3 kwietnia 2002, środa, 07:52
Ireny, Pankracego, Ryszarda – wszystkiego dobrego.
Irena, jest jednym z moich ulubionych imion. Irena zawsze jest skromna, cicha pracowita, uśmiechnięta. W ciągu dnia uczesana w fale, we fiołkowym fartuszku, jeśli w kuchni, wieczorem ma elegancką suknię w dekolt w duży szpic, na plecach także, i perły, perły, perły. Na Irenę często wołają Irka lub Rena, co jest trochę mniej eleganckie, ale równie ładne. Irena to kobieta z międzywojennej Polski, z polskiego dwudziestolecia, przewracająca tomiki poezji w wolnych chwilach, prenumeruje Kuriera Warszawskiego i hoduje z namiętnością geranium. Trzyma w oszklonej bibliotece z książkami flakon ulubionych perfum a pierścionki zakłada na gipsową rączkę stojąca przed lustrem, aby ich nie zgubić, tam też – na tę rączkę – wiesza perły, kiedy je zdejmuje.
Pankracy to nie pies. To postać z Nieboskiej Komedii.
Ryszard to mój ojciec. Dziś jego imieniny. Wieczorem pojadę na jego grób. Ryszard, choć to imię waleczne budzi we mnie tkliwość. I wciąż od jego śmierci przypominam sobie o nim nowe rzeczy. Zdumiewająco często o nim myślę; kiedy żył, nie myślałam, że zajmie tak wiele czasu i miejsca w mojej wyobraźni i samotności. Dużo rzeczy, które dziś wiem i czuję na jego temat, powstały w mojej wyobraźni i nie odróżniam ich od prawdy. To miłe, bo domyślam go sobie bardzo ładnie.
Barany, dziś przestrogi dla Was.
Dobrego dnia. Przesyłam Wam moją forsycję.
