Moniki i Floriana - wszystkiego dobrego
po premierze. Zagraliśmy 4 razy.Bałam się spotkania z „ codzienną” publicznością , bo ta premierowa jest środowiskowa raczej i specjalna. Niekonwencjonalność i odwaga tego tekstu wydawała mi się swoistym egzaminem dla ludzi , obawy się rozwiały, ludzie reagują wspaniale, śmieją się i nagle milkną kiedy temat ich prowadzi. Jestem już z Thulach razem. Ciekawe jak długie życie nas czeka w tym związku.
Jarosław Mikołajewski- Tallulah Janda
Anatola i Zygmunta - wszystkiego dobrego
Jesteśmy po premierze ZAPĘTLONEJ. Nareszcie, bo padam. Kosztowała mnie ta praca a jednocześnie od dawna nie byłam tak szczęśliwa. Będę lubiła to grać z nią być.
przedwczoraj wracałam nocą po próbie generalnej do domu. Pomyślałam, ludzie, ludzie, ludzie, widzowie, tłumy i znów sama, bez tych samotności bym umarła, są mi potrzebne do życia, ale nagle zdałam sobie sprawę, że nie jestem sama, że jadę już z nią, z Talulah, że zagnieździła się już wenie mocno i na dobre.
najważniejsze w tym wszystkim w calym tym ptojekcie jest spotkanie z sunem 3 stopnia, jak to nazywam. Znalazł, przetłumaczył, zrobił plakat, był na każdej próbie, codziennie i zawsze, dawał uwagi, bardzo inteligentne , czasem kluczowe. Wczorak po premierze do konca był ze mną.
jestem szczęśliwa. Mam super dzieci. Dorośli, inteligentni, odpowiedzialni, empatyczni, można na nich liczyć i każde z nich idzie swoją drogą. Niezależni, wspaniali ludzie.
Dziś gramy po raz pierwszy dla publiczności za biletami, nie dla rodzin, przyjaciół, znajomych. Jestem ciekawa jak przyjmie ten tekst zwykła publiczność, czy nie będzie dla nich zbyt ekstrawagancki, kontrowersyjny i wulgarny. Zobaczymy.
No ja robię co mogę.
Dobrego dnia. Gramy do wtorku i potem przerwa.
Grzegorza i Aleksandra - wszystkiego dobrego
Film Polski. fb
24 kwietnia 2009 roku odbyła się premiera filmu „Tatarak” w reżyserii Andrzeja Wajdy.
„Robię więc film, być może ostatni. Jak się do tego zabieram, co robię? To jest rola Iwaszkiewicza, gdyby żył. Teraz ja muszę go zastąpić, jako reżyser filmu przejmując kwestie, które muszą paść z ekranu, gdyż żadne obrazy ich nie zastąpią. Przemieszanie realizacji filmu, wskrzeszania świata sprzed 50 lat – z tematem równoległym, opowieścią Jarosława, a mój wiek usprawiedliwia całą resztę”.
To fragment notatki, którą Andrzej Wajda zapisał w swoim dzienniku 4 lutego 2006 roku. Planowany film stanowił powrót reżysera do twórczości Jarosława Iwaszkiewicza, w której znalazł inspirację dla swoich najpiękniejszych dzieł – „Brzeziny” (1970) i „Panien z Wilka” (1979). Pierwowzór literacki był intymnym i subtelnym dramatem kobiety w średnim wieku, żony lekarza, żyjącej w żałobie po śmierci swojego dziecka. Los styka ją z młodym mężczyzną, który swoją energią ponownie przywraca ją do życia.
Ostatnie zdanie zacytowanego wyżej wpisu Wajdy brzmiało: „Żadne dodatki, nawet najbardziej pomysłowe, w postaci innych opowiadań Iwaszkiewicza, nie dodadzą tu nic nowego”. Nowych warstw do „Tataraku” dodało życie. 5 stycznia 2008 roku w Milanówku zmarł Edward Kłosiński, wybitny operator, wieloletni współpracownik reżysera i mąż aktorki Krystyny Jandy, która we wspominanym dziś filmie zagrała główną rolę.
Tym samym „Tatarak” stał się zapisem procesu jej żałoby po najbliższym człowieku. „«My cały czas rozmawiamy o rzeczy dla nas najważniejszej, o śmierci bliskiego nam człowieka, a robimy film o czymś zupełnie innym. Czy myśmy zwariowali? Róbmy film o tym, co nas naprawdę dotyka i interesuje. Siadaj i pisz». «Ale co ty z tym zrobisz?» – zapytałam. «Jeszcze nie wiem. Ale przede wszystkim ty to napisz»” – wspominała jedną z rozmów na temat „Tataraku” Krystyna Janda w książce „Wajda. Kronika wypadków filmowych”.
W filmie znalazły się refleksje aktorki na temat przedwczesnej śmierci jej męża. Ale nie tylko. Oprócz tej warstwy „Tatarak” zawiera również sceny ukazujące proces powstawania filmu. Widzimy w nich m.in. Andrzeja Wajdę. „Rzadko który twórca zgodzi się na takie wścibstwo kamery, na podejrzenie go w sytuacji tak intymnej, na uchylenie tajemnicy swego warsztatu” – pisano w recenzji filmu na portalu Culture.pl
W 2009 roku film Andrzeja Wajdy został nagrodzony „Srebrnym Niedźwiedziem”-Nagrodą im. Alfreda Bauera dla filmu „otwierającego nowe perspektywy w sztuce filmowej” na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie. Oprócz tego otrzymał również Nagrodę FIPRESCI Europejskiej Nagrody Filmowej, Paweł Edelman zaś uhonorowany został „Złotą Kaczką” miesięcznika „Film” za najlepsze zdjęcia.
https://filmpolski.pl/fp/index.php?film=1221907
Anieli i Sykstusa - wszystkiego dobrego
Wczoraj w Łodzi na Festiwalu Sztuki Aktorskiej TEATROPOLIS zagrałam „ Zapiski z wygnania” i podczas gali na zakończenie festiwalu dostałam nagrodę za całokształt działalności.
Laudację wygłosił Remigiusz Grzela, bardzo za nią dziękuję, oto ona.
LAUDACJA DLA KRYSTYNY JANDY
Obsypany ważnymi nagrodami spektakl „Zapiski z wygnania” to z jednej strony monolog marcowej emigrantki Sabiny Baral, a z drugiej ważna osobista wypowiedź Krystyny Jandy, aktorki, artystki, obywatelki. Dowód na to, że teatr musi się rodzić, wciąż na nowo,
żeby ubraną w formę i metaforę opowieść uczynić terenem wspólnym, przestrzenią społeczną, nawet jeśli osobistą i intymną, aby mogła się wydarzyć często ta jedyna możliwa wspólnota – spotkanie widza z widzem, widza z aktorem, spotkanie życia
ze spektaklem, który kiedy trwa także jest prawdziwym życiem.
Niepowtarzalny a w pełni realizujący się Teatr daje szansę i możliwość przeżycia katharsis, ale i uczestnictwa we wspólnym doświadczeniu społecznym.
Trudno byłoby dziś wyobrazić sobie życie społeczne i obywatelskie Polski (a nie tylko życie artystyczne) bez Krystyny Jandy, która właściwie od początku swojej kariery,
czyli początku naznaczonego spotkaniem z Andrzejem Wajdą, staje po stronie wolności, niezależności i prawdy – po stronie wolnej myśli i wolnego ducha, po stronie szczerości. Po stronie pamięci i troski o przyszłość. W pełni oddaje to nazwa założonej przez nią
i prowadzonej Fundacji Krystyny Jandy na Rzecz Kultury, czyli na rzecz „całokształtu duchowego i materialnego dorobku społeczeństwa”, idąc za definicją kultury. W tej nazwie realizują się jej praca, poczucie powinności i misja.
Już kiedy jako Agnieszka w „Człowieku z marmuru” rozsadzała ekran, kreując postać,
jak się później okaże, dla kina ikoniczną, mówiła w imieniu tych, którym mówić nie wolno, nie tylko zepchniętego w niebyt przodownika pracy Birkuta, ale przede wszystkim
|w imieniu młodej reżyserki, która chce za wszelką cenę zrobić film dyplomowy, jednak system polityczny takie próby dławi u podstaw. Agnieszka ze swoją energią przysiada
do stołu, do biurka, sięga po cudzą kanapkę, pije cudzą herbatę, zawłaszcza teren, dając do zrozumienia: tak łatwo się mnie nie pozbędziecie. Jestem. Mam coś do powiedzenia. Jestem zależna od was, ale zrobię ten film.
Ten znak totalnej wolności stanie się znakiem wodnym aktorstwa Krystyny Jandy.
Bez względu na to, jakie role będzie grała.
Laudacje mają tę wadę, że często stają się długim spisem ról i zadań, jakby nagradzana Postać nie była ich świadoma. Dlatego postanowiłem skupić się na kilku rolach i na samej postawie Wybitnej Aktorki. Bo jeśli przyznaje się nagrodę za całokształt twórczości, można już mówić, jaki ta twórczość ma charakter, co jest duchem i sercem.
Czy Krystyna Janda zawłaszcza role i postaci? Od spektaklu „Ucho, gardło, nóż” w 2005 roku i zarazem otwarcia Teatru Polonia, czy w kinie od filmu Andrzeja Wajdy „Tatarak” na pewno, już tak. To cezura, kiedy wyraźnie widać, że głos granych przez nią postaci dzielony jest z jej własnym głosem. Tonka Babić, bohaterka kameralnego „Ucho, gardło, nóż”, ofiara wojny na Bałkanach, krzyczy przeciwko okrucieństwu, przeciwko nienawiści mężczyzn, przeciwko bratobójstwu i chce zostać usłyszana. Trauma nie ma być tabu.
Ma być wpisana w sztandar nowego społeczeństwa, żeby zawsze pamiętało, może nawet czuło wstyd.
Elżbieta z „Białej bluzki” w reż. Magdy Umer, do której wróciły po latach, nie patrzy na cenę wolności. Nie zależy jej na zrozumieniu. Jest oddzielna, samoswoja, być może outsiderka, choć to wskazywałoby na margines, podczas gdy Elżbieta jest centrum świata.
I Krystyna Janda mówi tą rolą, że Elżbieta ma prawo tak żyć.
Danuta Wałęsowa ze spektaklu „Danuta W.” w reż. Janusza Zaorskiego ma dość milczenia, uległości i życia w cieniu legendarnego męża. Niezrozumiana przez niego,
pisze książkę, aby zawalczyć o siebie samą, wyemancypować za wszelką cenę, także nie liczy kosztów złamania rodzinnego tabu. Przywraca kobiety na karty współczesnej historii.
Maria Callas z „Masterclass”, to także powrót do roli sprzed lat, traci własny głos, ginie wybierając beznadziejną miłość, ale to Janda ją na scenie ratuje. Daje temu coraz cichszemu głosowi siłę. Trudno nie mieć wrażenia, że nie mówi tu także w swoim imieniu.
Wreszcie Sabina Baral z „Zapisków z wygnania”. Staje przed społeczeństwem i powtarza: – Zobaczcie, coście mi zrobili. Krystyna Janda z Magdą Umer nie zamykają tej opowieści na kartach historii, zderzają ze światem nam współczesnym, z antysemityzmem, nienawiścią, hejtem. To nie jest lekcja historii. To obraz dzisiejszego świata.
W filmie swój głos dostaje w „Tataraku” Andrzeja Wajdy. Intymnej opowieści
o odchodzeniu i umieraniu, nie tylko u Jarosława Iwaszkiewicza, także w jej własnym życiu. Pisze monolog o umieraniu Edwarda Kłosińskiego, a potem go gra w scenografii
jak z obrazu Edwarda Hoppera. Jest więc Martą z „Tataraku” i sobą samą. Nie wychodzi mi z głowy scena, kiedy przemoknięta i zziębnięta aktorka kładzie się na siedzeniu taksówki, by uciec z planu do domu. Mocna metafora podróży pomiędzy sobą prawdziwą i sobą sceniczną/filmową.
Z ról kinowych wymieniłbym także poetkę Marię Linde z filmu Jacka Borcucha „Słodki koniec dnia”. Janda gra laureatkę nagrody Nobla zamieszkującą w toskańskim miasteczku. I wszystko niby w niedopowiedzeniu. Tyle że Maria Linde na nikogo się nie ogląda. Mówi, co myśli. Nawet, jeśli to niepopularne. Wystawia się na osąd, a nawet lincz społeczny. Owszem, nie identyfikuję poglądów Jandy jako poglądów poetki Linde, raczej odwołuję się do postawy totalnej niezależności myślenia. W jednej z ostatnich scen zamknięta jest w klatce, wystawiona na publiczny widok. Mocne? Ale kogo obchodzi poetka zamknięta w klatce? Przecież ma być zepchnięta w niebyt, niewidzialna
i niesłyszalna.
Krystyna Janda – obywatelka nie idzie na kompromisy. Nie sprzeniewierzyła się
ani Agnieszce, ani Elżbiecie, ani Tonce Dziwisz z „Przesłuchania” Ryszarda Bugajskiego, ani Tonce Babić, nie mówiąc o Danucie W. Nie sprzeniewierzyła się ani Wajdzie,
ani Bryllowi, autorowi słynnego „Wieczernika” wystawionego w 1985 roku. Więcej, jest ich obrończynią, rzeczniczką, w ich imieniu zabiera głos i walczy. Opresyjne systemy wracają. Świat się zaognia. Wojny są u naszych drzwi. Tymczasem widzimy wrogów
w społeczeństwie, wśród sąsiadów, także wśród artystów – bo wyrażają swoje poglądy, bo opowiadają się za poszanowaniem praw innych. Ich głos nie wynika tylko z pamięci historycznej, ich głos bierze się też z przeżytej traumy granych postaci, ich cierpienia, niezrozumienia, odrzucenia. Stając na scenie, znajdują punkt prawdy. Miejsce, w którym ona jest czysta.
W „Ucho, gardło, nóż” Krystyna Janda mówi: – Może jednak mam dla was bombę. Postanowiłam, że gdy minie ta noc… minie, mina, jakie ładne słowo „mina”. Kiedy minie ta noc, odejdę od Kikiego. Zostawię go. Zatrzasnę za sobą drzwi. Zacznę nowy rozdział. Spalę za sobą wszystkie mosty. Wypnę się na dawne życie. Przede mną nowy dzień. Ulżyło wam?
Nie wiem, czy ulżyło. Na pewno w ten, czy inny sposób zmieniło. Bo daliśmy sobie szansę usłyszeć.
To wielki zaszczyt móc wygłosić laudację dla Krystyny Jandy, laureatki Nagrody Festiwalu Teatropolis za całokształt twórczości.
Krystyno, bardzo Ci w imieniu nas wszystkich dziękuję i gratuluję.
Lidii i Ernesta - wszystkiego dobrego
Dziś w DZIEŃ TEATRU, składamy wszystkim ludziom teatru, tym na scenie i za sceną wielkie podziękowania i najlepsze życzenia. Widzom wysyłamy pozdrowienia i mamy nadzieję że spędzicie w teatrach chwile wzruszeń, radości i zachwytów, zastanowień i emocji. Życzymy całemu światowi teatru, aby był doceniany i szanowany a może niezbędny. 🍀
Feliksa i Pelagii - wszystkiego dobrego
Wczoraj BIAŁA NLUZKA w Och-Teatrze przy pełnej sali, radość jednak , że po emisji telewizyjnej, ludzie nadal kupują bilety.
Dziś urodziny mojej córki, zawsze to moment czułości i refleksji, podsumowań. Jestem z Niej dumna, troje dzieci, wieczny korowód ze zwierzętami domowymi, dużo obowiązków zawodowych i jest z tym wszystkim sama. Nadzwyczajnie ogarnia to zamieszanie i te radości i wydarzenia każdodniowe. Serdeczne , najlepsze życzenia wszystkiego dobrego.
Uczę się nowej roli i mam codziennie próby. Premiera 1 maja. Zobaczymy. Dużo w Wiśle wody przepłynie do tego czasu. Najpierw jeszcze kilka wyjazdów ze spektaklami i święta. No i gram, gram, gram na miejscu.
Nie piszę, nawet nie wspominam co w Polsce i co na świecie bo niepokój i wyczekiwanie wydarzeń każdego dnia , dominuje życie. Tylko nadzieja że to zbiorowe już szaleństwo zła i agresji jakoś przeminie. Ale nadzieja słaba, bardzo słaba.
Wszystkiego dobrego.
Cypriana i Marcelego - wszystkiego dobrego
Dziękuję za tego ORŁA
najserdeczniej. A to moje dzisiejsze podziękowania❤️
Szanowni, Moi Kochani – mówię kochani, bez wahania, bo jesteśmy wszyscy wielką wspaniałą rodziną zgromadzoną dookoła pojęcia Sztuka. Jestem w zawodzie 50 lat. I 50 lat nie opuszcza mnie uczucie szczęścia, że uprawiam ten zawód, jeden z najpiękniejszych zawodów świata. Przez całe życie zdarzało mi się płakać, na filmach, w teatrach, słuchając muzyki, stojąc przed obrazem czy wreszcie czytając książki. Moja wdzięczność za to nie ma granic, za tę naukę człowieczeństwa, empatii i piękna. Zawsze uważałam, bo jestem przede wszystkim aktorką, że miarą aktorstwa jest człowieczeństwo a pewnego szczęśliwego dnia, spotkałam na mojej drodze Andrzeja Wajdę, który zaczął uczyć mnie, że sztuka, film, rola może zmienić świat, ustrój, kraj, człowieka, że to co robimy może stać się rzeczą najwyższej wagi. Że przywilej publicznej rozmowy z ludźmi na płaszczyźnie sztuki jest szczęściem, Trzeba tylko jasno wiedzieć co się chce opowiadać, co jest dla mnie prawdziwą wartością, z czym się nie zgadzam, przeciwko czemu występuję, w jaką podróż zabieram ze sobą ludzi. To spotkanie, ta nauka i obserwowanie Andrzeja, sprawiło, że zaczęłam traktować to co robię, śmiertelnie poważnie i z miłością. Nieobecność Andrzeja to brak bardzo bolesny.
Artystą się bywa małymi chwilami, ale warto się o te chwile starać. Andrzej mówił mi, masz wielkie narzędzie w ręku, ten zawód, i forum, przestrzeń sztuki.
Nigdy nie interesowała mnie sztuka awangardowa, sztuka dla sztuki, odbierana, przez nielicznych, zawsze walczyłam o zrozumienie i partnerstwo jak najszerszej publiczności. Ale kiedy robiliśmy „Wieczernik” w kościele na Żytniej, w 1985 roku, w okresie czarnej nocy w Polsce, rzecz była jak zwykle u Andrzeja Wajdy o prawie do wolności, Andrzej wierzył w znaczenie tego przedstawienia, mimo małej ilości ludzi mogących się tam w tym kościele w święto wielkanocne pomieścić,. Ernest Bryll powiedział nam wtedy żartem – nie martwcie się , Jezus nauczał w narzeczu aramejskim a jego nauki przetrwały do dzisiaj. Mówię to do tych wszystkich twórców, którzy za dwa złote próbują robić filmy, w piwnicach teatry, do samotnie piszących pisarzy, poetów, fotografów przemierzających ulice z małym aparatem. Warto. Kocham Was wszystkich, którzy macie potrzebę tworzenia i dzielenia się z ludźmi. Dziękuję też wszystkim, a było ich setki na mojej drodze, reżyserom, scenografom, muzykom, aktorom, pisarzom, za to że byłam z Wami. Bez Was nie byłoby nic. Ani mnie, bo to czym się zajmujemy to sztuki zespołowe.
Dziękuję też mojej rodzinie, dzieciom a przede wszystkim mojej matce, to dzięki niej mogłam być zawsze w pracy a ona dźwigała ciężar codzienności. Dziękuję mamo.
Dziękuję też wszystkim ludziom mojej fundacji, 400 aktorom grającym w naszych teatrach, gramy 950 razy w roku. Ludzie! Kochani! Przyjaciele! Dźwigacie ze mną od 20 lat to nasze piekło i niebo. Dziękuję.
Mówi się że wielkość narodu rozpoznaje się po stosunku do dzieci, starców, niepełnosprawnych, zwierząt, wreszcie do nauki i sztuki. Kultura Polska to niezmierzone ilości wielkich dzieł i wspaniałych artystów. Moi mentorzy i nauczyciele już odeszli, ale niech mi wolno będzie powtórzyć za wielką Callas, którą grałam długo w teatrze – życie bez sztuki nie ma sensu. Sztuka to piękno, emocje, czasem krzyk protestu, często opowieść o ludzkiej bliskości i zrozumieniu. To wzruszenie, czułość, oskarżenie, śmiech i zamyślenie, to uświadomienie. To nauka człowieczeństwa.
Zawsze miałam ideały i od 50 lat się staram… tyle mogę powiedzieć.
Dziękuję za to wielkie wyróżnienie, jestem szczęśliwa i idę pracować dalej, codziennie, każdego dnia. Idę do publiczności, do widzów, do ludzi, to dla mnie najważniejsze. Idę kochać, protestować, opowiadać, uczyć godności i uświadamiać jak ważna jest wolność także osobista. Dziękuję.
Wszystkim nominowanym, nagrodzonym w latach poprzednich i w tym roku, serdecznie gratuluję i życzę dalszej owocnej pracy.
Tycjana i Kunegundy - wszystkiego dobrego
6 MARCA setna rocznica urodzin Andrzeja Wajdy. Trwa rok, którego patronem jest Andrzej Wajda i jego twórczość. W Polsce i Europie, także w Ameryce, dziesiątki wystaw, spotkań, dyskusji, retrospekcji filmowych. Wielkie święto i radość. Odzywaja się wydawnictwa, telewizje, licea, rozgłośnie z całego świata. My, którzy pracowaliśmy z Andrzejem, znaliśmy Go, przyjaźniliśmy się z Nim, staramy się sprostać oczekiwaniom dziennikarzy, organizatorów, widzów, wielbicieli Andrzeja Wajdy i Jego twórczości. Dzwoni Londyn., Paryż, Dublin, Nowy jork, Berlin, Śląsk, Dzierżonów, Gdańsk, Sztokholm. Zaproszenia, wywiady, wspominanie i analizowanie. Ja po każdym takim wywiadzie, spotkaniu, nagraniu mam pretensję do siebie, że mówiłam za dużo o sobie a za mało o Nim, ale tak układają się pytania, co pani czuła? Jak to było? Jaki był Wasz tryb pracy? co spowodowało…itd itd…Nie umiem się zdystansować, wciąż we mnie tylko emocje, wdzięczność, podziw , nie umiem analizować, zobaczyć spraw w szerszej perspektywie, z dystansu. Mam o to do siebie żal. Myślę zawsze – jestem za głupia, zbyt mało wiem, za gorące mam serce w miejscu Wajda, żeby mówić i oceniać.
Za chwilę w Krakowie także uroczystości i „obchdzy” otwarcie wystawy w muzeum Manga, wystawy przygotowanej przez Krystynę Zachwatowicz, żonę Andrzeja, 6tego w sejmie debata i spotkanie, gremialne, podobno ma być nieprzebrana ilośc osób, mnie niestety nie będzie , mam obowiązki zawodowe poza Polską. Wczoraj w Kinie Atlantic, spotkanie kolejne, zaproszono Jurka Radziwiłowicza, Adama Michnika, Bogdana Borysewicza i mnie. To jak mówi o Andrzeju, o jego zasługach dla Polski i historii i kultury Polskiej Adam Michnik, jest po prostu nadzwyczajne. Każde słowo waży tonę i ma znaczenie wiekopomne. Trzeba to spisywać i nagrywać. Wczorajsze wypowiedzi pana Adama i pana Burusewicza na zawsze we mnie zostaną. Ustawienie nazwiska Andrzeja i jego dorobku, znaczenia tego dorobku, w jednej linii z Mickiewiczem, Słowackim czy Wyspiańskim stawia sprawy w porządku właściwym. Dziękujemy.
Teofila i Makarego - wszystkiego dobrego
Wczoraj zarejestrowaliśmy moje MY WAY w Teatrze Polonia z obecnością publiczności. Wkładamy do „puszki” wypuścimy kiedy przyjdzie an to czas, ale już mamy. Bardzo się cieszę. Do zobaczenia. Dobrego dnia.
Wiktora i Cezarego - wszystkiego dobrego
I ciągle nie ma Magdy. Obudziłam się w nocy z tą myślą. Przypomniałam sobie nasze wakacje, które planowałyśmy zawsze o tej porze roku. Tyle lat, 30 lat Principina a mare. Były lata, że zbierało się nas tam 10, 20 rodzin, przyjaciół. Wszystko się miesza, kłębi we wspomnieniach. Jeździła tam Zuzia Łapicka z tatą, Janusz Gajos z żoną, Marek Kondrat z rodziną, Grzesio Warchoł z rodziną, Krzysiek Materna w dużej grupie rodziny i przyjaciół, Filip Bajon z przyległościami, Jurek Stuhr, Artur z Wojtkiem…ale przede wszystkim my, to znaczy nasza rodzina i Magda Umer, a potem, kiedy dzieci dorosły a innych zabrakło, tylko Magda, Zuzia i ja. Magda od rana uprawiała jogę na tarasie, przywoziła ze sobą ulubione – kołderkę, wałeczek pod szyję, rozliczne przedmioty z którymi się nie rozstawała, aparat fotograficzny obowiązkowo, komputer i książki, książki, książki. Zawsze wynajmowałyśmy rowery i szalałyśmy po okolicy, jeździłyśmy tymi rowerami na zakupy i wycieczki do okolicznych miasteczek. Magda zamyślona, roztrzepana, szczęśliwa, wiecznie w coś zapatrzona w „widoki” czy morze, wałęsała się sama. Zdarzało się, że podmieniała rower i przyjeżdżała jakimś innym a potem szukałyśmy komu go oddać, gubiła zakupy, zostawiała je gdzieś po drodze, a nawet nie pamiętała co kupiła. We czwartki jeździłyśmy obowiązkowo na targ w Grosetto a tam Magda regularnie się gubiła i szukaliśmy Jej wszyscy. Co rano, opowiadała co przeczytała zawsze z niesamowitym zachwytem i entuzjazmem, wieczorem chodziliśmy do baru przy głównej ulicy i wspominaliśmy, śmialiśmy się z byle czego i opowiadaliśmy o planach artystycznych na kolejny rok. Kiedyś na tę nasza liczną grupę „znakomitości” wpadł jakiś zabłąkany Polak, stanął jak wryty i spytał – czy wy jesteście prawdziwi? Mogę was dotknąć? Mój mąż był tam dla Włochów inżynierem Janda, bo znał się na wszystkim, Magdy mąż kiedyś przyjechał przypadkiem, bo pomylił promy i dobił tym promem niedaleko od nas, więc nas odwiedził, dla niego we Włoszech było zawsze za gorąco, więc miał inne kierunki wakacyjne. Pewnego roku, kiedy niektórzy zaczynali, uczyli się, grać w golfa w Punta Ala, zrobili pole golfowe w odwrotną stronę ku zdumieniu wszystkich milionerów jak opowiadali. Oglądaliśmy tam w barach nadmorskich mistrzostwa w piłce nożnej, drąc się wniebogłosy Azzurri!!! Azzurri!! Gotowaliśmy makarony, odwiedzaliśmy się nawzajem, prowadziliśmy długie dyskusje na leżakach plażowych. Magda zawsze trochę osobna, zagrzebana w swoich poezjach, zdjęciach, jogach, dietach, pisaniu. Zdjęcia, zdjęcia wieczne zdjęcia. Głównie Janusz Gajos I Magda. Czasem podczas jazdy samochodami do jakiejś nowej miejscowości zatrzymywaliśmy się dziesiątki razy, bo oni musieli zrobić zdjęcie, inni się wściekali – Pierd…one Kółko Fotograficzne – krzyczeli – jedźmy! Kiedyś wracałyśmy z Magdą z targu, ta zobaczyła, jej zdaniem wyjątkowo piękne pole słoneczników. Zażądała – wejdź w te słoneczniki, zrobię ci w nich zdjęcie. Posłusznie wykonałam. – Zdejmij bluzkę krzyknęła, bo będzie ładniej i odwróć się plecami, będzie zdjęcie „goła baba w słonecznikach’, dołu nie będzie widać, ale zdejmij i dół na wszelki wypadek no i stań tyłem. Wykonałam. Tyle że to była uczęszczana droga. Samochody się prawie pozderzały, ja pospiesznie ubierałam się biegnąc w słonecznikach. Dobrze, że nie wezwali policji. Zdjęcie wyszło beznadziejne, zdaniem Magdy. Magda. No i mimoza i Magda. Te mimozy! Każdego roku mimozy, Magdy miłość. Ile podróży samochodem ze śpiewającą Magdę i zachwyconymi jej śpiewem moimi synami. … Oj . Zasypiam na nowo. Lepiej spać i nie myśleć.
Eleonory i Feliksa - wszystkiego dobrego
W Teatrze Polskim ostatnie spektakle ” Wiśniowego sadu” w mojej reżyserii. Jestem dumna z tego przedstawienia. Ale magia teatru polega miedzy innym na tym , że trwają, istnieją, kiedy są grane, każde jest inne w pewien sposób, bo to też magia chwili . Przestają istnieć zdjęte ze sceny. Recenzje i wspomnienia, nie mają większego znaczenia , bo nie oddają nawet w minimalnym stopniu tej magii. Opisy czasem je przybliżają, rejestracje dają namiastkę, bo to nie to samo co odbieranie spektaklu na żywo, poza tym kamera to subiektywne oko reżysera rejestracji.
Jednak kiedyś, kiedy pracowaliśmy nad ” Mężem i żoną ” Fredry w Teatrze Powszechnym w reżyserii Krzysztofa Zalewskiego, udało mi się dotrzeć do 20 minutowego nagrania legendarnego przedstawienia z Janiną Romanówną w roli Elwiry w reżyserii Bohdana Korzeniewskiego, do roli Elwiry się przygotowywałam. Nagranie było nieme, tylko minuta była z dźwiękiem. Spojrzałam na wielką Romanównę i z zachwytu umarłam. Mówiła zdanie puentujące jedną ze scen z Alfredem i natychmiast wybuchały oszałamiające brawa, ale jak je mówiła! ze zdumiewającą dla mnie akcentacją i modulacją głosu na przestrzeni ponad oktawy. Potem mówiłam zawsze to zdanie tak samo, zawsze miałam brawa. Geniuszka. Był tam też fragment sceny z mężem, sceny po jego powrocie z kart. Grała genialnie, wyszywała na tamborku i za każdym razem kiedy mąż nie patrzył na nią, chciała go tą igiełką ukłuć w powietrzu, cudowne. Naiwne, zabawne, urocze i oddające wiernie jej uczucia i styl przedstawienia. Tego nie umiałam potem powtórzyć.
Lata później przygotowywałam się do zagrania roli Jadwigi Stańczakowej w filmie „Parę osób, mały czas” Andrzeja Barańskiego. Żyje rodzina pani Stanczakowej, rozmawiałam z nimi, grałam w Jej okularach, kamizelce, koralach, które dostała w prezencie od Białoszewskiego, ale dopiero kiedy zobaczyłam dosłownie sekundowe nagranie z występu Teatru domowego stworzonego przez pana Mirona, w których to przedstawieniach uczestniczyła pani Jadwiga, doznałam olśnienia i wiedziałam wszystko ( no tak się mówi), wiedziałam o Niej nagle dużo.
Kocham nagrania, zdjęcia, niemych świadków chwil i zdarzeń. W komputerze Magdy Umer wiem, że istnieje zaklęte tysiące chwil. Na szczęście są. Mam w swoim komputerze część z nich, tylko część. Oglądam je jak mi smutno.
Symeona i Konstancji - wszystkiego dobrego
Nie ma Magdy. Nie można się pogodzić i ani na chwilę zapomnieć. Jakby czas z Nią stał w miejscu, nie daje się poruszyć.
Znała wszystkie wiersze świata, mówiła je z pamięci, wszystkie teksty piosenek. Nieomylnie wyłuskiwana te najlepsze, te ważne, te znaczące. W ważnych chwilach lub niecodziennych sytuacjach przychodziły Jej do głowy, cytaty, zdania, frazy i ustawiały sensy chwil w człowieczym porządku.
Ja nie pamiętałam nic , tylko wrażenia i uczucia, jak to aktorka.
Kiedy zaczynałyśmy próby do „ Zapisków z wygnania” przyniosła propozycje tekstów , które chciałaby dodać do adaptacji. Wsród nich był wiersz Wisławy Szymborskiej, „ Imiona” , powiedziałam – Magda, do tego jest muzyka! Kiedyś słyszałam jak śpiewała to jakaś młoda aktorka. Spojrzała na mnie z politowaniem – Tak, muzykę napisał Janusz Tylman i śpiewałaś to ty!
Magda dlaczego Cię nie ma? Co się stało?! Ta zawsze pełna szuflada z Tobą nagle pusta.
Anastazegoi - wszystkiego dobrego
Zima zmroziła i nasze serca i umysły. Mam uczucie , że wszyscy zajęli się sobą, bo co tu robić jeśli szaleńcy rządzą światem. Koszmar.
Ciepła i światła dla Ukrainy, póki co.
Urbana i Dariusza - wszystkiego dobrego
Długo mnie nie było bo życie odebrało chęć i wszelką potrzebę.
Dziś pogrzeb Magdy.
Renaty i Witolda - wszystkiego dobrego
Dużo telefonów i wpisów na fb po poniedziałkowej emisji KLBU KAWALERÓW. Także nowych postów i wiadomości w Internecie.
Dziś o 20:30 w TVP1 przypomnimy spektakl 🎭”Klub Kawalerów” w reżyserii i z udziałem Krystyny Jandy.
Na stronie TVP VOD znajdziemy również inne spektakle, które reżyserowała i w których zagrała 🎭”Damy i huzary”, „Śluby panieńskie czyli magnetyzm serca”, „Trzy siostry”, „Balladyna”, „Elektra”.
Linki poniżej:
🎭https://vod.tvp.pl/teatr-telewizji,202/damy-i-huzary,347774
🎭https://vod.tvp.pl/teatr-telewizji,202/sluby-panienskie-czyli-magnetyzm-serca-2003,345666
🎭https://vod.tvp.pl/teatr-telewizji,202/trzy-siostry-1974,293565
🎭https://vod.tvp.pl/teatr-telewizji,202/balladyna-1981,318992
🎭https://vod.tvp.pl/teatr-telewizji,202/elektra,308894
🎭https://vod.tvp.pl/teatr-telewizji,202/zapiski-z-wygnania,1290343
Andrzeja i Ludomira - wszystkiego dobrego
25 lat temu zrealizowałam dla Teatru TV Michała Bałuckiego „ Klub kawalerów”. Obsada do dziś przyprawia o zawrót głowy :
Pracowali ze mną sami przyjaciele Dariusz Kuc ( nie żyje) który był autorem zdjęć, Maciek Maria Putowski ( nie żyje) autor scenografii, Dorota Roquplo kostiumy, Marta Broczkowska opracowanie muzyczne, Milenia Fiedler montaż, Elżbieta Turska była moją asystentką, a producentem całości mój ukochany , nieodżałowany Paweł Rakowski którego też już nie ma.
Reżyserowałam w kostiumie, na obcasach, w kapeluszu z wielkim piórem bo grałam jednocześnie Dziudziulińską i padałam z nóg , kręciliśmy uzdrowisko w Wilanowie, szaleństwo jesieni i kolorów i tam scenę nocnego balu. Pamiętam to całe zamieszanie o 4:00 nad ranem podszedł do mnie Jurek Stuhr i zapytał: panujesz jeszcze nad wszystkim, czy lecimy na „ luźne koło” ? Odpowiedziałam- panuję, spokojnie, no i jest kolo mnie Darek Kuc, z którym kochałam pracować, ale który akurat tej nocy miał żywy konflikt z roniącym dzwięk Wackiem Pilkowskim, też moim serdecznym przyjacielem.
zobaczę to przedstawienie dziś wieczorem, po latach, z rozczuleniem i tysiącem wspomnień. A 24 listopada zaczynam próby „ Klubu kawalerów” w Och- Teatrze w brawurowej także obsadzie z premierą planowaną na połowę lutego 2026. Siadłam znów do nowego opracowania tekstu, co konieczne i….będziemy się bawić raz jeszcze, po latach. Dla Waszej przyjemności i ku zapomnieniu trosk codzienności. Oby nam się udało.
Kocham postaci Bałuckiego i jego złośliwe poczucie humoru . W Teatrze Polonia przed laty zrobiłam „ Grube ryby” , dwa lata temu w Teatrze Polskim „ Dom otwarty” grany do dziś.
Dobrego dnia. Dziś wieczór 20:30 w Teatrze TV program 1
Sewera i Gotfryda - wszystkiego dobrego
Ostatnio wiele zaproszeń do podcastów, wywiadów, telewizji. Jeśli czas mi na to pozwala przyjmuję je, bo tego rodzaju „ kontakt” z publicznościà to ta druga znacząca strona zawodu, ważna, także w znaczeniu reklamowym dla naszych teatrów. Problem w tym , że kiedy ja opowiadam czy raczej odpowiadam na pytania autoironicznie i lekko, media potem przerabiają i interpretują moje zdania jak im wygodnie , w każdym razie w innym tonie. No cóż, dziękuję i za to. Ukłony.
ŚWIAT GWIAZD
Smutne, jak ludzie traktują Jandę. To się w głowie
Czy naprawdę zasłużyła na to, co dziś ją spotyka? Jedna z najbardziej rozpoznawalnych kobiet polskiej kultury od lat musi mierzyć się z falą hejtu, jakiej trudno nie zauważyć. A przecież to ktoś, kto od pół wieku pracuje dla widzów, często kosztem siebie.
Od debiutu do legendy
Krystyna Janda jest obecna w polskiej kulturze od niemal pół wieku. To czas, w którym z artystki młodego pokolenia stała się żywą legendą. Od debiutu w Człowieku z marmuru Andrzeja Wajdy w 1976 roku minęło już prawie pięćdziesiąt lat, a jej obecność w przestrzeni publicznej nie tylko nie słabnie, ale nabiera nowych znaczeń.
Ostatnie dwie dekady jej życia to przede wszystkim praca – ciężka, systematyczna, często niewidoczna zza kulis. W 2005 roku założyła Teatr Polonia, a kilka lat później Och-Teatr. Obie warszawskie sceny działają dzięki jej uporowi i konsekwencji, stając się ważnym punktem na mapie stolicy. Dla Jandy to nie tylko miejsca występów, ale projekty życia – przestrzenie, w których można mówić o sprawach ważnych i dawać widzom to, czego często brakuje w kulturze masowej: autentyczność.
Janda wielokrotnie podkreślała, że prowadzenie teatrów to jej najważniejsze zadanie. To właśnie tam inwestuje energię, czas i doświadczenie. Wciąż występuje, reżyseruje, czuwa nad repertuarem, wspiera młodych artystów. Jej dni są wypełnione obowiązkami, a mimo to nie traci zapału. Nie ściga się z modami ani z nowymi nazwiskami. Pozostaje jedną z najważniejszych postaci polskiej sceny, konsekwentnie wykonując swoją pracę z profesjonalizmem i poczuciem odpowiedzialności za teatr oraz publiczność.
Gdy świat się zatrzymał
Śmierć Edwarda Kłosińskiego w 2008 roku była dla Krystyny Jandy momentem przełomowym. Straciła nie tylko męża, ale też najbliższego towarzysza życia i pracy. Kłosiński – wybitny operator filmowy, współpracujący z Andrzejem Wajdą czy Agnieszką Holland – był dla niej oparciem i partnerem w najpełniejszym znaczeniu tego słowa. Po jego odejściu Janda została sama z teatrem, obowiązkami i codziennością, która musiała toczyć się dalej.
W rozmowie w audycji Zmałpychwstanie w Polskim Radiu RDC aktorka przyznała:
Jestem osobą spokojną, zrównoważoną i spełnioną. Nie mam jakichś tęsknot. Nie marzę o miłości, mam towarzystwo. Mam wielu przyjaciół, przede wszystkim tych młodych w fundacji, którzy są koło mnie i którzy patrzą na mnie. Muszę uważać, co robię, jak się zachowuję, jednak jestem głową tej fundacji i to dyktuje sposób funkcjonowania. Nie odczuwam żadnych braków
Po śmierci Edwarda Kłosińskiego Krystyna Janda na nowo układała swoje życie – bez partnera, ale z niezmiennym rytmem pracy. Otaczają ją młodzi ludzie z fundacji i teatrów, mówi o nich z ciepłem, jak o swojej drugiej rodzinie. To dzięki nim trzyma tempo, mimo że życie nie zawsze bywa dla niej łaskawe.
Ledwo wzięła rozwód, a już ogłasza cudowną nowinę. Oświadczenie Kaczorowskiej wstrząsnęło fanami
Lech Wałęsa w szpitalu! Biuro wydało pilny komunikat w jego sprawie
Tuż przed finałem zmieniają reguły w „TzG”. Wszystko przez Kaczorowską i Rogacewicza
Teatr pełen ludzi, internet pełen hejtu
Choć na scenie wciąż ma pełne sale i życzliwą publiczność, w internecie sytuacja wygląda zupełnie inaczej. W rozmowie w Polskim Radiu RDC, Janda mówiła o hejcie, który spotyka ją od lat.
Po pierwsze przestałam czytać komentarze – wyznała. Czasem to jest taki ściek, że to się nie mieści w żadnej kategorii, dlatego przestałam to zwyczajnie czytać. Nie usuwam tego, niech to sobie zostanie, to jest znak czasu. Jakieś incydentalne rzeczy, że ludzie wychodzili, ale szybko publiczność sobie z nimi dawała radę. Jak staliśmy razem z Maćkiem Stuhrem na scenie, to przeciwko naszej dwójce ktoś tam, coś tam… To wtedy natychmiast publiczność na sali to regulowała. Poza tym, do naszego teatru nie przychodzi „tamta” strona. Nie sądzę, żeby na widowni byli ludzie, którzy robią te wpisy internetowe. Zawsze były pełne sale i zawsze miałam partnera do rozmowy na poziomie scenicznym
W teatrze tego nie doświadcza. Jeśli zdarzy się jakiś problem, widownia reaguje od razu i przywraca porządek. „Tamta strona” po prostu nie przychodzi na jej spektakle. Dzięki temu scena pozostaje dla niej miejscem, gdzie może spokojnie pracować i rozmawiać z widzami.
Janda rzadko bywa w mediach publicznych, ale czasem zgadza się na wywiady, żeby dotrzeć do widzów. Przyznaje, że każdy gest i słowo mogą wywołać krytykę, podobnie jak u innych twórców, np. Olgi Tokarczuk. Mimo intensywnej pracy zawodowej prowadzi normalne życie, unikając rozgłosu.
Nie prowokuję, bo nie bywam nigdzie prywatnie. Nie chodzę na premiery, właściwie nie chodzę do restauracji i kawiarni. Oczywiście chodzę po mieście, robię zakupy, ale robię to w Milanówku, gdzie mnie wszyscy znają i zdarza mi się pobiec po chleb w pidżamie.
Feliksa i Leonarda - wszystkiego dobrego
Wczoraj w Olsztynie na Olsztyńskich Spotkaniach Teatralnych zagraliśmy ALEJĘ ZASŁUŻONYCH Jarosława Mikołajewskiego. Entuzjastyczne przyjęci, spektakl w świetnej formie. Publiczność akceptująca „trudne treści i niestandartowy język” rozumiejąca konwencję tego przekazu. Dla mnie wciąż kiedy to gram, zagadnienie oceny, kto zasługuje na pozycję wybitnego czy zasłużonego, jaki artysta i kto to ocenia, kto o tym decyduje, to temat naczelny. Uwielbiam ten tekst i pokłady jego tematów w niekonwencjonalnej interpretacji Mikołajewskiego. Jego gorycz i bezkompromisowy sposób traktowania śmierci, miłości i oceny „artyzmu”. Uwielbiam to grać. W zalewie wszech panującego banału i braku kryteriów, bezrefleksyjnego katolicyzmu i powtarzanych „ klisz” na tzw tematy ostateczne, ten tekst jest jak świeże powietrze. Mam nadzieję że to jeszcze pogramy czas jakiś.
W poniedziałek uśpiłam Benka, prawie 20- letniego naszego psa. Nie mogę się pozbierać. Tak smutno w domu i taki żal. Odszedł jeden z najważniejszych członków naszej rodziny, pies , który mam wrażenie, jako ostatni był moim łącznikiem z dawnym życiem sprzed śmierci męża i mamy.
Dziś LILI i lektury sztuk, mam ich do przeczytania około 10 w trybie pilnym bo autorzy czekają. Może spotkam coś co mnie „ zatrzyma” lub coś „ przydatnego” fundacji , naszym teatrom i publiczności. Jestem ciekawa nowego Turriniego.
dobrego dnia.
Sylwii i Huberta - wszystkiego dobrego
Dziękuję Chochlikowi Kulturalnemu 🌷Trzydzieści pięć lat temu Krystyna Janda po raz pierwszy oficjalnie stała się „Shirley Valentine”. Napisałem kiedyś te słowa i nie zamierzam ich nigdy zmienić: Niesłabnąca popularność tego spektaklu każdego artystę wprawiłaby w osłupienie. Bo w końcu ile razy można stawać się tą kobietą, która na przekór światu pojedzie do Grecji i będzie wcinała oliwki, chociaż szczerze ich nie znosi? Ile ziemniaków można obrać na scenie, ile jajek usmażyć? Niby obudzona w środku nocy Janda mogłaby być Shirley na zawołanie, ale przecież to się może znudzić. Faktem jest jednak, że kiedy pojawia się na scenie, nie ma żadnych wątpliwości: to nie Janda a Shirley Valentine, Po prostu. Prawdziwa do bólu, trochę śmieszna, trochę smutna. Identyfikują się z nią kolejne pokolenia kobiet i mężczyzn. Wszystkim im Janda daje nadzieję, że jeszcze będzie piękniej.
Słuchając Shirley, jej opowieści o znienawidzonej, a potem ukochanej Marjorie Major, o dzieciach, mężu, o pierwszym wyjeździe do Grecji, niezależnie od tego, kim jesteśmy, łapiemy się na tym, że to przecież samo życie. I choćbyśmy nie wiem jak się śmiali, to w konsekwencji smutek z powodu pewnych zjawisk i zdarzeń i tak nas dopadnie. Ale jeśli chociaż jedną osobę na sali Shirley namówi, żeby spakowała paszport, bilet i pieniądze, po czym ruszyła na podbój świata, to niezależnie od tego, czy ktoś pojedzie do Grecji czy tylko do cioci pod Warszawę, będzie to znak, że Krystyna Janda zmieniła kolejne życie. Tak sobie myślę, że takich zmian ma już na koncie bardzo wiele.
Widziałem „Shirley” wiele razy, choć ostatnio notuję coraz dłuższą przerwę…. Niby znam tekst prawie na pamięć, a wciąż trzymam kciuki, żeby tej kobiecie się udało i za każdym razem, gdy w drugim akcie podnosi się kurtyna, a Shirley jest tam, gdzie zawsze marzyła, by być, głośno wypuszczam powietrze z płuc. Ze szczęścia oczywiście.
Są takie spektakle, na które zawsze sprzedają się wszystkie bilety. Są takie artystki, które w ich popisowych rolach chce się oglądać po raz piąty, dziesiąty, piętnasty i więcej. Cóż, na wieki wieków Shirley! Co, nie, ściana? 😉
fot. Adam Kłosiński