19
Maj
2007
10:54

dziennik 2007-05-19 10:54:05

Jestem "w gorącej wodzie kąpana", jak to się dawniej ładnie mówiło. Zamiary – już, pomysły- natychmiast, pomagać – już, przestrzec kogoś – już, angażować do roli – już, działać , działać , działać. Wszytsko wydaje się realne , proste, do zrealizowania , o problemach które muszą się zdarzyć po drodze, wysiłku, stresie nie myślę. To wliczone w koszta, i bez zbytniej egzaltacji to nazywając – oczywiste.
Dyrektor teatru POLONIA, pan Roman Osadnik, który współpracuje ze mną od prawie dwóch lat, wysłuchuje moich pomysłów i zaleceń, odczekuje dzień, a potem dopiero pyta czy ma je na pewno wprowadzać w czyn. Bardzo roztropny człowiek.

Wiele rzeczy teraz mnie przerasta, co jakiś czas coś oburza, nie rozumiem absurdu pewnych sytacji dla mnie prostych, uważam że trzeba rzeczy zaaranżowac, ułożyć, i nie wchodzi w moje rachuby ani niechęc innych, ani lenistwo ani zła wola. Nie biorę tego w ogóle pod uwagę. Podłość wykluczam z zasady, głupote uwzględniam i uważam że jest do przeskoczenia. Ale, coraz częściej, staję bezradna., opuszczam ręce, myślę , jutro będę miała więcej siły. To co na scenie najważniejsze, sprawy artystyczne, reszta jakoś się ułoży. I tylko co jakiś czas wybucha we mnie gniew na besliność i poczucie niesprawiedliwości, bo przecież sprawy są pozornie proste i logiczne… Uspakajam sie na scenie. a zawsze, zawsze ratuje mnie poczucie humoru, w każdej sytacji. Potrzeba śmiania się z samej siebie i z kłopotów.

Marta Bartkowska, PR teatru i moja asystentka, przychodzi z listą spraw każdego dnia i mówi przesadnie spokojnie i niby od niechcenia – wydaje mi się że powinna pani się zastanowić nad… tym, tym , tym i tym … dobrze byłoby gdyby pani to to to i to, a czasem kiedy już mam naprawdę wszystkiego dosyć wpada w mój nastrój, przejmuje wysoce naganne słownictwo i pyta …. To to to to i to – srrrrr…my na to, czy bardzo nam się to podoba?

Reszta „załogi” także nauczyła sie śmiać i cytuje mnie z uśmiechem – Jak mówi "pani prezes", to jest Teatr otwartych drzwi i okrągłego stołu… a potem wybiegają za mna na podwórko żeby zobaczyc czy znów zarysuję samochód wyjezdżając z impetem żeby coś załatwić….A na co dzień, wszyscy, absolutnie wszysycy, na czele ze mną, wyskakują ze skóry i na scenie i w kulisach i w biurze i w kasie, żeby było "dobrze". Żeby to co od nas zależy było perfekcyjne. To co sie zdarza na scenie , jest najważnijesze, wciąż im powtarzam. To musimy szanować i o to dbać.

Ostatnio usłyszałam bardzo taktowne, od wysokiego urzędnika państwowego … bo przecież, nie można być primadonną we własnym teatrze … prawda? – Można – odpowiedziałam zupełnie spokojnie i nawet wcale się nie zdenerwowałam. No naprawdę, ile to faceci na stanowiskach potrafią mieć wdzięku!

Są dni, kiedy ilość problemów i niespodzianek jest taka ze wszyscy mamy dosyć… ja jestem bliska zejścia… a potem, najczęściej, tuż przed wejściem na scenę myślę – Aaaa,( przepraszam za słowo) sram na to, damy sobie radę i … wychodzę grać. I to jest najważniesze, ten czas, ten moment, ta pozornie – abstrakcja.

Wczoraj bardzo dobry spektakl " Dzczęsliwych dni", Jurek Trela dostał brawa po zaśpiewaniu " Usta milczą .." tak to było czułe, piękne, słodkie i ludzko kojące. Dziś " Darkroom" i tyle.

Dobrego długiego dnia.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.