15
Grudzień
2004
07:23

dziennik 2004-12-15 07:23:00

 

OKŁAMAĆ JEST GORSZYM CZYNEM NIŻ POTĘPIĆ. Epiktet z Hierapolis.

 

Jestem kierowcą od bardzo dawna. Najpierw lata całe miałam „Małe Fiaciki”. Pierwszy kupiłam całkiem niespodziewanie. Przyszłam kiedyś, na początku mojej drogi zawodowej, do Teatru Ateneum na próbę sztuki „Dusia, Ryba, Wal i Leta” z dużym opóźnieniem… była zima stulecia, ja miałam odwieźć małą Marysię do przedszkola, tysiące komplikacji… autobus, kupić mleko, żeby potem nie zapomnieć… kiedy wreszcie dotarłam do teatru, okazało się, że moich koleżanek, też jeszcze nie ma, a grałyśmy tam w tej sztuce we cztery, same kobiety – Basia Wrzesińska, Joanna Jędryka, Basia Bursztynowicz i ja. Reżyserowała Agnieszka Holland. Schodziły się więc tego ranka powoli, narzekając na kłopoty, dzieci, zdrowie, komplikacje rodzinne, miłosne, rozwodowe i „potwornie ciężkie życie” (piszę „potwornie ciężkie życie” w cudzysłowie, to znaczy ironicznie, żeby mi znów prawdziwi Polacy, czyli jedyni sprawiedliwi, czyli najbardziej pokrzywdzeni przez los, nie napisali, że oni mieli gorzej albo że jestem bezczelna, bo miałam z czego żyć, nie siedziałam w więzieniu itd, itd… Dostałam od Was Drodzy Czytelnicy tej strony taką naukę przez te cztery lata pisania i przywoływania mnie do porządku w wielu sprawach, że wolę zastrzegać i przepraszać za szczęśliwe zdarzenia i każdą zarobioną złotówkę póki czas).

Kontynuuję… narzekaniom od jakiegoś czasu na tych próbach nie było końca…babska sztuka… babskie gadanie… babskie problemy… Przynajmniej pół czasu przeznaczonego na próby przegadałyśmy o życiu… nawet od tego gadania i narzekania zsynchronizowały się nam periody miesięczne… a tego trudnego poranka właśnie Basia Wrzesińska, zapłakana i czymś udręczona, krzyknęła naraz wielkim głosem przez łzy – gdybyśmy miały samochody, byłoby inne życie!

Wtedy posiadanie samochodu było marzeniem ściętej głowy, ludzie zapisywali się, czekali w kilkuletnich kolejkach, wpłacali na konta bankowe uprawniające do szybszego kupienia, albo dostawało się tzw. talony pozwalające na przyśpieszone kupno… koszmar… i żadna z nas nie miała w opisywanym momencie nawet bladych widoków na zarys samochodu, wtedy i w najbliższym czasie.

I otóż, tego ranka, a raczej już prawie południa, rozżalona, zapłakana Basia usiadła, wzięła kartkę papieru, długopis i napisała… Panie ministrze, poprosimy o przyznanie talonów na samochody Małe Fiaty, bo ich nie mamy, a chciałybyśmy je mieć, bo mamy już wszystkiego dosyć… i podpisała – Basia, Krysia, Joasia… dla żartu, takie oto napisała podanie. Dziś już nie wiem, który z ministrów był jego adresatem, ani jak to się stało, że to podanie-żart zostało wysłane… nie mniej, po tygodniu otrzymałyśmy talony na zakup Małych Fiatów, ktore ktoś przywiózł do sekretariatu teatru z komentarzem, że minister bardzo się śmiał kiedy podanie zobaczył… tak zaczęła się moja długoletnia i burzliwa historia z samochodami.

Potem te kolejne Małe Fiaty już wystane w kolejkach bankowych. Pamiętam, że jeden się kupowało, a na drugi wpłacało pieniądze… wciąż się psuły, jeden z nich prawie rok nie miał rozrusznika, to się wtedy nazywało bendiks czy coś tak… i zapalałam go cały rok, od tyłu, końcem szczotki-zmiotki, popychając jakąś wajchę (Mój Boże jak się pisze wajchę? Pożar w mózgu, piekące dłonie, pot na czole! Zakaładam że …), wajchę, którą pokazał mi mechanik, zresztą wielu moich znajomych też tak zapalało swoje samochody. Mieliśmy wtedy wszyscy jakichś domorosłych, zaprzyjaźnionych mechaników po piwnicach i garażach, bo dostać się do serwisu i naprawić samochód szybko, wtedy kiedy się zepsuł, a psuł się bez przerwy, wcale nie było łatwo… Kiedyś zapaliłam w ten opisany wcześniej sposób mój samochodzik zaparkowany na górce na Ursynowie z dwiema małymi dziewczynkami w środku, moją córką i córką siostry, zapominając, że jest on na biegu i samochód z dziewczynkami zjechał sam z górki i wjechał do biblioteki miejskiej mieszczącej się na parterze jednego z bloków, a ja starałam się go zatrzymać siłą rąk, podstawiając mu nogi pod tylnie koła, wreszcie rzucajac się na niego całym ciałem, aby go zatrzymać własną piersią… na szczęście nikomu nic wielkiego się nie stało, szkliłam wtedy tylko i naprawiałam drzwi tarasowe biblioteki. Lata później, za gażę otrzymaną w pierwszym moim niemieckim czy węgierskim filmie kupiłam sobie czerwonego Volkswagena Golfa i ten dopiero ze mną przeżył… koszmar! Wyprawiałam z nim, co chciałam, nawet jeździłam jak nie było w nim benzyny, zapalałam tysiąc razy i jakoś dojeżdżał do domu, a jak było z górki – na przykład z telewizji na Służew, czy Stegny… – to było potrzebnych całkiem niedużo tych zapaleń silnika. Kiedy przyjeżdżałam nim do warsztatu samochodowego na przegląd albo do naprawy, mechanicy wołali: „Jedzie auto-kiler” i mówili: – Ten pani Golf to powinni wziąć na jakąś wystawę i pokazywać jako przykład, co taki samochód z kobietą musi wytrzymać… Potem jeszcze były różne częste wypadki, stłuczki, otarcia, nietrafienia w słupki itd, itp… doszłam do tego, że jak miałam jedną stłuczkę, to jej w ogóle nie zgłaszałam do PZU, tylko czekałam na przynajmniej dwie następne, bo mi się nie opłacało tak często remontować tych biednych pojazdów. Którejś nocy Marek Grechuta poprosił mnie, abym go jak najszybciej zawiozła jego samochodem – ekskluzywnym wtedy Fiatem 127 – z Krakowa do Warszawy, na nagranie zaczynające się rano w telewizji. Marek zasnął na bocznym siedzeniu, a mnie w tej podróży raziła jakaś lampka paląca się uporczywie na tablicy rozdzielczej, wiec ją sobie zakleiłam plasterkiem z samochodowej apteczki, a jak dojechaliśmy do Warszawy, to się okazało, że to była lampka kontrolna oleju… już teraz nie pamiętam czy zatarałam wtedy silnik czy nie. Jeszcze później odbyłam podróż samochodem męża, całkiem nowego na szczęście męża, bo „dłużej używany” by mnie zabił… podróż na trasie Warszawa – Paryż i samochód się cały czas gotował, bo nie było w nim wody w chłodnicy… a mąż dziękował Bogu, że nikt mi tego nie uświadomił, bo bym sobie tej wody do samochodu niechybnie dolała i pewnie poparzyła bym sobie twarz… ale za to potem kiedy samochód poszedł po tej podróży do warsztatu i okazało się, że tłoki w silniku mają dziury wielkości palca, to chciał mnie jednak zabić… nie wiem, nie znam się, tak mówili… że narobiłam dziur… i jeszcze jedna podróż, w której poszła mi opona na szosie w Belgii, nocą, nie umiałam sobie poradzić ze zmianą, więc przyjechałam tak na flaku do Paryża na nagranie i musiałam wyrzucić całe koło…chciałabym, żebyście je zobaczyli…itd… itd… itp… Od dawna nienawidzę prowadzić i jak tylko mogę, nie siadam za kierownicę, nienawidzę samochodów, nie cierpię wszystkiego, co z nimi związane, ale dookoła mnie wszyscy – muzycy, reżyserzy, aktorzy, kobiety i mężczyźni bardzo się nimi emocjonują i wciąż gdzieś koło mnie rozmowy i dyskusje na tematy samochodowe… nie cierpię ich, uważam za nudne i niepotrzebne… Uwielbiam jeden z rozdziałów książki „Kaprysy starszego pana” pana Jacka Bocheńskiego, gdzie pisze o szczęściu pozbycia się samochodu, wyzwolenia się z tej tyranii…

A teraz dlaczego to wszystko piszę? Bo dziś jechałam pociągiem z Warszawy do Poznania. W przedziale jechał pan, który na własne żądanie, jak twierdził, wyszedł właśnie ze szpitala i opowiadał o wypadku samochodowym, który miał w sobotę. Prawie płakał. Zostawił w Warszawie żonę i córkę w szpitalu, na szczęście w stanie nie wskazującym na zagrożenie życia, a sam pokiereszowany i posiniaczony jechał do domu w Poznaniu załatwić jak najszybciej sprawy ubezpieczenia i szkód powypadkowych, mówił o rozbitym samochodzie jak o swojej największej miłości i obliczał, jak długo potrwa naprawa i rozstanie z nim i z powodu tego rozstania tak rozpaczał… Z całej tej historii, z całego wypadku interesowały go uszkodzenia pojazdu, kto je naprawi i czy samochód będzie potem jak dawniej, a to, że jemu się cudem, jak twierdził, nic nie stało, żona i córka leżą w szpitalu, nie dojechali na uroczystość rodzinną do Warszawy itd…obchodziło go mniej. Ach! Jeszcze mówił o tym, że nie wyobraża sobie świąt bez samochodu i w ogóle go te święta w związku z tym nie cieszą… No i tyle, słuchałam tego z boku, opowiadał to siedzącemu koło mnie mężczyźnie, obaj świetnie się rozumieli.

A teraz na koniec coś o sobie samej i pozostałości socjalistycznej w psychice dotyczącej samochodów… Czytam ostatnią książkę pani Olgi Tokarczuk „Ostatnie historie”. Czytam, smakuję i nie mogę czytać i skupić się na szczegółach. Dlaczego? Bohaterka na początku historii ma wypadek samochodowy, po nim dowleka się na piechotę do pobliskiej miejscowości i tam u jakichś ludzi kładzie się do łóżka i długo, kilka dni – chyba trzy – dochodzi do siebie, rozmyślając o wielu sprawach… Nie mogę niczym się przejąć, skupić się, rozsmakować… bo… zostawiła samochód i to nie swój, gdzieś tam na polu, gdzie wylądował w trakcie wypadku i bohaterka nic z nim nie robi, a autorka nie zawiadamia mnie, co z tym samochodem się tam dzieje… a ja myślę – śledząc wygląd i zachowania gospodarzy, u których się zatrzymała, czytając retrospekcje, których doznaje, obserwując powolną śmierć psa… – okradli, zdjęli koła, odkręcili lusterka, odholowali, rozebrali na części… Nie mogę spokojnie czytać! Nie mogę!!! A samochód? Kobieto! Co z samochodem?… Oczywiście żartuję, ale jednak… nie lubię, jak w filmie ktoś nie płaci za taksówkę… zapomni torebki przy wychodzeniu z biura… no co na to poradzę… tylko poetom w wierszach darowuję wszystko… taka ze mnie prymitywna konsumentka kultury, ale co człowiek poradzi na samego siebie? Nic…

Dobrego dnia.

Ach, przerpraszam za mój kalendarz i podawanie dat emisji „Trójkąta Damsko- Męskiego”, na sześć wyemitowanych programów z tego cyklu, trzy razy już zmieniono i dzień i godzinę emisji, podano mi, że w grudniu będzie Trójkąt trzy razy 2-ego, 16-tego i 30-tego grudnia, potem jeszcze raz w styczniu i emisje się kończą, i dlatego tak wpisałam do kalendarza, ale okazuje się, że znów zmiana… Przepraszam.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.