19
Grudzień
2002
07:56

dziennik 2002-12-19 07:56:00

19 grudnia 2002, czwartek, 07:56

Beniamina, Dariusza, Grzegorza, Urbana – wszystkiego dobrego.

ŚMIERĆ JEST ZDARZENIEM W ŻYCIU. ŚMIERCI SIĘ NIE DOZNAJE. (Ludwig Wittgensetein)

Śmierć jest ostatnim zdarzeniem życia. Dopełnia je. Nie jest świadomym doznaniem. (Marek Niechwiej)

Moje szczęście, że wczorajszy dzień się skończył, nie ma granic. Chciałabym wszystkim najserdeczniej podziękować za to, co się zdarzyło tego dnia, ale wracając do domu, gdzie czekali na mnie goście, rodzina, nieprzytomna wymiotowałam i płakałam, jak w złym filmie, z powodu bólu głowy, z napięcia. Domownicy i „domowi goście” już musieli się obejść beze mnie właściwie. Ja, nieprzytomna, zapłakana, cierpiałam zaszyta w kąt w ciemnym pokoju. Jak dobrze, że taki dzień jest w życiu tylko raz.

Pod koniec dnia dowiedziałam się dodatkowo, że umarł Janek Łomnicki. Było mi z tą wiadomością, tak źle… Janek, z którym spędziłam kawał czasu, który dał mi „do ręki” Modrzejewską, a potem tak o tę rolę dbał. Który dzięki tej wielkiej próbie, szansie, zmaganiu ponad półtorarocznym, dmuchnął prawdziwym wiatrem w moje aktorskie żagle, który wciąż mi powtarzał: – „Pamiętaj, zdarzyła nam się niepowtarzalna szansa zrobienia jedenastu godzin ekranowych o aktorstwie, sztuce, teatrze, tym naszym świecie, kulturze, starajmy się to zrobić jak najpiękniej. Opowiadasz o Niej, ale i o swoim zawodzie, spraw, żeby ludzie mieli szacunek do Niej i do aktorów w ogóle. To piękne i ważne zadanie. To prawdziwie arystokratyczny temat, to się po nas może już nie zdarzyć nikomu.” I miał rację. Janek bywał histeryczny, nerwowy, pesymistyczny, obrażalski, bało się go wielu ludzi, kiedy pracował, a naprawdę był najmilszym, najczulszym gołębiem świata. Tamto wszystko było z nerwów i niepewności. „Histeryk do rany przyłóż”. Janek miał jedną, myślę, poza dziećmi, największą miłość życia… swego brata Tadeusza. Jeszcze niedawno rozmawiałam z nim przez telefon. Chodził do mnie do teatru. Oglądał kolejne role. Ostatnio mówił: – „Nie ośmielam się ciebie krytykować, ale…”. Do aktorów przez miłość i podziw dla swojego brata miał stosunek nabożny. Traktował ich jak sprawców cudów. Nie znałam takiego drugiego reżysera. Był wierny. Uwielbiał Janka Englerta, głównego aktora jego filmowych debiutów. Do kobiet miał generalnie o coś pretensje, ale mnie traktował tylko jak aktorkę. Szkoda, że Go już nie ma.

Dobrego dnia.

Załączam zdjęcia z czasu kręcenia Modrzejewskiej.


Pierwsze, biało-czarne, z planu. Janek w tle, „bez włosów”, bo nie wiem jak to napisać, żeby się nie obraził nawet po śmierci. Był bardzo drażliwy na tym tle także.


W dorożce w Łazienkach, scena z mężem Chłapowskim – Krzysiem Kolbergerem, Janek trzyma blendę (to sreberko) i oświetla nas, jednocześnie kontrolując, co gramy. Mój mąż prawdziwy, przy kamerze wisi z boku.


Cała ekipa w Krakowie w Teatrze Słowackiego, pod kurtyną Siemiradzkiego. Janek w środku w granatowej koszuli.


Zdjęcia z cmentarza Orląt we Lwowie, który odwiedziliśmy wtedy całą ekipą. Cmentarz wyglądał wtedy tak. Janek płakał na ten widok. Zdjęcia w „tamtej stronie” to była też Jego – Janka podróż sentymentalna w jego rodzinne strony. Bardzo to przeżywał.


Ostatnie zdjęcie to Ja – Modrzejewska nad grobem jej zmarłego dziecka. Tak mnie wtedy wyreżyserował. Sam zapalał tę jedną skromną świeczkę. Jankowi to zdjęcie dziś dedykuję.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.