5 stycznia 2003, niedziela, 09:48
Hanny, Edwarda, Emiliana, Telesfora – wszystkiego dobrego.
JEŻELI PRZYJMIEMY TWIERDZENIE, IŻ PRAWDA JEST UZALEŻNIONA OD ZDANIA CZŁOWIEKA, TO MUSIELIBYŚMY KONSEKWENTNIE ZAŁOŻYĆ. IŻ NIE ISTNIAŁABY ŻADNA PRAWDA, GDYBY NIE BYŁO CZŁOWIEKA.(Edmund Husserl)
Muszą istnieć prawa, które nie są zdeterminowane przez umysł. Podstawa etyki winna zawierać się w obiektywnych prawach, wspierać się na solidnych fundamentach, nie zaś na mniemaniach zmiennego i popędliwego umysłu, podobnie z nauką. (Marek Niechwiej)
Ach jakby było dobrze gdyby tak było!
Dziś premiera. Dziś też, symbolicznie upływa jubileusz mojej pracy artystycznej. Chciałam go uczcić nie benefisem w telewizji, nie koncertem z występami zaproszonych gości, nie show, na co mnie od dwóch lat namawia telewizja, a ukłonem w stosunku do teatru, ukłonem pokory do sztuki, zespołu, wspaniałej literatury, pięknej opowieści o ludziach, wielkiego autora, jakim jest Czechów i po prostu kolejną rolą teatralną. Cieszę się, że tak będzie, niezależnie od rezultatów. Cieszę się, że dzień mojego jubileuszu po latach zmagań, ubiega mi jak zwykły dzień teatru. Kolejna premiera. Tak chciałam żeby było. A artystą się bywa.
Nocą miałam koszmarny sen. Długo szłam z ciężką walizką do samotnie stojącego na brzegu morza wagonu kolejowego. Wniosłam tam, raczej wtargałam wreszcie bagaż, i umęczona siadłam w przedziale patrząc w morze. Nagle do morza rzuciła się kobieta w długiej atłasowej czarno białej sukni. Usiłowała rozpaczliwie płynąć. Tonęła. Nie krzyczała, ale próbowała się sama ratować. Nie udało się. W pewnym momencie przestała walczyć, pogodzona i spokojna poszła pod wodę. Wyciągnięto ją na piasek. Odwrócono. To byłam ja. Nagle do mojej twarzy zbliżyła się kamera, fotografowała moje zbliżenie. To był film. Kręciłam film. Tyle tylko, że już nie otworzyłam oczu. Umarłam w tym ujęciu filmowym. Bardzo długo mnie reanimowano. Patrzyłam na to z okna wagonu. W pewnym momencie zdecydowałam się wysiąść i sama siebie ratować. Biegłam. Nie udało się. Kiedy dobiegłam grzęznąc co chwila stopami w piasku, więznąc bezsilnie zatrzymywana przez jakąś dziwną siłę i niemoc, stanęłam już tylko naprzeciwko siebie samej, leżącej na piasku, mokrej i martwej. Kiedy odwróciłam się zrezygnowana okazało się że wagon z moją walizką zniknął. Nikt się mną nie interesował. Ludzie odchodzili. Byli już bardzo daleko. Zostałam sama ja martwa na plaży i ja żywa, która nie wiedziała gdzie ma iść i co zrobić z martwym ciałem.
Wczoraj ktoś znajomy przeczytał mi tuż przed wyjściem na scenę, lekceważącą i obraźliwą moim zdaniem dla mnie recenzję „Różowych pastylek na uspokojenie” zamieszczoną w Wysokich Obcasach. Już nie trzeba chodzić do fryziera żeby czytać szmatławce można wszystkie z nich wiadomości przeczytać w mojej książce, a książka jest nierówna, bo raz się śmiejesz, raz płaczesz… O mój Boże.
Dobrego dnia. O gorzki dniu mojego jubileuszu!
Aha, i mam do Was serdeczną prośbę. Nie myślcie o przemijaącym czasie. O tym, co było, będzie. Nie myślcie też ani o starości ani o śmierci. Co ma być to będzie – jak mówi moja Arkadina. A jubileusze? Okrągłe daty! Mącą tylko umysł i nerwy.