17 września 2002, wtorek, 07:51
Hildegardy, Justyny, Franciszka, Roberta – wszystkiego dobrego.
Hildegardzie wszystkiego najlepszego.
Justyna – to imię łacińskie, utworzone od imienia Justyn, czyli sprawiedliwy. Ma w sobie coś z księżniczki, wyróżnia się z otoczenia, jest podziwiana, otaczana szacunkiem i aurą, że osiągnie w życiu szczęście i sukces. Ona sama czuje się osobą wyjątkową, co bywa dość uciążliwe dla innych. Jest też w związku z tym wyjątkową indywidualistką, kocha nowości, wszelką oryginalność i zmiany. Często zdaje się na działanie żywiołowe, jak wielu, którzy wierzą w siebie, często udaje jej się osiągnąć to, co zamierzała. Nie lubi krzyku, ale emocje odgrywają w jej życiu niebagatelną rolę. Hobby – muzyka orientalna, podróże, szczęśliwy dzień – sobota, kolor – fioletowy, kamień – ametyst, roślina – azalia, owoc – malina.
Franciszek – już go charakteryzowałam, przepisując z książeczki, i życzymy tym Frankom z dzisiaj najlepszego.
Robert – to imię mojego zięcia, którego bardzo zresztą lubię. To imię germańskie, oznacza żyjącego w blasku sławy. Moja książka o imionach zawiadamia, że Robert potrafi obserwować świat i wyciągać odpowiednie wnioski. Szybko ocenia sytuację i podejmuje decyzje. Ma dar przyciągania ludzi do siebie. Szczęśliwy dzień – środa, kolor – żółty, kamień – cytryn, roślina – akacja, owoc – orzech. Przy tym imieniu jest takie motto wzięte Georga Marshalla: Małe czyny, których dokonujesz, są lepsze niż wielkie, które jedynie planujesz.
Codziennie przy śniadaniu rozmawiam z dziećmi jak planują sobie nowy rok szkolny, jak układają się zajęcia, jakie dodatkowe wybierają, a na inne nie mają ochoty. Od tego roku starszy poszedł do gimnazjum i, dotąd nierozłączni, rozdzielili się jakby, na pół dnia. Przy śniadaniu opowiadają sobie o nowych kolegach, nowych nauczycielach, lekcjach chemii, który to przedmiot jest nowością tak fascynującą, że młodszy każe sobie opowiadać absolutnie wszystkie doświadczenia robione na lekcjach chemii w gimnazjum i kombinuje nad zakupem zestawu „Mały chemik”. Dziś kategorycznie oświadczyłam, że nie zgadzam się na eksperymenty chemiczne w domu, szczególnie kiedy mnie nie ma, i jestem pewna, że albo spaliłby dom, albo doprowadził do wybuchu. Spojrzał na mnie zachwycony i spokojnie odparł: „Podzielam twoje obawy”. Czy Wy sobie wyobrażacie?! On podziela moje obawy!!! Ale pomijając, patrzę na nich z przyjemnością, Jędrek – młodszy, nie traci fantazji i niezmąconego przekonania, że jest Boski i Wyjątkowy, i każdy mu ulegnie, i da sobie radę wszędzie, Adaś – starszy, bardzo wyprzystojniał z nowym nosem, ale dalej nie odzywa się zbyt często, zaczął słuchać muzyki całymi wieczorami, jazzu, ale zasypia przy Rysiu Rynkowskim, co mnie prawdziwie zdumiewa, gratulacje Rysiu! Zaczął też się mnie wstydzić i to w każdej sprawie, staje się powoli mężczyzną i nawet odpowiedź na proste pytanie, dlaczego jest smutny, jak mi się wydaje, jest niemożliwa, bo zbyt intymna. A babcia, czyli moja mama (która jest dziś szczęśliwa, bo idzie do Teatru Polskiego na Jubileusz Ireny Kwiatkowskiej zorganizowany z okazji jej 90 urodzin) zupełnie już na chłopców nie ma wpływu, traktują ją jak natrętną muchę, a potem wciąż zacałowują, jak się denerwuje.
Co to będzie dalej? Jak tu ich wychowywać dalej?
Ja od dzisiaj zaczynam sezon i nie mam żadnego wieczoru wolnego do Wigilii. Co to robić? Czy oni się wychowają tylko za pomocą rozmów przy śniadaniach i porad telefonicznych udzielanych przeze mnie na każde żądanie?
Dziś mam próbę w telewizji do Pięknej Pani Seideman Szczypiorskiego, do której zaangażował mnie reżyser Janusz Kijowski, mimo że postawiłam warunek, że zagram, jeśli skreśli w tytule przymiotnik „piękna”, a tego nie zrobił, po południu reperuję połamane paznokcie przed spektaklem, a wieczorem Virginia…; dzieci mają szkołę, a potem tenis i rysunki. Czy zajmowanie im myśli i czasu w godzinach wolnych to dobry sposób wychowywania? Mnie tak wychowywali moi rodzice, nie miałam ani chwili wolnej, żebym nie myślała o głupotach. Po szkole jechałam do szkoły muzycznej, potem na hiszpański, francuski, a w nocy odrabiałam lekcje, nie mówiąc już o ćwiczeniu na fortepianie. Potem była rzeźba, malarstwo, i zajęcia w Studium Baletowym przy Operetce warszawskiej… I się wychowałam.
Może z pomocą Boską… – jak mówiła moja babcia – wychowają się i oni. Podobno dzieci wychowują się przez obserwacje i akceptację lub negację tego, co widzą. No, ale czy ja jestem dobrym przykładem? Może mój mąż.
Niedawno spotkałam się z jednym znanym reżyserem, co bardzo dużo robił kiedyś a teraz w tych trudnych czasach jest bezrobotny. Wygłosił do mnie zdumiewające przemówienie, że za dużo pracuję, że moje dzieci potrzebują matki, że to najgorszy wiek, a ja i reżyseruję, i piszę, i gram, i że to jest nie do zniesienia, i naprawdę powinnam się zastanowić, bo to niestety nieodwracalne zmiany, jak ich nie dopilnuję teraz, zmarnuję im życie, wypaczę charaktery przez moją nieobecność i nadmiar pracy, i moje chore ambicje. Tłumaczyłam się speszona, że w moim domu mieszka stale sześć osób dorosłych, wszyscy nic nie robią tylko zajmują się chłopcami i moja nieobecność… Ale on żelaznym głosem nie znoszącym sprzeciwu odparł: – Dzieci potrzebują matki…
Dobrego dnia.