01
Kwiecień
2002
08:42

dziennik 2002-04-01 08:42:00

1 kwietnia 2002, poniedziałek, 08:42

Grażyny, Hugona, Zbigniewa – wszystkiego dobrego.

Grażyna – jak mówi moja książka – dzielna, ambitna, dobrze sobie radzi w trudnych sytuacjach. Altruistka (przeciwieństwo egoizmu), skłonna do pomagania tym, którzy potrzebują wsparcia. Zaradna, rozsądna i obowiązkowa. Otwarta, asertywna. Wyrozumiała dla słabości własnych i cudzych. Czasem bywa łakoma, ceni też sobie przyjemności życia. Tak, takie Grażyny znam. Wszystkie, które znam, są „do dyspozycji” w każdej chwili, łatwo się z nimi dogadać. Lubię Grażyny. Ale Grażyna to dla mnie przede wszystkim „Grażyna” Mickiewicza, i to imię od tej chwały się dla mnie nigdy nie uwalnia.

Hugon – mrocznie patrzy w zachmurzony krajobraz.

A Zbigniew nie pcha się tam gdzie go nie chcą. 

Dziś lany poniedziałek i prima-aprylis razem. Lany poniedziałek to dzień, w którym od lat nie ruszam się z domu, aby nie zetknąć się z chamstwem przyzwolonym, a dnia 1 kwietnia zawsze się obawiałam. Jakoś tak się składało, że żarty wymyślane w mojej rodzinie były zawsze katastrofami. A to dziadek oszukiwał babcie, że zostaliśmy okradzeni nocą, albo że zalały się piwnice i trzeba natychmiast wstawać i ratować, co się da. Ktoś krzyczał pożar, albo coś równie przyjemnego. Jako dziecko wierzyłam początkowo we wszystko i boleśnie a nie radośnie przeżywałam wyjaśnienie, że to tylko żart. Jakoś w moim życiu rzadko zdarzał się żart miły i zabawny, a jeśli już, to strasznie pretensjonalny lub tak nieprawdopodobny, że od razu wiedziałam, iż to nie może być prawda. A może to wina mojego charakteru i jakoś nigdy nie mogłam uwierzyć od razu w szczęście czy nawet szczęśliwe zrządzenie losu.

Jednym z większych rozczarowań młodości primaaprilisowych był żart, jaki zrobiła mi siostra mówiąc, że chłopak, w którym się kochałam potajemnie, co ta odkryła pewnego dnia, dzwonił i przyjdzie do nas właśnie w prima-aprylis. Czekałam w ciszy i nadziei cały dzień, aż uświadomiłam sobie, że to żart. Pamiętam ten dzień jako bolesne i w jakimś sensie okrutne przeżycie. Od tej chwili nigdy nie zakochałam się nigdy nieszczęśliwe. Założyłam na uczucia blokadę, na takie niepewne wypadki miłosne, niepewne lokaty uczuć, tak wtedy bolało.

Pamiętam też jak jedna z moich kuzynek, siedemnastoletnia wtedy, jako żart prima-aprylisowy zawiadomiła rodziców, że jest w ciąży. No uroczo.

A propos: Blondynka prosi w aptece o test ciążowy. Kiedy go dotrzymuje, pochyla się do okienka i szeptem pyta panią magister: – Czy te pytania tam w tym teście są bardzo trudne?

Zamieszczam rysunek mojej wnuczki, dlatego że wciąż i na nowo zachwyca mnie dziecięce poczucie harmonii i odwaga. A także, dlatego że potem razem z naszymi naukami, doświadczeniami życiowymi, jakie przychodzi im przeżyć, rysunki dzieci stają się ostrożniejsze, mniej kolorowe, dużo bardziej konwencjonalne. Szkoda.

Dobrego dnia.

© Copyright 2026 Krystyna Janda. All rights reserved.