CELEM CZŁOWIEKA JEST SPOCZĄĆ W IDEI. Platon
Zdumiewa mnie ta „Shirley”, wciąż pełno, wciąż jest na to publiczność, wtorek poświąteczny, pełno….Ja gram z przyjemnością Bogu dzięki, bawi mnie za każdym razem i sprawia przyjemność, ale i zdumiewa jej teatralne życie, wymyka mi się właściwie z rąk i świadomości. Gram, gram ją najlepiej i najmądrzej jak umiem, staram się trzymać spektakl w „szlachetności” nie „odpuszczam” nie naciskam żartów, wypełniam trudniejsze mniej śmieszce fragmenty, prowadzę z naciskiem temat główny, mimo że wtedy publiczność milknie i cichnie, nie ułatwiam oglądania, komplikuję ją, niuansuję i synkopuję puenty żeby nic nie było aż tak oczywiste, w ten sposób jest coraz bliższa mnie, drugi akt już właściwie miesza tekst i postać Shirley ze mną i z sytuacją teatralną, w drugim akcie Shirley ma już i moje poczucie humoru i moją ironię, a jest to dalekie od postaci która zaczyna spektakl, kiedy opowiadam coś „od niej” biorę w nawias….Ciekawe, co mnie z nią jeszcze czeka, jakie niespodzianki i jak długa jeszcze przygoda. Będę grała tak długo jak życzy sobie tego publiczność i dopóki będę uznawać, że spektakl jest w kondycji, ale….No nic, niewątpliwie jest to fenomen, z którym i ja sobie czasem nie radzę… ta postać, ta kobieta, jej sytacja i problem ma zdumiewające życie i porozumienie z publicznością.
Ludzie czy Wy pracujecie żeby żyć, czy żyjecie żeby pracować? Bo aj się nie mogę zdecydować, ale ja mam trudno, bo właściwe granie to dla mnie życie, jestem kropce…O, do cholery, jednak bez przesady! Żyję i pracuję równolegle, co to za problem!? Co to za głupio postawione pytanie!?
Dobrego dnia.