15 grudnia 2002, niedziela, 07:06
Celiny, Niny, Ireneusza, Waleriana – wszystkiego dobrego.
FILOZOFIA, ZAWSZE JEST POCZĄTKIEM I WYMAGA PRZEZWYCIĘŻENIA SAMEJ SIEBIE. (Martin Hedegger)
Filozofia, chcąc dokładnie poznać istotę zagadnienia, musi odwołać się do jego podstaw, bada pierwotne zasady egzystencji (istotę szczęścia, sens życia). Wychodzi z samej siebie, jako początku wiedzy (umiłowanie mądrości, philos sofos). Przezwyciężenie samej siebie symbolizuje przygotowanie umysłu na wszelką prawdę, jakakolwiek by ona była, wbrew wszystkim wcześniejszym uprzedzeniom i przesądom. (Marek Niechwiej)
Ach, jaka piękna myśl i ładna eksplikacja samej myśli….. Być przygotowanym na prawdę jakakolwiek by ona nie była….. Wbrew wszystkim wcześniejszym uprzedzeniom i przesądom…. To jest dokładnie to, czego sama siebie uczę latami całymi, o co sama siebie ganię, wyrzucam sobie, że nie potrafię. Ale jest dużo lepiej. W każdym razie ostatnio.
Zapytajcie mnie, co dziś czuję! Dziś jestem i będę szczęśliwa, uśmiechnięta, spokojna, rozluźniona, uspokojona, zadowolona. Bo…. moja córka, Maria Seweryn, młoda aktorka pozostająca od siedmiu lat bez stałego angażu, borykająca się z tym zawodem, z losem, ze strukturami teatralnymi, ze sobą i z wyborami artystycznymi i pozaartystycznymi w tym labiryncie, jest naprawdę w porządku, „na miejscu”. Jej rola, wczoraj przeze mnie obejrzana w Starej Prochowni, podobała mi się nadzwyczajnie, nadzwyczajnie jak dawno nic.
Gdybym wczoraj zobaczyła ją pierwszy raz – i oczywiście nie byłaby moją córką – gdybym zobaczyła młodą aktorkę, nieznaną mi kobietę, zachwyciłabym się nią! I to i jako aktorką, i jako człowiekiem, bo jej wybór jak grać tę rolę świadczy o tym, jakim jest człowiekiem.
Marysia gra prawdziwie, inteligentnie, zawodowo nieskazitelnie. Ma talent, wyobraźnię, umie konstruować, wybrać to co najważniejsze, co więcej – wybiera najtrudniej, i balansuje na granicach uczuć, na krawędzi znaczeń, będąc w każdym momencie celna, prawdziwa i utrzymując się w znaczeniach, a jednocześnie będąc niejednoznaczną a raczej wieloznaczną, pięknie skomplikowaną, co buduje z prostoty!
Ma wdzięk, co jest niebagatelne i jest MĄDRA, na scenie i jako aktorka, dokonując wyborów. I mówimy tu już o tym wyższym piętrze zawodowym – aktor wybiera, co chce zagrać i jak, i to umie zrealizować bez kłopotów. Zresztą wszystko to, co dotąd napisałam, powinnam napisać i o Rafale Mohrze, jej scenicznym koledze, ale piszę najpierw o niej, bo to moje dziecko i moje bezsenne noce. Jestem szczęśliwa!!!!
Pozostało kilka drobiazgów, trudności technicznych, z którymi się wciąż Marysia zmaga, ale i to niedługo pokona! Mogę spać spokojnie. To tak jak dzieci, które nauczyły się chodzić a teraz nagle zaczynają fruwać. Niech lecą w przestworza, bo mają po co, mają z czym, i nawet jeśli wiatr będzie wiał w przeciwną stronę do ich lotów, oni umieją sterować! A do tego ile mają radości! Serca! Entuzjazmu! Wiary i Siły! Są pod ochroną, bo chroni ich talent.
Przepraszam, że piszę tak dużo i z taką ulgą, egzaltacją i z tyloma wykrzyknikami, ale niepokój o pozycje i umiejętność życia, znalezienia się Marysi w tym zawodzie był zawsze moim podskórnym, rwącym, niepokojącym strumieniem. To był niepokój codzienny, nie skończy się pewnie nigdy, bo to zawsze będzie dziecko, ale teraz ma inny nurt, i bieg jest radosny.
A teraz o całym przedstawieniu, które jest wspaniałe. Tekst jest świetny, po prostu świetny w ich interpretacji. Reżyseria trafna, lekka, celna, polegająca na kierowaniu aktorami i użyciu bardzo ładnych zabiegów formalnych, zręcznych, taktownych, celowych i koniecznych. Spektakl, oprócz tego, że jest dobry, zwyczajnie dobry, ma wdzięk i świetny TON. A poza wszystkim uświadamia widzom, a przede wszystkim młodzieży, coś najważniejszego, że w każdej chwili, w najbardziej niespodziewanym miejscu, może cię spotkać szczęście. Coś, moment, słowo, spotkanie, spojrzenie, zdarzenie, dla którego warto było żyć i się tak tym życiem męczyć. Że to się może zdarzyć w najczarniejszej chwili, przy wejściu w największy zakręt, nawet w momencie śmierci. Wspaniałe. Jest w nim jeszcze coś, wartość niezwykła – ono bez wielkich pretensji do tego, ale jednak, charakteryzuje pokolenie.
I teraz jeszcze o Rafale Mohrze, koledze z roku i przyjacielu Marysi. To wspaniała rola. Wspaniała. Precyzyjnie i pięknie ustawiona charakterologicznie, postać bardzo trafnie odczytana i z wielkim wdziękiem i inteligencją zagrana, wiedzą o człowieku i umiejętnością posługiwania się formą. Oboje zresztą w zachwycający sposób umieją posługiwać się kpiną, autoironią, bawić się z siebie i sobą, swoim pokoleniem, charakteryzując je w sposób tak zabawny, trafny, nadzwyczajnie. Bardzo Państwa przepraszam, ale po prostu nie mam słów! Proszę mi wybaczyć, ale dawno nic do mnie tak nie przemówiło, zachowując oczywiście wszelkie proporcje spraw. Uniknęli wszelkich zasadzek grożących przy „referowaniu” takiego tematu, pretensjonalności, nadęcia, sztucznych, napędzanych, na siłę robionych emocji, tak obserwowanych teraz wśród młodzieży aktorskiej w teatrach, sztucznej „sztuki”, „wymuszonej nowoczesności”, „napięcia offowego”…itd. itd. Och, a jak o to było łatwo. …Zawdzięczają to reżyserowi także.
Koniec, więcej nie piszę i zostaję w moim zadowoleniu na cały dzień. Co do informacji o spektaklu to www.norwaytoday.prv.pl.
A ode mnie kilka zdjęć, które udało mi się zrobić wczoraj podczas spektaklu, moim szpiegowskim bezszmerowym aparacikiem. Mam nadzieję, że na sali nikt tego nie zauważył.







A dla Wszystkich Państwa, wszystkiego dobrego i palma. Udało mi się, jeszcze wczoraj, po spektaklu, wracając z teatru z moimi synami i mamą, sfotografować ją dla Was – Palmę, już słynną w międzyczasie. Ja uważam, że jest zachwycająco absurdalna i śliczna. W jakimś sensie jest poezją w tym miejscu. I jako warszawianka też, chciałam za nią podziękować. Dobrego dnia.
