GDYBY BÓG MIŁOWAŁ TAK JAK CZŁOWIEK MUSIAŁBY WSZYSTKICH POTĘPIĆ. Jhannes Eckhart.
Mówię tutaj mieszanym językiem, to co sobie przypomnę po włosku reszta po francusku, bo te dwa języki są bardzo do siebie podobne a korzenie większości słów, zwrotów, składnia jest naprawdę zbliżona. Myślałam o tym żeby nauczyć się poprawnie mówić, po włosku, szczególnie że przyjeżdżam tu co roku, ale wymagałoby to trochę wysiłku, a szczerze mówiąc, bardzo mi się już nie chce. Mam tyle w ciągu roku rzeczy do nauczenia, zapamiętania że regularna nauka włoskiego wydaje mi się zbędnym ciężarem, tym bardziej że się porozumiewam bez problemu, a moi znajomi tutaj mówią po francusku a i w miasteczku do ktorego jeżdżę od lat, wielu ludzi też. Trochę się wstydzę mojego lenistwa i „zaniechania” w tej sprawie, ale z latami, szczerze mówiąc coraz mniej mi się chce, coraz bardziej jestem leniwa i coraz mniej ambitna i w tym i w każdym względzie. Obserwuję natomiast z przyjemnością ludzi podczas rozmowy ze mną, kiedy ja zaczynam się posługiwać moim „indywidualnym włoskim”. Właściwie za każdym razem „nasz sukces” – porozumienie się, zależy od wyobraźni, inteligencji i charakteru rozmówcy, bo ja robię co mogę a więcej nie mogę. Używam wszystkich podstawowych słów włoskich, tylko bardziej skomplikowane biorę z francuskiego i sprawdzam na rozmówcy czy je rozpoznaje, czy są podbne, jeśli nie, mówię „dookoła” opisuję rzecz lub zdarzenie inaczej, także przy pomocy rąk, nóg i ciała ale, ponieważ mylę także, czasy i osoby, zadanie czasem jest dla mojego rozmówcy karkołomne, nie mniej nie mówimy tu o filozofii i można się podomyslać o co mi chodzi… i teraz tak, jeśli rozmówca jest aktwny myślowo, żywy, chętny do porozumienia, kombinuje i w sekundę mamy sukces, szczególnie że ja współpracuję za każdym razem z dużą aktywnością, a jeśli trafiam na leniwego myślowo i człowieka bez aktywności, co rozpoznaję po pierwszym spojrzeniu, mówię przepraszam i odchodzę.
Żeby się z kimś porozumieć, obojętnie w jakiej sprawie i w jakim jezyku, trzeba chcieć porozumienia, a takich ludzi jest tylko część. Od razu się ich rozpoznaje, po pierwsze są aktywni, „wychodzą” do drugiego człowieka spojrzeniem, uwagą, „gotowością”, uprzejmością, otwarci na wszystko, po drugie potrafią z wyglądu, stanu, pierwszych słów ocenić, a w każdym razie próbować ocenić, z kim mają do czynienia, w jakim stanie jest ten ktoś, a w związku z tym przewidzieć o co może chodzić, a przynajmniej zacząć w głowie snuć scenariusze o co będzie chodziło ewentualnie, zaczynają wyprzedzać, przewidywac zdarzenia… Generalnie nie jest takich ludzi wielu, może tu we Włoszech z racji temperamentu i śródziemnomorskiej pogody ducha, jest ich więcej niż gdzie indziej, ale niewielu w rezultacie ludzi umie i chce postawić się w roli drugiego, myśli o innych… stara się zrozumieć ich sytuację, wyobrazić sobie siebie na ich miejscu, nie mówiąc już o postępowaniu w konsekwencji tego zrozumienia, postępowaniu takim jakiego życzyłoby się w stosunku do siebie samego, no ale to już inne zagadnienie – zrozumieć a chcieć pomóc.
Piszę o tym, bo cały dzień wczoraj o tym myślałam. Zaczeło się od rozmów i powitań z ludzmi, sprzedawcami, fryzjerem, tu w miasteczku, a potem zaczęłam myśleć o kontaktach ludzkich i porozumiewaniu się w ogóle… zaczęłam mysleć o sobie i swoich relacjach w Polsce, o teatrze, o publiczności, bo czymże jest innym spektakl, jak nie rozmową z ludzmi, i co ja chcę innego niż się porozumieć? Ale czy myślę o nich rozmawiając z nimi? Czy stawiam się w ich sytuacji? Czy „słucham” ich i dostosowuję się moderuję „rozmowę” tak żeby byśmy się porozumieli i dostosowali do siebie w tej „rozmowie”, czy narzucam ton i styl bezwzględnie, pozwalam się oglądać i słuchać i pozostawiam wielu obojętnych, na boku, i niezadowolonych w związku z tym. Na ile to zależy od nich? Skoro przyszli i chcą teoretycznie „rozmawiać” wszystko jest niby w moich rękach, ale tylko teoretycznie – przecież zderzam się z ich upodobaniami, wyobraźnią, wiedzą, gustem, nastrojem, tysiącem spraw… daleka droga do porozumienia. Do akceptacji. A może nie trzeba się nimi przejmować? Trzeba tak jak wielu arystów zresztą, myśleć tylko o sobie, myśleć o publiczności jak o „przychodzących żeby podziwiać” i pokazywać im coś tylko ze swojego poziomu, z poziomu swojego gustu. Myślę że rzecz jest pośrodku, między tymi dwiema „drogami”…
Ale mówmy o życiu, podczas każdego, najmniejszego, banalnego kontaktu z drugim człowiekiem, patrzę tu na ludzi, i jedna rzecz jest obezwładniająca i wszechobecna – uśmiech! Uśmiech bez powodu, ot tylko uśmiech, odpowiedz na spotkanie wzrokiem, uśmiech od niechcenia, uśmiech jako przecinek, kropka, myślnik, otworzenie i zamknięcie cudzysłowu, uśmiech wykrzyknik, znak zapytania, wielokropek, średniówka – uśmiech. Uśmiech nawet w momencie zaniechania, odwrotu plecami, machniecia ręką, niezrozumienia, zniecierpliwienia, braku porozumienia… Uśmiech jako sposób, styl, naturalna konieczność, odruch! To potęga!!!
Rozumiesz z drugiego człowieka i z jego intencji tyle ile możesz i umiesz, tłumaczysz i rozumiesz drugiego przez siebie, to naturalne, swój sposób rozumowania biorąc za wzór i jemu ten sposób rozumowania przypisując, porównując drugiego do siebie. A także przyjmujesz drugiego człowieka, traktujesz go zgodnie ze swoim o nim i jego intencjach wyobrażeniem. Naszym problemem w Polsce, naszym polskim problemem jest złe nastawienie do innych i do ich intencji, to jest problem generalny, dominujacy wszystko i decydujący o wszystkim. W Polsce, kiedy idzie do nas drugi czowiek, zwraca się do nas, zaczepia nas, od razu mamy do niego stosunek negatywny bo wyobrażamy sobie że on ma do nas stosunek negatywny i będzie miał pretensje i agresję w sobie. Czy to jest nasza wina? Pewnie także nasza. Nie mniej tak myślimy, tak jesteśmy nastawieni, takie mamy doœwiadczenia, nawyki, tak nas wychowano, tego nauczyło nas życie i czas. Kiedy przychodzimuy do innych do domu, do urzędu, banku, sklepu, teatru, spodziewamy się czegoś złego, przykrego, nudnego, czekamy na kłamstwo, lekceważenie, oszustwo, ignorancję, i taką postawę w oczekwaniu, na początek każdego kontaktu przyjmujemy, a to rodzi dalsze daleko idące konsekwencje… To przerażajace.
Najczęściej stosowanym zwrotem jeśli coś się komuś powiodło, udało, spodobało, coś załatwił, czymś siś zachwycił, jest zwrot – „Rozczarowałem się pozytywnie” – czyli akceptacja przez negację. To straszne.
U ludzi młodych jest trochę lepiej, ale po 35 roku życia już tylko nastawienie negatywne jest dominujące a pozycja obronna, gotowa w każdym momencie zmienić się na atakujacą, albo atak bez uprzedzenia na wszelki wypadek, żeby wyprzedzić ewentualny cios przecinika. Przeciwnik! Tak, to poprostu i zwyczajnie dla nas drugi człowiek. I to każdy człowiek – żona, mąż, własne dziecko, szef, podwładny, kolega, przechodzień, kaleka, żebrak, sprzedawca, kupujący, nawet ten który chce ci pomóc w jakiekolwiek sprawie, bo nie rozumiesz dlaczego, bo nie jesteś do tego przyzwyczajony i węszysz w tym złe intencje! Co wiecej to wszystko ma także zastosowanie do naszego myślenia o sprawach i ludzich. Robimy drobne korekty tylko w wypadku własnego psa, podkreślam – własnego, kota, czasem matki i nieżyjących i to też tylko czasem. To straszne.
Wczoraj pojechałam z moim wypożyczonym rowerem do właściciela wypożyczalni, żeby zrobić korektę wysokości siodełka, widząc mnie już z daleka wyszedł ze swojego zakladu i uśmiechając się szeroko z daleka krzyczał: – Co sie stało?! Coś się zepsuło?! Wymieniamy rower?! – wołał naprawdę radośnie. Stanęłam zdumiona. Nie jest zły? I nie myśli, że jadę z reklamacją i bedę się awanturować że coś ma złego ten rower, albo on przygotowując go dla mnie zrobił coś źle? Oszukał mnie? Nabrał? Jestem niezadowolona? Naprawdę tak nie myśli? Czułam się dziwnie i nieswojo „pozytywnie rozczarowana”, ponieważ to ja jadąc myślałam mimowolnie że będzie miał mi za złe to że tyle mu zajełam czasu wypożyczając ten rower a teraz znowu będę mu zawracać głowę…
To niby drobiazg, to wszystko tu to drobiazgi, ale tak mnie to za każdym razem na poczatku pobytu tutaj „zatrzymuje w locie” tak mnie to uderza, że nie mogłam nie napisać. Przepraszam.
Dobrego dnia. I pamiętajcie o drobiazgu, o uśmiechu! Zaczynajcie wszystko od uśmiechu, nawet na siłę, bo twarz nie ma nawyku, rysy się już tak łatwo w uśmiech nie układają, wiem, mięśnie zapomniały, ale za to jeśli się wam uda twarz ” zdeformować” w uśmiech, zobaczycie cudowne rezultaty… i o ile będzie łatwiej.
Cały mój zapis nie dotyczy zakochanych bo wtedy to jest okres „prewencji” i działają na ogólnym znieczuleniu i jakby „wesołym Jasiu” oraz nie dotyczy to także tzw.”napalonych młodych” a tacy się zdarzają, nieczęsto ale zdarzają, tacy co to jeszcze nie mają złych doświadczeń i umkęli cudem negatywnej selekcji – ludzi, zdarzeń i chwil… I oby jak najdłużej. I pamietajcie że jednym z najwstrętniejszych powiedzeń jest to że ” Nadzieja jest matką głupich”!
Dobrego dnia.