03
Maj
2002
06:23

dziennik 2002-05-03 06:23:00

3 maja 2002, piątek, 06:23

Antoniny, Marii, Marioli, Świętochny – wszystkiego dobrego.

Uchwalenie Konstytucji 3 Maja. Marii – Dzień Najświętszej Maryi Panny Królowej Polski. Imieniny mojej córki Marysi.

Antonina – Tonia, Tosia – to imię jest mi bliskie z powodu mojej roli w Przesłuchaniu, bardzo bliskie, jakiś czas nią rzeczywiście byłam.

Mariola – to prawie w Polsce imię anegdotyczne. Jakby symbol prowincjonalności niestety, przepraszam wszystkie Mariole, ale tak się „porobiło”.

Świętochna – to chyba z okazji tego dnia świątecznego, jakim jest w Polsce dzień 3-ego maja.

Witamy cię, polskich serc święto!

Witamy cię, trzeci dniu maja!

(Goszczyński)

W ubiegły piątek w Gazecie Wyborczej przeczytałam felieton pana Sławomira Mrożka, i dziś mija tydzień, a ja wciąż o nim myślę i wciąż na nowo podoba mi się zawarta tam obserwacja. Napisał o Adolfie Dymszy, że był to niezwykle utalentowany, uwielbiany przez Polaków komik, który jednak nigdy nie mógłby zrobić kariery na świecie, ponieważ śmiał się zawsze z kogoś a nigdy z siebie. Był cwańszy niż inni, śmiał się z cudzego nieszczęścia, głupoty, niezgrabności, niezaradności, gapiostwa. Z tego, że nabił kogoś w butelkę, że ktoś się wywrócił, potknął, czy dał się oszukać. Nigdy nie śmiał się z samego siebie, co było domeną innych wielkich, światowych komików. I dlatego ten uwielbiany w Polsce artysta nie byłby zaakceptowany gdzie indziej. Że żeby zrobić karierę na świecie, być zaakceptowanym, trzeba nauczyć się śmiać z samego siebie. To wspaniałe spostrzeżenie i naprawdę wielka myśl.

Wczoraj też słuchałam jak Marek Kondrat mówił o Mazepie, jak wielki i piękny jest to materiał, ten dramat Słowackiego, na film o Polsce i Polakach. Zderzenie Króla i Mazepy, światowców, Europejczyków z polską, fałszywie pojętą dumą, zaściankiem, zaślepieniem, głupim uporem, bezmyślną, ślepą siłą i bezgraniczną władzą na swoim terenie. Konrad Swinarski, zdaje się, chciał zrobić z tego film. Szkoda, że Andrzej Wajda zajął się Zemstą, lekkim utworem o polskim pieniactwie, a nie tym, pięknym, mrocznym, wstrząsającym dramatem Słowackiego. Pamiętam do dziś jak płakałam, jak zamurowywano skazaną przez męża na śmierć Aleksandrę Śląską – „niewierną żonę”, i brzmi mi do dziś w uszach monolog Jana Świderskiego nad trumną, z telewizyjnej wersji sprzed lat.

Dobrego dnia. Korzystajcie ze słońca. Ja wczoraj jeździłam trochę po Warszawie. Warszawiacy opalają się na balkonach, trawnikach, schodkach nad Wisłą, ogródkach kawiarnianych. To miłe. „Dolce far niente” – słodka bezczynność, miłe próżnowanie. A z drugiej strony, bezrobocie przekroczyło podobno 30 procent.

A my ciągle Kto się boi Virginii Woolf, co wieczór. Co wieczór pełno w teatrze. Bogu Dzięki! 

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.