10
Maj
2002
07:56

dziennik 2002-05-10 07:56:00

10 maja 2002, piątek, 07:56

Antoniego, Symeona, Symplicjusza – Wszystkiego dobrego.

Antoni – śliczne imię, z tradycjami. Bardzo teraz dużo w szkołach Antków, a każdy z nich fajny gość, wszyscy go lubią. Oprócz pana  Antoniego Maciarewicza z Ligi Polskich Rodzin, czyli Taligów, którego ja się  boję. Zresztą twarz pana Maciarewicza jest dziwnie podobna do twarzy Bin Ladena. Nieprawdaż? A jak był młody był taki przystojny. Choć zalążki fanatyzmu tkwiły w nim od zawsze. Boję się fanatyków, no cóż.

Symeon – to dziwne imię tak jak i Symplicjusz, raczej nie będziemy ich używać, choć są ładne. Symeon Kowalski i Symplicjusz Nowak to nie brzmi najlepiej.

Byłam wczoraj dwa razy w kinie, na „Pięknym umyśle” i na „Plotce”; szkoda, że nie mogłam zostać i jeszcze obejrzeć czegoś, co zaniedbałam, albo nie zdążyłam ostatnio. Uwielbiam tak chodzić do kina, na cały dzień.

Na „Pięknym umyśle” płakałam w kinie jak bóbr, na końcu oczywiście, kiedy już wiemy na pewno, że świat jest piękny, ludzie dobrzy, miłość istnieje i to taka, która przekracza wszelkie bariery i pokonuje wszystkie trudności, przyjaźń także, i to taka, która przetrwa do końca życia, a co więcej – ci, których uważamy za nieprzyjaciół, okazują się w rezultacie wspaniałymi ludźmi, trzeba z nimi tylko porozmawiać. Chorobę i nieszczęście można pokonać, na koniec dostać nagrodę Nobla. Młodzież jest wartościowa, dobrze wychowana i mądra. Ceni starszych i korzysta z ich doświadczeń, a lekarze są mądrzy i nadzwyczajni. Świat jest dobry, sprawiedliwy, zorganizowany, obowiązują w nim ściśle określone normy współżycia, z elementami tolerancji, szacunku do wiedzy i etyki. Ja wcale nie ironizuję. Co więcej, ten film jest zrobiony według prawdziwej historii życia, bohater żyje do dzisiaj, i wszystko, cała opowiedziana historia zdarzyła się naprawdę. To jest dodatkową siłą filmu. Jest jeden drobiazg: podobno pierwowzór bohatera filmu jest antysemitą i środowiska żydowskie protestowały przeciwko zrobieniu o nim filmu –  no, ale to już troszkę inne zagadnienie –  i w tak założonym filmie, tak skonstruowanym i z taką tezą, taki rys biograficzny bohatera nie bardzo się mieścił – to ciekawy aspekt sprawy, wart szerszego omówienia, ale jakby nie należy do rzeczy, o której dziś piszę, jako że film przez większość widzów nie jest odbierany jako utwór biograficzny –  i tak zresztą jest. Film jest zrobiony w innym celu, ma inne zadania. I zadania zostały wykonane w 200%. Jest nam dobrze z tym filmem, jest nam…. lepiej, wracamy duchowo do starego, ułożonego, humanistycznego świata, na który możemy liczyć. Zrobione jest to, jak ja to nazywam, jeden do jednego, realistycznie, według wszystkich zasad klasycznej dramaturgii i narracji. Naiwnie, jakby dziś powiedzieli choćby polscy twórcy. Tak naiwnie, że naiwność ta graniczy z naiwnością dziecka, choć pomysł, aby do połowy akcji być z bohaterem w świecie jego choroby i nie orientować się w tym, jest fantastyczny. Niemniej, wymowa całości jest nazbyt pozytywna, i krzepiąca.

I co z tego? Pytam. Skoro cała sala widzów temu ulega, jest to grane i realizowane z taką perfekcją i wiarą, z taką doskonałością, że sceptycy łkają po cichu i ze wstydem? Zazdroszczę, za każdym razem zazdroszczę odwagi bycia dzieckiem, prostoty, i braku ambicji na artyzm, i „odlot”. Zazdroszczę. Ich wiara, zaufanie i miłość twórców amerykańskich w zwykłe realistyczne, proste, klasyczne kino, tyle, że perfekcyjne, zamienia i widzów w dzieci, i dostajemy prezent w postaci „zespołu odruchów, uczuć i reakcji rzadko ostatnio obserwowanych” w kinach i teatrach, wzruszenia. Od lat w Polsce nie słyszałam od żadnego reżysera, że chciałby po prostu opowiedzieć jakąś historię, nie czytałam choć w dziesięciu procentach tak fachowo skonstruowanego scenariusza, tak napisanych ról. Ciągle słyszę, że to coś, co robią, albo mają zamiar zrobić, to będzie: – Odlot, czad, kpina, pomieszanie gatunków, czyli dekadencja, jaja, nie wprost, zakręcone, kosmos, itd., itd., mogłabym wymieniać długo. A zdanie, że to będzie „inteligentne kino”, to, co oni zrobią, jest doprawdy nadużywane.

To prawda, jestem za realistycznym kinem i teatrem, które są i będą zawsze potrzebne, i niekoniecznie najprostszej widowni, choć głównie taką mamy. Za sztuką przekazującą największe wartości humanizmu nawet, jeśli to ma być negacja świata, w którym przyszło nam żyć, najprostsza, najszlachetniejsza również swą formą. Ale do tak uprawianej sztuki trzeba mieć: wiarę, talent, szacunek do człowieka, siebie, sztuki, widza, świata, trzeba mieć technikę i zawodowe umiejętności na naprawdę wysokim poziomie, bo tylko „czad odlot” można zrobić nic nie umiejąc. (Starzeję się, bo mówię, bo pouczam i moralizuję, ale trudno.)

Tyle.

„Plotka” – to świetnie wymyślony film, zrobiony zgrabnie i zręcznie, bez amerykańskiej dosłowności, która dopiero później się uogólnia i wchodzi na wyższy poziom. Bez ich dokładności i przesady w szczegółach, a raczej geniuszu w szczegółach (kostiumy, dekoracje, rekwizyty), dobrze grany, szczególnie przez Depardieu. Zrobiony z lekkością, przymrużeniem oka i chęcią zabawienia się i zaśmiania z nas samych. Powinien powstać u nas, w Polsce, byłby bardziej w stronę „moralnego niepokoju”, ale byłby potrzebny.

Fajny dzień. Spędziłam fajny dzień.

Dla Was dziś dobrego dnia. Pozdrawiam.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.