4 czerwca 2002, wtorek, 06:18
Dacjusza, Franciszka, Karola – Wszystkiego dobrego.
Dacjusz – to jakieś imię niedzisiejsze zupełnie. Ale aspiruje do czegoś lepszego niż zwykłe życie. Dacjusz, który jest zamiataczem peronów, to byłoby dziwne. Choć znam jednego zamiatacza peronów, który dziś jest milionerem w Ameryce, ale to też trywialne jak na Dacjusza. Ten mój znajomy zamiatacz peronów był zamiataczem, ale z dyplomem politechniki z Polski, i już rok później był szefem budowy jakiegoś dworca kolejowego. Następny budowała już jego własna firma a teraz… Jest nadzwyczajnym człowiekiem o niezłomnej woli. Bardzo go podziwiam. Słucham z otwartymi ustami, jak w pierwszych latach w Ameryce walczył o przetrwanie, sypiał ze szczurami i pracował ponad ludzkie siły. Nic go nie było w stanie zmóc, pokonać, załamać. Udało się to lata później kobiecie. Małej kobietce z Polski. Nie piszę dalej, bo zdradzę za dużo szczegółów, ale aż mnie palce świerzbią, bo to typowa, ale jakże fascynująca historia.
Franciszek – kojarzy się nam ze świętym przede wszystkim, z ptaszkami, pieskami, ubogimi, i fantastycznie, że staje nam czasem przed oczami taki symbol, znak, postać, upomnienie, przesłanie. Karol, to jedno z moich ulubionych imion. Po prostu. Nie znam żadnego Karola, a szkoda.
Całymi dniami teraz zajmuję się przygotowaniem Teatru Telewizji, który nagrywać będę tuż po powrocie z letnich wakacji. Pisałam o tym wcześniej. Ma to być Porozmawiajmy o życiu i śmierci Krzysztofa Bizio. Siedzę w bibliotekach, czytam, oglądam obrazy. Zagłębiłam się w Drogę Krzyżową „po uszy”, jej znaczenie, symbolikę i przedstawienia w malarstwie i sztuce. Bardzo to przyjemny czas i niezwykły w mojej codzienności. Chciałabym, żeby trwał dłużej, niestety za chwilę muszę być gotowa, a księgi, które przeglądam, są tak stare, ogromne i cenne, że nie można ich wynieść nawet na moment z żadnej z tych bibliotek. Niestety Biblioteka Narodowa na Placu Krasińskich w remoncie. Tam się nie wybierajcie do września, a w każdym razie nie do działu ikonografii na pierwsze piętro.
Mój Chrystus, a raczej Ewy Wycichowskiej Chrystus, to Krzysztof Raczkowski. Podobno udało się i przyjedzie z Niemiec zagrać u nas. Powiem Wam jedno, jest wspaniały. Jest „piękny”, a Chrystus – piękny mężczyzna – to jest moje marzenie i mój obowiązek jako reżysera. Zamieszczam jedyne jego zdjęcie, jakie posiadam, zdjęcie ze spektaklu „Ole con ole”; zrobił je Piotr Długosz.

Tak cieszę się na tę pracę, przede wszystkim na spotkanie z Ewą Wycichowską i z jej wyobraźnią, na połączenie w kamerze tych dwóch światów, świata naszego z biblijnym. Spotkanie tego tekstu, zapisanego jak literatura faktu, ze światem naszych wyobrażeń wzorowanym na przykładach arcydzieł z malarstwa i rzeźby opowiadających o Męce Pańskiej. Mam nadzieję, że moje pomysły i zabiegi osiągną pożądany rezultat i powstanie utwór ważny dla nas wszystkich.
Dziś jadę do Łodzi, gdzie śpiewam mój koncert. Cieszę się na spotkanie z muzykami. Dawno ich nie widziałam. Ale, ach! Zapomniałam, że dzisiaj ten słynny mecz piłkarski. Że dziś Polska o 13.00 zatrzymuje się w locie i zamiera przy telewizorach i w sercach. Z nikim dziś normalnie nie da się porozmawiać. Z muzykami też. Drżę na myśl, co by było, gdybyśmy wygrali te mistrzostwa świata, nie dałoby się dalej normalnie żyć. Normalnie to znaczy tak, jak ja sobie wyobrażam normę.
Dobrego dnia. I Zwycięstwa w dzisiejszym meczu – no już trudno.
