18
Maj
2002
07:21

dziennik 2002-05-18 07:21:00

18 maja 2002, sobota, 07:21

Aleksandry, Edwina, Eryka, Feliksa, Jana – wszystkiego dobrego.

Aleksandra! – To jest imię! Ola, Olka, Oleńka. Mnie kojarzy się z Aleksandrą Śląską, nazywaną Oleńką tylko przez jej męża, śp. dyrektora Teatru Ateneum pana Janusza Warmińskiego. Olu, ośmielał się mówić do pani Aleksandry tylko Jan Świderski, a jej ulubiona garderobiana, pani Marysia, mówiła pani Oleńko. Oj, Aleksandro! Aleksandro! Wiem o Tobie tak dużo. Ale rzeczy tak zakulisowych, że nigdy nie przedostaną się, w każdym razie za moim pośrednictwem, do wiadomości publicznej. Bo po co. Odpoczywaj w spokoju.

Ty sama udzielałaś wywiadu raz na dziesięć lat, zadręczyłaś przy tym dziennikarzy autoryzacjami, zmianami, chodzili do Ciebie potem miesiącami szlifować Twoje wypowiedzi. A potem, na koniec, nie pozwalałaś tego wydrukować. Obserwowałam te korowody wielokrotnie.

Uwielbiałam Twoje równiutko poukładane ołówki do brwi i powiek, leżące zawsze w tej samej nieśmiertelnej kolejności, temperowane do ogryzeczków, abszminki, podkłady, cienie, szminki do ust. Wszystko teatralne, NRD-owskiej produkcji, nawet wtedy, kiedy były już dostępne inne, nie specjalistyczne szminki, najlepszych firm, tak dobrej jakości, że z powodzeniem zastępowały te stare śmierdzące lanoliną „kity”. Ale Ty nie! Ty, tradycja. Zapach teatru, kurzu, kostiumów. Ach, ile ja się napatrzyłam. Jak się malowałaś, jak ubierałaś w kostiumy, jak zaklinałaś Boga przed wyjściem z garderoby na scenę, żeby Cię tym razem nie opuścił. Jak powtarzałaś szeptem tekst każdego wieczora przed spektaklem, a potem, odwracając się teatralnym ruchem do reszty garderoby, reszty koleżanek, pytałaś niezmiennie: „No i co w wielkim świecie?!”. Jak układałaś fałdy godetów u sukien, aby dobrze się prezentowały, kiedy staniesz przed publicznością.

Denerwowałam Cię, jak mało kto. Patrzyłaś na mnie z zainteresowaniem i niechęcią, co wieczór. Byłam dla Ciebie dziwna, zniekształcona, niedoskonała, byłam dla Ciebie „Zbyt…”. Zbyt wyrazista, zbyt ostra, zbyt twarda, zbyt prozaiczna, zbyt nowoczesna, zbyt prosta, zbyt bezpośrednia, zbyt wesoła, zbyt niekobieca… Wiedziałaś, że ja patrzę z kolei na Twoje aktorstwo bardzo krytycznie. Że nie podobało mi się, jak grałaś w ostatnich latach Twej drogi zawodowej, a w każdym razie miałam wątpliwości. Nienawidziłaś tego mojego skupionego, chłodnego, badawczego, oceniającego Cię wzroku, ale ja musiałam. Ja się uczyłam. Ja zdobywałam swoje zdanie i na Tobie sprawdzałam reakcje publiczności, czy się mylę czy nie. Obserwowałam i Ciebie, i publiczność, a w swoje granie rzucałam się jak w otchłań, od niechcenia. Biegałam po scenie, choć nie wolno biegać, płakałam naprawdę, choć Ty pogardzałaś prawdziwymi łzami w teatrze, stałam tyłem do widowni i tak grałam, choć dla Ciebie to było niedopuszczalne, śmiałam się głośno w romantycznym repertuarze, a kobieta się tak nie śmieje w ogóle… Byłam koło Ciebie, jak nieuregulowany rwący strumień, nieobliczalny, ale kiedy Ty zaczynałaś mówić, grać milkłam, nieruchomiałam, zapominałam o swojej roli i przywierałam do Ciebie wzrokiem i uchem. Przepraszam, uczyłam się. Na Tobie. Dziękuję.

Im dalej, im więcej lat upływa, tym bardziej boję się, aby nie popełnić Twoich błędów, i te same lęki, które wtedy musiały dręczyć Ciebie, opadają i mnie. Mówię teraz o sprawach, niuansach, do których publiczność, ludzie z zewnątrz, nawet współpartnerzy, nie mają dostępu, nie potrafią ich zauważyć. Wie to tylko inna aktorka. Współczuję Ci, że musiałaś mnie i inne młodsze aktorki – z konieczności – dopuścić do swoich tajemnic. W tym teatrze, Teatrze Ateneum, są tylko dwie garderoby damskie, nie miałaś innego wyjścia. Ja na szczęście mam garderobę dla siebie. Jestem tam sama, i nikt nie widzi moich chwil zwątpienia, mojej teatralnej samotności, nie mówiąc o upokarzającej już w pewnym wieku, braku intymności przy zmianie kostiumów czy treści rozmów telefonicznych przypadkiem usłyszanych, na wizytach wielbicieli w garderobie kończąc.

Oj, Aleksandro! Oj, Oleńko! A tak boli, że tak mało osób potem pamięta. Mnie to dziś boli za Ciebie. Za chwilę i mnie nie będzie. I mnie nie będą pamiętać. A tyle łez…

Byłam wczoraj w kinie na ostatnim Altmanie, na „Gosford Park”, wspaniały film. Uwielbiam Altmana, mistrza akcji równoległej, mistrza opowieści wielowątkowych, tkacza lekkich pajęczyn z drobiazgów, szczegółów i drogich kamieni, jakimi są psychologiczne, głębokie obserwacje człowieka. Ten film to uczta, chłodna i wyrafinowana, nie poruszająca bezpośrednio emocji widzów, ale dopiero po wyjściu z kina rozumiemy, że obejrzeliśmy świetną analizę konfliktów społecznych w ogóle. Że to misterna obserwacja społeczeństw w każdym miejscu świata, w każdym czasie. Mistrz, spokojny, chłodny, mistrz, nie lubiący „fajerwerków”. W filmie wiele cudowności aktorskich, na czele z Meggi Smith, dowcipne, wspaniałe dialogi. Postać producenta amerykańskiego nieprawdopodobnie zabawna, no i angielsko-amerykańska tym razem, czyli podwójna pieczołowitość w szczegółach dotyczących scenografii, kostiumów, rekwizytów, obyczaju. Słodki, wspaniały film, nie dla wszystkich. Dwóch młodzieńców za mną opowiadało sobie cały czas historię jakiegoś interesu samochodowego, w który był zaplątany trzeci ich znajomy. Pewnie przyszli do kina, żeby ich nikt nie podsłuchiwał. Mieli po 18, 19 lat, jedli coś cały czas, odbierali telefon, na szczęście nastawiony na wibrację a nie dzwonek, pili i rozmawiali półgłosem. Zamilkli raz i spojrzeli na ekran podczas dość wulgarnej sceny erotycznej toczącej się między służącymi.

Wieczorem odebrałam nagrodę przyznaną mi przez TEL-ENERGO S.A. z okazji Światowego Dnia Telekomunikacji … ZA TWÓRCZE I OSOBISTE WYKORZYSTANIE INTERNETU…

To nagroda za tę stronę! Chciałabym Wam Wszystkim serdecznie podziękować za pomoc. To właściwie nagroda dla nas wszystkich.

Dobrego dnia.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.