MUSISZ SAM SOBIE ZAUFAĆ, ABY MOGLI ZAUFAĆ CI INNI. Pitagoras z Abdery
Wczoraj wzruszenie. Na pogrzebie pani Małgorzaty Lorentowicz- Janczar, garstka aktorów, starszych aktorów, nikogo z młodzieży, deszcz, kapelusze, spojrzenia, milczące pozdrowienia, szepty…była tak wspaniała…. była tak piękną i elegancką panią…świetną aktorką….a pamiętacie jej czasy wrocławskie? A czasy Narodowego? Była zachwycająca….kochaliśmy się w niej wszyscy…..w kondukcie żałobnym płynie niesiona poduszka pełna odznaczeń, medali, za odwagę, za walkę w AK, za udział w Powstaniu Warszawskim…kolejne pożegnanie, kolejne westchnienia. Spotykam starszych kolegów, Gucio Lutkiewicz: – przepraszam Krysiu teraz cię dopiero zauważyłem, jestem zamyślony a i nie najlepiej widzę, zaraz wszyscy umrzemy, popatrz, Duda…tak szybko…kto by to pomyślał….wszyscy się w niej kochali…jakś nieznajoma strasza pani, domyslam sie że aktorka, łapie mnie za rękę – i widzi pani jak nic nie warte te brawa, te łzy, to wszystko, co ona się biedna naszarpała w tym życiu… i cisza i deszcz…i ksiądz: – W ten piękny czas wiosny, kiedy wszystko raduje się, rodzi się do życia, żegnamy Małgorzatę Lorentowicz – Janczar z domu Damięcką…..Przez Chrystusssa , z Chrystusssem i w Chryystusssie….a ja stałam i myślałam ile osób żegnaliśmy w tym kościele… i wiosną i latem i jesienią i zimą…
Dobrego dnia.