9 października 2002, środa, 06:09
Arnolda, Dionizego, Ludwika, Wincentego – wszystkiego dobrego.
Dziś rocznica urodzin Agnieszki Osieckiej i Magdy Umer!
Arnold – imię germańskie od arn – orzeł, waltan – panować. Bystrość umysłu i żądza władzy pozwalają mu dojrzeć każdą sytuację sprzyjającą przewadze nad innymi i zdobyciu wpływu na innych. Intuicja pomaga przewidzieć rzeczy i sytuacje dla innych niewidoczne a tym samym zapanować nad wszystkimi. Jego wiedza jest niestety powierzchowna, ale jest gawędziarzem, więc jest pożądany w towarzystwie, do tego jest wesoły i sympatyczny. Gdyby więcej energii poświęcił trwalszym osiągnięciom, głębszej wiedzy, rzetelniejszemu rozeznaniu, nauce, jego sukces byłby murowany. Szczęśliwy dzień – niedziela, kolor – jasnozielony, kamień – oliwin, roślina – dalia, owoc – brzoskwinia.
Wiersz Stanisława Balińskiego MÓJ SZEF I JA dla tej pani, co wypłakała się przede mną wczoraj, jak siedziałyśmy razem w poczekalni przed szczepieniem na grypę. Było tak, ta pani siedziała obok mnie i czułam, że mi się przygląda. Czytałam gazetę.
I nagle ona zaczęła płakać i powiedziała: – Ja czytam pani dziennik w biurze, gdyby nie on, bym się zabiła! Moje życie jest okropne i dzięki pani to sobie uświadomiłam, a co więcej, ja już tak będę żyła do końca życia. Nic się zmieni! To biuro mnie wykańcza! Upokarza, zabija! A ja czuję, że mogłabym być kimś.
Że zmarnowałam życie.
Zdumiona poradziłam: – No to niech pani zmieni pracę.
– Na jaką?
– Na taką, która pozwoli pani wykorzystać potencjał, który pani w sobie czuje.
– Nie mogę. Bo ja mam potencjał, ale nie mam odwagi. I dlatego będę pracować już zawsze w tym biurze, jako nikt.
– No to może inne biuro?
– Wszędzie jest tak samo. Beznadziejne życie. Pani to miała szczęście! – i zapłakała na nowo.
– No, ale przynajmniej się razem szczepimy – pocieszyłam ją.
Spojrzała na mnie ocierając łzy.
– I to mi właśnie uświadomiło wszystko. No, bo jeśli pani się szczepi tu gdzie ja, to znaczy, że ja mogłabym być tam gdzie pani, w tych innych miejscach.
– A gdyby pani szef powiedział do pani: Ujawnij swój potencjał! To co by było?
– To bym ujawniła. Polecenie służbowe. Na jego odpowiedzialność. Ale sama nie mam odwagi. O Boże! – załkała.
A mnie przypomniał się ten wiersz. Odnalazłam go. (Rozmowa z tą panią przebiegała mniej więcej tak, trochę ją tylko podkolorowałam.)
MÓJ SZEF I JAMój szef spędza w biurze pół życia. Pracuje długo, zawile.
Codziennie go odprowadzam. Chcę wykorzystać tę chwilę.
Niosę mu teczkę pod pachą. O nowych mówię książkach.
A jego żonie zawsze: ” Jak pani dobrze w tych wstążkach”.
W biurze jest ciemno i mroczno, dopiero gdy szef w drzwiach stanie,
Wydaje mi się, ze słońce zabłysło na bocznej ścianie.
Zgaduje to szef mój pewno i wielka to dla mnie pociecha,
Kiedy mi daje znak ręką lub gdy się do mnie uśmiecha.
Zaczynam wierzyć w tych chwilach, że także coś znaczę w biurze,
I biegnę nazajutrz kupić dla żony szefa dwie róże.
A kiedy schodzi nad miastem wieczór pożółkły i mglisty,
Mam w biurze dyżur samotny. I piszę, i piszę listy
Pełne sztucznego snobizmu i niewyżytej dystynkcji
O mojej wielkiej karierze do biednych krewnych z prowincji.
Kiedy skończyłam przepisywać ten wiersz, przewróciłam kartkę mojej książki ze zbiorem poezji i znalazłam ten, jeszcze bardziej wyrazisty.
SMUTEK BIUROKRATYCZNYZ tysiąca sekretariatów, których się nikt nie doliczy.
Wypływa na miasto smutek, posępny i urzędniczy.
Osiada grzybem na bruku, na murach garbem wyrasta,
Mącąc swą ciemną aurą pionierską fantazje miasta.
Nieczuły na pasje ludzi lub na ich dolę powszednią,
Patrzy na wszystko ubocznie, rozumie wszystko pośrednio.
I jeśli życie teatrem, on żyje tylko w kulisie,
Odbity refleksem sceny jak kalką w maszynopisie.
Ubrany zawsze dyskretnie, nigdy się w życiu nie śpieszy,
Nigdy się o nic nie troszczy i niczym się nigdy nie cieszy.
Dba o swych dni jednakowość i pełną piersią oddycha
Rutyny, która przepływa jak rzeka wieczna i cicha.
Składają mu się na bagaż zwyczajów całe pokłady,
Niczym straszliwe archiwa w martwych czeluściach szuflady.
Gardzi słabszymi od siebie, a równym sobie przeszkadza,
Boi się tylko swej gwiazdy. A gwiazdą jest jego władza.
I tak, po szczeblach kariery, ciągnie za sobą mgłę czarną,
Co wróży nowy ład rzeczy – epokę totalitarną.
O smutku biurokratyczny! Pozdrawiam ciebie głęboko,
Ja – może pierwszy z poetów polskich, idąca epoko!
Powiewasz sztandarem cudów, a kryjesz łańcuch poddaństwa,
Żeby zakuwać nas z wolna w imię symbolu i państwa,
Żeby nas dusić swą wizją, a my spychani w ubóstwo,
Byśmy cię czcili, molochu wieloramienny, jak bóstwo,
Jak bóstwo, co kiedyś pęknie… Bo i to także się zdarzy.
I wtedy ujrzym twarz twoją, ach, tysiąc, tysiące twarzy…
Wszystkie podobne do siebie, nudą straszliwą spowite,
Jak życie klerka spisane w biurowym curriculum vitae.
Dobrego dnia. Za oknami szaro. Mnie też jakoś średnio dzisiaj. A może, w cholerę, stańmy dziś na głowie?