NIECHAJ TWE SŁOWA BĘDĄ NIEUSTRASZONE: KTO PROSI NIEŚMIAŁO, UCZY ODMOWY. Seneka Młodszy
No muszę sobie zapamiętać to motto. Powinnam je sobie wziąć do serca.
Wczorajszym hasłem dnia dla narciarzy na naszym lodowcu było: „Prześcigaj się w uprzejmościach!” Przestrzeganie ścisłe tego zawołania, w ciągu dnia, spowodowało wiele szkód i nieszczęść. Niektóre z nich skończyły się urazem kolana. Uprzejmość podczas ćwiczenia slalomu i chęć przepuszczania się nawzajem na stoku narciarskim zakończyła się wizytą w szpitalu. Na szczęście nic się takiego znowu nie stało, żeby myśleć w ogóle o uprzejmości wrogo, przestać jeździć na nartach, czy zamknąć się w sobie, a już na pewno przestać być w przyjaźni podczas współzawodnictwa sportowego. Nie mniej, spędziliśmy wczoraj kilka godzin w szpitalu, prześwietlając dziecięce nogi i kolana. Mnie zostawili na dole w poczekalni, jako że mój mąż mówi świetnie po niemiecku i mógł wyjaśniać kolejnym lekarzom jak i co się wydarzyło, a oni w związku z tym podejmowali stosowne czynności. Mnie pozostawiono jak mówiłam w poczekalni, włoskiego szpitala, w poczekalni ostrego dyżuru, pomocy w nagłych wypadkach. Siedziałam tam jak wspomniałam w sumie kilka godzin, napatrzyłam się na cuda, wypadki, wypłynięcia oka itp. a na koniec zostałam tam sama z lekko niezrównoważonym starcem, na wózku inwalidzkim, który, kiedy jeszcze byli w poczekalni inni zaczepiał wszystkich po kolei a kiedy zostałam z nim sama zaczął wpatrując się we mnie śpiewać niemieckie wojenne piosenki ( jesteśmy w Włoszech, ale w południowym Tyrolu). Może starzec zauważył, że rozmawiałam kilka godzin wcześniej z dziećmi po polsku, albo po prostu wyczuł we mnie Polkę siódmym zmysłem, bo miedzy piosenkami, zaczął mi opowiadać o wojnie i swoim bohaterstwie w walkach, odbywało się to a to po niemiecku, a to po włosku. Byliśmy sami. Po jakimś czasie niespodziewanie poprosił mnie o zawiezienie się do toalety. Każdego innego dnia, poszłabym do siostry, czy pielęgniarza zakładającego nieopodal gips i poprosiłabym w takiej sytuacji o pomoc, jednak w dniu, w którym motto „ prześcigaj się w uprzejmościach” już zapadło w mój umysł, niezrażona zaczęłam go na jego wózku do owej toalety wieźć. Kiedy przed drzwiami chciałam się wycofać, a starzec żądał otworzenia drzwi i wwiezienia go, uprzejmie zrobiłam i to, przysięgając sobie że jeśli każe mi pomóc sobie przy rozbieraniu, odmówię. Jednak dzień „ prześcigaj się w uprzejmościach” do czegoś mnie zobowiązywał, „ faszysta” sądząc z jego wspomnień wojennych, poprosił na razie o pomoc we wstaniu przed drzwiami toalety, zrobiłam i to, podałam mu jego kule i mówiąc sobie statecznie, że uprzejmość ma granice, stanowczo wyszłam, wzywając do niego pielęgniarza, do pomocy. Koniec. Jednak byłam dumna, że hasłu się nie sprzeniewierzyłam. Dodaję, że badania i prześwietlenia dzieci miały wynik zdejmujący z nas wszelkie troski i ewentualne kłopoty. Okazało się natomiast, około wieczora, już w hotelu, że przesadna uprzejmość w stawianiu sobie nawzajem drinków, może doprowadzić do większych nieszczęść niż drobny uraz kolana, czy stłuczenie barku, może sprowokować do rozmów niebezpiecznych, wyznań, i zwierzeń zbyt osobistych, formułowania pod wpływem alkoholu prawd ogólniejszych, takich jak ta że w filmie kierunki już nie mają znaczenia, kręci się bez zasad a wszystko się i tak ze wszystkim montuje, a przede wszystkim do mówienia prawdy, co w konsekwencji daje nieprzewidziane reakcje i rezultaty oraz wyczerpanie fizyczne i psychiczne. Na szczęście w dniu „ prześcigaj się w uprzejmościach” szybko się wszystko zapomina. W rezultacie dzień był udany, jedyny z niego wniosek budzący niepokój, jest taki, że „prześciganie się w uprzejmościach” uniemożliwia potem sprawność jakąkolwiek, a tym samym podważa zasadność pobytu na lodowcu i fakt posiadania nart i drogiego sprzętu narciarskiego, który jak mówi jeden z naszych narciarzy, inżynier Ernest vel Andrzej vel Płetwonurek, musi się zamortyzować. Poza tym, postanowienie prześcigania się w uprzejmościach spowodowało także to, że odcięliśmy się od wiadomości z Polski i świata. Z uprzejmości dla siebie nawzajem, zajmowaliśmy się tylko sobą, nie oglądaliśmy telewizji, nie czytaliśmy gazet, nie odbieraliśmy telefonów, żeby się nawzajem nie urazić i nic nie wiemy, co się dzieje. A podobno wielkie historie niechęci do amerykańskiego prezydenta odwiedzającego Niemcy. O Polsce zupełnie nie wiemy nic, bo cóż ….po prostu jesteśmy sobie uprzejmi dla siebie i nic nie wiemy, bo niespotykana uprzejmość zabierała nam cały czas. Dziś, kiedy obowiązek bycia uprzejmym, aż w takim, wynaturzonym stopniu minie i rozstaniemy się na moment, obejrzymy w telewizji wiadomości ze świata, a co więcej przeczytamy polską prasę w czynnej tutaj od wczoraj kawiarence internetowej, i podejrzewam, że cała uprzejmość, humanistyczne hasła i ludzkie nastawienie do świata i życia nam minie.
Dobrego dnia.
A propos telefonów, nikt i tak już do nas nie dzwoni, bo już wszyscy o nas zapomnieli, jesteśmy tu tak długo, oczywiście oprócz rutynowych kontroli z zawsze czujnej i na posterunku gazety Fakt, która sprawdza czy ktoś przypadkiem nie umarł albo zasłabł, albo przez telefon wydaje dźwięki, pod które można podłożyć coś wyssanego z palca, jak poród, czy spadanie w przepaść, lub zdarzy się taka gratka jak odebranie telefonu przez kogoś innego, kogo można ogłosić kochaniem lub kochanką pisząc przedtem – jak nas zawiadomiono, albo – z pewnych źródeł dowiedzieliśmy się, lub – jak głoszą krążące opowieści, albo zwyczajnie – FAKT dowiedział się ze 53 letnia Krystyna Janda robi błędy ortograficzne…no ale to inna opowieść.
Ach zapomniałabym, dziś spędzamy dzień pod hasłem:„Jeśli mówić o sobie to tylko źle!”