09
Grudzień
2005
08:21

dziennik 2005-12-09 08:21:00

WŁAŚCIWA MIARA JEST PEWNIEJSZA OD NADMIARU. Demokryt

Moje ostatnie cztery dni:

– Halo, dzień dobry, Krystyna Janda przy telefonie. Czy dodzwoniłam się do sekretariatu pana Z.?

– Tak, słucham.

– Czy mogłaby mnie pani zapisać na spotkanie z panem Z.?

– Niestety, osobą odpowiedzialną za umawianie z panem Z. na spotkania, spotkania z interesantami oczywiście, jest pani D., podaję telefon ……Proszę tam dzwonić.

– Dlaczego? Zawsze dotąd to sekretarka umawiała na spotkania z poprzednikiem pana Z.?

– Ale teraz są zmiany. Proszę dzwonić pod telefon, który pani podałam. Do widzenia.

Dzwonię trzy dni bez przerwy pod podany numer telefonu. Trzeciego dnia upieram się i dzwonię bez ustanku. Po dwóch godzinach ktoś podnosi słuchawkę.

– Halo, mówi Krystyna Janda, chciałabym…

– Nie słyszy pani, że ten telefon nie odpowiada?!

Buch słuchawką.

Inny sekretariat, inny urzędnik państwowy:

– Halo, dzień dobry, Krystyna Janda przy telefonie. Czy mogłabym się umówić z panem dyrektorem N.?

– Na spotkanie z panem dyrektorem umawia pan pod numerem…

– Nie, nie, dziękuję, to ja przydaję sama, tak będzie najlepiej. Do widzenia.

Przyjeżdżam. Strażnik. Dowód osobisty. Zapisywania w księdze. Znów sekretariat.

– Czy mogłaby mnie Pani umówić z dyrektorem…

– Mówiłam pani, z dyrektorem umawia się w pokoju 336a.

– Dziękuję.

Pokój 336a. Siedzi dwóch panów.

– Dzień dobry.

– Słucham panią.

– Chciałabym dostać termin spotkania z dyrektorem N.

– Proszę usiąść.

Obaj panowie wyjmują jakieś zeszyty.

– W jakiej sprawie chciałaby pani zobaczyć się z dyrektorem N.?

– W sprawie mojego teatru.

– Ale konkretnie o co chodzi?

– Panom mam to wszystko teraz najpierw powiedzieć?

– Tak.

– Ale ja nie mam ochoty. Panowie są selekcjonerami?

– Takie są procedury.

– Ale już jak wchodziłam, musiałam pokazać wszystkie dokumenty i podać numer buta i bielizny- żartuję.

Panowie się w ogóle nie uśmiechają.

– Jest księga wejść i wyjść. Takie są procedury.

– Ale to zwykły urząd, powołany, aby załatwiać sprawy interesantów. To nie MSW, ani MSZ ani urząd wojskowy…

– Takie są procedury.

Zeznaję wszystko, jak na spowiedzi, opowiadam o swoich kłopotach, pokazuję dokumenty. Panowie wyraźnie nie znają się na tym, nie mogą mi poradzić.

– To, kiedy mogę zobaczyć się dyrektorem N.

– Proszę podać jakieś numery kontaktowe, oddzwonimy do Pani.

Podaję mój najtajniejszy numer telefonu komórkowego, bo boję się stracić szansę spotkania z dyrektorem N.

Wchodzę do kolejnego urzędu. Do Ministerstwa Środowiska. Kolejka, każdy długo coś zeznaje szeptem, potem odchodzi smutny lub pokazuje dokumenty, dostaje przepustkę i kieruje się do bramek elektronicznych oblepionych strażnikami. Ja pokazuję druk, z którym wysłał mnie inny urząd, a raczej, który „pobrałam” ze strony internetowej innego urzędu, jako obowiązkowy do wypełnienia i podstemplowania. Kierują mnie gdzieś. Wchodzę do wskazanego pokoju. Pani wpada w panikę na widok druku. To nie ja ! To nie ja ! – A kto? – zadaję pytanie. – Nie wiem, nie wiem, niech pani idzie do sekretariatu. Pani w sekretariacie kieruje mnie do innego pokoju. Korytarze, korytarze, drzwi, drzwi, pozamykane, cisza. Wchodzę do jakiegoś kolejnego pokoju. Pokazuję druk.

– Proszę Pani, nie ma w ogóle takiego ministerstwa.

– Ale to jest druk wzięty ze strony internetowej innego ministerstwa.

– Nie ma ministerstwa ochrony środowiska, jest ministerstwo środowiska.

– Ale tu trzeba tylko napisać „nie dotyczy” i wszystko. Bo wszyscy wiedzą, że nie dotyczy. Trzeba tylko podstemplować.

– Ale to nie my.

– A kto?

– Województwo.

– A gdzie to jest?

– Zaraz pani pokażę…

Jadę do kolejnego urzędu. Trafiam do odpowiedniego pokoju. Pani na widok druku wpada w złość.

– Ja już tysiąc razy mówiłam, że te druki są bez sensu! Ja nic nie opiniuję! Ja tylko mogę napisać, czy remont nie dotyczy, ale nie opiniuję, nic. Ludzie mi tu do opinii przynoszą całe stosy skoroszytów z całymi projektami, do opinii!

– A napisze mi Pani, że nie dotyczy?

– Napiszę. I trzeba mapkę…

Wychodzę. Wiozę zdobyty dokument na drugi koniec Warszawy.

– Dzień dobry. Przywiozłam ten brakujący dokument.

– Naprawdę? Tak szybko?

– Tak podobno rozpatrywanie wniosków opóźnia się z powodu braku tych dokumentów u każdego.

– Tak. Ale i tak to nic nie przyśpieszy.

– O Boże! A kiedy będą rozpatrywane?

– Może późną wiosną.

– O Matko! A miały być do końca tego roku!

– Nie, wszystko opóźnione z powodu tego dokumentu. A potem procedury trwają kilka miesięcy, więc około października, listopada będzie jakaś odpowiedź.

– Z powodu tego dokumentu?

– Tak.

– Ale ja tyle pieniędzy wydałam na napisanie tego wniosku, ekspertyzy, kosztorysy, plany, to kosztowało gigantyczne pieniądze.

– Tak każdy, pani nie jest jedyna.

– I teraz rok trzeba czekać na decyzję? Rok to bardzo długo.

– Tak ma każdy…

Wychodzę. Pada deszcz. Tak się powinien zaczynać film o kimś, kto wyjeżdża na wycieczkę do Afryki – myślę… Dzwoni telefon.

– Co ty robisz, nie ma Cię w ogóle, nie wiemy co robić, wszystko tu stoi.

– Załatwiałam ten dokument, co wiesz, wszystko opóźnia.

– I co? Masz go?

– Tak, ale to nic nie zmienia.

– A jaki to dokument? O co chodzi?

– To dokument, który mówi, że remont dawnego kina POLONIA i zamiana na teatr POLONIA nie przeszkodzi wędrującym ptakom w dorzeczu Wisły. I że gdybyśmy mieli w teatrze strych, a na nim był nietoperz, to zobowiązujemy się nie remontować tego strychu, zostawić nietoperza w spokoju, albo zabezpieczyć go i jego gniazdo, wezwać odpowiednie służby i przenieść go w bezpieczne miejsce.

– Ale my nie mamy strychu!

– No i właśnie nie dotyczy, jest napisane.

– I to opóźnia rozpatrywanie wniosków o rok?

– Tak.

– Wracaj już, bo my tu mamy problem.

– Ja nie mam i co więcej jestem spokojna, teraz wszystkie nietoperze są bezpieczne.

Dobrego dnia.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.