W domu mojej córki i mojego zięcia, są dwa koty i pies. Kot nr 1 – przygarnięty przez Marysię, kiedy była na pierwszym roku Akademii Teatralnej, urodzony gdzieś w piwnicy, przy ulicy Miodowej i dzielący przedtem z Marysią całe studenckie życie także; kot nr 2 – nie wiem, skąd się wziął, ale jest dużo młodszy i podobny do kota nr 1, a ja ich nie odróżniam. Pies o imieniu LULU, suczka z przytułku, ze schroniska na Paluchu, wzięta z potrzeby wewnętrznej tuż po założeniu rodziny i wprowadzeniu się młodej pary Marysi i Roberta do wspólnego mieszkania; kot na wspólne gospodarstwo. Do tego dwoje dzieci, a raczej przede wszystkim w tym domu, przed wszystkim innym, są dwie dziewczynki, małe, jedna ośmioletnia Lena i całkiem „nowa”, prawie roczna Jadzia.
Do całej tej menażerii jest jeszcze stale ktoś do pomocy, bo moja córka i jej mąż, oboje zapracowani, są w domu często gośćmi, dlatego więc stale jakieś panie, studentki, przyjaciele, ostatnio młoda dziewczyna z Ukrainy, która przyjechała do rodziny żyjącej tutaj w Polsce i zgłosiła się do Marysi jako pomoc przy dzieciach.
Tyle tytułem wstępu, bo opowieść będzie pozornie o czym innym, a opowiem ją za zgodą Marysi i jej męża, ku uciesze i przestrodze wielu młodych zapracowanych małżeństw, które na pewno odnajdą się w tej historii….
Dziewczyna pomagająca przy wychowaniu dzieci, dajmy jej na imię Oksana (bo ostatnio same Oksany z Ukrainy), ale tak naprawdę ma inaczej na imię (zmieniam specjalnie – dla spokoju), tak więc ta dziewczyna, Oksana, wychodzi co dzień z małą Jadzią i z psem LULU na spacer do parku, a potem zajmuje się dziewczynkami, aż przyjdzie z pracy mąż Marysi, Robert, bo Marysia najczęściej gra jeszcze wieczorem w jakimś teatrze. Za to rano Marysia jest dłużej z dziećmi itd. itp. Opisuję to tak dokładnie, bo ma to fundamentalne znaczenie w całym tym zdarzeniu. Z tej oto konieczności zyciowej i organizacji życia całe problemy i wieczne zamieszanie.
Niedawno Marysia musiała wyjechać na dwa dni z Warszawy, bo gra także w Szczecinie i na Wybrzeżu w teatrze, równocześnie z zajęciami zawodowymi w Warszawie. Pierwszego dnia jej nieobecności, wieczorem, zadzwonił do niej do Szczecina mąż i zawiadomił ją, że ma kłopot, bo Oksana zgubiła gdzieś psa, w parku. Psa, znaczy suczkę LULU. Marysia umówiła się z nim, że on jeszcze tej nocy zrobi wszystko, żeby LULU odnaleźć, natychmiast załatwi kogoś do pilnowania dzieci, jako że był wieczór i Robert był już z dziećmi sam, wyjdzie i będzie szukał całą noc, tak długo aż znajdzie. I tak się stało, jednak po całonocnych poszukiwaniach LULU się nie odnalazła. Zapanowała w rodzinie rozpacz nad rozpacze, wszyscy płakli w słuchawkach, a Marysia obiecała córce, że po powrocie i ona włączy się do poszukiwań, dadzą ogłoszenia do gazet, rozkleją ogłoszenia itd….
Pod koniec kolejnego dnia Robert zadzwonił do Marysi wracającej właśnie wieczornym pociągiem ze Szczecina do Warszawy, że Oksana, podczas kiedy on był w pracy, szukała LULU cały dzień i wieczorem, kiedy przyszedł do domu, w domu zastał psa, tyle że innego, trochę podobnego do LULU, ale nie całkiem i że to nie LULU na pewno, a on teraz znów nie wie, co robić. Marysia odparła na to, że będzie za dwie godziny w domu, wtedy się razem zastanowią i rozłączyli się. Była noc i Robert po poprzedniej nocy szukania LULU, umęczony zasnął jak kamień, nie zwracając na nic uwagi oprócz dzieci. Nocą Marysia prosto z pociągu weszła domu i zastała męża i dwie śpiące córeczki w całkowitym spokoju, pogrążonych we śnie, ale w korytarzu spotkała się z obserwującym ją uważnie całkiem nieznajomym psem… zupełnie niepodobnym do LULU! Stali podobno dłuższą chwilę naprzeciw siebie, wrogo nastawieni, aż on, bardzo inteligentny, do tego po kilkugodzinnym pobycie w tym domu, kiedy zdążył się zorientować, jak miły to dom i jak mu w nim dobrze, w cieple i z pełnym brzuchem, zrozumiał, że nie ma się co wygłupiać z wrogością i należy także z tą nową, obcą osobą, się zaprzyjaźnić. Starał się przypodobać Marysi na wszelkie sposoby. Ale ta była zrozpaczona nową okolicznością i twarda. Zadzwoniła do mnie:
– „Mamo,! Ja już nie mam siły! Obce kobiety wychowują mi dzieci, ja jeżdżę nocami jakimiś pociągami, gram coś po teatrach w całej Polsce, nie mam czasu na nic, ani dla rodziny, ani dla siebie, dom zaniedbany, zwierzęta też, Oksana zgubiła LULU a jeszcze do tego, nie uwierzysz Oksana zamiast LULU przyprowadziła jakiegoś innego psa! Co ja mam robić?!!! To się mogło zdarzyć tylko nam!”. Ja oczywiście zaczęłam mówić w odpowiedzi o sobie – „Znam to, miałam całe życie to samo, jak byłaś mała..” i zaczęłam, jak zwykle, opowiadać wszystkie najgorsze przypadki i przypominać kłopoty z gosposiami – złodziejkami, chorymi umysłowo, nieodpowiedzialnymi itd. itp., bo wszystko to rzeczywiście przeszłam, a raczej na to wszystko naraziłam Marysię, kiedy była mała. Marysia po wysłuchaniu tylko westchnęła, wszystkie te historie słyszała wielokrotnie, sama ich doświadczyła, będąc dzieckiem i przypominanie ich nie było żadną pomocą ani pociechą w jej sytuacji. Uznała, że ja jej nie pomogę i odłożyła słuchawkę, a pies obserwował to ożywiony, gotowy na przyjaźń, gotowy na wiele byle zostać i być nowym członkiem rodziny, spotkał sie jednak z niechęcią.
Marysia rano zadzwoniła raz jeszcze: -” Mamo, jaki to cham!!! Jaki bezczelny!!! LULU była miła i cicha, a ten biega i szczeka, kradnie, wyjada Jadzi z ręki wszystko. LULU nigdy tego nie robiła. LULU była dobrze wychowana, subtelna, oddana i wrażliwa, a to jest kawał prostaka, który się pcha, przed wszystkimi, przed dziećmi. Jest do tego cwany, udaje niewiniątko jak tylko patrzę na niego”. –” A co z LULU?” – zapytałam. „- No nic, mam wolny dzień, idę jej szukać, dam ogłoszenia, muszę ją znaleźć. Lena płacze i pyta, gdzie jest pies, wszyscy się martwimy. Zaraz przyjdzie Oksana to z nią porozmawiam, może ten OBCY jest też czyimś psem i też go ktoś szuka. Oksana, żeby liczba psów w domu się zgadzała, po prostu wzięła jakiegokolwiek psa na smycz i przyprowadziła. Może trzeba go odprowadzić tam, skąd go wzięła, a on znajdzie drogę do domu sam. Nie wiem. Spróbujemy”.
Przyszła Oksana.
– Pani Marysia, ja zgubiła psa i znalazła!
– Oksana to nie jest ten pies!
– Ten. Ten, na pewno!
– Oksana, to nie LULU, przecież nawet wyglądem jej nie przypomina, jest czarny i na tym kończy się podobieństwo!
– Nie, pani Marysia , to LULU!
– Oksana, spójrz pod brzuch to nie suka to pies! LULU była suką! Choćby to!
– Nie ja nic nie widzę! To LULU.
– Oksana to nie LULU! Gołym okiem widać, że to nie LULU! Jeden był pies w domu, czarny, to prawda i przyprowadzałaś jednego psa, czarnego, inwentarz się zgadza, ale to nie LULU!
– To LULU.! Zawołajmy: – LULU! LULU! Pani popatrzy!
A pies nie głupi, miło, czysto, micha pełna, dzieciom z ręki można kraść cukierki, posłanie czyste i pachnące – „niech im będzie LULU”- pomyślał i zareagował jak trzeba, od razu machając ogonem przybiegł i przybiegał za każdym razem na dźwięk imeinia LULU. Marysia się załamała, a Oksana udawała, że wszystko w porządku i z uporem maniaczki, a nawet z lubością wołała do OBCEGO – LULU, LULU! On cwany reagował i… według zaleceń rządu, partii i władzy radzieckiej wszystko się zgadzało.
Marysia poszła z Oksaną i z dzieckiem do parku, w miejsce, z którego Oksana zabrała psa, Oksana po drodze cały czas twierdziła dalej, że nie rozumie, o co Marysi chodzi, bo to przecież jest LULU. Odpięły go ze smyczy, ale pies ani myślał pójść w żadną sobie znajomą stronę. Udawał też, że nie wie, o co chodzi. Oksana patrzyła na Marysię jak na zbrodniarkę, oskarżała, że chce się pozbyć LULU, Marysia patrzyła na Oksanę zdumiona, że można tak iść w zaparte, Oksana na to wołała – LULU! – a OBCY przybiegał grzecznie, na końcu dał się zapiąć na smycz i wrócili do domu, Marysia natomiast natychmiast dała wyraz zdumieniu w kolejnym telefonie do mnie i do swojego męża.
Minął dzień. Dali ogłoszenie, a raczej dwa ogłoszenia do gazet, jedno -„Zginął pies, czarny kundel, suczka o imieniu LULU” i pod tym numer telefonu komórkowego Marysi i drugie ogłoszenie – „Przybłakał się pies czarny kundel” i numer telefonu komórkowego Roberta. Od rana następnego dnia zaczął się koszmar, bo dzwonili ludzie, zawiadamiając ją i jej męża o różnych znalezionych i zgubionych czarnych psach, ale przeważnie dzwonili tacy, którzy radzili Marysi, żeby zadzwoniła pod numer jej męża, że pod tym numerem jest ktoś, kto znalazł psa czarnego kundla, a z kolei Robertowi radzili dzwonić do Marysi, że tam pod tym numerem ktoś zgubił psa (swoją droga Polacy to świetny naród, jeśli chce się tak wielu ludziom zdzwonić i powiadomić o drugim ogłoszeniu zamieszczonym w tej samej gazecie, żeby pomóc) Marysia i Robert tłumaczyli każdemu, że to oni znaleźli i zgubili, ale sprawa była tak zagmatwana, że nikt nie chciał w nią uwierzyć i trudno było w ogóle rzeczywiście wyjaśnić tę kretyńską sytuację. Jednym słowem Marysia i Robert przeżywali koszmar telefoniczny, jednocześnie jeżdżąc po mieście pod wszystkie wskazane adresy i sprawdzając kolejne znalezione czarne kundle, z których większość okazywała się znaleziona dwa lata wcześniej lub kilka miesięcy wcześniej, w każdym razie żaden z nich, z tych psów zgłoszonych nie był LULU. Sprawdzili tez telefonicznie schroniska warszawskie i podwarszawskie, jeżdżąc np. do Celestynowa i wszędzie tam, gdzie ostatnio czarne kundle zostały pensjonariuszami. Koszmar telefoniczny i z poszukiwaniami trwał, a w tym czasie i Oksana i kundel, spokojnie sobie żyli, kundel zadowolony nad wyraz, a Oksana dalej z uporem twierdząc, że nie wie, jakiego psa oni szukają, bo przecież ON to LULU.
Nocą, drugiego albo trzeciego dnia poszukiwań, Marysię obudziły jakieś dziwne dźwięki, wstała, poszła do kuchni i ze zdumieniem zobaczyła, że jej mąż w tak zwanym między czasie zawarł wielką z przybłędą przjaźń i że sobie razem „rządzą”, kiedy Robert pracuje nocą przy komputerze, razem sobie jedzą i razem sobie dotrzymują towarzystwa, a komitywa jest nadzwyczajna, są zachwyceni sobą nawzajem i zadowoleni. Robert przy tym już od jakiegoś czasu mówił, że ten Nowy jest fajny i zostaje, na co Marysia kategorycznie, że nie może zostać, bo ona już zwariuje przy tej ilości obowiązków i „istnień” do opieki.
Pies omijał ją łukiem, jakby rozumiał o czym się mówi i walczył o serce jej męża w dwójnasób. Mąż Marysi znalazł tymczasem stronę internetową z ogłoszeniami o zagubionych lub poszukiwanych zwierzętach, na której ludzie rzeczywiście znajdują swoje psy (podobno świetna jest ta strona) i podjął się takiego szukania, no a poza tym pracował całymi dniami.
Czwartego czy piątego dnia, a może po tygodniu, Marysia, ponaglana zapytaniami starszej córki o LULU, jej kompanką od zabaw, postanowiła pojechać z Leną do warszawskiego największego schroniska i dla spokoju, mimo wsześniejszych informacji, że tam LULU nie ma, przekonać się o tym naocznie. W schronisku szukała z Leną dość długo, oglądały wszystkie te nieszczęsne pieski, a po godzinie, niespodziewanie, na końcu w jakimś boksie w kącie dojarzały samotnie leżącą i smutną… LULU, przyprowadzoną do schroniska tegoż dnia.
Nie mogły wszystkie trzy uwierzyć szczęściu, powitaniom i radościom nie było końca, natychmiast przyjechały wszystkie łącznie z Jadzią na obiad do Milanówka, do nas, bo to była sobota, Robert pracował, witał się z LULU tylko przez telefon, dopytywał, co będzie w związku z tym z tym Nowym, LULU nieświadoma obecności Nowego w warszawskim domu, szalała z radości po odnalezieniu rodziny, nie odstępowała i dzieci na krok, a ja z kolei, poruszona tym odnalezieniem, objechałam wszystkie schroniska w Milanówku i okolicach, aby jeszcze raz sprawdzić, czy aby nie ma tam naszej Grety i Rity, mimo że obie zniknęły – jedna dwa lata temu, druga rok temu – i sprawdzałam, czy ich tam nie ma juz wielokrotnie. Niestety bez powodzenia.
Wieczorem wszystkie trzy z LULU wróciły do domu i nastąpiło spotkanie LULU z Obcym. Obcy udał, że nie rozumie, o co tu chodzi, nawet próbował coś stroić przekonany, że to LULU jest przybłędą i robił intrygi. Ale zrezygnował, zapadła noc i jakoś sprawy przycichły.
Następnego dnia przyszła Oksana.
– No i widzisz Oksana, jest LULU! – przywitała ją Marysia – TO JEST LULU!
Oksana bez mrugnięcia okiem i cienia zmieszania krzyknęła:
– O ja rada! Ja oczień rada! Że pani i dzieci mają LULU, tylko co pani teraz zrobi z tym przybłędą? Trzeba wyprowadzić i tam zostawić! Na te słowa wyszedł Robert, stanął znacząco, broniąc Nowego i wiadomo było, że po jego trupie! Nowy zostaje i już.
Czas biegł dalej, sprawy się normowały, co jakiś czas jeszcze dzwonił telefon z wiadomością, że ktoś znalazł czarnego psa kundla i że może to LULU, ale nie było ani jednego telefonu, że ktoś zgubił psa, nikt nie szukał Obcego, ten za to w ogóle się tym nie martwił, powoli zdobywał terytorium i wypychał LULU z jej łóżka, miejsca w rodzinie i „stanowiska”. Wreszcie Obcy tak się rozpanoszył, zrobił się takim tyranem, najważniejszym członkiem rodziny, kradł, warczał i potwornie szczekał, jak mu się coś nie podobało, co dla innych mieszkańców bloku, sąsiadów, nie było komfortowe i zostało uradzone, że obcy wyjeżdża do Michałowic, do rodziców męża Marysi, gdzie natychmiast zakochał się w nim ojciec Roberta i oszalał na tle tego chama, podobnie jak Robert…
No i tyle „pieskiej” opowieści. Marysia i jej mąż mają znów tylko dwoje dzieci, dwa koty i psa – miłą, cichutką i dobrze wychowaną, wziętą z przytułku, już teraz dwukrotnie, suczkę LULU , która po tych doświadczeniach zrobiła się lękliwa, nie odstępuje rodziny na krok, a dzieci jeszcze bardziej się do niej przywiązały. Oksana wyjechała na Ukrainę, bo jej się skończyła wiza. Obcy w Michałowicach zdominował szybko całą rodzinę, podporządkował sobie dom i zdemolował ogród, ale wolno mu wszystko, bo pan domu pozwala mu na wszystko.
A Marysia pozwoliła mi to wszystko opisać jako przestrogę dla młodych małżeństw decydujących się na liczną rodzinę – zwierzęta, dzieci, a jednocześnie intensywnie pracujących. I tyle. Oto historia. I jej aspekty. Wszyscy je zresztą znamy, a ja znam i rozumiem jak nikt, sama to przeżywałam, kiedy Marysia była mała, bo dopiero, kiedy urodziłam „następne” dzieci, braci Marysi, moja mama była już na emeryturze i rodzice mogli się nas przeprowadzić.
Do dziś moja mama wychowuje naszych synów i zajmuje się domem, zwierzętami i nami, co jest naszym największym szczęściem i spokojem.
Ja niestety nie mogę służyć tego rodzaju pomocą mojej córce i jej rodzinie i trochę to wszystko, cały ten opis, te wyznania i z tego powodu. Z wyrzutów sumienia.
Dobrego dnia dla Was wszystkich. Pytania, czy opłaci się mieć tyle kłopotów, choćby takich jak z LULU, a oczywiście taki wybór życiowy niesie ze sobą także wiele innych i dużo większych problemów, czy lepiej żyć w pojedynkę, bez problemów, zobowiązań, dzieci i tego wszystkiego, takiego pytania nie będziemy sobie stawiać. Coraz więcej ludzi młodych wybiera taki właśnie model, niezależnego, wspinającego się po szczeblach kariery życia, wybierają rolę gracza życiowego, a nie odpowiedzialnej stabilizacji i koniecznej odpowiedzialnosci za cała rodzinę, za innych, szczególnie za dzieci… Rozumiem, choć nie wiem, czy ja bym umiała, z kolei… brak byłoby mi rodziny, zawsze czyjejś obecności i tego rodzaju rodzinnej więzi i miłości. Tego ciągłego zamieszania i problemów. Niczego nie żałuję. Ale rozumiem też, że są różne drogi, różni ludzie, rozmaite temperamenty, a także priorytety.
Moja córka i mój zięć, powtarzają po swoich rodzicach model życia nazwijmy go „skomplikowanym” i realizują go w wersji skomplikowanej jakby w dwójnasób. Moje gratulacje i wyrazy podziwu Marysiu i Robercie.
Dobrego dnia dla Wszystkich raz jeszcze