1 stycznia 2003, środa, 09:52
Masława, Mieczysława – wszystkiego dobrego.
NATURALNIE WSZYSCY WIEMY, CZYM JEST CZAS; JEST ON CZYMŚ, CO ZNAMY NAJLEPIEJ. LECZ SKORO TYLKO PODEJMUJEMY PRÓBĘ, BY ZDAĆ SOBIE SPRAWĘ ZE ŚWIADOMOŚCI CZASU, (…) WÓWCZAS POPADAMY W NAJBARDZIEJ OSOBLIWE TRUDNOŚCI, SPRZECZNOŚCI I POWIKŁANIA. (Edmund Husserl)
Każdy z nas ma świadomość, że istnieje czas. Składa się on z wielu chwil następujących po sobie. Pojmujemy to intuicyjnie, ale nie definiujemy. Nie można wyobrazić sobie czegokolwiek bez umieszczenia tego w czasie, a jednak nie potrafimy powiedzieć, co przez to rozumiemy. (Marek Niechwiej)
Czas. Czas w moim życiu powoli wysuwa się na znaczące miejsce wśród innych zagadnień, tematów, problemów, z którymi się zmagam. Dotąd tak nie było, a raczej było, ale traktowałam go rozrzutnie, nonszalandzko i bez zastanowienia. Teraz upływający czas dostrzegam, a stracony mnie boli. Przy czym zagadnienie, co uważam za czas stracony i moje poglądy na ten temat bardzo się zmieniły i wciąż się zmieniają.
Jak rozgospodarować czas, który mi pozostał? Od dawna postanowiłam, że będę robiła tylko to, na co mam ochotę, uczestniczyła tylko w tym, co ma dla mnie wartość, jest według mnie znaczące, co sprawia mi także przyjemność, a raczej nigdy już nie będę robiła tego, co sprawia mi przykrość, męczy mnie, upokarza, sprzeciwiam się temu. Ale to tylko fragment zagadnienia i tylko moje pobożne plany, chęci a nawet mogę je nazwać moimi marzeniami. Bo czy wszystko można zaplanować i przewidzieć? Nie. A może za chwilę sytuacja, los, życie, zmusi mnie do robienia i tracenia czasu na coś na co nie mam zupełnie ochoty?
Czas. Podobno istnieje Jungowskie ustawienie człowieka wobec czasu, ludzie dzielą się na takich, którzy myślą o czasie jako linii prostopadłej do siebie, inni widzą go do siebie równolegle. Jedni stoją na zewnątrz tych linii inni są w jej środku, ta linia przechodzi przez nich. Są i tacy, którzy myślą o czasie właściwie tylko w trybie teraźniejszym i przeszłym a w ogóle nie wybiegają w przyszłość i tych nazywamy najczęściej nieodpowiedzialnymi. Takich, którzy nie przewidują, nie planują, choćby kilku tyko ruchów do przodu…
Arkadina mówi w „Mewie”: Mam żelazną zasadę, nigdy nie myślę ani o starości ani o śmierci ! Co ma być to będzie… I to jest jej jedna z recept na młodość. Ja gram na końcu tego zdania „wątpliwość”. Moja Arkadina kłamie sobie samej. Wmawia sobie recepty. Ale ma świadomość i upływającego czasu i konsekwencji tego. Mam nadzieję, że, w mojej interpretacji, zdanie: Proszę wyglądam jak laleczka! Mogłabym jeszcze zagrać piętnastoletnią dziewczynkę! To zdanie, po którym Meryl Streep podobno w inscenizacji nowojorskiej robi gwiazdę na scenie, u mnie będzie kpiną z samej siebie, autoironią ze smakiem goryczy. Mam nadzieję. Jestem za „dużą dziewczynką” żebym mogła interpretować to inaczej. Choć wiara w to zdanie i przekonanie o jego prawdziwości to uwodząca interpretacja i pewnie bardziej atrakcyjna dla widza.
Ach upływający czas i „Mewa”- rzecz o artystach!
Wczoraj usłyszałam od reżysera: W twojej interpretacji Trigorin wychodzi na głupka bo z tobą zostaje za pochlebstwa i komplementy…
Tak. Bo tak chce Czechow i taka jest też prawidłowość psychologiczna. Każdy artysta czy dobry, czy zły, każdy człowiek, oddałby wszystko, za związek z kimś, kto go ceni, podziwia, uwielbia, kto mu wciąż uświadamia jego „wielkość”, mówi o osiągnięciach, potwierdza, że jest wspaniały. Każdy! Każdy z nas. Arkadina jest aktorką, artystką, dobrą czy zła to inne zagadnienie, ale jest dojrzałą inteligentną kobietą, używa pochlebstw, tego sposobu na zatrzymanie przy sobie młodszego mężczyzny – artysty, świadomie i z pełną premedytacją.
…Jesteś tak utalentowany, mądry, najlepszy ze współczesnych pisarzy, w tobie cała nadzieja Rosji…Masz tyle szczerości prostoty, świeżego zdrowego humoru….Umiesz zamknąć w jednym zdaniu to, co najważniejsze, co charakteryzuje postać, pejzaż, u ciebie ludzie są jak żywi. Ach, nie można cię czytać bez zachwytu! Myślisz ze ja ci schlebiam? No to popatrz mi w oczy….Popatrz….Czy tak wygląda kłamstwo? A widzisz, ja jedna potrafię cię ocenić, ja jedna mówię ci prawdę, mój najmilszy, kochany. Pojedziesz? Tak? Nie opuścisz mnie?…
To fragment tego monologu w tłumaczeniu Natalii Gałczyńskiej. Problem tu jest dla mnie gdzie indziej, czy ona choć trochę, rzeczywiście, choćby jako zakochana kobieta, uważa że on jest wielkim pisarzem, czy jest zupełnie cyniczna. „Na tym” monologu zagrać absolutną szczerość i oddanie, trudno. Po rosyjsku zresztą, brzmi on inaczej. Jakby bardziej wiarygodnie. W Rosji w ogóle istnieją wielkie, wielkie tradycje mówienia sobie komplementów i pochwał, bez ograniczeń, to jest w kulturze tego kraju. W Polsce jesteśmy w tych sprawach dużo bardziej oszczędni. Ale wracając do akadiny, chciałabym żeby tak było, chciałabym żeby moja Arkadina wierzyła wielkość Trigorina jako pisarza, bo dzięki temu inny też, dużo głębszy i poważniejszy, boleśniejszy staje się konflikt z synem, początkującym pisarzem nie cenionym przez nią, lekceważonym artystą, i zazdrosnym o nią paradoksalnie mężczyzną, a raczej nie o nią a o jej uznanie, uwagę, miłość. Sprawa znana z „Hamleta” także. W związku z tym chciałabym, aby moja Arkadina nie kłamała mówiąc ten monolog, co nie zmienia faktu, że użycie tej broni w momencie, kiedy ten chce odejść, jest co najmniej cyniczne i dwuznaczne. Ale Trigorin nie jest głupi, to pomyłka, on wcale nei wychodzi na głupka. On jej wierzy, bo chce wierzyć, bo jest mu to miłe, potrzebne, bo jest z nią w związku właśnie dlatego że tego potrzebuje. Potrzebuje ciągłego potwierdzania własnej wartości. Jak każdy człowiek, artysta tym bardziej. Jest w tym coś bolesnego, zależnego, upokarzającego. A ona to wie. Nina, dla której, czy do której chce odejść, porzucić Arkadinę, też go podziwia, też mu to schlebia, ale ten podziw w ustach młodości to na wodzie pisane szczęście. Poza tym Nina to temat na niewielkie opowiadanie jak sam mówi.
Moje pierwsze małżeństwo, małżeństwo artystów rozpadło się miedzy innymi z tego powodu że mój pierwszy mąż, autorytet dla mnie i mój nauczyciel ze Szkoły Teatralnej, uważał, że nie mam talentu. Wciąż mnie krytykował, strofował, wytykał słabości. Mój drugi mąż już przy kręceniu „Człowieka z marmuru” powiedział do mnie i wobec wszystkich: „Pani wchodzi i jest blask, pani znika zapada ciemność ” i to zdanie przez dwadzieścia lat naszego małżeństwa, które nastąpiło kilka lat później, karmi ten związek, również związek artystów. Jest elementem tylko oczywiście w naszych stosunkach, ale bardzo ważnym elementem i karmi ten związek skutecznie. Ale On także wie, że mnie się podobają jego zdjęcia, cokolwiek by nie nakręcił, jakikolwiek temat by nie opowiadał kamerą. I mam dla niego, nie tylko jako człowieka, mężczyzny, ale i artysty szacunek i podziw. Na szczęście nasze wzajemne uznanie i potwierdzanie tego uznania, mówienie o tym, to nie gra, to potrzeba i przyjemność.
Znam wiele związków, które opierają się na wzajemnym szacunku, i podziwie dla tego, co osiąga partner. Znam także takie, w których to jedno z małżonków rezygnuje z własnej kariery, aby służyć talentowi drugiego. Znam i takie, w których mężczyzna czy kobieta podtrzymują związki, latami, z trudnymi do wytrzymania jako partnerami życiowymi, artystami, tylko, dlatego że umieją w odpowiednim momencie wyznać uwielbienie, potwierdzić, wielkość, rozproszyć wątpliwości, przytulić, współczuć, stanąć murem za plecami kochanej osoby, czy choćby powiedzieć komplement. Ta umiejętność to klucz do wszystkiego. Przysięgam to fundamentalna sprawa, i bynajmniej nie tylko w związkach artystów.
Każdy z nas potrzebuje potwierdzenia własnej wartości, i liczy na to u partnera. Dobrze jest, jeśli ten podziw z tej drugiej strony może być szczery. No, ale to już inne zagadnienie.
Ach ile razy z rozczuleniem i wdzięcznością patrzyłam na żony, które pierwsze zaczynały bić brawo po występach mężów. Na mężów, którzy potrafili publicznie wyrazić uwielbienie dla żony artystki i bronić jej interesów i talentu „do krwi ostatniej”. I to jest piękne.
Arkadina jest starą kobietą. Nie ma już żadnych innych kart w ręku. Poświęca syna dla kochanka, no ale to inny temat, wielki, temat na inne dużo poważniejsze opowiadanie.
Dobrego dnia. Pierwszy dzień Nowego Roku. Składam spokojny, czuły i powolny pocałunek, zimnymi wargami, na waszych zamkniętych niespokojnych o przyszłość oczach. Najpierw całuję prawą powiekę, potem powoli i niespiesznie lewą. Uspokójcie się. Każdy z Was ma w sobie COŚ. Należy tylko znaleźć amatora tego czegoś.
Dobrego roku. Dobrego dnia.