4 stycznia 2002, piątek, 09:37
Anieli, Benity, Eugeniusza, Grzegorza – wszystkiego dobrego.

To jest ramka, w której do niedawna była zasuszona koniczyna z czterema listkami, podarowana mi przez przyjaciółkę. Zawsze, przez całe życie, na wszystkich łąkach, na których jestem, szukam czterolistnej koniczyny i nigdy w życiu nie udało mi się takiej znaleźć. Jedna z moich przyjaciółek wiedząc o mojej niespełnionej nadziei na znalezienie takiego czterolistnego szczęścia, podarowała mi tę czterolistną koniczynę, mówiąc, że znalazła ją dla mnie i w moim imieniu. Byłam szczęśliwa, umieściłam ją w ramce. Pewnego dnia odpadł od niej jeden listek. Kiedy zrozpaczona wyjmowałam ją z ramki, dostrzegłam, że ten jeden malutki, szczęśliwy, dodatkowy listek był przyklejony maleńkim przezroczystym plasterkiem. Że moja przyjaciółka oszukała mnie i spreparowała tę koniczynkę dla mnie. Wyrzuciłam suchy, oszukany listek i narysowałam sobie flamastrem w tym miejscu koniczynkę czterolistną. I tak od tego czasu już sobie jest. I jestem bardzo zadowolona. Przynajmniej nie oszukuję.
A teraz kolejna pieśń Stanisława Barańczaka z cyklu Podróż zimowa, bo nic nie jest teraz tak aktualne jak to:
XVIIIA jednak, gdy zawieja
zawyje mrozem w twarz,
powraca ta nadzieja,
że coś tam w sobie masz
że coś nad sobą masz.
Te chwile na przystanku,
trwające cały wiek,
te dni, gdy o poranku
nic tylko mrok i śnieg –
to nie zerwany kontrakt;
to raczej – w zdaniach zim
udostępniony kontakt,
udostępniony kontakt
Z Czymś Więcej, czyli z Nim.
Dobrego, zimowego dnia. Czuję się znów jak dziecko. Takie zimy były tylko wtedy, kiedy byłam dzieckiem.
Ach, wczorajsza 400-setna Shirley bardzo miła. Kwiaty, prezenty, pochwały, przyjaciele, ale przede wszystkim, sobie zagrałam, choć na początku byłam kretyńsko zdenerwowana i myliłam się jak debil. Pozdrowienia.