JAK NIEPRZYJACIEL TYM ZAJADLEJ ŚCIGA NAS W UCIECZCE, TAK SAMO BÓL WZBIJA SIĘ W PYCHĘ GDY WIDZI, ŻE DRŻYMY PRZED NIM. ZNACZNIE STANIE SIĘ USTĘPLIWSZY TEMU, KTO STAWI MU CZOŁO: TRZEBA SIĘ ZEBRAĆ W SOBIE I DAĆ MU KRZEPKI ODPÓR.Michel Montaigne.
Jak żywiliście się w młodości? Ja okropnie. Śniadania nie jadłam , bo nie zdążałam, jechałam o siódmej pociągiem do szkoły do Warszawy, po drodze między dwoma autobusami zdążałam lub nie, pożreć suchą bułkę kupioną w sklepie koło przystanku, w szkole nie jadłam nic, bo nie było gdzie kupić, a śniadania do szkoły oczywiście sobie nie robiłam, bo i na to mi nie starczało czasu, a poza tym, śniadanie? Na przerwie? Było tyle ważniejszych rzeczy, tyle spraw do omówienia, tyle powodów do śmiechu, zabawy, kto by myślał o jedzeniu! Potem biegłam do szkoły muzycznej albo do Operetki Warszawskiej na zajęcia, po drodze zjadałam bitą śmietanę, lody, rurki z kremem, ciastko, w jakiejś kawiarni, albo tabliczkę czekolady żeby zabić głód, wypijałam lepką i słodką oranżadę z butelki, cukierkami zagryzałam miedzy lekcjmi tańca a lekcjami historii i teorii tańca, wieczorem, a raczej późno wieczorem po przyjeździe do domu, zjadałam wszystko co było do zjedzenia a potem jeszcze szukałam słodyczy po szafkach i schowkach gdzie je utykała przed nami mama. Permenentnie jadłam kisiel bo jestem kiślożercą, do dziś zresztą. Teraz kiedy zrobili kiśle błyskawiczne, wciąż wolę zjeść kisiel niż cokolwiek innego, uwielbiam, a poza tym kisiel robi mi dobrze na struny głosowe, przed spektaklem. Kiedy byłam na studiach była kawa, kawa, kawa i papierosy Kim’y. Rodzice dawali mi co rano parę złotych na jedzenie w ciągu dnia i starczało to na paczkę Kimów i blitet do kina, albo do teatru, albo do Zachęty, a kiedy chciałam kupić książkę lub płytę nie jadłam zwyczajnie cały dzień nic oprócz bułki i po dwóch trzech dniach mogłam sobie to kupić. Bułka popijana śmietaną z butelki to danie podstawowe moje i moich rówieśników w młodości. Herbatniki „Ptibery” (Petite Beure) i kefir to rozkoszny posiłek, kojarzy mi się ze śmiechem, biegiem, wiatrem, namiotem, deszczem i pocałunkami.
Piszę o tym bo denerwujemy się w domu jak i co jędzą nasze dzieci. Moi synowie, którzy chodzą do szkoły tu w Milanówku, obok domu, rano mogą zjeść porządne śniadanie z jajkami na miękko, sadzonymi, po wiedeńsku jak chcą i co chcą , ale nie jędzą bo połykają coś co jest na stole, wypijają kakao i biegną. W szkole jędzą obiady ze stołówki mimo że w domu się gotuje i to specjalnie dla nich, codziennie, ale oni wolą z kolegami, ze styropianu, kateringowe dania od których ich boli brzuch, a potem podjadają wszystko co na drodze – słodkie, rożnego rodzaju batoniki, wynalazki, czekoladki, mimo że na stole w domu stoją desery dla nich zrobione, upieczone świeże ciasto a i mogą porosić w każdej chwili babcię, na przykład o naleśniki czy jabłka w cieście. Wieczorem są już tak najedzeni tego wszystkiego okropnego, jak to nazywa moja mama, że o normalnej kolacji, ciepłej i specjalnie z myślą o nich przygotowanej nie ma mowy…Denerwuję się i nie denerwuję jednoczesnie, bo ja – myślę sobie- jadałam dużo gorzej i głupiej i wiecznie bolał mnie brzuch i maiłam takze kłopoty z powodu złego traktowania mojego żołądka.
Co dzień prawie wchodzę na stronę Pajacyka i klikam aby i moje pieniądze wspomogły dzieci niedożywione i głodne, uwielbiam tę akcję i od dawna jej towarzyszę, choć za każdym razem klikając przebiega mi przez myśl że cieszyłabym się naprawdę gdyby te dzieci mogły sobie jeść co im się zapragnie, najbardziej niezdrowego batona, czekoladę, lizaka, wszystko słodkie i uweilbiane przez nich…..i dla nich wymyślane. To co lubią i co im sprawia przyjemność, dzieciństwo to właśnie czas na „nierozsądek żywieniowy” .
Byłam kiedyś świadkiem jak złapano w dużym sklepie chłopca za kradzież słodyczy, starłam się pertraktować z obsługą sklepu, chciałam zapłacić i zamknąć całą sprawę, nie pozwolono na to początkowo, ale potem jakoś incydent załagodzono i mały odbiegł z obładowanymi kieszeniami…Czy dziecko, nawet nie głodne, ale zwyczajnie dziecko, może oprzeć się leżącej czekoladzie jeśli ma na nią ochotę a nie ma pieniędzy? Nikt z was w dzieciństwie nie zwędził cukierka, albo czekoladki? – pytałam kierownika sklepu.
W Milanówku koło dużych sklepów kręcą się gromady dzieci, pomagają kupującym w rozpakowywaniu koszyków, w pakowaniu zakupów do samochodu itd. Potem dostają drobne pieniądze od ludzi lub coś słodkiego, bardzo to lubię…lubię te dzieci , i śmieję się jak się kłócą potem dzieląc się pieniędzmi. Mam nadzieję że nie muszą ich potem, odnosić do domów aby oddać rodzicom. Zapytałam kiedyś jedną z takich dziewczynek czy jest głodna. Spojrzała na mnie przestraszona i pokręciła przecząco głowa. A no co zbierasz zapytałam, na słodycze, ubranie, wakacje? Nie na książki- odparła. Nie uwierzyłam jej, ale może nie miałam racji. Nie wiem. Obserwuję jak starsi, pewnie biedni ludzie denerwują się na te dzieci, krzyczą na nie, odganiają je. Wielu ludzi teraz uważa że dzieci są żle wychowane, i generalnie złe i podłe. Tak mi też wytłumaczyła swoej zdenerwowanie, i krzyk na te dzieici, pewna starsza pani pod naszym sklepem. Miała pewnie jakieś przykre doświadczenia….ale widuję ją jak chodzi wieczorem do kościoła, i wiem że należy do takiego jakigos kościelnego kółka, które się co roku chyba właśnie w maju, modli za nienarodzone, „zabijane przez matki dzieci”- jak nazywają to te starsze panie. Każda wybiera sobei jakieś teoretycznie poczęte dziecko i modli się za nie, żeby go nie zabito! Oburzyło mnie to. Kiedyś poprosiły mnie o towarzyszenie w takiej modlitwie i przeczytaniu modlitwy na głos w kościele. Nie ważne….
No wiec jak jedliście w dzieciństwie? Podobno sposób żywienia w młodości determinuje potem nasz wygląd , i nawykli żywieniowe w życiu dorosłym…. W moim dzieciństwie chałwa, ptasie mleczko, orzechy, czekolada , pomarańcze, banany, wszystko było rarytasem, prawie niedostępnym, Bajeczne i Pierroty z Mieszanki Wedlowskiej śniły mis się po nocach a śliwki w czekoladzie, winogrona i mandarynki przychodziły mi na myśl w momentach największego szczęścia jako szczyt rozkoszy….Wszystko się zmieniło. Tylko teraz tego wszystkiego właściwie nie dotykam, z rozsądku, ale wciąż myślę o tych delikatesach z przyjemnością….i pozwalam moim dzieciom na nierozsądne jedzenie. Macham ręką. A kiedy moja mama i mąż protestują przeciwko moim zakupom pełnym słodyczy, mówię: A kiedy mają dzieci to jeść ? Na starość? Dzieci lubią słodycze! A rozsadek wsadźcie sobie do kieszeni.
Moja nieżyjąca już dziś teściowa, bardzo starsza pani kiedy ją poznałam, uwielbiała czekoladę, poznałyśmy się i zostałyśmy rodziną w czasach kiedy czekolada w Polsce nie była szeroko dostępna. Przywoziliśmy jej zawsze czekoladę w prezencie. Śmiałam się jak ją sobie podjadała mówiąc: – Nie daję wam, nie częstuję, bo wy jestescie jeszcze młodzi więc jeszcze się czakoaldy w życiu najecie, a ja już nie. I miała rację. Nie doczekała czasów w których w Polsce od czekolady uginają się półki i tylko znów wraca marzenie każdego porządnego człowieka, marzenie o socjaliżmie- żeby każdy mógł ją mieć, no może nie po równo tak zupełnie, ale jednak każdy. No ale to już inne zagadnienie.
Dobrego słodkiego dnia.