SENTYMENTALNI CYNICY
Hłasko, Iredyński. Dla większości ludzi są to hasła encyklopedyczne i strony zapisane w książkach, które po nich pozostały. Moja fotograficzna pamięć zakodowała w mózgu ich uśmiechy, sposób artykulacji , ubiór i sposób bycia.
Marka Hłasko znałem mało. Byłem kilka razy w jego towarzystwie, z okazji mojego „playboyowego” życia w końcu lat pięćdziesiątych. Patrzyłem na niego przytłoczony mitem człowieka, który porzucił ciężarówkę, aby osiągnąć sukces pisarski. Byłem wówczas kierowcą firmy „W jedności siła”, jeżdżąc pięciotonowym Bedfordem z demobilu. Czekając na załadowanie drewna, cegieł, lub żywności zapisywałem w kratkowanym zeszycie moje refleksje na temat świata, który przetaczał się za oknem mojej ciężarówki.
Moja sąsiadka z Saskiej Kępy- Agnieszka Osiecka tak określiła Hłaskę …niekiedy wilkiem się nazywał- lecz wilkiem nie był- raczej chciał być –gdy cały naród śpiewał- wolał zawyć.
Luise Schaffer tak pisała o Marku: Nikt nie wie, jaki Marek był naprawdę. On sam tego nie wiedział, tak jak nie wiedział, co w życiu było dla niego najważniejsze. Może tylko to, aby toczyło się przy pozorach dramatyzmu i aby z chwilą, kiedy zginie, nie zostało po nim niczyje prawdziwe wspomnienie"
W listach do matki pisał: Tak chciałbym wierzyć w to, że na świecie jest jeszcze coś pięknego i czystego, że pieniądze nie stanowią o wszystkim, a tutaj, Mamusiu… Już nie chodziłoby mi o nic, Mamo, jak się patrzy wokół siebie, to naprawdę same straszne brudy. Nie wiem, jak będzie za 5 lat. Wtedy człowiek stanie się takim samym bydlęciem jak inni, i po co to wszystko, w ogóle. To jest straszne, Mamo.
Papieros bez filtra przyklejony w kąciku ust, alkoholowe karnawały i nonszalancja wobec innych tworzyły kostium cynika uwierający człowieka, który nie radził sobie z rozedrganą i nadwrażliwą osobowością.
Z Irkiem Iredyńskim przyjaźniłem się. Odwiedzałem go od czasu do czasu w jego domku na Grotach. Siedział zwykle przy małym kieliszku, i pytał na wstępie: piełdolniesz dzioba?/z charakterystycznym r/ Ze smutkiem przyjmował moja rezygnację i kontynuował: patrz kułwa nalewam połowę i wychodzi mi dwa litły na dobę. Kochał psy. Kiedyś na podłodze leżały dwie puste flaszki, trzecia lekko opróżniona na stole, a z oczu psa ciekły łzy. Pies martwił się o swojego pana, jak my wszyscy.
Irek nigdy nie przywiązywał wagi do swojego wyglądu. Na ogół chodził w podartym swetrze, a wychodząc na spacer z psem wkładał poplamioną czapkę furmańską i ortalionową kurtkę z której sterczała wata.
Pisano o nim: Iredyński zdążył już zakwestionować wszystkie tradycyjne wartości. Pod znakiem zapytania postawił przyjaźń i miłość.
Stefan Kisielewski w swoim "Abecadle" zanotował: "Przedziwny. Zabawny. Trochę bandyta, trochę wariat, duży alkoholik. Ale niesłychanie zdolny chłopak."
Mam "Dzień oszusta" z dedykacją: "Pani, która była dla mnie dobra" – przekonuje przyjaciółka Iredyńskiego. Szukał w ludziach oparcia – Potrafił być delikatny i czuły, nawet gdy co drugie słowo wplatał najpowszechniejszy wulgaryzm. Mógł przyjść do nas na obiad w poprzecieranej na łokciach marynarce, ale nie zapomniał o kwiatach dla córki, którą po prostu lubił.
Chwalił moje pisanie, może po prostu dlatego, że mnie lubił. Obiecywał napisać scenariusz według mojej noweli, ale nigdy nie doczekałem się finału, bo przegrał walkę z alkoholizmem w wielu 46 lat.
Po tych facetach pozostały teksty pełne wrażliwości na los ludzi zagubionych w świecie i obrazy nich samych nie pasujące do tego , co po sobie zostawili.
Grzegorz Skurski [skurskig@interia.pl]