TAM I Z POWROTEM
Byłem na przyjęciu towarzyskim, na którym spotkałem faceta od wielu lat mieszkającego w Toronto. Opowiadał o sobie, że ma siedzącą pracę przy oknie – jest kierowcą tira, którym przemierza tysiące mil miedzy Kanadą a USA. Był kiedyś jednym z głównych inżynierów w Ursusie i wybrał „wolność”, aby dać się przykuć do kierownicy. Ma płacone od kilometra i jedzie dopóki organizm jest w stanie reagować na bodźce. W pewnym momencie przychodzi kryzys i trzeba zaparkować na noc. Parkingi zapełnione są tymi, którzy wcześniej musieli się zatrzymać, „ogon” ciężarówki ma kilkanaście metrów i nie jest łatwo znaleźć miejsce na parkingu. Siedząca praca przy oknie jest dobrze opłacana, w związku z tym wiele młodych par wybiera taki model życia, pracują razem żeby być razem. Idą oboje na kurs, robią truck licenece i naiwnie wyobrażają sobie, że jadąc w tygodniowe trasy będą mogli się sobą nacieszyć . Praktyka obala te mrzonki. Życie upływa im na wiecznej jeździe, on prowadzi ciężarówkę, ona wyczerpana do ostateczności śpi na wąskim łóżeczku, po wielu godzinach kierowca – mąż budzi swoją zmienniczkę- żonę i ona z kolei siada za kierownicą podczas kiedy on pada zmęczony i jadą dalej, bo na parkingach pełno. I ciągle tylko tam i z powrotem skwitował opowieść gorzkim cytatem z mojego filmu sprzed lat, polski kierowca mieszkający w Toronto. Okazało się że zapamiętał, nie kojarząc autora, mój film z lat siedemdziesiątych.
Kiedy zaczynałem pracę w zawodzie reżysera dokumentalisty, wymyśliłem historię robotnika pracującego przy taśmie, dojeżdżającego do Warszawy ponad sto kilometrów. W czasie dokumentacji znalazłem kilka osób pracujących w Warszawie i dojeżdżających do tej pracy ze Szczecina, Rzeszowa i innych miast oddalonych o setki kilometrów. Byli to na ogół portierzy, którzy dojeżdżali na dwie doby. A Ja szukałem robotnika dojeżdżającego ale pracującego przy taśmie 8 godzin dziennie. Pana Marka Postka znalazłem w warszawskim FSO. Nadawał się idealnie. Jego życie wyglądało tak: wstawał o 2 w nocy, wsiadał na rower i jechał 10 kilometrów do stacji kolejowej /w zimie po pas w śniegu/. Potem pociąg dalekobieżny, którym dojeżdżał do Tłuszcza, tam przesiadał się do pociągu elektrycznego. Następnie wsiadał do tramwaju i już był w FSO. Wracał do domu, po pracy, powtarzając schemat, pod koniec dziennika telewizyjnego.
Kiedy film się ukazał, moi bardziej doświadczeni koledzy skwitowali go słowami: ”bełkot myślowy i formalny” i po kilku nagrodach festiwalowych niewielu z nich zmieniło zdanie. Kilka lat po śmierci Krzysztofa Kieślowskiego – Maciek Dejczer, jego student, dziś znany reżyser, opowiedział mi, że Krzysiek pokazywał mój film w Katowicach, w szkole filmowej, podczas zajęć, jako wzór narracji dokumentalnej. Filmowcy – opozycjoniści chwalili „Tam i z powrotem” za krytykę reżimu, a kierowniczka wydziału propagandy Komitetu Centralnego PZPR twierdziła, że jest to „słuszny film”. Takie są pokrętne losy filmów. Nie ma prawd i stwierdzeń ostatecznych…
Wracając do kierowcy z Toronto, pamiętał mój film dokładnie, zacytował wtedy na tym przyjęciu jeszcze jedno zdanie bohatera: – do szczęścia brakuje mi tylko tego, żeby nie było przesiadki w Tłuszczu… i wzdychając skomentował – system zabrał temu człowiekowi nawet marzenia.
Ten film kończy inne wyznanie bohatera: – w czerwcu urodzi mi się dziecko, jeżeli to będzie syn, postaram mu się załatwić pracę bliżej, a jeśli mi się nie uda nie- będzie się musiał męczyć jak ja. Kilka lat po emisji filmu w telewizji, odwiedziłem mojego bohatera. Pan Marek chwalił się, że jego syn umie czytać i pokazywał mi dziecko biegające z jakąś książką. Ta książka to był o zgrozo … rozkład jazdy pociągów. Pomyślałem wtedy, życie wymyśliło zabawną puentę.
Dziś po 30 latach, usłyszałem w radio, że bezrobocia w Polsce właściwie nie ma, jest dwunastoprocentowe ale sztuczne, FSO kupił wielki zagraniczny koncern samochodowy, a w całej Polsce brakuje rąk do pracy, szczególnie wykwalifikowanych robotników i kierowców. Czy to już jest puenta ostateczna?
Grzegorz Skurski (skurskig@interia.pl)