23 czerwca 2002, niedziela, 08:39
Agrypiny, Wandy, Józefa, Zenona – Wszystkiego dobrego.
Agrypina – to imię mi się nie podoba, bo kojarzy się z grypą, a poza tym nosiła je kobieta, która ponuro zapisała się w dziejach śródziemnomorskiej cywilizacji nie dość, że otruła męża, cesarza Klaudiusza, to zrobiła to po to, aby osadzić na tronie okropnego Nerona, swego syna. Żeby było jeszcze weselej i sprawiedliwiej, to zginęła zamordowana na jego rozkaz.
Wanda – jedno z moich ukochanych imion. Żałuję, że dziś tak mało w Polsce Wand, szkoda. Agnieszka Osiecka napisała o Wandzie tak:
Nieśmiała pani
spod znaku Koziorożca
snu ani ani
nie zna dziś.
Bo rudy księżyc,
uparty domokrążca
do małej pani
zapragnął przyjść…
Dom w malwy malowany,
ktoś mocno zakochany,
ach, to by było,
ach to się śni….
Noc w malwy malowana,
noc długa nieprzespana,
ach, to by było,
ach, to by by…
Sen małej pani
spod znaku Koziorożca
z księżycem tanim
odpływa, hen.
A pani Wanda
pół smutna, pół radosna
w muzykę zmienia
uparty tren.
Dom w malwy malowany,
ktoś mocno zakochany…
Józef – niech dziś zostanie już tylko ojcem Jezusa i przygotowuje się do jutrzejszego Jana.
Zenon – to imię dziś nieeleganckie, odkąd Zenek włożył dres, coś się stało z Zenonem, przepadł, Zenek za to ma się dobrze i w piosence, i w życiu. Taki czas. Taki czas na marnych ludzi, jak pisała Agnieszka Osiecka.
Wczorajsza Werona, w której byłam pierwszy raz, oczarowała i zmieniła moje pojęcie o tym mieście wyrobione sobie w wyobraźni. Cudowne miasto. Zawsze chciałam tam w Arenie wysłuchać i obejrzeć jakąś operę, jechałam tam wczoraj, między innymi po to, ale nie dojechałam, byliśmy późno, nocą, i rano trafiliśmy już tylko na zmianę dekoracji z „Aidy” na „Carmen”, którą grają dzisiaj, ale dzisiaj już nas tam być nie może. Spóźniliśmy się, no trudno, może pojadę tam jeszcze w tym sezonie specjalnie po to. Arena, to jeden z największych i najwspanialszych zachowanych teatrów romańskich, chyba drugi co do wielkości po rzymskim Coloseum. Grają tutaj całe lato opery, w repertuarze w tym roku jest ich sześć: „Aida” Verdiego w inscenizacji Zeffirellego, „Carmen” Bizeta, też Zeffirellego, „Il Trovatore” Verdiego – Zeffirellego, „Nabucco” Verdiego, w reżyserii Gregoriego, „Tosca” Pucciniego, inscenizacja Montaldo i „Grek Zorba” Teodorakisa z choreografią Massine. Grają w każdy piątek i sobotę lata. Za 18 Euro można wejść na najwyższe nienumerowane miejsca i oglądać, i słuchać. To tutaj wielkie triumfy święciła Callas.
W domu Julii, ze słynnym balkonem, najbardziej zdumiała mnie ilość napisów zostawionych przez zakochanych. To słynne miejsce pielgrzymek zakochanych z całego świata, a punktem honoru każdej pary jest zostawić tam swój ślad. Piszą flamastrami, ryją szpikulcami lub zostawiają całkiem nietrwałe znaki napisane szminką do ust, czym popadnie, sentencje, błagania, prośby o trwałość ich miłości lub o miłość wieczną, a także o miłość w ogóle, zaklinając te kamienie w nadziei na szczęście. Jeden napis na drugim, jeden pod drugim, w poprzek, wzdłuż, wielki, mały, złoty, srebrny, fioletowy, z serduszkiem, w serduszku, bez serduszka. Ciekawe, ile z tych par przetrwało, ile z nich cieszy się tym wymarzonym szczęściem. Rano starszy pan w fartuchu wychodzi ze ścierką, szczotką i żrącym jakimś płynem i cierpliwie od świtu wymazuje, co można, śpieszy się, żeby zdążyć przed dziewiątą, kiedy to następni błagalnicy wejdą na to małe podwóreczko. Niektóre z tych napisów są wybazgrane tak wysoko, że starowinka nie ma nawet takiej wysokiej drabiny, żeby je „zniszczyć”. Kręci głową i zastanawia się, jak im się to udało i macha ręką. Obserwowałam to czekając od ósmej na otwarcie podwórka. Dom Romea jest nie tak daleko, ale tam nikt nie chodzi. Turystów i zakochanych jakoś dom Romea nie interesuje. Balkon Julii i przypomnienie sceny balkonowej, to to jest to.
Romeo:
O! Julio,
Przysięgam na księżyc, co wspaniale
Powleka srebrem tamtych drzew wierzchołki…
Julia:
O! Nie przysięgaj na księżyc, bo księżyc
Co tydzień zmienia kształt swej pięknej tarczy;
I miłość twoja po takiej przysiędze
Mogłaby również zmienną się okazać.
Romeo:
Na cóż mam przysiąc?
Julia:
Nie przysięgaj wcale;
Lub też przysięgnij na samego siebie:
Na ten uroczy przedmiot mych uwielbień,
To ci uwierzę.
Romeo:
Jeśli szczera miłość
Mojego serca…
Julia:
Daj spokój przysięgom…
To tłumaczenie Józefa Paszkowskiego, które ja znam najlepiej, to w tym tłumaczeniu czytałam to w młodości i dla mnie jest niedościgłe. Ten cudowny rytm…















Wieczorem wsiedliśmy na prom i odpłynęliśmy w kierunku celu naszej tegorocznej podróży. Małej wyspy, miejsca odosobnienia od codzienności i trosk.


Od dziś rana zaczynamy wakacje tak naprawdę.
Dobrego dnia. Jeśli Wam jest równie gorąco jak mnie, współczuję. Siedzę na szczycie góry, na wyspie, patrzę na zatokę i umieram z upału. Zaraz idę na plażę i zanurzę się w morzu.
