Wczorajszy spektakl Wesela, odniósł spektaklularny sukces. Co to znaczy tłumaczyć nie będę bo nie warto, zważywszy wagę samego tekstu, powiem tylko, że dzieci były jako aktorzy sprawniejsze i lepsze niż rodzice „profesjoionaliści”. Pragnę natomiast zawiadomić, że utwór Stanisława Wyspiańskiego Wesele, jest wielkim nieblaknącym brylantem, nawet w „pobieżnej” interpretacji, nawet okrojony poraża siłą, aktualnością i urodą. Genialne dzieło, które wczoraj zabrzmiało na nowo z nowymi znaczeniami i konotacjami ze współczesnością. Zasługuje aby rozpocząć na nowo w glorii pochód przez polskie sceny, w nowych wykonaniach, niosąc piękno i wciąż aktualne znaczenia i wieczne prawdy o nas Polakach. Wielki, wielki utwór.
Przypominając wczorajszy wieczór chciałabym powitać pana prof. Barlczyka jako nowy filar zespołu, panią Ewę Markowską, która niesłusznie dotąd odmawiała udziału jako aktorka w dwóch poprzednich inscenizacjach, pana Jarosława Gajewskiego, którego Jasiek wczorajszego wieczora był wielce znacząca rolą, jego interpretacja zawisła nad nami jak pięść grożąca z nieba i kazała na wszystkim i tym na widowni i tym na scenie zadumać się nad główną, wydaje się, przywarą narodową – alkoholizmem. Chciałabym także wymienić pana Pawła Edelmana z wdziecznym sercem, bo jego zaczarowane światło dodało niezwykłego uroku całości.
Reżyser oraz panowie i panie dotąd grywający w poprzednich premierach Teatru Narodowego w Kaniach – panowie Olbrychski, Radziwiłowicz, Zamachowski, Warchoł, byli na znanym dotąd poziomie tak jak i panie Telega, Justa, I ja – sługa uniżona, dzieci przyćmiły obecność ich wszystkich, a zdanie konczące tę inscenizację – Miałeś chamie złoty róg – usłyszane z ust dziecka poraziło oskarżeniem.
Muzyka pan Stanisława Radwana odrealniła całość i pozbawiła ją przyziemengo
nieznośnego realistycznego, znaczonego czasem, wydźwięku.
I jeszcze jedno, czarne kostiumy w tej inscenizacji zdumiewały, wydawało się, że znaczą coś więcej niż znaczyć miały czy powinny, a w kontraście do tego, kontusz i lisia czapa na Wernychorze zastanawiała, tak jak i czerkiewski płasz na Kliminie. Czyżby chodziło o coś czego nie udało mi się dostrzeć?
W każdym razie wczorajszy wieczór wywołał i we mnie i w widzach – co głośno wypowiadali i za co dziękowali – wdzieczność, za przypomnienie wielkiego dzieła naszej narodowej literatury. Dzieła pełnego ironii i gorzkiego poczucia humoru, które tak nam wciąż potrzebne i tak nam się podobają.
Dołączam kilka pierwszych zdjęć autorstwa Krystyny Demskiej.
Dobrego dnia.