Moi znajomi, światli, wykształceni, zamożni, cudowni, szczęśliwi ludzie acz bezdzietni, jakiś czas temu po dwuletnich perturbacjach, drodze krzyżowej, jaką przeszli z naszym systemem pomocy społecznej i systemem prawnym, wzięli do siebie na wychowanie, dwoje dzieci z dwóch różnych domów dziecka, rodzeństwo, jako rodzina zastępcza. Właśnie dowiedzieli się, że ich matka porzuciła znów, przed chwilą, jeszcze w innym domu dziecka, trzecie, najmłodsze, chłopczyka. Zaczęli się starać, aby móc i to najmłodsze dziecko wziąć do siebie, wychowywać z rodzeństwem (każde ma innego ojca)… ale będą kolejne kłopoty, matka dzieci zmieniła zdanie w międzyczasie i się nie zgadza. Nie zgadza się na nic. Jak pojąć ten świat?
Jadę do Wrocławia.