28
Wrzesień
2002
09:31

dziennik 2002-09-28 09:31:00

28 września 2002, sobota, 09:31

Heliodora, Marka, Wacława – wszystkiego dobrego.

Heliodor – to mężczyzna trujący, jak kwiat, od którego umierasz. Kładziesz się z nim w pokoju i rano się nie budzisz, zapadasz w traumę, jesteś bezwolna, nieprzytomna, wszystko słyszysz, rozumiesz, ale nie reagujesz, bo jesteś nieprzytomna. Jesteś zdana na jego łaskę, jego kaprys, jego wolną chwilę, humor, nastrój. Zdarza się, że o tobie zapomina, zapomina nakarmić, przyjść, dotknąć, wtedy leżysz bezradna, bez nadziei bez znaku i powoli umierasz. Nie zadawaj się z Heliodorem.

Marek – Marek to mój Heliodor. Zawsze z Markiem miałam kłopot. Dziś nie zadaję się z Markami, oprócz Marka Kondrata. Marek to imię łacińskie, oznacza tego, który należy do Marsa, rzymskiego boga wojny i wojowników. Ma zazwyczaj bardzo barwny życiorys, jest miłośnikiem przygód, chce zwycięstwa, chce zmienić świat. Rozpiera go energia i entuzjazm. Chce realizować wszystko co możliwe i niemożliwe, szybko, bez wahania, bez zastanowienia. Jest niecierpliwy. Pożeracz serc kobiecych, a one reagują już na magię samego imienia. A jego filozofia życiowa to wolność i radość. Szczęśliwy dzień – wtorek, kolor – bordo, kamień – karneol, roślina – buk, owoc – czereśnia.

Wacław – Wacek. To ktoś swój, zawsze swój, choćby był obcy. Pewna pani, wiele lat temu, zatrzasnęła się w toalecie dworcowej w pewnym małym miasteczku, w noc Sylwestrową. Jej pociąg ze znajomymi jadącymi na bal do Krakowa, odjechał, a Wacek kolejarz, reagując na jej rozpaczliwy krzyk, poszedł jej pomóc. Otworzył drzwi i – sprawdzając jak się to mogło stać – zatrzasnął się znów z nią razem w środku, a ich krzyku do rana w Noc Sylwestrową na stacji kolejowej, nikt już nie usłyszał. Ta pani twierdziła – słyszałam to na własne uszy – że był to najlepszy Sylwester w jej życiu, z Wackiem w toalecie dworcowej, po odjeździe ostatniego pociągu, w zapyziałym dworcowym enturagu małego miasteczka. Było bosko, wesoło, nie nudno i zostali przyjaciółmi do końca życia. Wacek to Wacek, z Wackiem konie kraść.

Wczoraj przeczytałam – z nudów (czekając na przegranie kasety video) – pisma kobiece, wydane w tym miesiącu. Otóż radzą one się masturbować, aby być panią swojej rozkoszy i aby się rozładować. Radzą, aby kucnąć i palcem poszukać sobie punktu G, zabawiać się prysznicem, ocierać o wielki wibrator, jakim jest pralka, no w ogóle załatwić to w samotności, bo tak jest często lepiej. Czytałam to zdumiona. Może jestem nienormalna, ale mnie to interesuje absolutnie tylko i wyłącznie z mężczyzną, którego kocham, bo to mi jest potrzebne do wyrażania uczuć, wyrażania miłości, podtrzymywania, spiętrzania, podnoszenia uczucia na inne poziomy, a nie z fizjologicznej potrzeby. Poza tym, jeśli zrobiłabym to z moją pralką, nigdy już nie mogłabym jej traktować obojętnie.

Martwiłabym się potem, że jej smutno samej w pralni, że może cierpi, że jej zimno. Ta intymność, przeżycia, które się osiąga razem podczas aktu miłosnego, są czymś najwspanialszym, jedynym, niezapomnianym, dla czego warto żyć. Jest to coś najpiękniejszego, najwspanialszego, co ma nam do zaofiarowania życie na tym świecie. Nie wyobrażam sobie, że byłabym wdzięczna i zakochana w moim prysznicu. Nie mam nic przeciwko pralce, prysznicowi, czemukolwiek, ale żebyśmy tam byli razem z tym mężczyzną, z którym mamy sobie tym sposobem opowiedzieć o miłości. Ale może jestem nienormalna. Dziś rano przypadkiem spojrzałam na pralkę i zawstydziłam się, nie mówiąc o tym, że rano wzięłam kąpiel w wannie a nie jak co rano pod prysznicem. Mam uczucie, że on, prysznic, wie o takiej możliwości rozładowania i czuje się odrzucony.

Dobrego dnia.


Prysznic. Zobaczcie jaki zawstydzony


Pralki. Mam dwie, ale one jakby nieświadome

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.