzadko opowiadają historie kobiet – to u niej Agnieszka Glińska zrobiła Cwaniary Sylwii Chutnik, o relacji matki i córki są Czułe słówka w inscenizacji Pawła Paszty, o kobietach jest Głowa w piasekw reżyserii Marii Seweryn. W Polonii i Och-Teatrze rzadko gra się klasykę dramatu – jak sądzę nie dlatego, że wiele z tych tekstów to opowieści o facetach, tylko dlatego, że to sztuki wieloobsadowe i średnio atrakcyjne dla publiczności. Zdarzają się wyjątki potwierdzające regułę – Mąż i żona Fredry czy Kto się boi Virginii Woolf Albeego to dzieła rozpisane na czworo aktorów, w dodatku okazja do stworzenia popisowych ról. Ożenek Gogola śmieszy. Matka Witkacego jest grana raczej „dla honoru domu”, trudno mi znaleźć jakiś inny powód.

Można jednak myśleć o teatrze Jandy jako o teatrze feministycznym w innej perspektywie, którą niegdyś wskazała Dorota Sajewska w dyskusji Reżyser(ka). Narracja (nie)obecna, opublikowanej w „Didaskaliach”. Badaczka mówiąc o doświadczeniu funkcjonowania kobiet w strukturze teatralnej, przywołuje przykłady Krystyny Jandy i Joanny Szczepkowskiej. „Obie […] z pewnością wykonały kilka feministycznych gestów. W przypadku Jandy był to gest odrzucenia instytucji teatru jako domu mężczyzn, jako miejsca »nie do ruszenia« ze względu na hierarchiczność. Efektem stało się stworzenie własnego pola, bez historii, przeszłości” – argumentowała Sajewska, wpisując dyrektorowanie Jandy w koncepcję strategii „błękitnego zarządzania”, gdzie zagospodarowuje się nowy teren – na nowo się go „formułuje, definiuje, bez odwoływania do opartego na konfliktach fantazmatu władzy”.
Wielu znanym aktorom Janda dała okazję spróbowania sił w gatunkach, w których dotychczas nie pracowali. Dobrym przykładem są aktorzy Nowego Teatru, herosi i heroiny Krzysztofa Warlikowskiego, którzy u Jandy występowali w farsach.
Nie znam się na teoriach zarządzania, ale też uważam pracę Jandy za działalność feministyczną. Pomijam tu oczywiście różnice w funkcjonowaniu teatrów prywatnych i teatrów publicznych, inny rodzaj odpowiedzialności i misji, który na takich teatrach ciąży, jednak naprawdę mam wrażenie, że Jandzie udaje się tworzyć teatr wartościowy i jakościowy w swojej klasie, robiony z szacunkiem zarówno wobec widowni, jak i wobec twórców. Znajomi aktorzy bardzo sobie cenią współpracę z Fundacją Jandy, ona sama podkreśla, że stara się o aktorów dbać – nie tylko planując repertuar z odpowiednim wyprzedzeniem i zapewniając możliwości grania określonych tytułów (dzięki czemu aktorzy zarabiają), lecz także tworząc dobrą atmosferę pracy. Tu warto dodać, że wielu znanym aktorom Janda dała okazję spróbowania sił w gatunkach, w których dotychczas nie pracowali. Dobrym przykładem są aktorzy Nowego Teatru, herosi i heroiny Krzysztofa Warlikowskiego, którzy u Jandy występowali w farsach – Jacek Poniedziałek grał zmanierowanego geja w Weekendzie z R., Magdalena Cielecka i Maja Ostaszewska były gwiazdami Upadłych aniołów.
Pół kroku przed widzem
Marta Cabianka (czyli Joanna Krakowska i Krystyna Duniec, ukryte pod wspólnym pseudonimem) podsumowując pierwszy sezon Teatru Polonia, napisała w 2006 roku w „Dialogu”, że wreszcie „liberalna, inteligentna, zapracowana, obdarzona poczuciem humoru publiczność dostała […] swój teatr” i że „Teatr Polonia to teatr łagodnie feministyczny, który z przymiotnika tego nie musi i nie chce się tłumaczyć, bo traktuje to jako coś oczywistego, element światopoglądu każdego człowieka”. I to prawda – to u Jandy znalazł schronienie spektakl Miss HIV po tym, jak władze Warszawy zamknęły w 2006 roku klub Le Madame, to Janda wystawiła dramat Matki i synowie, o gejach wychowujących dziecko, spektakl pokazujący, że tęczowe rodziny istnieją, a dzieci otoczone są w nich miłością i poczuciem bezpieczeństwa. Tak jak pisała Cabianka, teatr Jandy jest „pół kroku przed widzem”, dba o widza i przeprowadza go spokojnie przez czasem niełatwe społecznie tematy. W swoim najlepszym i najbardziej poważnym wydaniu jest teatrem publicznym, edukacyjnym, wierzącym w teatr jako narzędzie poprawy społecznych obyczajów, dającym świadectwo z postępującej modernizacji polskiego społeczeństwa, a jednocześnie propagującym liberalną maksymę, że bycie dobrym i przyzwoitym człowiekiem po prostu się opłaca.

Oczywiście teatr Jandy wpisuje się w istniejące modele zarządzania – władza skupia się przede wszystkim w rękach samej dyrektorki-aktorki, zaś wybory repertuarowe są głównie wynikiem jej gustu i artystyczno-biznesowej intuicji. To ona jest odpowiedzialna za kształt tego teatru, jest jego twarzą, marką i gwarancją jakości. W jakimś sensie działalność instytucjonalna stała się dla Jandy przedłużeniem działalności artystycznej.
Marka „Janda”, mit Jandy
W monograficznym numerze „Notatnika Teatralnego” poświęconym aktorce Marek Kondrat ujął to dosadnie: „Krystyna od początku konsekwentnie buduje dla siebie rodzaj piedestału, podstawę swojej wielkości”. Kondrat uważa, że w doborze ról Janda demonstruje zarazem własne umiejętności, jak i dystans: „Wybiera na swoją miarę postaci z historii świata i do nich się odnosi. Ona nie gra postaci, które wymagają jakiegoś tam przebrania i udawania, od początku mierzy wysoko […]”. Kariera Jandy w filmie i w teatrze pełna jest ról, w których aktorka staje się medium do przekazania sprawy, pokazania problemu – celem nie jest kreacja polegająca na transformacji, ale jak najlepsze artystycznie zajęcie się sprawą.
Janda nie naśladowała Modrzejewskiej czy Callas, nie próbowała „przeobrazić się” w Danutę Wałęsową. Gdy oglądam Zapiski z wygnania, zawsze duże wrażenie robi na mnie fragment, w którym puszczane jest nagranie prawdziwej Sabiny Baral, której Janda w żadnym momencie spektaklu nie przypomina. Tak jak w Żarze, widzowie wiedzą, że oglądają Olbrychskiego i Englerta, tak oglądając Jandę, jasne jest, że widzimy aktorkę, która demonstruje nam siłę teatru i zmusza do skupienia uwagi na losie danej kobiety czy problemie, który z tego losu wynika. Ewa Hevelke porównała kiedyś wizerunki Krystyny Jandy i Jadwigi Jankowskiej-Cieślak, dwóch niezwykłych aktorek, które startowały w podobnym czasie: „Jadwiga Jankowska-Cieślak w swojej aktorskiej karierze nie przestawała być »z rzeczywistości« i o niej zaświadczać. Krystyna Janda zaś ani na chwilę, od momentu pojawienia się »po raz pierwszy na ekranie«, nie wyszła poza sferę mitu. Rzeczywistości się przyglądała, dzięki czemu mogła dać jej wyraz, ale przynależała do innego, niepojętego dla zwykłych ludzi porządku. Społeczną funkcją ról Jadwigi Jankowskiej-Cieślak jest przekazywanie doświadczenia. Zadaniem Krystyny Jandy jest nadawanie mu sensów” – pisała Hevelke o budowie aktorskiego mitu.

Działalność Teatru Polonia i Och-Teatru, poza rozrywką i dostarczaniem widzom przyjemności, służy także nadawaniu sensów rzeczywistości oraz budowaniu piedestału dla Krystyny Jandy, z czego ona sama zresztą zdaje sobie sprawę. Wie, że to przede wszystkim jej role ściągają do teatru tłumy ludzi, to ona przede wszystkim stanowi markę.
Działalność Teatru Polonia i Och-Teatru, poza rozrywką i dostarczaniem widzom przyjemności, służy także nadawaniu sensów rzeczywistości oraz budowaniu piedestału dla Krystyny Jandy, z czego ona sama zresztą zdaje sobie sprawę. Wie, że to przede wszystkim jej role ściągają do teatru tłumy ludzi, to ona przede wszystkim stanowi markę.
Artur Kłus napisał książkę Lider w kulturze. Studium działalności Krystyny Jandy (wydaną w 2011 roku), w której próbował spojrzeć na fenomen artystki przez pryzmat teorii marketingu i zarządzania. Kłus analizuje między innymi strukturę demograficzną widowni teatrów Jandy, ale też przyczyny sukcesu aktorki w polu kultury. Jego zdaniem większość z nich leży w osobowości, temperamencie i charakterze Krystyny Jandy. Niezmordowana energia, pracowitość, dorobek i doświadczenie, które przekładają się na autorytet, gust, poczucie humoru – to wszystko sprawia, że teatr Jandy wygląda tak, jak wygląda, i jest przyczyną jego sukcesu. Co, oczywiście, prowokuje do pytania o to, co stanie się z teatrami, gdy artystki zabraknie lub gdy przestanie się jej chcieć pracować (wątpliwe, ale niewykluczone). Janda nieustannie podkreśla rolę swoich współpracowników. Nie jest w teatrze sama – ma za sobą całą fundację i zespoły obu teatrów, ważną funkcję pełnią dyrektorzy fundacji (obecnie pełniącą obowiązki dyrektorki Alicji Przerazińskiej jest Jolanta Bielasta, dyrektorem finansowym jest Aleksander Szafrański). Solidna część scenicznego monologu Jandy o swoim życiu, My Way, poświęcona jest wymienianiu zasług ludzi, którzy pomogli jej teatry zbudować i którzy je współtworzą. Liderka gra tu na zespół, zespół gra na liderkę.
Zapytana przez Katarzynę Montgomery o to, dlaczego tak bardzo zależy jej na teatrze, Janda odpowiada w charakterystyczny, ostateczny sposób: „Bo nie mam nic innego. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym coś innego mieć. Bo to stworzyłam. Nauczyłam moich pracowników teatru, szacunku do widzów, do sztuki, uczciwości w pracy na scenie. Zrobiłam te teatry i to jest moje. […] Nie spodziewałam się, że aż tak się rozrośnie. Na początku wyobrażałam sobie Polonię jako mały teatr, w którym będę grała z kolegami w weekendy. Okazało się, że moje ambicje społeczne, wychowawcze, edukacyjne wzięły górę. Zrobiłam teatr dla siebie, ale i dla innych, dla wielu innych. To mój gust, moje emocje i moje poglądy. […] Pewnie jestem przeciętna i dlatego tylu ludzi odnajduje się w tym, co i mnie bawi, cieszy, zastanawia, wzrusza. Chcę, żeby widzowie czuli się dobrze, ale przy tym chcę wysokiego poziomu. Żeby publiczność przeżyła coś, co będzie dla niej ważne. Co zapamięta”.
W Żarze Konrad uświadamia Henrikowi, że życie bez pasji i namiętności nie ma sensu. Janda ze swojej pasji zrobiła sens życia.

TOMASZ PLATA: Szykuje się Pani na kolejne dwadzieścia lat?
KRYSTYNA JANDA: Myślę o przyszłości naszych teatrów i fundacji. Wczoraj podpisaliśmy u notariusza papiery uwzględniające moją nieobecność. Rozszerzyłam radę fundacji. I skład komisji kontrolnej. Moja córka zgodnie z moją wolą ma mnie zastąpić na miejscu prezesa fundacji i szefowej teatrów, kiedy odejdę. To postanowione.
TP: Już? Teraz?
KJ: No nie, jeszcze nie. Ale w przypadku mojej śmierci albo niepoczytalności (śmiech). Przecież w każdym momencie może mi się coś stać.
TP: A Marysia?
KJ: Zgodziła się. Od początku była fundatorką i założycielką razem z moim mężem i ze mną. Od zawsze jest związana z fundacją, dużo tu gra, reżyseruje. Przeszła wszystkie etapy, siedziała nawet w kasie jakiś czas, kiedy była potrzeba. Prowadziła remont Och-Teatru. Jestem jej za to bardzo wdzięczna. Zresztą nie będzie w tym zadaniu sama. Do rady naszej fundacji weszli nowi ludzie. W razie czego pomogą. Już powoli muszą zacząć myśleć, jak to wszystko urządzić, kiedy mnie tu nie będzie.
TP: Przed chwilą Jan Englert zrobił u Pani Żar – o starości, domykaniu spraw przed śmiercią. Coraz więcej śmierci w spektaklach Polonii.
KJ: Cały nadchodzący sezon będziemy zajmować się odchodzeniem, wykluczeniem, starością, także w ujęciu komediowym. Bardzo się na to cieszę. Zrobiliśmy Żar, ale też Extasy Show! – komedię-groteskę o eutanazji. Niedługo Co po Grace o później miłości. Artur Barciś zrobi Okruchy czułości, też o odchodzeniu artystki.
Ciągle nam ktoś umiera. Rozstajemy się, odchodzą giganty, filary, na których opierało się nasze życie i nasze światopoglądy, prawa, metody postępowania i sposoby życia. Tęsknimy. Tyle śmierci, chorób, samotności, osobności. Zmienia się cały świat i jego normy. Temat jest niezwykle aktualny, trudno nie mówić o tym w teatrze. Poza tym jest na to publiczność, mówiąc kolokwialnie.
To zresztą trend ogólnoświatowy: społeczeństwa się starzeją, aktywne życie teraz nie ma wieku, młode gwiazdy przyćmiewają aktorzy starsi. Prawdziwe gwiazdy mają dziś 75–80 lat. Podziwiamy Hopkinsa, Helen Mirren… Młodzi w kinie oglądają bajki fantasy, dalekie od życia, a świat boi się śmierci, raka, chorób, mierzy się z tym i próbuje sobie jakoś z tym strachem poradzić. To jest realność, to są emocje. I wokół tego powstają świetne teksty. Teatralne, filmowe, komedie, zabawy. Jest masę tekstów funeralnych i rodzinnych na te tematy.
TP: A stary dobry aktor na scenie to atrakcja sama w sobie.
KJ: Tak, kocham starych aktorów, uwielbiam na nich patrzeć, ale niestety coraz ich mniej. Robi się swoista luka wiekowa między 50 a 70. Ostatnio policzyłam, że przez 20 lat istnienia Polonii pożegnało się z nami, do końca w zasadzie stojąc na scenie, ponad czterdzieścioro aktorów i aktorek z obsad różnych spektakli. Na szczęście wciąż grają i są w świetnej formie Maja Komorowska, Janek Englert, Ania Seniuk, Emilka Krakowska, Olgierd Łukaszewicz, Daniel Olbrychski, Stasio Brejdygant…
Ostatnio policzyłam, że przez 20 lat istnienia Polonii pożegnało się z nami, do końca w zasadzie stojąc na scenie, ponad czterdzieścioro aktorów i aktorek z obsad różnych spektakli.
TP: Brejdyganta właśnie zatrudnił Warlikowski. I jeszcze Maję Komorowską.
KJ: „Stary” aktor to potężna wartość. Biorę w cudzysłów słowo starość, bo na scenie są często oślepiająco młodzi i mądrzy mądrością człowieczą i spokojną. To giganci na scenie. Ostatnie role Jurka Stuhra, Basi Krafftówny, Jurka Treli, Ignacego Gogolewskiego, Wojciecha Pokory, Staszka Brudnego wiele nas nauczyły i zachwycały. A Janek Peszek gra na naszych scenach tak, że idą iskry, to dopiero nauka i pochwała życia i sztuki.
TP: Zrobiła Pani w Polonii Żarw reżyserii Jana Englerta w niespełna miesiąc po tym, jak przestał być dyrektorem Narodowego…
KJ: To Janek przyszedł do mnie z tym pomysłem już rok temu. Powiedział: odchodzę z Narodowego, chcę u Ciebie zrobić Żar. Otworzyłam ramiona.
TP: Premiera wypadła w dniu, w którym z Narodowym pokazem Wesela witał się Jan Klata…
KJ: To był chyba przypadek. Datę premiery wyznaczyliśmy dawno temu. Dla Pana to znaczące?
TP: Może w niezamierzony sposób, ale wyszedł z tego pojedynek dwóch teatrów i dwóch dyrektorów Teatru Narodowego: przychodzącego i odchodzącego.
KJ: Nie wiem, czy Janek miał to w głowie. Umówiliśmy się na Żar, jeszcze zanim zaczął pracę nad pożegnalnym Hamletem w Narodowym. Janek wcześniej zrobił u nas z dużym sukcesem inny tekst Sándora Máraiego, Przygodę. Zresztą oboje uwielbiamy tę literaturę. W Tataraku u Wajdy było sporo Máraiego, cały wątek z żoną i lekarzem, z chorobą itd. Zaproponowałam to wtedy, a Andrzej to podjął.
TP: Tak czy inaczej, Polonia stała się pierwszym nowym miejscem pracy odchodzącego dyrektora sceny narodowej. Naturalnie nasuwa się myśl, że mogłaby Pani być nie tyle pracodawczynią Englerta, ile jego spadkobierczynią. Nigdy nie miała Pani pomysłu, że dyrekcja Narodowego to mogłoby być coś dla Pani?
KJ: No nie, ja mam Polonię, Och-Teatr, całą fundację na głowie. Kiedyś, dawno temu, zaproponowano mi kierownictwo artystyczne Teatru Powszechnego. Ale to było dla mnie nie do wyobrażenia. Nie chciałam jeszcze raz wchodzić do instytucji, z której wyszłam. Udało mi się stworzyć inny świat i nie chciałam wracać.
TP: A miałaby Pani jakiś pomysł na Narodowy? Co to powinien być za teatr?
KJ: Narodowy na pewno ma zobowiązania podstawowe. Powinien grać klasykę. Zawsze powtarzam, że każde pokolenie musi mieć własną Beatrix Cenci. Teatry powinny być „sprofilowane”. Narodowy na pewno nie powinien być sceną jednego nawet wielkiego reżysera i jego gustu i marzeń.
Teatr Narodowy na pewno nie powinien być sceną jednego nawet wielkiego reżysera i jego gustu i marzeń.
TP: W ciągu tych 20 lat Teatru Polonia nigdy nie miała Pani myśli: a trzeba było wziąć dyrekcję w jakimś teatrze publicznym? Mieć spokój finansowy, trochę oddechu w planowaniu.
KJ: Uczyłam się dyrektorowania od Janusza Warmińskiego i Zygmunta Hübnera. Nie mieli spokoju. Pilnie obserwowałam ich decyzje artystycznie. Myśleli nie o sobie, ale o publiczności, z szacunkiem. My też jesteśmy teatrem środka, różnorodnym, dla wszystkich, ale teatrem aktorów przede wszystkim. I tak jest dobrze. Tak się nauczyłam „tej biedy”, że z dwudziestoma milionami dotacji chyba nie wiedziałabym, co zrobić (śmiech). Chociaż nasz budżet roczny to około 30 milionów i musimy na to zarobić sami, bo dotacje, sumując je, to przy dobrych wiatrach około 1 miliona rocznie, a przecież gramy też każdego lata 40–45 spektakli teatru plenerowego za darmo i żebrzemy na tę inicjatywę od 18 lat każdego roku, gdzie się da.

TP: A możliwość działania w nieco większej skali nie byłaby kusząca? Jak np. Andrzej Seweryn w Polskim. Właśnie zaprosił Grzegorza Jarzynę, żeby mu zrobił czterogodzinną, multimedialną wersję Rękopisu znalezionego w Saragossie. To by się u Pani nie zmieściło.
KJ: Tak, naprawdę dużych spektakli nie możemy robić. Wieloobsadowych. To nawet nie jest kwestia pieniędzy na produkcję, bo te można jakoś znaleźć czy wypracować. Ale znacznie trudniej zdobyć pieniądze na eksploatację. Jak grać Wesele, zapłacić całemu 32-osobowemu zespołowi, który powinien wyjść na scenę? Kalkulując tylko z wpływu z biletów koszty artystyczne i stałe, to jest zupełnie niemożliwe. Domu otwartego też nie mogłabym zrobić w Polonii, zrobiłam w Polskim, no i dziękuję Teatrowi Polskiemu za możliwość zrobienia Wiśniowego sadu w tak bogatej wystawie.
Ale powiem Panu, lubię teatr, jaki powstaje u nas. Teatr bliski ludziom, serdeczny, przyjazny, partnerski dla wielu. W sumie może to jest tajemnica naszego sukcesu: dokładnie takie rzeczy i mnie się podobają i chcę z nimi żyć. A mam to szczęście, że podobają mi się rzeczy, które podobają się większości. Nigdy nie interesowały mnie zachwyty w małym towarzystwie.
Chodzę na spektakle Krystiana Lupy czy pana Warlikowskiego, ale za każdym razem jest to dla mnie czas jak lot do Nowego Jorku. Wsiadam i po siedmiu godzinach wysiadam w innym miejscu.
Zresztą bardzo często nie mogę wytrzymać na spektaklach, które trwają dłużej niż dwie godziny. Chodzę na spektakle Krystiana Lupy czy pana Warlikowskiego, ale za każdym razem jest to dla mnie czas jak lot do Nowego Jorku. Wsiadam i po siedmiu godzinach wysiadam w innym miejscu. Muszę zabrać coś pod nogi, coś na szyję. I raz na jakiś czas, a nie codziennie. A my gramy codziennie, ponad 900 razy w roku, „z głodu”.
Oglądam dużo rzeczy, ale nie mam dawnej cierpliwości. Teatr coraz częściej staje się dla mnie opresją, z której nie mogę uciec, bo moje wyjście ze spektaklu byłoby przykrością dla kolegów. Czasem nie mogę wytrzymać w teatrze tak bardzo, że mam uczucie, że dostanę za chwilę histerii. Myślę, że zwariuję, jeśli jeszcze raz coś krzykną.
TP: Widziała Pani ostatnio coś, co się Pani spodobało?
KJ: Pan Marcin Wierzchowski jest bardzo ciekawy. Friedmanowie byli genialni, choć to już kilka lat temu. I ta dziewczyna, która w Krakowie zrobiła Bergmana…
TP: Katarzyna Minkowska.
KJ: Tak, to było bardzo ciekawe.
TP: Dostaną od Pani propozycje?
KJ: Jeszcze nie dzwoniłam, a bardzo bym chciała. Dla pana Wierzchowskiego mam świetny tekst – dramat sądowy. Staramy się o prawa do grania go.
TP: No to zapytam: dużo Pani proponuje w takich sytuacjach? Polonia ma opinię świetnego pracodawcy, ale przyznam, że ciekawią mnie konkrety. Na ile może sobie pozwolić najpopularniejszy w Polsce teatr niepubliczny, zatrudniając znanego reżysera?
KJ: Reżyseria to u nas 25–40 tysięcy. Niezależnie od tego, czy chodzi o znane nazwisko, czy debiutanta.
TP: To nie są ogromne pieniądze. Teatry publiczne potrafią płacić znacznie lepiej.
KJ: Nie bardzo możemy płacić więcej, w tym roku przy tej ilości publiczności i tak mamy stratę 400 tysięcy za ostatni kwartał. Przy sukcesach! Budynek Polonii to własność moja i mojej rodziny, tu koszty utrzymania są mniejsze, ale Och-Teatr to niemal 20 tys. kosztów stałych dziennie plus koszty artystyczne każdego wieczora. Patrzymy przerażeni na ceny prądu, na wymagania straży pożarnej, całego bezpieczeństwa, na nowe pomysły związane z biurokracją przy rozliczaniu tantiem, dotacji. Koszmar, a ktoś to musi robić.
Reżyseria to u nas 25–40 tysięcy złotych. Niezależnie od tego, czy chodzi o znane nazwisko, czy debiutanta. Nie bardzo możemy płacić więcej, w tym roku przy tej ilości publiczności i tak mamy stratę 400 tysięcy za ostatni kwartał.
TP: A aktorzy ile u Pani zarabiają?
KJ: 4–7 tysięcy za zrobienie roli. Poza tym dostają pieniądze za każde wykonanie spektaklu. Niedużo. Ale wiedzą, że u nas przedstawienie będzie grane. Że szybko, w ciągu dwóch lat, mogą dojść do progu 100 wykonanych spektakli. Żar miał premierę we wrześniu, a na początku przyszłego roku dojdzie do pięćdziesięciu prezentacji.
Młodzi debiutujący aktorzy wiedzą z kolei, że występ u nas to trampolina do kariery. Na spektakle przychodzą do nas wszyscy, którzy angażują do filmów, telewizji, do innych teatrów.
TP: Rozumiem, że propozycje posad dyrektorskich w teatrach publicznych nie są dla Pani atrakcyjne. Ale nie ma Pani poczucia straty, że grając przez dwie dekady tylko u siebie, nie miała Pani okazji spotkać się w teatrze z reżyserami, którzy w programie Polonii czy Ochu z różnych względów się nie mieścili? Maja Komorowska pracowała z Lupą, teraz pracuje z Warlikowskim…
KJ: Nie, nie mam poczucia straty. To są teatry, spektakle inscenizatorów, mnie interesują role. A potrzebę eksperymentów realizowałam w kinie. Tam zrobiłam chyba wszystko. Z tyloma reżyserami najróżniejszymi. Filmy niemieckie, filmy francuskie, filmy takie, siakie, filmy awangardowe, filmy całe improwizowane, z największymi nazwiskami i z debiutantami. Ostatnio też dostałam kilka propozycji, ale musiałam odmówić. Nie mogę zostawić teatru na cztery miesiące. W polskim filmie może jeszcze coś się zdarzy. Teraz mój wiek jest atutem (śmiech).
TP: Przypomnę tylko rzeczy filmowe z ostatnich lat: Warszawianka, Słodki koniec dnia, nieco wcześniej Parę osób, mały czas. To udane, ważne role, w których śmiało wychodzi Pani poza własne emploi.
KJ: W teatrze moje emploi jest mocne i się go trzymam, w naszej fundacji zagrałam 20 ról, różnych, różnorodnych, wyreżyserowałam 36 spektakli, w różnych gatunkach i to także wiąże się z inną decyzją podjętą u początków fundacji: że to będzie teatr przede wszystkim dla kobiet czy o kobietach.
Kiedy otwieraliśmy Polonię, wiedziałam, że otwieram ją przede wszystkim dla kobiet. To wynikało z mojego doświadczenia po Powszechnym, już tam grałam „kobiecy repertuar”: Kobieta zawiedziona, Dwoje na huśtawce, Medea, Fedra, Shirley Valentine, Maria Callas, Kto się boi Virginii Woolf? Wiedziałam, że kobiety to moja publiczność. W Polonii otworzyliśmy najpierw małą scenę i nazwaliśmy ją Sceną Fioletowe Pończochy, tak jak ruch wyzwolenia kobiet we Francji. I pierwsze premiery wszystkie były o kobietach. O kobietach, przez kobiety robione i grane. A kiedy otwieraliśmy dużą scenę, zdecydowałam się na Trzy siostry. Och otworzyliśmy Wassą Żeleznową. No a później Ucho, gardło, nóż Vedrany Rudan, Stefcia Ćwiek w szponach życia Dubravki Ugresić, Badania terenowe nad ukraińskim seksem Oksany Zabużko – przez lata trzymaliśmy te tytuły w repertuarze. Potem doszły Biała bluzka, Boska!, Danuta W. czy Zapiski z wygnania. Do dziś gramy Shirley Valentine. Premiera była w 1990 roku jeszcze w Powszechnym.

TP: Była Pani ważną postacią w historii Czarnego Protestu. Ale nie powstał u Pani żaden spektakl na jego temat.
KJ: Jakoś o tym nie myślałam. Poza tym nie pojawił się tekst na ten temat, który by mnie zainteresował. Krysia Zachwatowicz coś mi podsuwała. Ale to nie był dobry tekst teatralny. A ja nie przepadam za teatrem, który powstaje z improwizacji mówionej, to teraz modne – aktorzy siadają i rozmawiają i z tego robi się scenariusz. To jest prawie zawsze marne, jak się tego słucha.
TP: Kasia Minkowska, którą Pani polubiła, robi właśnie w Olsztynie Wszystkie jesteśmy Belén, o ruchach kobiecych w Argentynie. Czarny protest – jak można się spodziewać – będzie ważnym kontekstem.
KJ: Tak, rozumiem. Pewnie to będzie ważne i interesujące.
Wracając do Czarnego Protestu, był wspaniały, imponujący i bardzo prawdziwy, wielowątkowy, ujawnił także różnice pokoleniowe i formalne, hasła, które kobiety pisały na sztandarach, były zjawiskowe, pełne gniewu i fantazji, poczucia humoru albo radykalizmu słownego. Można cały ten zryw traktować dziś w teatrze czy kulturze jako przypomnienie, bo jednak po latach rezultaty mamy gorzkie. Była w tym powaga. Siła, masa. I nagle zaczęło się to gdzieś obsuwać. Kobiety w rządzie nie załatwiły tego, co miały załatwić. Pryncypia, prawa aborcyjne i związki partnerskie, no i nierówności. To rozczarowało. Kobiety, ich interesy, prawa i postulaty kolejny raz zostały zlekceważone przez mężczyzn.
Czarny Protest był wspaniały, imponujący i bardzo prawdziwy. Ale nagle zaczęło się to gdzieś obsuwać. Kobiety, ich interesy, prawa i postulaty kolejny raz zostały zlekceważone przez mężczyzn.
TP: Na ile lat do przodu wymyślony jest repertuar Polonii i Ochu?
KJ: Na trzy. Tu mam w telefonie wszystkie tytuły, bo już wiele rzeczy zapominam, oprócz ról (śmiech). Trzy lata. To dużo. Taki jest wymóg wniosków trzyletnich na działalność. A my takie wnioski przez te 20 lat składamy, niezależnie do tego, czy dostajemy granty, czy nie. Trzeba próbować. Nie będę podawać planowanych tytułów, bo zdarzały nam się kradzieże pomysłów, ale planujemy repertuar bardzo zróżnicowany, na oba teatry. W sumie 20 premier. Zaczniemy w Och-Teatrze od Klubu kawalerów Bałuckiego, a w Teatrze Polonia od rozkosznego tekstu nostalgiczno-komediowego Co po Grace z Hanią Śleszyńską, Krzysiem Draczem i Andrzejem Zielińskim. A potem i tak dalej…
Zresztą sytuacja na świecie i u nas jest tak dynamiczna, że może pojawią się tematy i teksty warte wszelkiego zachodu i zmian repertuarowych. Ale plany i marzenia to jedno, a możliwości i perturbacje z ich realizacją to drugie. Jestem często bardzo zmęczona tą „walką o ogień” z wnioskami i dotacjami. Ciężka praca, a ja kocham „lekkość bytu”.
TP: Dużo rozczarowania jest w tym, co Pani mówi.
KJ: No może. Ale jeszcze żyjemy i mamy się nieźle. No i te lata zaprawiły nas w bojach.
Teraz realizujemy ten sezon o „starości”, jak to skrótowo nazywam, choć to nieprecyzyjne czy deprecjonujące rangę problemu. W przyszłym roku dołożymy do tego tekst o Talluli Bankhead. Mało kto w Polsce wie, kto to był. Hollywoodzka skandalistka, aktorka, naprawdę postrzelona, nielicząca się z żadnymi konwenansami. Sama to zagram, chcę się w to bawić. To też opowieść o odchodzeniu, ale co to za szalona starość będzie.
Euzebii i Narcyza - wszystkiego dobrego
Teatr Polonia kończy dziś 20 lat!!!!

TOMASZ PLATA: Szykuje się Pani na kolejne dwadzieścia lat?
KRYSTYNA JANDA: Myślę o przyszłości naszych teatrów i fundacji. Wczoraj podpisaliśmy u notariusza papiery uwzględniające moją nieobecność. Rozszerzyłam radę fundacji. I skład komisji kontrolnej. Moja córka zgodnie z moją wolą ma mnie zastąpić na miejscu prezesa fundacji i szefowej teatrów, kiedy odejdę. To postanowione.
TP: Już? Teraz?
KJ: No nie, jeszcze nie. Ale w przypadku mojej śmierci albo niepoczytalności (śmiech). Przecież w każdym momencie może mi się coś stać.
TP: A Marysia?
KJ: Zgodziła się. Od początku była fundatorką i założycielką razem z moim mężem i ze mną. Od zawsze jest związana z fundacją, dużo tu gra, reżyseruje. Przeszła wszystkie etapy, siedziała nawet w kasie jakiś czas, kiedy była potrzeba. Prowadziła remont Och-Teatru. Jestem jej za to bardzo wdzięczna. Zresztą nie będzie w tym zadaniu sama. Do rady naszej fundacji weszli nowi ludzie. W razie czego pomogą. Już powoli muszą zacząć myśleć, jak to wszystko urządzić, kiedy mnie tu nie będzie.
TP: Przed chwilą Jan Englert zrobił u Pani Żar – o starości, domykaniu spraw przed śmiercią. Coraz więcej śmierci w spektaklach Polonii.
KJ: Cały nadchodzący sezon będziemy zajmować się odchodzeniem, wykluczeniem, starością, także w ujęciu komediowym. Bardzo się na to cieszę. Zrobiliśmy Żar, ale też Extasy Show! – komedię-groteskę o eutanazji. Niedługo Co po Grace o później miłości. Artur Barciś zrobi Okruchy czułości, też o odchodzeniu artystki.
Ciągle nam ktoś umiera. Rozstajemy się, odchodzą giganty, filary, na których opierało się nasze życie i nasze światopoglądy, prawa, metody postępowania i sposoby życia. Tęsknimy. Tyle śmierci, chorób, samotności, osobności. Zmienia się cały świat i jego normy. Temat jest niezwykle aktualny, trudno nie mówić o tym w teatrze. Poza tym jest na to publiczność, mówiąc kolokwialnie.
To zresztą trend ogólnoświatowy: społeczeństwa się starzeją, aktywne życie teraz nie ma wieku, młode gwiazdy przyćmiewają aktorzy starsi. Prawdziwe gwiazdy mają dziś 75–80 lat. Podziwiamy Hopkinsa, Helen Mirren… Młodzi w kinie oglądają bajki fantasy, dalekie od życia, a świat boi się śmierci, raka, chorób, mierzy się z tym i próbuje sobie jakoś z tym strachem poradzić. To jest realność, to są emocje. I wokół tego powstają świetne teksty. Teatralne, filmowe, komedie, zabawy. Jest masę tekstów funeralnych i rodzinnych na te tematy.
TP: A stary dobry aktor na scenie to atrakcja sama w sobie.
KJ: Tak, kocham starych aktorów, uwielbiam na nich patrzeć, ale niestety coraz ich mniej. Robi się swoista luka wiekowa między 50 a 70. Ostatnio policzyłam, że przez 20 lat istnienia Polonii pożegnało się z nami, do końca w zasadzie stojąc na scenie, ponad czterdzieścioro aktorów i aktorek z obsad różnych spektakli. Na szczęście wciąż grają i są w świetnej formie Maja Komorowska, Janek Englert, Ania Seniuk, Emilka Krakowska, Olgierd Łukaszewicz, Daniel Olbrychski, Stasio Brejdygant…
Ostatnio policzyłam, że przez 20 lat istnienia Polonii pożegnało się z nami, do końca w zasadzie stojąc na scenie, ponad czterdzieścioro aktorów i aktorek z obsad różnych spektakli.
TP: Brejdyganta właśnie zatrudnił Warlikowski. I jeszcze Maję Komorowską.
KJ: „Stary” aktor to potężna wartość. Biorę w cudzysłów słowo starość, bo na scenie są często oślepiająco młodzi i mądrzy mądrością człowieczą i spokojną. To giganci na scenie. Ostatnie role Jurka Stuhra, Basi Krafftówny, Jurka Treli, Ignacego Gogolewskiego, Wojciecha Pokory, Staszka Brudnego wiele nas nauczyły i zachwycały. A Janek Peszek gra na naszych scenach tak, że idą iskry, to dopiero nauka i pochwała życia i sztuki.
TP: Zrobiła Pani w Polonii Żarw reżyserii Jana Englerta w niespełna miesiąc po tym, jak przestał być dyrektorem Narodowego…
KJ: To Janek przyszedł do mnie z tym pomysłem już rok temu. Powiedział: odchodzę z Narodowego, chcę u Ciebie zrobić Żar. Otworzyłam ramiona.
TP: Premiera wypadła w dniu, w którym z Narodowym pokazem Wesela witał się Jan Klata…
KJ: To był chyba przypadek. Datę premiery wyznaczyliśmy dawno temu. Dla Pana to znaczące?
TP: Może w niezamierzony sposób, ale wyszedł z tego pojedynek dwóch teatrów i dwóch dyrektorów Teatru Narodowego: przychodzącego i odchodzącego.
KJ: Nie wiem, czy Janek miał to w głowie. Umówiliśmy się na Żar, jeszcze zanim zaczął pracę nad pożegnalnym Hamletem w Narodowym. Janek wcześniej zrobił u nas z dużym sukcesem inny tekst Sándora Máraiego, Przygodę. Zresztą oboje uwielbiamy tę literaturę. W Tataraku u Wajdy było sporo Máraiego, cały wątek z żoną i lekarzem, z chorobą itd. Zaproponowałam to wtedy, a Andrzej to podjął.
TP: Tak czy inaczej, Polonia stała się pierwszym nowym miejscem pracy odchodzącego dyrektora sceny narodowej. Naturalnie nasuwa się myśl, że mogłaby Pani być nie tyle pracodawczynią Englerta, ile jego spadkobierczynią. Nigdy nie miała Pani pomysłu, że dyrekcja Narodowego to mogłoby być coś dla Pani?
KJ: No nie, ja mam Polonię, Och-Teatr, całą fundację na głowie. Kiedyś, dawno temu, zaproponowano mi kierownictwo artystyczne Teatru Powszechnego. Ale to było dla mnie nie do wyobrażenia. Nie chciałam jeszcze raz wchodzić do instytucji, z której wyszłam. Udało mi się stworzyć inny świat i nie chciałam wracać.
TP: A miałaby Pani jakiś pomysł na Narodowy? Co to powinien być za teatr?
KJ: Narodowy na pewno ma zobowiązania podstawowe. Powinien grać klasykę. Zawsze powtarzam, że każde pokolenie musi mieć własną Beatrix Cenci. Teatry powinny być „sprofilowane”. Narodowy na pewno nie powinien być sceną jednego nawet wielkiego reżysera i jego gustu i marzeń.
Teatr Narodowy na pewno nie powinien być sceną jednego nawet wielkiego reżysera i jego gustu i marzeń.
TP: W ciągu tych 20 lat Teatru Polonia nigdy nie miała Pani myśli: a trzeba było wziąć dyrekcję w jakimś teatrze publicznym? Mieć spokój finansowy, trochę oddechu w planowaniu.
KJ: Uczyłam się dyrektorowania od Janusza Warmińskiego i Zygmunta Hübnera. Nie mieli spokoju. Pilnie obserwowałam ich decyzje artystycznie. Myśleli nie o sobie, ale o publiczności, z szacunkiem. My też jesteśmy teatrem środka, różnorodnym, dla wszystkich, ale teatrem aktorów przede wszystkim. I tak jest dobrze. Tak się nauczyłam „tej biedy”, że z dwudziestoma milionami dotacji chyba nie wiedziałabym, co zrobić (śmiech). Chociaż nasz budżet roczny to około 30 milionów i musimy na to zarobić sami, bo dotacje, sumując je, to przy dobrych wiatrach około 1 miliona rocznie, a przecież gramy też każdego lata 40–45 spektakli teatru plenerowego za darmo i żebrzemy na tę inicjatywę od 18 lat każdego roku, gdzie się da.

TP: A możliwość działania w nieco większej skali nie byłaby kusząca? Jak np. Andrzej Seweryn w Polskim. Właśnie zaprosił Grzegorza Jarzynę, żeby mu zrobił czterogodzinną, multimedialną wersję Rękopisu znalezionego w Saragossie. To by się u Pani nie zmieściło.
KJ: Tak, naprawdę dużych spektakli nie możemy robić. Wieloobsadowych. To nawet nie jest kwestia pieniędzy na produkcję, bo te można jakoś znaleźć czy wypracować. Ale znacznie trudniej zdobyć pieniądze na eksploatację. Jak grać Wesele, zapłacić całemu 32-osobowemu zespołowi, który powinien wyjść na scenę? Kalkulując tylko z wpływu z biletów koszty artystyczne i stałe, to jest zupełnie niemożliwe. Domu otwartego też nie mogłabym zrobić w Polonii, zrobiłam w Polskim, no i dziękuję Teatrowi Polskiemu za możliwość zrobienia Wiśniowego sadu w tak bogatej wystawie.
Ale powiem Panu, lubię teatr, jaki powstaje u nas. Teatr bliski ludziom, serdeczny, przyjazny, partnerski dla wielu. W sumie może to jest tajemnica naszego sukcesu: dokładnie takie rzeczy i mnie się podobają i chcę z nimi żyć. A mam to szczęście, że podobają mi się rzeczy, które podobają się większości. Nigdy nie interesowały mnie zachwyty w małym towarzystwie.
Chodzę na spektakle Krystiana Lupy czy pana Warlikowskiego, ale za każdym razem jest to dla mnie czas jak lot do Nowego Jorku. Wsiadam i po siedmiu godzinach wysiadam w innym miejscu.
Zresztą bardzo często nie mogę wytrzymać na spektaklach, które trwają dłużej niż dwie godziny. Chodzę na spektakle Krystiana Lupy czy pana Warlikowskiego, ale za każdym razem jest to dla mnie czas jak lot do Nowego Jorku. Wsiadam i po siedmiu godzinach wysiadam w innym miejscu. Muszę zabrać coś pod nogi, coś na szyję. I raz na jakiś czas, a nie codziennie. A my gramy codziennie, ponad 900 razy w roku, „z głodu”.
Oglądam dużo rzeczy, ale nie mam dawnej cierpliwości. Teatr coraz częściej staje się dla mnie opresją, z której nie mogę uciec, bo moje wyjście ze spektaklu byłoby przykrością dla kolegów. Czasem nie mogę wytrzymać w teatrze tak bardzo, że mam uczucie, że dostanę za chwilę histerii. Myślę, że zwariuję, jeśli jeszcze raz coś krzykną.
TP: Widziała Pani ostatnio coś, co się Pani spodobało?
KJ: Pan Marcin Wierzchowski jest bardzo ciekawy. Friedmanowie byli genialni, choć to już kilka lat temu. I ta dziewczyna, która w Krakowie zrobiła Bergmana…
TP: Katarzyna Minkowska.
KJ: Tak, to było bardzo ciekawe.
TP: Dostaną od Pani propozycje?
KJ: Jeszcze nie dzwoniłam, a bardzo bym chciała. Dla pana Wierzchowskiego mam świetny tekst – dramat sądowy. Staramy się o prawa do grania go.
TP: No to zapytam: dużo Pani proponuje w takich sytuacjach? Polonia ma opinię świetnego pracodawcy, ale przyznam, że ciekawią mnie konkrety. Na ile może sobie pozwolić najpopularniejszy w Polsce teatr niepubliczny, zatrudniając znanego reżysera?
KJ: Reżyseria to u nas 25–40 tysięcy. Niezależnie od tego, czy chodzi o znane nazwisko, czy debiutanta.
TP: To nie są ogromne pieniądze. Teatry publiczne potrafią płacić znacznie lepiej.
KJ: Nie bardzo możemy płacić więcej, w tym roku przy tej ilości publiczności i tak mamy stratę 400 tysięcy za ostatni kwartał. Przy sukcesach! Budynek Polonii to własność moja i mojej rodziny, tu koszty utrzymania są mniejsze, ale Och-Teatr to niemal 20 tys. kosztów stałych dziennie plus koszty artystyczne każdego wieczora. Patrzymy przerażeni na ceny prądu, na wymagania straży pożarnej, całego bezpieczeństwa, na nowe pomysły związane z biurokracją przy rozliczaniu tantiem, dotacji. Koszmar, a ktoś to musi robić.
Reżyseria to u nas 25–40 tysięcy złotych. Niezależnie od tego, czy chodzi o znane nazwisko, czy debiutanta. Nie bardzo możemy płacić więcej, w tym roku przy tej ilości publiczności i tak mamy stratę 400 tysięcy za ostatni kwartał.
TP: A aktorzy ile u Pani zarabiają?
KJ: 4–7 tysięcy za zrobienie roli. Poza tym dostają pieniądze za każde wykonanie spektaklu. Niedużo. Ale wiedzą, że u nas przedstawienie będzie grane. Że szybko, w ciągu dwóch lat, mogą dojść do progu 100 wykonanych spektakli. Żar miał premierę we wrześniu, a na początku przyszłego roku dojdzie do pięćdziesięciu prezentacji.
Młodzi debiutujący aktorzy wiedzą z kolei, że występ u nas to trampolina do kariery. Na spektakle przychodzą do nas wszyscy, którzy angażują do filmów, telewizji, do innych teatrów.
TP: Rozumiem, że propozycje posad dyrektorskich w teatrach publicznych nie są dla Pani atrakcyjne. Ale nie ma Pani poczucia straty, że grając przez dwie dekady tylko u siebie, nie miała Pani okazji spotkać się w teatrze z reżyserami, którzy w programie Polonii czy Ochu z różnych względów się nie mieścili? Maja Komorowska pracowała z Lupą, teraz pracuje z Warlikowskim…
KJ: Nie, nie mam poczucia straty. To są teatry, spektakle inscenizatorów, mnie interesują role. A potrzebę eksperymentów realizowałam w kinie. Tam zrobiłam chyba wszystko. Z tyloma reżyserami najróżniejszymi. Filmy niemieckie, filmy francuskie, filmy takie, siakie, filmy awangardowe, filmy całe improwizowane, z największymi nazwiskami i z debiutantami. Ostatnio też dostałam kilka propozycji, ale musiałam odmówić. Nie mogę zostawić teatru na cztery miesiące. W polskim filmie może jeszcze coś się zdarzy. Teraz mój wiek jest atutem (śmiech).
TP: Przypomnę tylko rzeczy filmowe z ostatnich lat: Warszawianka, Słodki koniec dnia, nieco wcześniej Parę osób, mały czas. To udane, ważne role, w których śmiało wychodzi Pani poza własne emploi.
KJ: W teatrze moje emploi jest mocne i się go trzymam, w naszej fundacji zagrałam 20 ról, różnych, różnorodnych, wyreżyserowałam 36 spektakli, w różnych gatunkach i to także wiąże się z inną decyzją podjętą u początków fundacji: że to będzie teatr przede wszystkim dla kobiet czy o kobietach.
Kiedy otwieraliśmy Polonię, wiedziałam, że otwieram ją przede wszystkim dla kobiet. To wynikało z mojego doświadczenia po Powszechnym, już tam grałam „kobiecy repertuar”: Kobieta zawiedziona, Dwoje na huśtawce, Medea, Fedra, Shirley Valentine, Maria Callas, Kto się boi Virginii Woolf? Wiedziałam, że kobiety to moja publiczność. W Polonii otworzyliśmy najpierw małą scenę i nazwaliśmy ją Sceną Fioletowe Pończochy, tak jak ruch wyzwolenia kobiet we Francji. I pierwsze premiery wszystkie były o kobietach. O kobietach, przez kobiety robione i grane. A kiedy otwieraliśmy dużą scenę, zdecydowałam się na Trzy siostry. Och otworzyliśmy Wassą Żeleznową. No a później Ucho, gardło, nóż Vedrany Rudan, Stefcia Ćwiek w szponach życia Dubravki Ugresić, Badania terenowe nad ukraińskim seksem Oksany Zabużko – przez lata trzymaliśmy te tytuły w repertuarze. Potem doszły Biała bluzka, Boska!, Danuta W. czy Zapiski z wygnania. Do dziś gramy Shirley Valentine. Premiera była w 1990 roku jeszcze w Powszechnym.

TP: Była Pani ważną postacią w historii Czarnego Protestu. Ale nie powstał u Pani żaden spektakl na jego temat.
KJ: Jakoś o tym nie myślałam. Poza tym nie pojawił się tekst na ten temat, który by mnie zainteresował. Krysia Zachwatowicz coś mi podsuwała. Ale to nie był dobry tekst teatralny. A ja nie przepadam za teatrem, który powstaje z improwizacji mówionej, to teraz modne – aktorzy siadają i rozmawiają i z tego robi się scenariusz. To jest prawie zawsze marne, jak się tego słucha.
TP: Kasia Minkowska, którą Pani polubiła, robi właśnie w Olsztynie Wszystkie jesteśmy Belén, o ruchach kobiecych w Argentynie. Czarny protest – jak można się spodziewać – będzie ważnym kontekstem.
KJ: Tak, rozumiem. Pewnie to będzie ważne i interesujące.
Wracając do Czarnego Protestu, był wspaniały, imponujący i bardzo prawdziwy, wielowątkowy, ujawnił także różnice pokoleniowe i formalne, hasła, które kobiety pisały na sztandarach, były zjawiskowe, pełne gniewu i fantazji, poczucia humoru albo radykalizmu słownego. Można cały ten zryw traktować dziś w teatrze czy kulturze jako przypomnienie, bo jednak po latach rezultaty mamy gorzkie. Była w tym powaga. Siła, masa. I nagle zaczęło się to gdzieś obsuwać. Kobiety w rządzie nie załatwiły tego, co miały załatwić. Pryncypia, prawa aborcyjne i związki partnerskie, no i nierówności. To rozczarowało. Kobiety, ich interesy, prawa i postulaty kolejny raz zostały zlekceważone przez mężczyzn.
Czarny Protest był wspaniały, imponujący i bardzo prawdziwy. Ale nagle zaczęło się to gdzieś obsuwać. Kobiety, ich interesy, prawa i postulaty kolejny raz zostały zlekceważone przez mężczyzn.
TP: Na ile lat do przodu wymyślony jest repertuar Polonii i Ochu?
KJ: Na trzy. Tu mam w telefonie wszystkie tytuły, bo już wiele rzeczy zapominam, oprócz ról (śmiech). Trzy lata. To dużo. Taki jest wymóg wniosków trzyletnich na działalność. A my takie wnioski przez te 20 lat składamy, niezależnie do tego, czy dostajemy granty, czy nie. Trzeba próbować. Nie będę podawać planowanych tytułów, bo zdarzały nam się kradzieże pomysłów, ale planujemy repertuar bardzo zróżnicowany, na oba teatry. W sumie 20 premier. Zaczniemy w Och-Teatrze od Klubu kawalerów Bałuckiego, a w Teatrze Polonia od rozkosznego tekstu nostalgiczno-komediowego Co po Grace z Hanią Śleszyńską, Krzysiem Draczem i Andrzejem Zielińskim. A potem i tak dalej…
Zresztą sytuacja na świecie i u nas jest tak dynamiczna, że może pojawią się tematy i teksty warte wszelkiego zachodu i zmian repertuarowych. Ale plany i marzenia to jedno, a możliwości i perturbacje z ich realizacją to drugie. Jestem często bardzo zmęczona tą „walką o ogień” z wnioskami i dotacjami. Ciężka praca, a ja kocham „lekkość bytu”.
TP: Dużo rozczarowania jest w tym, co Pani mówi.
KJ: No może. Ale jeszcze żyjemy i mamy się nieźle. No i te lata zaprawiły nas w bojach.
Teraz realizujemy ten sezon o „starości”, jak to skrótowo nazywam, choć to nieprecyzyjne czy deprecjonujące rangę problemu. W przyszłym roku dołożymy do tego tekst o Talluli Bankhead. Mało kto w Polsce wie, kto to był. Hollywoodzka skandalistka, aktorka, naprawdę postrzelona, nielicząca się z żadnymi konwenansami. Sama to zagram, chcę się w to bawić. To też opowieść o odchodzeniu, ale co to za szalona starość będzie.