7 maja, wtorek, 23:49
Gizeli, Ludmiły, Augusta, Ludomira – Wszystkiego dobrego.
Gizela – to mała, samotna, nie bardzo zdolna tancerka, bez pracy, z wrzodami żołądka i głodem miłości. To dla mnie postać, którą grałam w Dwoje na huśtawce. Grałam z Piotrem Machalicą, reżyserował Andrzej Wajda. Lubiliśmy to grać, a publiczność żałowała, że nie zostajemy ze sobą z Piotrkiem na końcu. Na sali młode dziewczynki i chłopcy trzymali się za ręce, a potem całowali pod teatrem. Woleliby, żeby ta sztuka miała happy end. Jak to publiczność. Raz, kiedy wychodziłam z teatru, jakaś młoda osoba płakała głośno, opanowana wyraźną histerią, i krzyczała na mój widok: Dlaaaaczego on pannnią zostaaaaaaaaawiłłłłł!? Przerwaliśmy granie tego spektaklu gdzieś około 145 przedstawienia, mimo wciąż pełnych sal i mimo że uwielbialiśmy to grać, ponieważ stwierdziliśmy, że jesteśmy z Piotrkiem za starzy, ja już dłużej nie mogłam mówić na scenie, że mam 28 lat, wstydziłam się, a Piotrek, że ma 30, bo miał łysinę i w ogóle. Chcieliśmy publicznie przekazać role młodszym kolegom. Przygotować ich, zrobić z nimi normalne próby, i pewnego dnia zagrać pierwszy akt, a w przerwie oni by się przebrali i zagrali już drugi, i zostali z tymi rolami, być może na długo, na następne 100 razy. Marzyliśmy, żeby móc tak zrobić, ale Andrzej Wajda się nie zgodził. Do dziś nie wiem, dlaczego.



Na zdjęciach – moja Gizela z tego przedstawienia. To wszystko, co mam w domu na ten temat. Niestety nie ma zdjęcia Piotrka, ani żadnego innego zdjęcia. To są jakieś przypadkowo zrobione zdjęcia (przez kogoś z widowni?).
August to imię, które mi się bardzo podoba. Takie seledynowe imię z kandelabrami.
Ludomir to z kolei imię dla amatora. Nie brzmi mile dla ucha. Może zdrobnienia są przyjemniejsze.
No a teraz, co o Ludmile z 7 maja Agnieszka Osiecka.
Patrz jak jestem ładna,
To przez Ciebie.
Choć kłopot z nieba spadł nam.
…Jak to?
…Nie wiesz?
Opowiem Ci dzisiaj o nim,
o tym największym kłopocie,
Niech ci się Ludka przyśni
W tygodniu lub przy sobocie…
I kłopot – przybył znienacka –
To cała nasza sprawa,
ta miłość nasza wariacka,
o której piszczy trawa…
…A tak już było dobrze,
a tak już było prosto.
I nie w jakiej „Kobrze”,
przeciwnie – jak brat z siostrą.
Każde na miejscu swoim,
z koncepcją własną i szafą,
ty – niby nic się nie boisz,
ja – niby mądra jak Safo…
A jeśli randka – to chwila,
a jeśli razem to mila,
a jeśli więcej to święto,
a jeśli mocniej – to żart,
a jeśli słowo, to lekko,
a jeśli domek, to z kart…
A nawet ze mną – to co?
A nawet z tobą – to nic…
A tu tymczasem – ho, ho,
A tu tymczasem – jak żyć…
Stoimy nagle na moście,
Jakby zalani, zawiani,
I różne mamy zdolności,
Ale za dużo zadane.
Ta Ludka tutaj, jak to u Agnieszki, bardzo jakaś niespodziewana. Dla niej ważna, dla niej klucz do sprawy, dla czytelnika niezrozumiała, no cóż….. tak to z Agnieszką było, teraz nie można zapytać. Kiedyś na moje pytanie: – A co to za jakaś Ludka w tym wierszu? – usłyszałabym długą opowieść albo i dwie, do rana nawet snute. A teraz… no i co robić? Ludka. Po prostu niech ci się przyśni Ludka….
Spektakle w Operze Bałtyckiej, bardzo dobrze. Za duża sala i za duży pogłos, ale i my, i publiczność się przyzwyczaiła. Dziękujemy za brawa.
Przesyłam w prezencie morze i trochę z moich kwiatów w hotelu. Reszta w wazonach, a te biedactwa…. jak zwykle? No i na koniec, wszystkiego dobrego tej nocy.



