3 stycznia 2002, czwartek, 06:59
Arlety, Danuty, Genowefy – wszystkiego dobrego.

To Aniołki, które ja z kolei kupiłam swoim dzieciom gdzieś w Polsce przed którąś z Wielkanocy, na szczęście. Aniołki wiszą nad komputerem w ich pokoju od kilku lat i są absolutnie bezsilne. Niemniej lubimy je bardzo i kto wie, co by było bez nich.
Wczorajszy upiorny dzień ze śnieżycą, ślizgawicą, zamieciami. Upiorny z punktu widzenia komunikacji. Wszystkie nasze dzieci w rodzinie, oprócz moich synów, starały się wczoraj wydostać z różnych miejscowości górskich w Polsce, gdzie spędzały Sylwestra, i wrócić do domów. Wisieliśmy cały dzień na telefonach i śledziliśmy ich kolejowo-samochodowe przygody. Wszystko skończyło się dobrze, wszyscy kolejno dotarli do Warszawy nad ranem.
Ten wczorajszy dzień i zima, która nas raczyła nawiedzić, przypomniały mi, że na gwiazdkę dostałam od pana Stanisława Barańczaka cudowną książeczkę – Podróż zimowa, wiersze do muzyki Franza Schuberta, czyli zbiór oryginalnych utworów pana Stanisława, inspirowanych lirykami Wilhelma Mullera, do których Schubert napisał jedno ze swoich ostatnich i największych dzieł, cykl dwudziestu czterech pieśni pt. Winterreise.
Pieśń XXIINa ten gest ciskania w nas
Białym podarunkiem
Chciałoby się, chociaż raz
odpowiedzieć buntem.
Znowu w paczce mróz i szron,
Biele równin płaskich?
Coś nie bardzo pstry ten koń:
Nie chcę pańskiej łaski.
Śliskość lodu, śniegu chrzęst,
tuzinkowa zamieć:
sam poszukam plag i klęsk,
Twoje znam na pamięć.
To już nie ogniowy chrzest,
Pierwsze rozpoznanie:
Czym ta pustka we mnie jest,
Wiem od dawna, Panie.
Odcinek ósmy i ostatni
Akt Drugi
Cześć! To jest grecka skała. Mówię do niej cały czas. Ni cholery! Nic nie rozumie!
Opowiadam od początku. Pierwszego dnia chciałam iść na plażę, i poszłabym na te plaże, gdybym nie była sama, tylko z Dżejn, a Dżejn zapoznała jednego faceta. Ale jakiego! Ja to go zauważyłam jeszcze w Londynie na lotnisku. Mówię: – Zobacz Dżejn, siedzi taki facet. Oczy ma przekrwione. To na pewno kibic Liwerpulu! Mam u niej przechlapane za to pewnie do dzisiaj, ale się w ogóle nie przejmuję. Miałyśmy być na tych wakacjach razem. Wszystko miałyśmy robić razem. Opalać się razem. Kąpać razem. A ta poszła siusiu na chwilę, w samolocie, wraca i mówi tak:
– Słuchaj, nie gniewasz się? Mam zaproszenie na kolację.
– Że co ty masz?
– Taki siedzi pan na końcu samolotu. Ma zakwaterowanie po drugiej stronie wyspy. Zaprosił mnie na kolację. Nie gniewasz się?
Ja tak patrzę czy nie wysiadać! Jak bym miała spadochron, to bym się w ogóle nie zastanawiała.
A ta ma łzy w oczach, i mówi:
– Błagam cię! Pozwól mi iść!
– Boże! A idź! I wyciśnij z niego, co się tylko da! Wiadomo, że nie miałaś lekko, jak ci ten mąż poszedł z mleczarzem!
No dosłownie łzy miała w oczach.
– Dziękuję, jaka ty jesteś wyrozumiała.
– Tylko ty uważaj, bo ty w tym momencie to przechlapałaś Nagrodę Feministek Roku!
No. Pierwszego dnia nie wróciła. Cztery dni ją widziałam gdzieś tak na horyzoncie. A potem w ogóle zniknęła. No widać dużo się dało z niego wycisnąć. A ja znowu zostałam sama.
Ale trening w samotności to ja mam, tylko jest taka jedna rzecz, że jak jakaś facetka jest sama to się strasznie wszyscy denerwują.
W tej restauracji, gdzie mieliśmy zakwaterowanie, oni mi dali taki dwuosobowy stoliczek. Trans rozkoszy! Siedziałam sobie, o czymś marzyłam, myślałam. Takie sobie miejsce znalazłam, do kąpania, do opalania. Trans rozkoszy.
Ale jak wchodziłam do tej restauracji to się taka cisza robiła! O, idzie ta… ta… SAMA.
Tej facetki, co się do mnie któregoś dnia dosiadła, to w ogóle na tym turnusie wcześniej nie zauważyłam.
Ktoś coś do mnie mówi.
Patrzę, siedzi taka naprzeciwko. Łzy ma w oczach: – Taka pani samotna. Jak raz mamy wolne miejsce z mężem przy stoliku. Może by się pani do nas dosiadła?
Ja patrzę. Co takiej babie przychodzi do głowy?
Ale widze, że cała ta restauracja zawisła i czeka, że mnie ta uratuje od tej samotności!
Cholera! Myślę sobie, chyba trzeba będzie wstać i iść! No, mało że kelnerki i kelnerzy brawa nie zaczęli bić, że mnie ta uratowała. Dżanet i Dagi z Menczesteru. Siedzimy przy tym stoliku, jest takie dno! W ogóle nie doszliśmy do żadnego jeszcze jedzenia, a ja już wiem wszystko: kolor kuchenki mikrofalowej u nich, wiem, typ zlewozmywaka, jakiego używają, znam, zawartość lodówki w dniu wyjazdu, znam. Jakby na pierwsze danie była zupa, to bym umarła śmiercią marynarza przez zanurzenie w niej głowy. No dno!
Przy drugim daniu zauważają, że jesteśmy w Grecji, iiii się zaczyna. E… Grecja to mmm – za grecka! Morze – mokre! Słońce – gorące! No dno. Koło nas stoi kelner – Grek, przecież rozumie ten facet po angielsku! I wysłuchuje o tej swojej ojczyźnie, jakby to było jakieś zadupie w piątym świecie. Wstydu po prostu nie mają!
Ja bym to wszystko wytrzymała, gdyby nie facet od sąsiedniego stolika, co się przysiada do tego Dagiego i mówi: – Panie tego, a widział pan te ich łódki! Co oni mają poprzycumowywane po tych zatokach? Panie tego. Na każdej takiej łódce jest napisane, że jom Noe zrobił!
I śmieją się na całą restauracje. No to mnie taki szlak trafił! Mówię:
– A telewizję pan ogląda?
– No.
– No. A w tej telewizji olimpiade pan widział?
– No.
– No. No to grecy olimpiade wymyślili. Wie pan? I oni jeszcze to wymyślili najważniejsze, co wymyślił człowiek!
Nie wiedziałam, kto wymyślił koło, ale mi było normalnie już wszystko jedno. I już się orientuję, że nie mówię tylko krzyczę. Ale naprawde! Aaaa se myśle, idę na całość! Bo mnie tak ci Anglicy tam od jakiegoś czasu denerwowali, że se myślę, idę na całość. I do całej już restauracji:
– A wiecie, co robili Anglicy, jak Grecy budowali drogi i świątynie? Latali! W przepaskach na biodrach! Wyli! I orali ziemię kością z tyłka żyrafy!
Ale się zrobiła cisza. Głupio mu się zrobiło. Znowu się przesiadł. Plecami do mnie usiadł. Angielski dżentelmen!
Kelner nam w międzyczasie podał drugie. Odchodzi. Dagi zagrywa taktycznie i woła z powrotem tego kelnera. No, bo faktycznie jest taka głupia sytuacja…
Ale też świnia z tego Dagiego, no bo ten kelner ma z nami kupe roboty, a ten go woła: – Haaalo! Panie starszy! Halllooo! Te Zorba! Chodźno tu!
Podchodzi kelner. Grek. Miły facet. A ten mówi do tego kelnera: – Co my tu mamy na tych talerzach?
No to kelner mówi:
– Riba.
– Ryba? A to nie wygląda na rybę! Co to za ryba?
– No riba. Rodzaj riba.
– A czy to przynajmniej świeża ryba? Bo moja żona ma tu chory żołądek…
Tu, chory żołądek! No wstydu po prostu nie mają!
– My tu musimy uważać!
Tu muszą uważać! No po prostu! A kelner mówi:
– Riba. Świezi riba. Rodzaj riba. Mój tat złowic dzisiaj ten riba na łódka co się naziwa NOE!
Odciął się. I dobrze! Dopiero im się głupio zrobiło!
Teraz ja chcę ratować sytuację. No, bo teraz dopiero to się głupio zrobiło! Jemy a ja mówię:
– Mmmm, jak smaczna ta kałamarnica. Nie?
Przestali jeść.
– Co jest smaczne – mówi Dagi – bo ja nie rozumiem?
– No smaczna ta kałamarnica. Kto by pomyślał, że to jest takie smaczne.
– Ale co jest smaczne, bo ja nie rozumiem?
– No, ośmiornica jest…
Boże kochany! Ja w ogóle nie wiedziałam, że można tak zemdleć jak ta Dżanet! Patrzyła na mnie, patrzyła, takie jej się zrobiły nagle oczy wielkie jak filiżanki. I nagle KLAP. Klapła! Złożyła się w osiem w zwolnionym tempie. Ja nawet chciałam ci przepraszam jak ona się ocknęła. Aaaale! Zanim się zorientowałam, to już nikogo przy mnie nie było. A Dżanet i Dagi to się od tego momentu przenieśli na wyżywienie tam za róg. Gdzie można zjeść coś porządnego. Hamburgera na przykład! Inni wszyscy Anglicy poszli do baru. A ja znowu zostałam sama. Trening w samotności to ja mam, to się w ogóle nie przejmowałam. Poszłam wtedy na spacer i poznałam… Krzysztofa Kolumba!
Dlaczego ja go nazywam Krzysztof Kolumb?
Mmm…
Bo ma łódkę! To nie jego łódka tylko brat łódka, ale on pływa na ta łódka.
A po drugie… Myśmy odkryli… klitorisa.
Ja wiem, co ty mi powiesz – Stara baba! Dorosłe dzieci! Czego jej się zachciewa? To Dżejn mi tak mówi. Tak ją trzepie ze złości! Zachowujesz się – mówi – jak jakaś siksa! Może mi jeszcze powiesz, że ci ziemia zadrżała? Zadrżała! To było TRZĘSIENIE ZIEMI! 10 w skali Richtera!
Przestań! – mówi – Przestań! Oszczędź mi szczegółów! To jej oszczędziłam. Jak by nie uwierzyła w fałszywy seks tego faceta od tego pepsodentu, to ja bym w ogóle nie spotkała mojego Krzysztofa Kolumba. To, do kogo ta pretensja?!
Ja nie wiem, jak mam o nim opowiedzieć, bo trochę mi głupio. Troche się wstydzę.
CAŁOWAŁ… MOJE… w życiu nie powiem co. W życiu! Bo mi głupio!
Nie, musze powiedzieć, bo jak bym nie powiedziała to nie mogę dalej opowiadać.
Całował moje… ROZSTĘPY!
I MÓWIŁ… że to jest TAK FANTASTYCZNIE, ŻE JA TO MAM!
Co to za facet! Rewelacja!!! Kłamie kobiecie i sam w to wierzy!!! Rewelacja!
Bo taki normalny facet to w ogóle nie umie rozmawiać z kobietami, trzeba mówić o tym, o czym on chce, on przewodniczy w rozmowie, a po trzecie, każdy mówi jakieś słowa i w ogóle nie ma rozmowy… Jaki tu dać przykład? Tak na przykład.
A co ja tak na przykład mogę mówić do jakiegoś obcego faceta?
Ooooo… Jak ja lubię jesień. Nie?… A taki normalny facet to by się od razu zdziwił…
Naprawde? Bo ja wolę lato. Każdy woli lato!
A nie było o porach roku, ani co on woli, tylko, że ja jestem taka romantyczna i oryginalna i tajemnicza, że lubię jesień!… Niewaażne! Darujmy im.
A z drugiej strony, jacy faceci są fałszywi!?
Pewnego dnia on widzi, że ja widze, że on ma rozstępy. I co może .. mówił… Fajnie, widzisz, fajnie, ja żyję? Akurat! Był taki wściekły, że ja to zauważyłam, że nie wiem. Nieważne.
Opowiadam od początku.
Wtedy poszłam na ten spacer. Wszędzie już było ciemno, nikogo. Światła pogaszone. Tylko jedna tawerna, otwarta, świecą się przed nią światełka, krzesełka, stoliki. Ja siadam. On wychodzi, żeby mnie obsłużyć.
– Wie pan co? Czy ja mogłabym sobie takie krzesło i taki stół przenieść na brzeg morza?
A on mówi: – To tobie się nie podobać moja tawerna?
– Ma pan bardzo fajną tawernę, ale ja mam od lat takie marzenie, że kiedyś będę siedzieć na brzegu morza, patrzeć w niebo i pić wino. Czy pan to rozumie?
A on mówi: – A to problem nie być wcale. Ja tobie przenieść ta krzesło i stoł na brzeg morza, i ty mać ta swoja marzenia.
Myślałam, że on żartuje. Bo jak ja bym w Anglii kelnerowi powiedziała, że ja chcę tachać krzesło i stół nad morze, to by mnie tak pogonili z każdego miejsca, że nie wiem!
A ten całkiem normalnie. Przeniósł mi ten stół, to krzesło, przyniósł wino, i jeszcze mówi:
– Być szczęśliwa.
I tak to w życiu jest, że jak ktoś ma jakieś marzenie, i jak sobie wyobrazi, że gdyby się to marzenie spełniło, to on będzie w tym momencie taki szczęśliwy, zdrowy, piękny i bogaty… Jak mnie było beznadziejnie nad tym morzem! Ja to tego wina w ogóle tam nie dotknęłam. Ja nad tym morzem to sobie nagle uświadomiłam, że tak przeżyć życie jak ja to zrobiłam, tak z m a r n o w a ć życie jak ja to zrobiłam, to to jest zbrodnia przeciwko Bogu! Bo jeśli Bóg daje człowiekowi… a każdemu daje… tyle pragnień, marzeń, uczuć, nadziei, a ktoś to zmarnował tak jak ja… A mnie to dał już tyle! Głównie nadziei… Ale nieważne, to też siła….
Boże, jak ja płakałam tam nad tym morzem. On przyszedł, pewnie po te meble, bo się zrobiło późno, zobaczył, że ja płaczę, mówi… Nie, nie mówi, najpierw usiadł se tak po cichu na piasku i gapi się, gapi… a potem mówi:
– Co? Marzenia nie jest tam gdzie myślisz?
– Wie pan, bardzo pana przepraszam, jest pan bardzo miły, ale ja mam jakiś dziś cholera nie najlepszy dzień. Zaraz pozbieram się i sobie pójdę.
– Ty się bać żyć. Ty się nie bać żyć.
Myślę se, kurcze, ani mnie zna, ani co, no nie? Mówię:
– Dziękuję panu, jest pan po prostu nadzwyczajny, ale zaraz, zaraz idę…
A ten na to:
– Ty się bać zyć. A ty taki miły kobieta a ty się tak bać żyć.
Kurcze, doradca się znalazł! No nie?
– Idę już. Idę!
– Ja jutro robić tobie miły dzien. Brać łódka od mój brat, co się nazywa Noe, tobie robić wycieczka dookoła wyspa. Brać jedzenie, wina, i tobie robić miły dzień, bo ty taki miły kobieta a ty się tak bać żyć.
– Kurczę! Jest pan miły, ale może bez przesady! Idę!
– Ty się bać, ze chcieć ciebie PRZERZYNAĆ…..
Jak on to powiedział, to ja w ogóle nie wiedziałam, gdzie mam oczy podziać, a on na to całkiem spokojnie:
– Ty się nie bać, że ja chcieć ciebie przerzynać. To znaczy, ja chcieć. Ale przerzynać to przerzynać, a pływać to pływać! Ja z tobą pływać!
No to co ja miałam robić? On mnie odprowadził do hotel, powiedział mi po drodze, że ma Kostas, ja mu, że Szirlej. Dobra.
Rano wstałam, ubrałam się, zjadłam śniadanie i se myślę: – Pierwszy raz jestem umówiona z facetem na przystani. Czy to się idzie, czy nie? No nie wiadomo, no nie?
Puka ktoś do drzwi. – O matko! Przylaz do pokoju! Otwieram drzwi. Dżejn! No właśnie tego ranka wróciła. I tak od razu do mnie: – O, jaka ja jestem małpa! Jaka świnia! Tak cie tu zostawiłam! A ty pewnie tak cały tydzień siedzisz i gadasz ze ścianą!?
A co to ja jestem jakaś niedorozwinięta, czy co? No nie?
A ona: – Słuchaj, wszystko ci wynagrodzę, wynajmę smochód, weźmiemy coś do picia, coś do jedzenia, zrobię ci wycieczkę dookoła wyspy! Zrobimy se fantastyczny dzień!
Myślę se: – Uparli się z tymi wycieczkami! Biuro podróży dla mnie specjalnie zaraz otworzą. Ale nic się nie odzywam, bo za jej pieniądze tu siedzę, to co ja mam mówić?
Puka ktoś do drzwi. Dżejn otwiera. Kostas stoi w progu. Ta się do mnie odwraca i mówi:
– Zamawiałas coś do pokoju???!!!
A ten ją wyminął, podchodzi do mnie i mówi:
– No ja cekać! Szirlej i Kostas pójść późno spać… – Nie? Mógł se darować?!… Szirlej zaspać. Szirlej blać pale ublań. Duzo ublan nie tseba… – Też se mógł darować, no nie? – I ja cekać!
I idzie. Wyminął Dżejn, odwraca się do niej i mówi: – Może pani sprzątać dalej…
Gdyby to była normalna koleżanka, to ja bym za nim wybiegła i powiedziała: – Kostas, to moja znajoma, za jej pieniądze tu jestem, zabieramy ją ze sobą, no nie? Albo bym do niej powiedziała: – Słuchaj, ten facet, wczoraj, taka sprawa… No jakoś bym się zachowała, no nie?
A ta się od razu odwraca do mnie i mówi: – W co ty grasz! W co ty Szirley grasz? Co ty sobie wyobrażasz?! Że jak ty pierwszy raz za granicę wyjechałaś…
Dobre? A jak doszła do takich wyspiarzy, co dopieszczają takie STARUSZKI z Europy, to mnie taki szlak trafił, że wzięłam co miałam pod ręką i poszłam. I dobrze zrobiłam, bo sterowałam łodzią!
Co to był za dzień! Co to był za facet! Co to było za niebo! Co to było za morze! Co to była za łód… Nie! Łódkę to miał beznadziejną! O, taka łódka. Ale nieważne! To jest takie proste. Jak się jest z facetem, który… nie że kocha… ile tam jeszcze do kochania! Nie nawet, że… lubi.
A k c e p t u j e. Tylko tyle. Akceptuje. To człowiek, mówi, co trzeba, śmieje się, kiedy trzeba. Matko! Jak myśmy się śmiali! Co myśmy tam jedli! Ile piliśmy! Cośmy se tam naopowiadali historii! W pewnym momencie on zarzucił kotwicę. Ja już byłam nieźle… I mówię: – Kostas! Gęboko tu jes??? A ten na to: – Nie wiedzieć! Sto metra! Tysiąc metra! Może dna nie ma WCALE!
Ja wiedziałam, że ja nie mam kostiumu kąpielowego, bo z tych nerwów zapomniałam, ale kiedy tak stałam nago, w tej łódce, w słońcu, przed tym skokiem do wody, to zrozumiałam, że świat jest i mój! No bo dlaczego ma tak nie być? No, dlaczego ma tak nie być?!
A potem to już wynikało.
Naprawde, że to wynikało.
I z tego nieba, i tego morza, ze słońca i z tego wina. Tak jakoś się zrobiło. Podpłynęłam do niego, pocałowałam go, bo chciałam mu podziękować i…
No, a potem to go nazwałam Krzysztof Kolumb. No, bo naprawdę!
Ale nie zakochałam się w nim. Nie. Bo to się okazało, że jeszcze kilka rzeczy trzeba, żeby się zakochać.
Ale później. Kilka dni później leżałam sama na plaży i patrzyłam w słońce, prosto w słońce, i zastanawiałam się, jak długo wytrzymam. Nie?
I taka mi do głowy przyszła myśl. Taka myśl. Że jak raz człowiekowi coś takiego przyjdzie do głowy to nie da się dalej żyć! Ale naprawde. Bo ja tak nagle pomyślałam: – A co by było, gdybym ja nie wróciła? Czy tam w ogóle ktoś na mnie czeka? Czy ktoś chce, żebym wróciła? Czy ktokolwiek byłby smutny, gdybym nie wróciła? Czy komukolwiek byłoby żal, że nie wracam?
Straszne.
I też wiem, że nie jestem oryginalna. Bo tylu ludzi jedzie na wakacje, jest im tam dobrze, i myślą nagle: – Cholera! Ja nie wracam! Zmarnowałem życie! Zaczynam od początku! Ja nie chce tak dalej żyć!
W tej Anglii to ja mieszkam naprawdę parę lat na tej ulicy. Znamy się wszyscy. Pamiętam, jak się sprowadzaliśmy. Byliśmy młodzi. Dzień dobry. Dzień dobry. Co słychać? Fantastycznie! I teraz się spotykamy. Co słychać? Fantastycznie!
Co fantastycznie? Co jest takie fantastycznie? Bo ja wiem, jakie oni mieli marzenia. Jak oni chcieli żyć. Jakie mieli plany. A teraz? Co jest takie fantastycznie? Może to, że marchewka jest świeża w tym sklepie koło nas. To jest takie fantastycznie. Albo, że dzieci, przypadkowo zresztą, nie miały anginy w tym roku. Bo toto jest może takie fantastycznie?
Trupy! Normalne trupy, co żrą marchewkę! Umarli! Dawno umarli i nie zauważyli. Albo gorzej, zauważyli i udają przed samymi sobą i wszystkimi dookoła, że takie było ich marzenie, że oni mieli takie plany tak żyć! Straszne.
I ja tylko nie wiedziałam, czy ja się na to odważę? Czy zostanę tu i będę Szirlej Walantain, kobietą, którą polubiłam na nowo, czy wróce tam i będę dalej tą świętą Joanną od tych zlewozmywaków? Czy ja się na to odważę?
I do końca nie wiedziałam!
Chodziliśmy wszyscy na spacery, z Dżejn, z Kostasem. Piliśmy wino. Tańczyliśmy na dansingu. I cały czas myślałam: – Czy ja się na to odważę?
Jeszcze pakowałam walizkę i nie wiedziałam. Jechałam autobusem na lotnisko i cały czas się zastanawiałam, czy ja się odważę? Stałam na lotnisku do odprawy bagażu. Dżejn czytała książkę. I ja ją tak pytam, ale dosłownie w ostatnim momencie: – Dżejn, powiedz mi, dlaczego ludzie tak marnują życie?
A ona tak oderwała oczy znad tej książki i mówi: – To ty nie wiesz?! To wszystko przez chłopów!
Nieprawda!
Gdyby to była prawda, to mój Dżo by nie zmarnował życia. A jak on dopiero zmarnował życie?
To był taki fantastyczny facet! Jasny, cudowny, wesoły. Tak mu się wszystko chciało. Tak lubił wstać rano. Miał tyle planów. I to od niczego nie zależy, ani od wykształcenia, ani od pieniędzy, od niczego! Chciało mu się żyć. Wszystko go cieszyło. Drobiazgi. A teraz? Jak on żyje? Co on ma w głowie?
Ja nagle zobaczyłam moją walizkę, która wjeżdża pod taki gumowy fartuch i pomyślałam, że ja za tą walizką nie pojadę, to w ogóle nie wchodzi w rachubę!
Zaczęłam odchodzić. Dżejn myślała, że na chwilę. Jak się zorientowała, jak zaczęła wrzeszczeć na tym lotnisku! W ogóle ci wszyscy ludzie w tej kolejce dostali jednego marzenia, żebym ja z nimi wsiadła do tego samolotu!
A ja nie wsiadłam! Miałam dosłownie to, co na sobie. Torebkę. Parę groszy, ale dosłownie tyle, co na przejazd autobusem.
Najlepszy był numer, jak weszłam do tawerny Kostasa, on stał przy takiej pani z oliwkami w ręku i mówił do niej: – Ty się bać żyć. Ty się nie bać żyć.
Jak mnie zobaczył, to mu te oliwki wypadły na podłogę!
Ja go wzięłam na bok i mówię:
– Kostas! Czyś ty zgłupiał? Myślisz, że ja ci się tu zwaliłam na głowę? Że ja się w tobie zakochałam? Że ja mam 16, 18 lat? Że ja nic nie rozumiem? Przyszłam, ale cię prosić o prace. I to tylko na początek!
No i dobrze.
Jestem tu jakiś czas. Jest mi tu fajnie. Jak się tu jest na stałe, to jest tu o wiele lepiej niż jak się przyjeżdża tylko na wakacje.
Z klientami mi idzie dobrze. Bo to jest grecka knajpa. Ale naprawdę grecka. Taka grecka, grecka. I przynajmniej parę razy w tygodniu mamy takich klientów jak ta Dżanet i Dagi z Menczesteru. Ja tylko ich obserwuję. Patrzą w kartę… Pocą się. Znowu patrzą w kartę, pocą się. Patrzą w kartę – zamawiają coś do picia. Wtedy ja przychodzę i mówię:
– Co? Sadzone nie? Z ziemniakami!
I oni mi są tacy wdzięczni. Kostas to w ogóle mówi, że beze mnie z tymi Anglikami to by sobie w ogóle nie dał rady! A wczoraj mówię:
– Kostas, wiesz co? Ja nie mogę jutro przyjść do pracy, bo idę na plażę.
– A co ty znów szukasz swoja marzenia?
– Nie, Dżo przyjeżdża.
I… z tym Dżo, to było tak, że jak tylko Dżejn wróciła to zadzwonił i, Jezu, jak on się darł! Jak on się darł przez ten telefon! Krzyczał, że on wie wszystko o moich romansach! Powiedziałam mu, że jedyny romans jaki przeżyłam tak naprawdę to sama ze sobą, ale on rzucił słuchawkę. Potem, jak drugi raz zadzwonił, to powiedział, że Brajana zgarnęła policja z ulicy, bo występował bez pozwolenia, a Milandra za mną tęskni, i od życia się nie da uciec. Powiedziałam mu, że nie uciekam od życia, że dokładnie jest odwrotnie, że zaczęłam żyć na nowo, że polubiłam siebie na nowo, a ja tam nie zostawiłam małych dzieci, to są dorośli ludzie… Rzucił słuchawką. Jak trzeci raz zadzwonił, to powiedział, że tak już ostatecznie, jakby się tak jeszcze raz zastanowił, jakby to jak może jeszcze raz przemyślał, tak jeszcze raz by tak to… to może by mi przebaczył i że moje miejsce jest przy nim w Anglii i że to jest mój O B O W I Ą Z E K! Powiedziałam mu, że nie wracam, że jestem kimś innym, i że nie chce się już zmieniać, a wcale nie jestem pewna czy ten ktoś, kim jestem, by mu się teraz spodobał. I że to nie jest wymyślony problem, że… Oboje odłożyliśmy słuchawki.
A potem przyszedł list.
Straszny list.
Ja nie wiem, jak można napisać po tylu latach wspólnego życia taki list. On mi wcześniej nigdy nic takiego nie powiedział.
On napisał w tym liście, że całe jego życie….
Że całe jego życie beze mnie nie ma sensu i nigdy nie miałoby sensu…
Że on nie umie beze mnie żyć…
Jest tak samotny, w takim stanie, że boi się drugiemu człowiekowi dzień dobry odpowiedzieć na ulicy…
Że mie kocha, że za mną tęskni, że… przyjeżdża, żeby mnie stąd zabrać.
Dobrze. Niech przyjedzie. Może odpocznie. Może stanie tak na brzegu tego morza, spojrzy w niebo i może coś zrozumie?
Ja tak tu siedzę, bo on będzie nadchodził esplanadą i ja chcę zobaczyć, jak on będzie szedł.
Pewnie mnie nie pozna.
Mu krzyknę: Ty! To ja! To ja jestem Szirlej Walantajn, wiesz! To ja byłam twoją żoną i ja byłam mamusią.
Jeżeli masz ochotę… To na początek usiądź i… napijemy się wina.
Nie wiem…
Nie wiem…
Może?
Koniec
Dobrego dnia zimowego. Uważajcie na drogach. Ubierajcie się ciepło. Nie wybiegajcie nawet na chwilę bez czapki i szalika. Dbajcie o siebie. I myślcie o mnie o 19.00, kiedy będę wchodziła na scenę.