22
Październik
2004
07:53

dziennik 2004-10-22 07:53:00

 

ŻYCIE JEST ZBYT KRÓTKIE, BY SAMEMU ZAPEWNIĆ SOBIE SZACUNEK.Marek Aureliusz

 

Wczoraj długo, czekając na planie w podziemiach koscioła Bożego Ciała, w katakumbach, siedząc na schodach obok stosu trumien, z dawnymi patriarchami Gdańska, świetnie zmumifikowanymi podobno i obok trzech trumienek ze szczątkami dzieci, rozmawialiśmy z Matthiassem o aktorach. O tym, że są podobni do siebie, wszędzie, na całym świecie, reagują podobnie, mają pokrewne poczucie humoru, „noszą się podobnie” pracują stosując identyczne metody, na przykład uczenia się na pamięć, a każdy z nich twierdzi że doszedł do tej metody sam, że naparwdę zdumiewająco wiele rzeczy mamy wspólnych…. Dziwne, bo jest to zawód polegający na indywidualnej wrażliwości, na czymś, co nazywają osobowością, każdy z nas, zanim nałoży formę, zanim zakomponuje w rolę, bazuje konstruując każdą z nich na własnych indywidualnych przemyśleniach, przeżyciach i doświadczeniach życiowych. Inne kraje, inne szkoły, inna edukacja, inne tradycje, odmienne obyczajowości, różne drogi , różne losy, a jednak … reagujemy naprawdę często w sposób po prostu identyczny. Dlaczego tak jest? Czy tak mają też inne grupy zawodowe? Matthiass śmieje się, że aktorzy są podobni na całym świecie w reakcjach, w sposobie pracy, pod warunkiem, że to są dobrzy aktorzy… że to jest tak jak z literaturą, jak jest dobra to jest uniwersalna, zrozumiała wszędzie, im lepszy, większy aktor, tym prawdziwszy człowiek, tym bardziej komunikatywny i „prostszy” prostotą szlachetną, otwarty i łatwy w pracy… No może… w każdym razie, czasy tajemniczych, wykreowanych, wystylizowanych gwiazd w dawnym stylu minęły, a wraz z realizmem przyszli zwyczajni ludzie, konieczność zrozumienia człowieka, natury ludzkiej i akceptacja wszystkiego co to ze sobą niesie… nic co ludzkie nie jest mi obce… twierdzą teraz aktorzy, bez wahania, cokolwiek by to nie było… Mówimy oczywiście o graniu, o rolach, zadaniach zawodowych, nie mówimy o życiu prywatnym.

A potem z tęsknotą jak za każdym razem wśród aktorów, wspominaliśmy i opowiadaliśm sobie z Matthiassem o wielkich „charakterystycznych”, o dziwakach, szaleńcach, indywidualnościach „osobnych” – dziś już takich nie ma- wzdychał on –  w niemieckim kinie na pewno, nie ma nikogo takiego jak Klaus Kinsky na przykład. Zastanowiłam sie. Czy u nas są tacy? Nie ma. A w nowych przychodzących pokoleniach aktorów są wszyscy wręcz jednakowi, ja sama nie mogę odróżnić aktorki od aktorki aktora od aktora, wciąż mi się wydaje, że już gdzieś w czymś tego kogoś, kogo oglądam widziałam, okazuje się, że to ktoś nowy. Nie dość, że są podobni, podobne, z wyglądu, to jeszcze grają tak samo, tak samo „niecharakterystycznie”. Opowiadaliśmy więc sobie z Matthiassem o starych aktorach, przypominaliśmy ich śmieszności, dziwactwa, gwiazdorskie zachowania, i…. cóż to była za czuła rozmowa… czuła bo nasiąknięta tęsknotą i sympatią do tych dziwaków, histeryków, „tyranów” nieszczęśników , samotnych przerażonych wrażliwców, tych także cichych i nieśmiałych pokrywających tę „słabość” krzykiem i udawaną hucpą…..W pewnym momencie Mattiass opowiedział mi jedną z najpiękniejszych historii o aktorkach, jakie mam w kolekcji, bo je oczywiście kolekcjonuję z lubością. – Była jego przyjaciółką, starą aktorką, grającą od dziecka do 85 roku życia, bez przerwy, w teatrze, bez większego sukcesu, ale za to wielkim oddaniem. Przez ostanie lata grała oczywiście starsze kobiety, jak dyktował jej wiek, od dawna zresztą była starą kobietą, ze starą twarzą pełną zmarszczek. Ale była aktorką! Wciąż oczywiście w wielkich pretensjach, jak to aktorka… Przychodziła, więc do garderoby, jak to aktorka, wieczorem i zaczynała się przygotowywać na scenę. Najpierw starą metodą znaną aktorkom całego świata naciągała sobie twarz, specjalnymi gumkami i plastrami ukrywanymi potem pod peruką, wygładzała zmarszczki, a potem, kiedy twarz już była naciągnięta do granic wytrzymałości, i wygladała skądinąd  bardzo dziwnie po tym naciągnieciu, jakby była bez przerwy bardzo zdziwiona, ale za to gładka, malowała sobie na tej naciągniętej twarzy precyzyjnie brązową kredką wyraźne zmarszczki……no bo przecież miała zagrać starą kobietę…Cudne! Tak cudnej historyjki nie słyszałam. I wbrew pozorom jest w tej historii coś więcej niż żart, niż anegdota, jest w niej coś z istoty teatru i naszego zawodu….

Dobrego dnia.

PS. Czy to możliwe że 77% Polaków jest za karą śmierci, 19% przeciwko, a reszta się waha? Czy to możliwe? Nie mogę w to uwierzyć!!!!

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.