25
Czerwiec
2002
07:20

dziennik 2002-06-25 07:20:00

25 czerwca 2002, wtorek, 07:20

Doroty, Łucji, Olbrachta, Wilhelma – Wszystkiego dobrego.

Dorota – według mojej książeczki: bardzo uczuciowa, wielkoduszna, przywiązana do tych, których kocha. Ale nierówna osobowość, poddaje się huśtawce nastrojów, łatwo wybucha gniewem, urządza sceny. Dumna, ale wierna i lojalna. Mam mieszane uczucia. Nie lubię imienia Dorota, zupełnie nie wiem dlaczego, a właściwie wiem, ale to nie dla Was opowieść, a z drugiej strony nie znam Doroty, która by mi się nie podobała, A Dorota Segda jest po prostu samą słodyczą i urokiem.

Łucja – to imię kobiety wymyślonej. Delikatność nieziemska, wrażliwość do granic, kruchość i cichość. Trzeba o nią bardzo, bardzo dbać, żeby się nie załamała choćby codziennością. Ale w podzięce taka słodycz! Taka słodycz!

Olbracht i Wilhelm – dadzą sobie radę sami.

Przeczytałam wczoraj na plaży książkę kretyńską, monotonną i głupią. Przeczytałam, bo ktoś mi powiedział, że to się nadaje na serial o trzydziestolatce, inteligentce, zabawnej kobiecie, wiecznie poszukującej męża i spotykającej najdziwniejsze typy z agencji matrymonialnych, każdy z nich – inna zabawna historia, inne perypetie, inne konkluzje. Pomysł mógłby być zabawny, ale ta książka jest idiotyczna, mnie w ogóle nie śmieszy, raczej przeraża, zawartość mózgu tej kobiety – zero, faceci spotykani – dno. Nic z tego nie wynika. Banał i tylko zabawny, lekki, zgrabny język narracji, tyle. A w recenzjach piszą: „Bohaterka powieści to prawdziwy symbol kobiety naszych czasów”. No nieźle!  Jeśli to ma być symbol, to ja się wypisuję. Nazywa się to „Cel matrymonialny. Rok z dziennika Tiffany Trott” i jest autorstwa Izabel Wolff. Pisząc to wszystko, mam świadomość, że wiele kobiet byłoby tą książką zachwyconych i spędziłoby miło przy niej czas. Pewnie na to też liczą wydawcy. Mnie tylko wkurzyła. Książka kosztuje 34 złote – chyba zwariowali! Broszurowe wydanie! Bezczelność!

Wczoraj wieczorem, kolacja w restauracji na górze wyspy. Pyszna.

Przesyłam trochę zdjęć i jadę do portu po chleb, bo zabrakło na śniadanie. Pa. Pa.

Dobrego dnia. Ja potem idę na plażę byczyć się pod parasolem, kąpać się w krystalicznie czystej i wspaniałej wodzie. Sfotografuję Wam to miejsce. Idę z książką mojego ukochanego Szolema Alejchema „Z jarmarku”, pod pachą,  nie wiem dlaczego dotąd jej nie czytałam? Pozdrawiam.


Marek wybiera w restauracji wino


Droga do restauracji w miasteczku

Mam takich zdjęć tysiąc, i wciąż nie mogę się powstrzymać. Nie ma chyba bardziej typowego widoku w tych małych miasteczkach.


Nasza wyspa

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.