22
Luty
2002
06:24

dziennik 2002-02-22 06:24:00

22 lutego 2002, piątek, 06:24

Małgorzaty, Marty, Wrocisława – wszystkiego dobrego.

Małgorzata – delikatna, wrażliwa i krucha. Potrzebuje oparcia, otuchy, czujności. Nie znosi samotności, przepada za zabawami. Bardzo łatwo poddaje się wpływom – zarówno dobrym jak i złym. Urocza, nieco roztargniona marzycielka i pełna kobiecego wdzięku kokietka. Nic z tego nie jest prawdą, jeśli bym to porównywała z charakterystyką wszystkich Małgorzat, które znam. Uparte, pracowite, zaradne, pragmatyczne i zorganizowane. Wspaniałe koleżanki, zawsze śpieszące z pomocą i radą. Wesołe i pogodne. Wszystkiego dobrego.

Marta – silna osobowość. Zdyscyplinowana, bardzo ambitna, a przy tym konsekwentna i pracowita. Robi wszystko by osiągnąć obrany cel. Racjonalistka, która nie pozwala ponieść się emocjom. W życiu powoduje się przede wszystkim rozsądkiem. Wszystkie Marty, jakie znam, a znam ich kilka, są słabe, niezaradne, nieśmiałe. Leczą się z nerwicy, nie mają wiary w siebie i łatwo wpadają ze słabości i niepewności w nałogi, wszelkiego rodzaju. Marta jest dla mnie bezbronną, bezradną kobietą mówiącą szeptem.

A Agnieszka Osiecka, co o Marcie?

AZALIA
Azalia to brzmi po francusku –
azali, azali, azali,
pod Paryżem, w Walencji i w Busku –
to się śni, to się śni, to się śni….

Azalia, to walczyk paryski –
Azali, azali, azali –
Zamknij oczy, zapomnij o wszystkim –
Raz dwa trzy, raz dwa, trzy, raz, dwa, trzy….

Byłaś Martą, a jesteś azalią
azali, azali, azali,
jesteś niebem, Afryką, Australią –
do re mi, do re mi, do re mi.

Znów wróciła zima. Znów nie sypiam, pewnie z powodu zbliżającej się premiery. Dziś nocą oglądałam konkurs jazdy figurowej na lodzie pań, w Salt Lake City. Chyba pierwszy raz od dzieciństwa. I przeżyłam razem z Marią Butyrskają odejście ze sportu bez medalu olimpijskiego. To było takie straszne….. Ta zasłużona, prawie trzydziestoletnia, wspaniała łyżwiarka, świetna technicznie, doskonała, mistrzyni Europy sprzed kilku lat, historia łyżwiarstwa figurowego, kończy karierę tutaj, walcząc na koniec o medal olimpijski, którego nigdy nie dostała….. I zacięta, skurczona twarz, wygasłe oczy i zaciśnięte wargi na zbliżeniu. Bez cienia uśmiechu rysy. I początek, i żelaźnie naciągnięte mięśnie, i ciężko, i wysiłek, i mus, i każdy piruet jak zawał serca, mój i pewnie jej, i każdy skok, zaciśnięte pięści z kciukami w środku, moje, żeby wyszło jej, i wymuszone, i brak wdzięku, i wymęczone, i podparte, i ciężko, i nie da rady, i upadek, i łzy, i sztuczny uśmiech, i wyprężona figura końcowa zaplanowana jako zwycięska, i ciało posłuszne a oczy bez blasku. I smutny zjazd, i nie czeka na wyniki, i zniknęła za czerwoną kurtynką, i koniec kariery. A tuż po niej, szesnastoletnia uśmiechnięta, trzpiotowata, robiąca tysiąc min do kamer Sarah Hugehes, nonszalancka, z wdziękiem, bez namysłu, zadowolona, i wszystkie piruety jak piana, i bez zastanowienia, i śmiech, śmiech, uśmiech szczęścia, że wiatr, że szybko, że pęd, że fajnie, że można pokazać i spróbować jeszcze więcej, jeszcze lepiej, jeszcze wyżej. I pluszowe misie rzucane z trybun, i ukłon krótki z minami uszczęśliwionego zajączka. I mama, i trenerka, i wyniki…. i … a co tam, machanie łapką i …. złoty medal …. niespodziewanie.

Dobrego dnia. Dziś Opowiadania zebrane w Teatrze Komedia.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.