16
Wrzesień
2002
06:34

dziennik 2002-09-16 06:34:00

16 września 2002, poniedziałek, 06:34

Edyty, Kamy, Korneliusza – Wszystkiego dobrego.

Edyta – imię germańskie (anglosaskie), oznacza ono tę, która walczy o pomyślność, dobrobyt. Ma zrównoważony charakter, i jej życie zazwyczaj układa się pomyślnie. Jest obowiązkowa i dobrze zorganizowana. Czasem wpada w złość, okazuje niezadowolenie, głównie w imię osiągnięcia założonego celu. Roztacza pozytywną atmosferę, jest zwolenniczką porządku, dyscypliny i nie bardzo lubi nieudaczników czy toleruje niedociągnięcia. Szczęśliwy dzień – sobota, kolor – czarny, kamień – onyks, roślina – narcyz, owoc – orzech.

Kama – tego imienia nie ma w mojej książce, a było ono symbolem tajemniczości, kiedy byłam dzieckiem, i pretensjonalności, kiedy dorosłam. Zawsze to imię – wilgotne i czarne, pokryte mchem – robiło na mnie wrażenie, aż do momentu, kiedy stało się dźwiękiem przykrywającym egocentryzm. Takie są moje doświadczenia, może Wy znacie Kamy mniej zajęte sobą i dbające tylko o swoje interesy. Czego Wam życzę.

Korneliusz to Kornel i Juliusz, nie wystarczyłoby jedno z nich?

Wczorajszy „Hamlet” obejrzany przeze mnie w Gdańsku, nie tyle rozczarował, co uświadomił mi ideę Brooka. Jego ideę teatru. Teatr dla wszystkich, teatr ludowy, etniczny, pierwotny, podstawowy. Pomijający całe wyrafinowanie i zdobycze i dzwiewiętnasto-, i dwudziesto-wieczne, całą komplikację, złożoność psychologiczną i emocjonalną, niejednoznaczność interpretacji i zachowań, psychoanalizę i zabawy formalne na wyższych poziomach techniki i możliwości teatru, również. Oczywiście ten nurt teatru, bo Brook robi też przedstawienia inne, jego Czechowy nie mają sobie równych, kiedyś zaprosił mnie Michel Piccoli na „Wiśniowy sad”, w którym on grał Gajewa a żona Brooka – Raniewaską, myślałam, że umrę z zachwytu. A wczoraj miałam uczucie, jakbym siedziała na piasku w afrykańskiej wiosce a grupa bardziej lub mniej zdolnych półamatrów opowiadała mi tragedię duńskiego księcia Hamleta, cały czas sprawdzając w moich oczach czy na pewno rozumiem. To podawanie tekstu pół do partnera i pół do publiczności, prawdziwie mnie zdumiało, nie mówię o Hamlecie, którego rola była oparta o dialog z publicznością, i słusznie, i zawsze tak jest, nawet, jeśli Hamlet nie patrzy w oczy publiczności, nie zwraca się bezpośrednio do niej, jak ten Brooka, nie komentuje wszystkiego z publicznością, nawet jeśli jest czwarta ściana, to i tak jest to dialog, obserwacja człowieka dialogującego ze sobą, ale tutaj chodzi mi o inne postaci we wczorajszym przedstawieniu. To pokazywanie rękoma i ciałem, co się mówi, ilustrowanie wszystkiego. Zdumiewające. W pewnym momencie, trochę zła, po półgodzinie przedstawienia pomyślałam, że z bezdomnymi z dworca, wśród których też jest wielu chrakterystycznych typów, za flaszkę, można by jak by się uparł „wyrobić”, wyćwiczyć to samo. Tak, teatr dla wszystkich.

Wczoraj siedząc na widowni zastanawiałam się jeszcze nad jednym. Szekspira we Francji gra się prozą, tłumaczy prozą. To daje zupełnie inne możliwości, to daje możliwość wyzwolenia się z nakazów, wiersza (nawet białego wiersza, ale jednak), rytmu, cezur czasowych, to daje możliwość bawienia się nieograniczonego słowem, pauzą, zmiany znaczenia słowa poprzez czas przed i po nim. Proza zwalnia ze wszystkiego. Można robić, co się chce. Proza poza tym daje codzienność, bliskość, zwykłość, możliwość zabawy dookoła słów, jak to wczoraj robił Hamlet.

Hamlet Brooka – ten ciemny chłopiec, pełen wdzięku i organicznej swobody, lekkości i przyjemności z bycia na scenie i grania, trzyma przedstawienie. Czym? Sobą, prawdą, zabawnymi reakcjami współczesnego chłopca, oburzonego, niesprawiedliwością, ale nie romantycznego, cierpiącego, pragnącego naprawić niesprawiedliwość, a co za tym idzie – świat. Nie, to rozgrywka między ludźmi żyjącymi gdzieś koło nas, nie ma w niej żadnych wielkich uczuć. Podobno pan Brook na spotkaniu opowiadał, że jest to spektakl o tym, czy zabić, czy nie zabijać. Jeśli tak, to zwariował. Oczywiście, że nie zabijać! Choć w tym spektaklu „zabić i nie zabić” nie odgrywa większej roli. Dla mnie zawsze najwspanialszą sprawą i ukrytą dynamiką tego tekstu jest niepewność, czy stryj i matka zabili, czy nie. To jest prawdziwy dynamit i to daje opowieść o młodości, radykalizmie, bezwzględności młodości, nonkonformizmie młodości, jej sile, jej prawach, jej regułach i wspaniałości. Przyjeżdża młody Hamlet, nie był w kraju w momencie śmierci ojca, ale wie, i to jest decydujące, że matka wyszła za mąż w niecałe dwa miesiące po śmieci ojca za jego brata. Niezgoda, nienawiść, ból, upokorzenie, sprzeciw. Ten ból początkowy, ta niewierność, ta obrzydliwa zdrada matki, obrzydliwa, jest decydująca. Potem widzi już co chce i słyszy co chce, i rozumie co chce – i ducha, i kolejne znaki świadczące o morderstwie, i potwierdzenia, i wszystko, a bunt, nienawiść, poczucie krzywdy rośnie. Ta niepewność ma dla widza moim zdaniem siłę największą. A Hamlet jest wtedy przeciwko wszystkiemu i wszystkim, widzom też, jak raca, jak płomień, jak zemsta, jak burza, jak huragan, jak niepokój, jak wspaniała młodość.

Wychowujemy się wszyscy według ideałów, według romantycznych i utopijnych zasad i pojęć o człowieku i świecie. Tak nas wychowuje szkoła, literatura, nasza historia, romantyzm i etos romantycznego bohatera. Każda zdrada, każda rysa na tym wielkim, wspaniałym prezencie, jaki dostajemy w młodości, każda szczerba w ideałach nas oburza i czyni nieszczęśliwymi. Zmusza do działania i walki. To wspaniała młodość. Nie znająca względności, relatywizmu, spokoju, zastanowienia, wybaczenia. To piękne. O tym dla mnie zawsze był Hamlet. Hamlet to wycie z buntu przeciwko właśnie nabytej wiedzy o naturze tego świata i jego brudów. Bo matka to świat. Bo bliscy to reguły. Hamlet to protest.

W przedstawieniu Brooka, Hamlet mści się, bo matka i stryj nie pozostawiają cienia wątpliwości, że zabili, a ich mizdrzenie się i przytulanie w obecności Hamleta powoduje u niego zdumiewający brak reakcji. W związku z tym, jeśli tak jest, mści się za niemrawo, zbyt zabawowo, zbyt byle jak, mści się z wdziękiem, lekko, bez żaru i honoru, i prawdziwego poczucia krzywdy, nie zapominając o zabawie. Filozof? Mędrzec? Ja go mam gdzieś z jego uśmiechami i łypaniem oczu i zalotnymi spojrzeniami. Śmieje się i on, i publiczność, i w ogóle jest miło. Jest zabawnie.

Teatr jest zabawą. Sztuka – w ogóle przyjemnością. Dawno świat nie chce i właściwie nigdy nie przyjął do końca założenia Stanisławskiego, że teatrowi ma się wierzyć, aktorowi i opowiadanej historii – oddać i przejąć nią zapominając o sobie i swoim życiu. W czasach Szekspira nikt o realizmie, naturalizmie, prawdzie, nie słyszał, tak właśnie grano, jak u Brooka, zabawnie, bez sentymentalizmów, ludowo, mężczyźni kobiety, było świetnie. Dlaczego nie ma być tak i teraz? Szczególnie, że widzieliśmy teatr za grosik, teatr ubogi, skodyfikowany we wszystkich planach. A poza tym Szekspir wytrzyma wszystko. I wszystko zwycięży. I nada sens wszystkiemu.

Ach, jak się cieszę, że wczoraj pojechałam. Jakie miłe myślenie i zastanawianie się nad tym wszystkim?

Dobrego dnia. Wracam do moich baranów.

Robi się ohydnie zimno i w ogóle. Ale jak mówią „Każdy dzień daje szansę na szczęście”.

Pies nie wrócił. Wczoraj Rita poszła sama jej szukać, nie było jej cały dzień. Kiedy wróciłam nocą z Gdańska, stała smutna i zrezygnowana pod bramą. Sama. Pewnie ona też już nie wierzy, że córka wróci.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.