Mój syn czyta „Lalkę” Bolesława Prusa, a ja obserwuję go w tym czytaniu od kliku dni, bo to przecież kolejna lektura co to jak kamień milowy w życiu. Pierwszy Szekspir, pierwszy Mickiewicz, pierwszy Dostojewski… wiem przecież, jak zmienia się człowiek od każdej z tych lektur, jakie następują zmiany w "mózgu" i sercu, skoki na drodze rozwoju… Wiem, że po każdej z takich lektur będę miała do czynienia z ”innym synkiem”, z trochę jednak odmienionym młodym człowiekiem. Tak więc „Laka” i Wokulski. Początek wyglądał jak tortury, jak męka, wymyślna męka. Gdyby Prus wiedział, w jakich pozycjach, miejscach i z jakim jękiem będą go czytać w maju roku 2007, zastanowiłby się nad tym, co pisze. Po dwóch dniach jęki umilkły, a przy śniadaniu rodzinnym została stanowczo odrzucona przez poddanego torturom wizja skrócenia mąk, czyli – po poznaniu ponad połowy utworu w wersji drukowanej, obejrzenia dzieła na wideo. Jednak nasze narady, którą ekranizację warto dziecku podsunąć – czy Dmochowski czy Kamas, czy Beata Tyszkiewicz, czy Małgosia Braunek, czy Has czy Ber, bo u Bera kreacja Pawlika i muzyka Kurylewicza, a Has to wspaniałe dzieło, jednak raczej adaptacja a nie ekranizacja, pominął wiele wątków itd…itd…, wszystko to zostało przecięte krótkim: "Nie – będę czytał dalej, książka i film to nie to samo!".
Wczoraj wieczorem, kiedy radykalnie podchodzący do obowiązków szkolnych młodzieniec brał kąpiel, zobaczyłam dyskretnie, że zostało do końca czytania sto stron, a ksiązka leży przy łóżku, gorąca tak, że aż paruje. W nocy paliło się w pokoju czytającego światło, choć termin przeczytania lektury upływa dopiero w poniedziałek 21 maja.
Panie Bolesławie, chyba odniósł pan sukces i zwyciężył Pan z najnowszym J.R.R. Tolkienem „The children of Hurin”, którego to książka leży obok łóżka porzucona niespodziewanie w połowie, a była sprowadzana z Londynu natychmiast po ukazaniu się, po zapadnięciu decyzji, aby czytać ją w oryginale i nie tracić czasu na czekanie na polskie tłumaczenie.
Gratuluję panie Bolesławie, gratuluję!
Dobrego dnia. Dziś u mnie „Szczęśliwe dni” po dłuższej przerwie i spotkanie z Jerzym Trelą. Zaraz, zaraz, czy on nie grał czegoś w „Lalce”? Chyba nie.
Dobrego dnia.