14
Maj
2002
07:43

dziennik 2002-05-14 07:43:00

14 maja 2002, wtorek, 07:43

Justyny, Bonifacego, Dobiesława, Macieja – wszystkiego dobrego.

Justyna – jak objaśnia moja książka – dama o tym imieniu idzie przez życie z głębokim przekonaniem o własnej wyjątkowości. Jest żądna podziwu, zachwytów, hołdów otoczenia. Ma wysoką samoocenę i porażki nie są w stanie tego zmienić. Nie przejmuje się zakazami i przestrogami, wszystko musi sprawdzić na własnej skórze. Ma szalony apetyt na życie. To niespokojny duch, wulkan energii i bujna osobowość pełna fantazji. To książka – a wszystkie Justysie, które znam, łącznie z Justysią Sieńczyłło, mają bujną osobowość pełną fantazji, ale mają ją sobie po cichu, w tajemnicy. Są ciche, skromne, jakby trochę zagubione i bynajmniej nie mają za wysokiej samooceny. W wypadku Justysi Sieńczyłło, zdanie „wszystko musi sprawdzić na własnej skórze” może dotyczyć małżeństwa z Emilianem Kamińskim, to prawda, ale poza tym nic się nie zgadza. Lubię tę moją książkę o imionach, bo nic się nie zgadza z moimi doświadczeniami. To miłe.

Bonifacy – to zasadniczy jakiś facet, z nim nie pogadasz, ten to musi mieć zawyżoną samoocenę!

Dobiesław, czyli Dobek, miły człowiek. Żona wysyła go po zakupy z taką siatką z plastikowej żyłki, i wystaje mu z niej bez przerwy kiełbasa i marchewki. Ma z tym problem.

Maciej – to król nad króle, jeśli chodzi o imiona. Iluż ja znam Maćków, Maciejów, Misiów! Uwielbiam ich, choć są prawdziwie nieznośni. Mam też kilku z nich nieźle za skórą i wzdrygam się na wspomnienie o nich. No, ale takie jest życie. 

Przypomniałam sobie Justysię Sieńczyłło i Emiliana Kamińskiego i zrobiło mi się miło na sercu. To małżeństwo, ten związek, to jakby moje dzieło. Lata temu zaangażowałam, robiąc Na szkle malowane w Teatrze Powszechnym, Emiliana do zagrania Janosika. Justysia, wtedy młodziutka, początkująca aktorka w zespole teatru, świetnie śpiewająca i po szkole baletowej, miała grać Swoją. Byli osobni, każde z nich miało inne życie, inne sprawy, inną energię, innych oblubieńców, dzieliła ich spora różnica lat. Grali zakochanych, co wieczór na scenie, śpiewali słynne piosenki miłosne do siebie, nawzajem głęboko patrząc sobie w oczy. Banał. Rutyna aktorska, codzienność. Grali to bardzo ładnie, ale to aktorska zwykłość. Ja, jako Anioł sceniczny, ale także reżyser całości, co wieczór słuchałam i obserwowałam wszystkich tam grających z napięciem i uwagą, radością także, bo było to przedstawienie przez nas wszystkich ukochane, i nagle pewnego dnia ucho pochwyciło ton i barwę głosu Emiliana, niebywałą, nie spotykaną, nie słyszaną wcześniej, …. Czekałem na Ciebie / Trzy długie noce/… parlandował, patrząc na Justynę niby jak co wieczór…..Oho, pomyślałam, zdaje się, że wiem wszystko…. Stało się. Kiedy w spektaklu doszło do …na sianeczku sianie, słodkie omdlewanie, do rana czekanie, hej! , czyli do piosenki „Miłosne śpiewanie”, i usłyszałam słodycz w ich głosach, stało się dla mnie jasne coś, co dla innych było jeszcze długo, długo tajemnicą. A potem ślub i szczęście do dzisiaj. I z każdej byle okazji, pod byle pretekstem, podziękowanie od nich dla mnie, za to szczęście. To moja para.

Wczoraj Shirley w Kielcach – bardzo miło. Ta sala jest jednak gigantyczna. Jak na ten utwór troszkę za duża, nie wiem, co widzieli z ostatniego rzędu widzowie? Mam nadzieję, że coś widzieli. Bo słyszeli na pewno. Pozdrawiam.

Dobrego dnia.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.