06
Sierpień
2002
06:42

dziennik 2002-08-06 06:42:00

6 sierpnia 2002, wtorek, 06:42

Sławy, Jakuba, Sykstusa – Wszystkiego dobrego.

Sława – zawsze mi się wydawało, że Sława jest skrótem od imienia Sławomira, a od kiedy dowiedziałam się, że istnieje samodzielnie imię Sława, to po pierwsze uznałam, że jest to piękne imię, po drugie nie chciałabym mieć takiego imienia. To imię nie mające oczywiście ze sławą sensu stricto związku, niemniej imię tak brzmiące jest wyzwaniem. Znam zresztą dwie Sławy, nie Sławki właśnie, ale Sławy, i obie są kobietami nadzwyczajnymi, i choć to imię mnie kojarzy się z rumiankami, wiatrem, łąką i poezją, one obie z poezją mają niewiele wspólnego, obie są na kierowniczych stanowiskach, jedna w resorcie przemysłu ciężkiego, druga jest szefem wielkiego sklepu, obie konkretne, zdecydowane, prawie brutalne. Obie chodzą wcześnie spać, aby mogły rano wstać w pełni przytomne, a Sława w moim wyobrażeniu kładzie się nad ranem i śpi do południa.

Jakub – nasz dobry, piękny, tajemniczy znajomy, bo w Jakubie jest zawsze tajemnica, tak jak w Kubie jej nie ma zupełnie.

Sykstus – to święty papież, zamęczony wraz z towarzyszami za wiarę. Ale razem mamy pięciu świętych o tym imieniu, z czego aż trzech papieży.

Wstałam za późno, aby do Was pisać coś dłużej, a chciałabym porozmawiać o granicy ustępstw artysty, aby utrzymać się na rynku. Granicy ustępstw i ukłonów w kierunku „komercyjności” przedsięwzięć, w których przychodzi mu wziąć udział. A komercyjność jest dziś absolutnie równością z obniżeniem poziomu artystycznego. W każdym razie tak jest w mediach. Rzuciłam wczoraj przypadkiem okiem na pierwsze zdanie z wywiadu z panem Markiem Niedźwieckim – „Nigdy się nie ugnę i nie będę grał w radio tego, co mi się nie podoba”. Gazetę trzymała w ręku kobieta w jednej z Galerii obrazów w Kazimierzu, wywiadu nie miałam szansy przeczytać, ale zdanie pozostało mi w głowie i myśl dookoła niego krąży od wczoraj. Rozumiem, że pan Marek również jest poddawany, jak my wszyscy, naciskom i presji „słuchalności” i „oglądalności”, że pieniądze raklamodawców są wyznacznikiem wszystkiego, a reklamodawcy umieszczają swoje reklamy tam gdzie oglądalność i słuchalność jest wysoka, i kółko się zamyka. Wszyscy jesteśmy tu torturowani i obligowani gustem i poziomem Polaka – Szaraka, i wpatrujemy się w jego drgania mózgu jak w święty obraz, aby zrozumieć, czego potrzebuje, żeby nie zmienił kanału radiowego i telewizyjnego na inny niż ten, w którym my właśnie występujemy, mamy audycję czy program. A ten, popijając piwo, lub ta, przed którą jeszcze jest np. prasowanie, mogą z czegoś nieatrakcyjnego – ich zdaniem – zrezygnować, wciskają guziczek w pilocie i wydają wyrok nieodwołalny.

Zadaję sobie pytanie, gdzie są granice ustępstw ludzi – artystów, dziennikarzy, reżyserów, szefów programów, decydujących się pracować w mediach, w tym myślę także o prasie oczywiście, a decydując się… dobrowolnie skazują się na służbę spełniania życzeń i wyścigów w schlebianiu temu władcy, który ostatnio dostał władzę absolutną.

Myślę o tym i myśl łączy się także z sukcesem filmu „Dzień świra”. Pan Marek Koterski znalazł formułę, aby śmiać się z nas samych, ze wszystkich, z każdego, z siebie, a jednocześnie najbardziej prymitywnie myślący widz, w kinie siedzi zadowolony, bo ma uczucie, że on jest lepszy, że to nie o nim, jeżeli, to raczej o sąsiedzie i to do tego o inteligencie. Dziewczyna siedząca obok mnie w kinie, oprócz tego, że odebrała trzydzieści trzy telefony od Beaty, zarykiwała się ze śmiechu, ale śmiechu nie zmąconego żadną refleksją wyższą, a kiedy Marek Kondrat podcierał się na ekranie siódmy raz (obsesja związana z liczbą 7 jest elementem istotnym historii), ta pani dostała absolutnego paroksyzmu śmiechu (absolutne mistrzostwo Marka, aby zgrać tę rolę na takim poziomie i z takim smakiem, tak to wywarzyć), natomiast młody człowiek wychodzący z kina powiedział do dziewczyny: – „Ja pierd….!!! Jeśli to ma być o nas wszystkich, coś o Polaku tego okresu, to ja pierd….!!!!”, a ona na to: – „Mnie to nie śmieszy, mam uczucie, że oglądałam film o moim ojcu i za chwilę będziemy tacy sami, jak nam się nie uda”. No, ale połączyć te dwie refleksje i tych dwóch widzów na sali, udało się tylko panu Koterskiemu.

Dobrego dnia. Nie mogę dłużej siedzieć przy komputerze. Pozdrawiam. Dołączam jeszcze trzy zdjęcia z wczorajszego spotkania z publicznością.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.