23
Luty
2017
10:21

Człowiek z marmuru - Kino Iluzjon - 22.02.2017

zobacz więcej zdjęć (25)

Romany i Damiana - wszystkiego dobrego

Wczoraj w kinie Iluzjon, wieczór z okazji 40 rocznicy powstania filmu CZŁOWIEK Z MARMURU.
Cały czas mówiliśmy i myśleliśmy o Andrzeju Wajdzie. Każde spotkanie dziś z Jurkiem Radziwiłowiczem to dla mnie wielkie wydarzenie.
Wydarzenie, wystawę zorganiozowała Filmoteka Narodowa, przyczynił się do tego także pan Maciej Łysakowski.
Zdj. Kasia Chmura-Cegiełkowska.
Dziękujemy.

19
Luty
2017
11:56

Konrada i Arnolda - wszystkiego dobrego

Dzień mija za dniem, każdy dzień przynosi niepokojące rewelacje, część moich znajomych „nie dźwiga” tego, telewizory wyłączone, radia nieużywane, z głośników płynie muzyka, audiobooki lub na Mazurach z pomostów przedwiosennych obserwują ptaki. Emigracja wewnętrzna, to już przerabialiśmy, tym razem jednak wydaje się to dramatyczniejsze w skutkach, bo wtedy i tak nie wierzyliśmy, że coś można zmienić. Czy teraz można się odwrócić i dać biec rzeczom nie zważając na konsekwencje? Niby można. Ale ilość przypomnień piosenki Wojciecha Młynarskiego – ” Nie opuszczaj mnie – Inteligencjo” daje do myślenia.
Czy mogą się udać na emigrację wewnętrzną ludzie, którzy zawodowo służą ludziom? Artyści? Nie bardzo.
No cóż, podobno przyleciały bociany, jak mówią ludzie wcześniej, bo się dowiedziały o 500+.
Miłego tygodnia dla Państwa. Zamieszczam wstępniak do naszych fundacyjnych repertuarów na marzec i kwiecień, drukowanych za chwilę. Zamieszczam żeby dać tylko znak, że pracujemy, niestrudzenie, na froncie „służby obywatelskiej”.
8 marca planowany wielki strajk KOBIET na całym świecie, nie tylko w Polsce. Upominamy się o prawa, wolność i godność.

Mili Widzowie! Marzec, kwiecień 2017, w naszych teatrach to dwa miesiące bez nowej premiery za to z powrotem wielu tytułów, także tych na które czekamy z utęsknieniem jak np. „ Kontrabasista” Jerzego Stuhra, z nowymi spektaklami na naszych scenach, jak choćby wieczory z Krzysztofem Daukszewiczem w Och-Cafe-Teatrze czy spektakle Zenona Laskowika z przyjaciółmi, tym razem na dużej scenie Och-Teatru. A poza tym, codziennie, w weekendy dwa razy dziennie, na wszystkich scenach, nasze spektakle starsze i młodsze, dramaty, komedie, farsy, spektakle dla dzieci, rzeczy klasyczne i współczesne. Rozmaitości. Nigdy nie pozostaniecie sami, zawsze będziemy mieli coś do zaprzyjaźnienia się lub podtrzymania zażyłości. Zachęcam do przestudiowania prezentowanego tu repertuaru.
Czytam właśnie książkę pana Urbankiewicza „ Sezon w Łodzi nie zaszkodzi” a tam wiele anegdot teatralnych, historii z życia teatralnego Łodzi, także historii o tym jak trudno czasem oddzielić role grane przez aktorów od ich życia prywatnego. Jest tam między innymi historia o Modrzejewskiej, która w jakiejś sztuce grała zdradzającą męża panią a pod koniec utworu, ograbia męża i z walizeczką kosztowności go opuszcza, ledwo zeszła jednak pewnego wieczoru ze sceny, teatralny strażak, złapał ją , wyrwał walizeczkę – rekwizyt i krzyknął – Do męża! Wracaj do domu wywłoko! Ale już! – musiała pani Helena naprawdę grać dobrze skoro strażakowi teatralnemu pomyliły się rzeczywistości.
Serdecznie Państwa pozdrawiam i w imieniu fundacji i wszystkich artystów i swoim. Dobrej wiosny, choć o beztroskę trudno.
Krystyna Janda

PS. W próbach „ Przygody dobrego wojaka Szwejka” w reż. Andrzeja Domalika ze Zbigniewiem Zamachowskim w roli tytułowej. Spektakl przygotowywany jest na scenę Och-Teatru.

12
Luty
2017
06:11

Biała bluzka - Och-Teatr - 11.11.2016 - rola: Elżbieta (FOT. KASIA CHMURA-CEGIEŁKOWSKA)

zobacz zdjęcie

Eulalii i Modesta - wszystkiego dobrego

Chwalę się listami. Ostatnio moje ścieżki fundacyjne, teatralne, tak zakręcone, że tylko nocami i to z trudem docieram do moich spraw. Ale będzie lepiej już za chwilę. Bo sprawy teatralne się powoli układają na cały rok.
Czytam w dziurkach między sprawami wspaniałą książkę pani Justyny Dąbrowskiej Nie ma się czego bać. Rozmowy z Mistrzami. Wspaniała. Bardzo mnie pocieszyła. Co jakiś czas żyjemy wszyscy w czymś, co się dawniej nazywało – ból egzystencjalny, czy ból istnienia, a nawet udręka życia, to czasem małe, czasem wielkie sprawy nas w to „wpychają”. Ta książka jest ratunkiem. Koniecznie ją przeczytajcie.
Gram co wieczór, jeżdżę ze spektaklami, planuję nowe produkcje, rozmawiam z artystami, omawiamy projekty, to sprawia radość, a raczej przynosi ulgę. Życie jest piękne acz skomplikowane, a nie jestem osobą, która prowokuje kłopoty, jestem dość przewidująca, problemy rozwiązuję zanim się naprawdę pojawią, ale…za dużo spraw, ludzi z problemami dookoła mnie, zbyt wiele przedsięwzięć, emocji i zrządzeń ślepego losu. Chorób i śmierci.
Forum na tej stronie przechodziło różne etapy aktywności, teraz listów mniej bo i mnie mniej na stronie, ale jednak stale je czytam i odpowiadam. Musimy blokować wielu korespondentów ostatnio, to całkowita nowość. Podjęłam taką decyzję, bo bywało, że posty zmieniały się w rynsztok płynący ekskrementami. No trudno, taki czas, dostali się tu, do mojego domu, czy salonu raczej, podli intruzi. Nienawiść i złość jest tak oślepiająca, niszcząca, odbiera rozum i zabija serce. To straszne. Cytuję więc listy miłe, na szczęście wciąż są i takie.
W ostatnich dniach, tak się złożyło, zagrałam dzień po dniu, prawie wszystkie moje role teatralne, aktualnie grane: Shirley, Weekend z R., Callas, 32 omdlenia, Ucho,gardło,nóż, Danutę W., Białą bluzkę. Niedługo: Pan Jowialski, Matki i synowie i Koncert – Piosenki z teatru. Uderzyło mnie to, że na wszystkich spektaklach dużo młodzieży, jakby więcej niż zwykle, młodzieży w wieku gimnazjalnym i zdałam sobie sprawę z tego, że walor edukacyjny wielu tekstów jest po prostu nieoceniony. Callas i Danuta W. dla młodej publiczności to „petarda” wiedzy.
Dla Państwa, wszystkiego dobrego.

Szanowna Pani Krystyno,
znów po spektaklu z Pani udziałem jest mi lepiej w życiu. Tym razem dzięki Shirley. Nazywam to efektem Shirleyandy – ten stan nieważkości, w którym szczęście oraz refleksja splatają się ze sobą, kiedy człowiek chce wykrzyczeć radość, ale jednocześnie zostać z myślami sam.

Gdy dowiedziałam się, że przyjedzie Pani do Szczecina, oniemiałam z zachwytu. I jednocześnie zastanawiałam się, jak tym razem odbiorę „Shirley Valentine”. Po raz pierwszy spektakl ten zobaczyłam w lipcu ubiegłego roku. Zrobił on na mnie ogromne wrażenie; po wyjściu z Polonii na drżących nogach, nieświadomie zamiast na dworzec poszłam na pobliski Plac Konstytucji i przysiadając na murku, w ten ciepły lipcowy wieczór po raz pierwszy od dawna poczułam to, co gdzieś po drodze zgubiłam – nadzieję.

Dziś, gdy weszła Pani na scenę, odczułam spokój. Zdawało mi się, że słucham Shirley po raz pierwszy, że wprawdzie pamiętam część puent wypowiadanych przez nią, ale bawią i zmuszają mnie one do refleksji tak samo mocno jak niemal pół roku temu. Patrząc na Panią, trudno nie czuć szacunku, uznania za to, co Pani robi, że nawet serdeczny śmiech, nie jest tylko beztroski, ale zawsze niesie ze sobą coś więcej. I nie mogłam wyjść z podziwu, jak wspaniale pobudziła dziś Pani publiczność, która na początku była chyba nieco stremowana tym, kogo widzi na scenie.

Agnieszka Osiecka pisała: „jeżeli gdzieś jest niebo, to tu”. Dla mnie jest nim widownia teatru, na scenie którego zawsze budzi Pani w nas to, co najpiękniejsze i najważniejsze. Zawsze.

Tak na koniec dodam tylko, że w drugim akcie wyglądała Pani ZJAWISKOWO. Najwspanialszy uśmiech, najcudowniejszy błysk w oku i widoczne wzruszenie podczas owacji, iskierki radości oraz czegoś nienazwanego, co motywuje nas do bycia lepszym, dojrzalszym, tworzone przez Panią w naszych sercach podczas spektakli, to coś, do czego warto wracać, za czym warto tęsknić.

Czasem odnoszę wrażenie, że „dziękuję” nie oddaje w pełni tego, jak bardzo jestem Pani wdzięczna za każde teatralne spotkanie, na które się czeka, bo za każdym razem dowiaduję się czegoś o sobie. Ale tylko tym słowem mogę wyrazić to, że znów dzięki Pani tyle dobrego wydarzyło się w ciągu kilkudziesięciu minut. Chyba najlepszym podziękowaniem będą wizyty w teatrach i budowanie w sobie na podstawie oglądanych oraz przeżywanych spektakli lepszego „ja”.

Tak bardzo cieszę się, że Pani wciąż z nami i dla nas jest. Bo dzięki temu wszystko staje się jaśniejsze, radośniejsze, prawdziwsze, uporządkowane. Mam nadzieję, że dwa wieczory z Shirley i szczecińską publicznością dały Pani chociaż ułamek radości, którą podarowała nam Pani ze sceny. Życzę, aby ten magiczny, zawsze budzący szybsze bicie serca uśmiech pojawiający się podczas dzisiejszego wieczoru niezliczone ilości razy, zawsze gościł na Pani twarzy.

Dni pełnych słońca, siły, pogody ducha oraz ludzkiej życzliwości, Pani Krystyno. Są osoby, które za Panią popłyną w największy sztorm nawet na marna łódka Noe.

Pozdrawiam serdecznie i jak zawsze przesyłam moc uścisków

Aleksandra

Witam Pani Krystyno, rozmowa o teatrze bardzo interesująca. Po przeczytaniu głęboko westchnęłam, bo w teatrze nie byłam już ( o zgrozo!) trzy lata. Zatęskniłam. Mogłabym pójść tutaj, ale ja już tak mam, że jeśli teatr, to tylko w języku ojczystym.
Pięknie mówi Pani o młodych ludziach, kontakt z młodzieżą zawsze jest inspirujący i dający do myślenia. Czasami myślę, że trochę się ich nie docenia, a oni tworzą tak wspaniałe rzeczy, jak choćby teledysk licealistów z Łomży. Zawstydzili tym polityków i nie tylko. Samo mówienie o miłosierdziu też nie wystarcza. Podziałów nie ma, wprowadzają je ludzie źli, którzy wokół siebie tylko zło widzą. Wyimaginowane zło. Nie ma pierwszego, czy drugiego sortu, nie ma ciemnego ludu. Jesteśmy my Polacy, współodpowiedzialni za naszą ojczyznę. Chcemy rozmawiać o sprawach, które nas dotyczą. Należy tylko wziąć pod uwagę dwie zasadnicze rzeczy, że rozmowa to dialog, a nie monolog i druga ważna sprawa, trzeba rozmówcę szanować.
Wracając do młodych ludzi. Mam nadzieję, że chłopakowi, któremu postawiono zarzuty spowodowania wypadku, ktoś pomoże. Jeżdżę samochodem od ponad trzydziestu lat i z tego co widzę, szykuje nam się kolejne ideologiczne kłamstwo. Żeby tylko nie zrobiono z młodego człowieka TEGO zdrajcy narodu, a z pani premier męczennicy. Myślę, że jeszcze jednego zwycięstwa prawdy nikt by już nie zdzierżył.
W podziękowaniu za ten piękny teledysk, chciałabym licealistom coś zadedykować. Historię, która miała miejsce w jednym z przedszkoli w Niemczech. Po wielkiej fali uchodźców, jaka tam trafiła, jeden z reporterów poszedł do przedszkola i zadawał pytania dzieciom, odnośnie tej fali właśnie. Zapytał jednego z nich:
– Dużo jest w waszym przedszkolu obcokrajowców?
– Nie, u nas są tylko dzieci.
Pozdrawiam bardzo serdecznie, Anita.

06
Luty
2017
16:32

Doroty i Tytusa - wszystkiego dobrego

Rozmowa z Krystyną Jandą

Jakub Kasprzak: Zapowiedziano mi, że ma Pani powyżej uszu rozmów na temat polityki i kontaktów z władzami.

Krystyna Janda: Tak, nie rozmawiajmy o tym. Tak będzie lepiej. Po co mamy się denerwować podczas tego wywiadu o teatrze.

Obiecuję, że nie będę o to pytał. Przyznaję, że jestem osobą młodą i początki Teatru Polonia sięgają początków mojego świadomego zainteresowania teatrem…

Naprawdę? Dla pana Teatr Polonia był w Warszawie od zawsze? To zabawne. Dla mnie ten teatr powstał wczoraj. Wszystko jest w nim świeże i młode… i nie wiadomo, co będzie dalej, bo to dopiero początek.

Ale proszę mi powiedzieć, co to za pomysł, żeby zakładać własny teatr? Przecież większość osób, które chcą kierować jakąś sceną, startuje w konkursie, zostaje dyrektorem którejś z państwowych placówek, jeżeli się sprawdzi, zostaje na kolejne kadencje.

Wie pan, i mnie się dziś to wydaje nie najmądrzejszym pomysłem. Choć takie teatry, założone przez organizacje pozarządowe czy fundacje, to większość teatrów na świecie. Zanim założyliśmy Polonię, miałam propozycje zostania dyrektorem teatru, ale jakoś nie mieściłam się w tym czy raczej nie wyobrażałam sobie prowadzenia państwowego teatru według istniejącego wtedy modelu działania instytucji kultury (notabene ten model nie zmienił się specjalnie do dzisiaj). No i jak wtedy sobie pomyślałam, że mam zarządzać „moimi kolegami”, to się przestraszyłam. Wie pan, te kilkanaście lat temu dyrektor teatru to był przede wszystkim urzędnik państwowy, otoczony – gigantycznym dla mnie wtedy – aparatem urzędniczym, organizacyjnym, z lasem przepisów i ograniczeń. W ogóle o czymś takim nie myślałam. Marzyła mi się mała scenka, na której mogłabym pracować z innymi na przyjacielskich warunkach. Małe rzeczy z reżyserią polegającą na tym, że ktoś wyjdzie na widownię i powie, czy stoimy na środku sceny, czy nas widać i słychać (śmiech).

Marzenie się rozrosło?

Był problem z wynajęciem sali w Warszawie i w ogóle okazało się, że to wszystko jest dużo bardziej skomplikowane niż się spodziewałam. I kiedy razem z mężem kupiliśmy już tę dawną salę kina Polonia i zaczęliśmy remont na potrzeby przyszłego teatru, nagle poczułam falę powinności wobec narodu i społeczeństwa (śmiech). No i zaczęłam od Trzech sióstr Czechowa, tekstu ambitnego, wymagającego dużej obsady, w której nie było dla mnie roli. W tym spektaklu było pięć debiutów aktorskich. Pomyślałam: „przecież młodzież musi gdzieś grać, gdzieś musi się rozwijać i w ogóle trzeba ludziom wyjaśniać, co to miłość, wierność, honor, samotność itd. o co w tym wszystkim chodzi”. Nagle poprzestawiały mi się cele i priorytety.

Przestała pani myśleć o sobie przede wszystkim jako o aktorce?

Coś koło tego, świadczą o tym liczby. Zrobiliśmy przez te ostatnie jedenaście lat około stu premier, ja zagrałam w dziesięciu. Sam pan widzi, coś się we mnie poprzestawiało. Największą radość zaczęło mi sprawiać namawianie kolegów do grania, spełnianie ich artystycznych marzeń i wymyślanie dobrych spektakli. Do dzisiaj jest tak, że gram moje rzeczy, kiedy innym aktorom nie pasują terminy. Wszystkie moje role, które przygotowałam przez te jedenaście lat, powstały przede wszystkim dla dobra fundacji, a nie dla mojej kariery. Wiele ról powtarzałam, a nie powinno się tego robić, nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, szczególnie w tym zawodzie. Powtarzanie poza tym jest po prostu nudne. Szczęśliwym wyjątkiem okazała się Biała bluzka, udało się też w przypadku Marii Callas. Masterclass, no ale te teksty są wyjątkowo cenne. Wciąż mi mówią, że powinnam ponownie zagrać Kobietę zawiedzioną, Małą Steinberg, a mnie bierze cholera. Chciałabym grać nowe role. Ale, jak pan widzi, nie napieram.

Za bardzo pochłaniają panią problemy teatru?

Właściwie tak, mamy tu bardzo dużo problemów. One wynikają miedzy innymi z tego, że nie mamy stałego zespołu aktorskiego, a aktorzy, którzy u nas grają, są zaangażowani także gdzie indziej, w innych teatrach. My planujemy repertuar na pół roku do przodu, a są teatry, które nie wiedzą, co będą grać w przyszłym miesiącu. Trudno się dogadać szczególnie z tymi państwowymi. Współpracujemy w tej chwili z około czterystoma aktorami z całej Polski. Zsynchronizowanie ich grafików to prawdziwa męka i efekt długich mediacji. Problemy grających u nas aktorów okazują się ważniejsze od moich. Problemy organizacyjne i – nazwijmy je – „inne” są całkowicie pozaartystyczne, dlatego czasem myślę – na cholerę mi to wszystko – przecież mogłabym żyć życiem niezłej aktorki czekającej na telefony z propozycjami ról. A za drugiej strony, gdybym miała możliwości realizacyjne, pomysłów mam tyle, że spokojnie mogłabym zarządzać kilkunastoma scenami. Szczęśliwie nie mam tylu scen i tylko wzdycham ciągle – szkoda, że tego i tego nie możemy zrealizować! Na razie kręcę się w polskim i środowiskowym bębnie pralki z problemami wszelkiego sortu i jak trzeba, zwyczajnie wchodzę na scenę i gram.

Dlaczego w takim razie nie ma pani własnego zespołu? Chodzi o przyczyny ekonomiczne? Teatr prowadzony przez fundację nie mógłby funkcjonować w oparciu o etatowych aktorów?

Mógłby. I byłoby znacznie prościej.

Czyli brak stałego zespołu to pani wybór?

Tak, to jest mój wybór. Dzięki temu grają u nas teoretycznie wszyscy. Od Ani Polony przez Jurka Stuhra po Jurka Trelę, nie mówiąc już o gwiazdach warszawskich. Tworzymy obsady marzeń. Niedawno siedziałam tutaj z Maćkiem Kowalewskim, z którym układałam obsadę do jego przyszłego projektu. Skakaliśmy po całej Polsce. Mówiłam: „jest taka aktorka w Zielonej Górze, która byłaby dla nas marzeniem” i od razu sprawdzaliśmy, w ilu tam gra przedstawieniach, jak często i czy mogłoby się udać ściągnięcie jej do nas. To powód, dla którego staram się nie brać aktorów pracujących na etatach, wolimy „wolnych strzelców”. Dbam też, żeby każda nasza scena miała swoje monodramy, bo one nas ratują, kiedy nie udaje się zgrać terminów spektakli z większymi obsadami. Dzięki tym jednoosobowym spektaklom jesteśmy w stanie działać bez przestojów. No i są jeszcze moje monodramy, które można zawsze zagrać, bo ja jestem na wyłączność i zawsze do dyspozycji. W każdym razie w tym roku będziemy mieli, mam nadzieję, trzy nowe spektakle teatru jednego aktora. Za chwilę Andrzej Grabowski ma w Polonii premierę spektaklu Spowiedź chuligana. Jesienin. W kolejce czeka Natalia Sikora i Julka Kijowska. Liczę, że uda się zrealizować te plany.

Ten model funkcjonowania rodził się metodą prób i błędów?

Cóż, ja funkcjonuję w zawodzie i w teatrach czterdzieści pięć lat. Widziałam wiele i obserwowałam kolejnych dyrektorów – wydaje mi się, że ze zrozumieniem. Kiedy odchodziłam z Teatru Powszechnego, było tam sto czterdzieści pięć etatów, u nas na dwa teatry jest czterdzieści pięć etatów. Ale tak, wracając do pytania, do wszystkiego tutaj, w naszych teatrach dochodziliśmy przez praktykę. Stworzyliśmy na przykład wewnętrzny model produkcji spektakli, a potem ich eksploatacji. Niechętnie widzę reżyserów, którzy nie mieszczą się w trzydziestu trzech czy czterdziestu próbach. Długie próby rujnują i teatr, i aktorów. Nie mamy sal prób, wszystko odbywa się na scenach, na których wieczorem grane są spektakle, wciąż mają tam miejsce częste zmiany dekoracji i świateł, spowodowane zmianami repertuaru itp., itd. Wszystko to, co ludzie tu oglądają, to jest efekt krótkiej, ale bardzo intensywnej pracy. Dzięki temu jesteśmy w stanie jakoś sprostać finansowo wszystkiemu. Tak szybkie tempo powstawania spektakli wymaga, żeby każdy tytuł miał dobrze przygotowanego reżysera, ale także swojego producenta, który broni go do ostatniej kropli krwi, zna aktorów, potem jest ze spektaklem i aktorami aż do zejścia tytułu z afisza. Ten ktoś wie wszystko, kto zachodzi w ciąże, kto ma jakie problemy, kiedy trzeba szukać kogoś na zastępstwo itd. W tym systemie producent jest jednocześnie suflerem, rekwizytorem i w ogóle robi wszystko, co jest potrzebne, no i pilnuje jakości i powtarzalności. Oba nasze teatry mają po dwóch takich producentów wykonawczych. Tak to działa. U nas także spektakle są obsadzone tymi samymi pracownikami technicznymi – oni pilnują jakości każdego wieczoru, tego, czy kostiumy i dekoracja są w dobrym stanie. Bo teatr to dzieło zespołowe, to nie tylko aktorzy. Wszystko to się bardzo sprawdziło, a powstało tak naprawdę z potrzeby.

Chce pani powiedzieć, że Iwan Wyrypajew zrobił Słoneczną linię w trzydzieści trzy próby? Przecież w takim Teatrze Studio czy Narodowym dawali mu pewnie dwa albo trzy razy więcej czasu.

Nie wiem, co oni robili poza teatrem, czy pracowali z Karoliną Gruszką i Borysem Szycem dodatkowo. U nas byli tylko tyle czasu, na ile się umówiliśmy. Oba teatry mieszczą się w dawnych salach kinowych, nie mamy zaplecza teatralnego. Próby Lekcji stepowania odbywały się czasami w naszej kawiarni.

Wieczorem przychodzi publiczność i trzeba kończyć próbę?

Tak, za każdym razem trzeba przygotować się do wieczoru.

To wymaga na pewno specyficznego podejścia reżyserów, prawda? Kiedy w państwowych teatrach próby mogą trwać trzy miesiące, a nieraz i dłużej, reżyser może pozwolić sobie na pewne wahania i odkładanie ostatecznych rozstrzygnięć. Wiadomo, że pewni reżyserzy lubią na początku pracy jeszcze nie wiedzieć, pierwsze próby spędzają w bufecie…

„Lubią nie wiedzieć” to jest enigmatycznie nazwane. Próby czytane odbywają się wcześniej, w ramach prywatnych spotkań w kawiarniach, mieszkaniach itd. Oczywiście zdarzali się reżyserzy, którzy nie chcieli się poddać naszemu reżimowi i odbywały się tutaj dantejskie sceny. Właściwie był taki jeden reżyser i skończyło się tak, że sobie poszedł. Tu muszą pracować „zawodowcy”. To nie jest teatr poszukiwań, my nie jesteśmy laboratorium. Jeżeli reżyser wie, co chce robić, to zapraszam do współpracy, ale jeżeli jeszcze poszukuje, to znaczy, że musi iść gdzieś indziej. Niech wróci, jak znajdzie. Awangarda i poszukiwania są wspaniałe, ale i drogie. Wymagają inaczej zorganizowanej instytucji, innego myślenia. Bardzo mi przykro. Na zbytnie ryzyko i eksperymenty na naszym organizmie niestety nas nie stać. Próbowałam i zrezygnowałam z takich „niewiadomych”.

A jakby pani określiła ten „wiadomy” teatr?

To jest teatr dla wszystkich, ale nie pozwalamy sobie na ulgową taryfę, na „podobanie się” poniżej naszych kryteriów. Zawsze się staram, żeby to, co robimy, miało także wartości edukacyjne i dodatkowy sens, nawet farsy robione ku zabawie. Teatr Polonia realizuje tematy trudne, teksty społeczne, kontrowersyjne, choć i inne, nie jesteśmy ortodoksyjni. Ale Och-Teatr to przyjemności, rzeczy lżejsze, komedie, także komedie Fredy, jak na przykład „ Zemsta”, i farsy – farsy sytuacyjne. Ja kocham farsy. Mogłabym już do końca życia reżyserować farsy i grać tylko w farsach. Miałam długie, trudne i bogate życie artystyczne, teraz, po takim życiu zawodowym, chcę się śmiać i bawić na scenie i nieźle mi to wychodzi. To musi być oczywiście świetnie grane i musi być zrobione. Próby do fars są prawdziwą przyjemnością, później granie w nich to już sama rozkosz. Zresztą jeszcze w tym sezonie zagram tytułową postać w Pomocy domowej Camolettiego. Będziemy się znów bawić. Ale zaczynaliśmy Och-Teatr od Wassy Żeleznowej Gorkiego, potem były O’Neille, klasyka, Biała bluzka, rzeczy różne. Także koncerty, koncerty, koncerty.

Mówiła pani o Trzech siostrach inaugurujących działanie Polonii, teraz rozmawiamy o repertuarze farsowym. Rozumiem, że samym wytrawnym repertuarem nie dałoby się utrzymać teatru?

Najważniejsze, żeby repertuar, mimo profilu każdego teatru, był zróżnicowany. Tak, każdy ambitniejszy tytuł muszę obudować przynajmniej dwiema premierami, które teoretycznie przyniosą dochód. Jeśli się pomyśli, że utrzymanie Polonii kosztuje sześć tysięcy złotych dziennie, a Och-Teatru ponad dziesięć tysięcy – nawet jak stoją! nie grają! – to wszystko staje się jasne. Więc jeśli ktoś ma przyjść i coś zagrać, to są to kolejne koszty. Trzeba cały czas myśleć, żeby to się wszystko mogło spiąć…

Polonia i Och są na łasce widzów?

Bez widzów nie istnielibyśmy. Ludzie muszą do nas przychodzić i muszą wychodzić ze spektakli zadowoleni. Warunek sine qua non. To ciężka praca, żeby widownia chciała oglądać i trudniejsze, i łatwiejsze spektakle. Żeby chciała się jednego dnia bawić, drugiego zamyślić, trzeciego zastanawiać nad życiem, a czwartego płakać czy poznawać trudną klasykę, czy jeszcze trudniejsze teksty współczesne. No i nie możemy się pomylić, nie mamy zapasu, marginesu, polisy ubezpieczeniowej na klapę. A zależy mi na wszystkim: żeby robić teatr opowieści, problemów, inscenizacji, żeby prezentować różne gatunki literackie i proponować różne stylistyki, na historycznych ujęciach tematów także, na teatrze w ogóle. Choć wielu rzeczy nigdy nie uda nam się zrealizować, bo nas na to nie stać.

Czy zdarza się, że musi pani sobie czegoś odmawiać?

Sobie? W sensie czekoladki – nie, ale żadnego Szekspira, żadnego Wesela, Domu otwartego Bałuckiego, na który miałam wielką ochotę, żadnego spektaklu w Teatrze Polonia, który miałby więcej niż osiem ról, a w Och-Teatrze dwanaście czy czternaście. Chciałabym zrobić Cymbelina i w nim zagrać, Jak wam się podoba, do reżyserii którego jestem przygotowana jak do niczego innego, bo tę realizację zatrzymała mi właśnie przed chwilą telewizja, Teatr TV.

Mówi pani o planach repertuarowych, które są nie do zrealizowania, rolach, które odkłada pani na później. Jest coś jeszcze?

Tak. Dla dobra fundacji muszę czasami rezygnować z pewnych planów osobistych, zawodowych, z filmu za granicą, reżyserii z daleka od Warszawy. Szczególnie boli, kiedy rezygnuję z reżyserii opery. Zdarza się też czasem, że patrzę, jak ktoś gra u mnie i zazdroszczę, bo to ja chciałabym być na scenie. Wydaje mi się nieraz, że zagrałabym to lepiej. Czasami jestem zmuszona do pewnych rzeczy. Kilka razy robiłam gwałtowne zastępstwa, kiedy aktorki łamały sobie kręgosłupy i inne części ciała. Zdarzało się, że musiałam coś kończyć lub przereżyserowywać biegiem. Ale to normalne, to są obowiązki szefa artystycznego. Trudne jest odmawianie innym. To jest chyba dla mnie najtrudniejsze. Aktorom, reżyserom – to boli i jest trudne. No, ale muszę. Tak często mówię: „nie mogę ci dać na tę realizację stu pięćdziesięciu czy dwustu tysięcy, pieniędzy tak ciężko przez nas zarobionych, bo nie wierzę w ten projekt” albo… „mimo że to wspaniały pomysł, nas na to nie stać”. Tak było niedawno z Jurkiem Stuhrem. Teraz robię wszystko, żeby jednak zrealizować to, co wymyślił.

Myśl, żeby ułatwiać debiuty i ściągać do siebie młodych ludzi, jest dla pani cały czas ważna?

Napisałam dzisiaj felieton o starych aktorach, w którym powiedziałam, że teatr bez nich jest martwy. W teatrze muszą być starzy aktorzy i „stary aktor” musi wchodzić na scenę i grać, bo to zawsze jest piękne. Natomiast teatr bez młodych aktorów nie istnieje w ogóle. Większość ról w literaturze teatralnej to role dla młodych. Młodzi są „mięsem” teatru, tętnem, szaleństwem, niespodzianką, siłą, doświadczeni – jego solą. I najciekawsze jest, jak się ze sobą spotykają. Młodzieży aktorskiej jest bardzo dużo. Chcą do teatru, ale teatry nie mają dla nich wystarczającej liczby propozycji. Aktorskie życie to nie jest, jak się niektórym wydaje, życie różowe. I ja to wiem. Mam miękkie serce. Podobają mi się, mam apetyt na ich zmagania teatralne, a jeszcze kiedy przychodzą i mówią, że nie mają z czego żyć, dała bym im gwiazdkę z nieba albo choć cokolwiek do grania, żeby mogli dalej się rozwijać i żeby nie musieli pracować choćby jako kelnerzy. U nas ciągle mamy debiuty. Ludzie przyjeżdżają z całej Polski, wiele się u nas uczą. Ściągamy też wspaniałych, nieznanych tutaj artystów.

Niedawno w Polonii premierę dała Papahema, grupa złożona z młodych absolwentów Wydziału Sztuki Lalkarskiej z Białegostoku.

Tak, są nadzwyczajni. Zobaczyłam ich Calineczkę i zachwyciłam się ich wyobraźnią, umiejętnościami i miłością do tego, co robią. Postanowiłam zaprosić ich do współpracy, oni zastanowili się nad tytułem, wybrali Alicję po drugiej stronie lustra i tak powstał spektakl. Od dawna zastanawiam się nad spektaklami dla dzieci. Z jednej strony dziecięca publiczność w takim teatrze jak nasz jest dość kłopotliwa, gra się dla nich rano, trzeba przerwać próby, ceny biletów muszą być niewysokie, bałaganią i wszędzie przyklejają gumy do żucia, jedzą i piją na widowni, wychodzą na siusiu stadami podczas przedstawienia, a z drugiej strony kocham ich, widzę, jak żywo reagują, niekonwencjonalnie, spontanicznie, prawdziwie. Zakochują się w teatrze na naszych oczach. Myślę, że powinniśmy mieć w repertuarze jedną, dwie bajki czy spektakle dla młodzieży szkolnej na zimę. O najmłodszych dzieciach nie myślę, bo nawet nie wiem, „z czym się to je”. Mamy w repertuarze w tej chwili 6 spektakli dla dzieci, które latem gramy też na ulicy. Gramy, jeśli ktoś nam pomoże, bo tam nasz teatr jest za darmo.

Jaka jest pani relacja z krytyką teatralną?

Nie ma jej. Osobiście nie znam nikogo. Teraz zresztą jakoś bardzo się to środowisko rozwarstwiło, skomplikowało. Przyszło wielu znikąd, piszą, podoba im się, nie podoba, ale nie uzasadniają dlaczego, nie porównują niczego z niczym, bo nie umieją. Oczywiście recenzenci przychodzą, nasz dział PR zbiera ich teksty i umieszcza na stronie, ale… Poza tym mam wrażenie, że krytyka dzisiaj nie ma żadnego przełożenia na publiczność, żadnego wpływu na odbiór czy frekwencję. Recenzje czytają może dwie, trzy pierwsze „widownie” spektaklu. Później przychodzą ci, co nie czytają. Dla mnie najważniejsza jest, jak ja to nazywam – „pierwsza widownia z ulicy”. Pierwsza, która przychodzi za kupione bilety. Interesuje mnie to, czy publiczność rozumie, o czym z nią rozmawiamy. Trudno poza tym osobie takiej jak ja, która musi to wszystko utrzymać, przejmować się poważnie krytyką. Zwłaszcza, że w przypadku recenzentów w grę wchodzi także moda: na aktorów, na tematy, na sposoby wystawiania. W modzie u krytyki jest teraz awangarda, w Warszawie nie ma już prawie nic innego. Takich jak my jest garstka. Zostało Ateneum, Współczesny, Narodowy i do pewnego stopnia Dramatyczny. W pozostałych teatrach nie wiadomo, co cię czeka, jak powiedziała pewna pani. Interesujące jest to, jak Jan Englert prowadzi Teatr Narodowy, bardzo to szanuję. Ma wspaniały zespół, szacunek do widzów i teatr tradycyjny – teatr środka, jak to zwykliśmy ostatnio nazywać – i awangardę, głównie interpretacyjną, i Piotra Cieplaka. Mają publiczność. Gratulacje.

Odcina się pani od teatru awangardowego?

Broń Boże. Lubię awangardę. Nie lubię tylko kłamstwa, awangardy wymuszonej, wyspekulowanej, cwaniackiej. Chociaż… lubię właściwie każdy rodzaj teatru. Denerwuje mnie tylko, jak coś jest głupie. Widziałam dużo spektakli, które chciały coś powiedzieć, ale z powodu niewiedzy artystów czy z braku środków miały dziury łatane głupimi pomysłami. Nieważne. Jestem osobą, widzem, który czasem tak męczy się w teatrze, jak na najgorszych torturach. Na złym spektaklu czuję się jak w więzieniu. Widzę na scenie coś, czego po prostu nie mogę oglądać, i wszystko mnie od tego boli. Czuję się nieszczęśliwa. Potem, po takiej nauczce przez jakiś czas nikt nie zaciągnąłby mnie do teatru, nikt. Muszę odczekać i zapomnieć. Może zbyt emocjonalnie odbieram teatr w ogóle. Lubię, jak się w teatrze opowiada. Albo teatr zachwyca mnie znaczącymi obrazami, figurami psychologicznymi. Nienawidzę się nudzić i nie rozumieć. My tu, w Teatrze Polonia dwukrotnie ponieśliśmy sromotną klęskę na awangardzie. Musieliśmy zdejmować przedstawienia po pięciu pokazach. Nasza publiczność była niechętna.

Co określa pani jako klęskę w teatrze?

Jak nie mogę grać tytułu. Jak publiczność coś całkowicie odrzuca. Jak milczy z grzeczności. Wychodzi w ciszy i natychmiast rozmawia o kotletach czy o której rano muszą wstać. Jak wychodzą zniecierpliwieni, zmęczeni, z poczuciem, że stracili czas i pieniądze. Ludziom się wmawia, że wysoka sztuka jest trudna, męcząca i niezrozumiała.

Uważa pani, że publiczność się nigdy nie myli? Nie odrzuca dzieł wartościowych, nie zachwyca się miernotami?

Oh! Myli się, oczywiście, często się myli. To zawsze w takich wypadkach jest pomyłka informacyjna – nie wiedzieli, na co przyszli, chcieli czegoś innego, trzeba ich było na to, co mają „skonsumować”, przygotować. Ale nie jest też tak głupia, jak by się wydawało. Poszłam kiedyś do kina o dziesiątej rano. Grali Melancholię von Triera. Było nas na sali może trzydzieścioro. Trochę przypadkowa widownia. Niektórzy przyszli może dlatego, że było zimno i chcieli się ogrzać. Ja się zachwyciłam, ale pięć osób z tych trzydziestu wyszło. To jest wciąż niezła proporcja, prawda? Kocham teatr, film, koncerty, malarstwo, muzykę, czas duchowy, ale trzeba być na to gotowym. Trzeba ludzi uczyć przyjemności z odbioru sztuki, znaczenia tych wzruszeń i zachwytów, świadomości, jak wzbogacają i siebie samych, i swoje relacje z innymi dzięki sztuce, wiary, że świat sztuki jest wspaniały. Są twórcy, którzy pracują dla magistrów życia. Mnie zawsze interesowała praca dla tych bez tytułów naukowych w tej dziedzinie.

6-02-2017

05
Luty
2017
17:03

Agaty i Adelajdy - wszystkiego dobrego

Zdjęcia z piątkowej premiery w Teatrze Polonia, spektaklu JESIENIN. SPOWIEDŹ CHULIGANA.
Reżyseria – Krzysztof Jasiński
Wykonanie- Andrzej Grabowski
Gramy teraz do 7 lutego, potem 13,14,27,28 lutego. I systematycznie w każdym miesiącu. Zapraszamy serdecznie.
Zdj. Kasia Chmura-Cegiełkowska i Krzysztof Zalewski

04
Luty
2017
07:34

Andrzej Grabowski w monodramie "Spowiedź chuligana. Jesienin".

zobacz więcej zdjęć (13)

Andrzeja i Weroniki - wszystkiego dobrego

Wczoraj w Teatrze Polonia premiera Andrzeja Grabowskiego SPOWIEDŹ CHULIGANA. JESIENIN. W reżyserii i według pomysłu Krzysztofa Jasińskiego. Nowy, zupełnie inny spektakl w naszej talii. I nowi przyjaciele teatru. ❤
Zdj. Kasia Chmura-Cegiełkowska.

30
Styczeń
2017
06:50

Danuta W. Zdjęcie z premiery

zobacz zdjęcie

Macieja i Martyny - wszystkiego dobrego

Dziś wieczorem, w Łodzi, w Teatrze Muzycznym gram DANUTĘ W. Od jakiegoś czasu granie tego spektaklu jest dla mnie szczególnym zadaniem i dziwnym teatralnym świętem. Sytuacja polityczna sprawiła, że ma on dziś znaczenie wielokrotnie większe, a każdy wieczór jest absolutnie wyjątkowy. To kolejny raz w moim życiu zawodowym życie dogania teatr i potęguje jego wymowę.
Jutro, we wtorek, w Katowicach w Teatrze Śląskim na festiwalu gramy BOSKĄ!
Za chwilę w Teatrze Polonia, 3 lutego w piątek, premiera spektaklu SPOWIEDŹ CHULIGANA. JESIENIN. Andrzeja Grabowskiego w reżyserii i według pomysłu Krzysztofa Jasińskiego. Ten tydzień to próby generalne i premiera.
W sobotę idę zobaczyć w Teatrze Ateneum spektakl z okazji 50 – lecia pracy zawodowej Magdy Zawadzkiej.
Niedziela i poniedziałek 5,6 luty to Szczecin i tam SHIRLEY VALENTINE. Wtorek 7 luty w Szczecinku DANUTA W. Środa, czwartek 8, 9 luty w Warszawie MARIA CALLAS. LEKCJA ŚPIEWU w Och-Teatrze. Piątek 10 lutego, w Rzeszowie 32 OMDLENIA. W sobotę i niedzielę 11 i 12 w Warszawie, w Och-Teatrze BIAŁA BLUZKA. 13 lutego w poniedziałek nie gram. 14 lutego w Lublinie WEEKEND z R. A potem? I tak dalej.
Pracuję nad szczegółami nowego sezonu i roku w naszych teatrach. Rozmawiam z twórcami, aktorami, dogaduję się. Będzie, mam nadzieję interesująco i dla nas i dla Was. Niedługo podam informacje.
Jestem w ciągłej, nie opuszczającej mnie depresji z powodu wiadomości, które nadchodzą każdego dnia.

28
Styczeń
2017
07:07

zrzut z ekranu

zobacz zdjęcie

Walerego i Radomira - wszystkiego dobrego

Oto wpis Aktora z teatru we Wrocławiu w dyskusji nad wrocławskim Teatrem Polskim. ( wpolityce.pl)
Jak się urodziła taka nienawiść? A może zawsze była?

27
Styczeń
2017
11:52

Danuta Szaflarska

zobacz więcej zdjęć (47)

Jana i Przybysława - wszystkiego dobrego

Mili Państwo, i znów urodziny Danusi Szaflarskiej, której składamy najserdeczniejsze życzenia, wyrazy szacunku i uwielbienia, całe środowisko i widzowie. Najserdeczniejsze Danusiu.
A ja, przy tej wspaniałej okazji pomyślałam o wszystkich aktorach grających i pracujących na emeryturze, ze mną samą włącznie. Jest nas, tych „wybuchowych” pod parą, po sześćdziesiątce, choćby w naszej fundacji bardzo dużo, dzięki niespożytemu temperamentowi, wiedzy, doświadczeniu, radości życia, ciekawości świata i kreatywności, dorobkowi wreszcie, nasze spektakle wyglądają tak jak wyglądają, „sięgamy po gwiazdy” bez wahania i z lekkością, a jednocześnie wszystko ma swoją wartość i ciężar gatunkowy. No i stoi na silnych, potężnych łapach osiągnięć, zawodowstwa, mądrości i pamięci o rzeczach istotnych. Czerpiemy z doświadczenia i pamięci, a każde spotkanie, opowieść, wspomnienie, dowcip, żart, którym się dzielą są bezcenne.
Dni, miesiące, lata mijają, kolejne premiery powstają, a ja wciąż myślę, jak nieuchronnie przeminie ten świat. Rozmawiamy, pytamy, wyciągamy wspomnienia, anegdoty, prostujemy legendy, wciąż nam mało rozmów szczególnie z mistrzami, tymi najstarszymi, i nikt poza nami nie czerpie z tych skarbów, z tych rozmów, prób z dywagacjami i anegdotami, wyjaśnień, i często żałuję że nie ma przy tym kamery czy mikrofonu, bo żal, tak żal, że to przepadnie. Mówiłam już nawet wielokrotnie, że powinniśmy włączyć kamerę i niech mówią, mówią, co chcą i bez ograniczeń, żeby pozostały przynajmniej nagrane wspomnienia, a potem dopiero ktoś to uporządkuje lub zaznaczy tematy. Taki bank wspomnień i katalog z tematami i wspomnieniami, o im współczesnych wielkich, nieobecnych już dzisiaj.
Ze wzruszeniem przypominam sobie, że chciał nakręcić taki monolog – rzekę wspomnień, Cezary Żak ze swoim ukochanym profesorem, aktorem, niezwykle barwnym i niezwykłym artystą, dyrektorem opery i reżyserem Igorem Przegrodzkim, ale kiedy się panowie na to zdecydowali, umówili u Cezarego w domu, Igor przyszedł już splątany, zagubiony, nie pamiętał, gubił się i powtarzał coś w kółko, wreszcie wszyscy się popłakali i napili herbaty. Igor wkrótce potem umarł.
W tej chwili w naszych teatrach grają, po 60 sześćdziesiątce będąc (według Internetu):
ARTUR BARCIŚ, CZESŁAW BOGDAŃSKI, STANISŁAW BRUDNY, STEFAN FRIEDMAN, KRYSTYNA FROELICH, ALEKSANDRA GÓRSKA,
IGNACY GOGOLEWSKI, BARBARA HORAWIANKA, (KRYSTYNA JANDA), JADWIGA JANKOWSKA-CIEŚLAK
ELŻBIETA JAROSIK, EWA KASPRZYK, KRZYSZTOF KIERSZNOWSKI, KRYSTYNA KOŁODZIEJCZYK, WIESŁAW KOMASA, BARBARA KRAFFTÓWNA, LECH ŁOTOCKI, JERZY ŁAPIŃSKI, SYLWESTER MACIEJEWSKI, JAN MAYZEL, PIOTR MACHALICA, KRZYSZTOF MATERNA, WIESŁAWA MAZURKIEWICZ, HELENA NOROWICZ, MARIAN OPANIA, JAN PESZEK, WOJCIECH POKORA, ANDRZEJ PIECZYŃSKI, DOROTA POMYKAŁA, LEONARD PIETRASZAK, KATARZYNA SKOLIMOWSKA, DOROTA STALIŃSKA, LIDIA STANISŁAWSKA, JERZY STUHR, KRYSTYNA TKACZ, JERZY TRELA, MARIA WINIARSKA, GRZEGORZ WARCHOŁ, WIKTOR ZBOROWSKI, BARBARA ZGORZALEWICZ-FRYŹLEWICZ, MICHAŁ BREITENWALD, ELŻBIETA KęPIńSKA, ANDRZEJ GLAZER, JAN JANGA-TOMASZEWSKI, MAŁGORZATA RÓŻNIATOWSKA, KRZYSZTOF GOSZTYŁA, MAGDALENA ZAWADZKA, która nota bene 4 lutego obchodzi 50 lecie pracy artystycznej w Teatrze Ateneum.
Imponująca lista! Czy zdajecie sobie sprawę z tego ile Oni pamiętają, wiedzą, umieją, ile są w stanie jeszcze dokonać! I jeszcze jedno, królami wspomnień i scenicznych wyczynów są Barbara Krafftówna, Wiesława Mazurkiewicz i Ignacy Gogolewski! Ale Basia szczególnie jest niedoceniana i „niedoszacowana” jak to mówią znawcy brylantów. Takiego talentu, takiego dorobku, takiej żywotności, radości z grania, wyobraźni, wszyscy moglibyśmy zazdrościć.
W kulisach naszych teatrów i teatru Polonia i Och-Teatru, wśród obsługi, w biurze i w garderobach są także ludzie już na emeryturze, wiele, wiele im zawdzięczam,  ich rzetelności, etyce, wiedzy i pracowitości.
Napisałam to wszystko bo mi żal, upływającego czasu i tego, co zginie i nie zdążymy tego zarejestrować, wykorzystać, nacieszyć się tym i tego nauczyć czy doświadczyć czerpiąc z ich doświadczeń.
Moi Kochani, Droga Danusiu, bo od Twoich urodzin się zaczęło dziś! Wszystkiego dobrego, szacunku i wielkich braw. Żyjcie i pracujcie jak najdłużej. Ukłony.

19
Styczeń
2017
08:08

Matki i synowie - plakat

zobacz zdjęcie

Henryka i Mariusza - wszystkiego dobrego

Chwalę się, przeczytałam to dziś o świcie, kiedy człowiek jest jeszcze bezbronny i wierzy, że to w całości będzie dobry, miły dzień. Takiego dnia Państwu życzę.

Wszystko zostanie w rodzinie

„Matki i synowie” Terrance’a McNally’ego w reż. Krystyny Jandy w Teatrze Polonia w Warszawie. Pisze Agnieszka Adamska na blogu Rude Rude Girl.

Muszę przyznać, że czekałam na ten spektakl jak na wielkie święto, albo niezwykłe wydarzenie, które być może znacząco wpłynie na moje życie. Nie przesadzam ani trochę. Podkreśliłam tytuł w kalendarzu na czerwono, zupełnie niepotrzebnie, bo termin i godzina wryły mi się w pamięć już dawno. „Matki i synowie” to pierwsza sztuka, w której miałam ujrzeć na własne oczy Krystynę Jandę, moją niedoścignioną mentorkę. I choć doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że moja rola podczas tego wieczoru będzie się ograniczała do zajęcia miejsca na widowni i kontemplowania wydarzeń na scenie, to denerwowałam się tak, jakby czekała mnie audiencja u samej królowej…

Większość z Was kojarzy Krystynę Jandę, jako wspaniałą aktorkę. Ja poznałam ją najpierw jako fantastyczną pisarkę o urzekającej wrażliwości. Pierwszą książkę Jandy, „Moja droga B”, przeczytałam jednym tchem i do dziś jest to jedna z moich ulubionych, a za razem najważniejszych pozycji na półce z literaturą (recenzję taj książki możecie przeczytać tutaj). Od Krystyny Jandy uczyłam się lekkości wyrazu, niewymuszonego humoru, dystansu do siebie, wrażliwości na świat i umiejętności ubierania uczuć w słowa. „Moja droga B” stała się dla mnie drogowskazem, gdy budowałam i kształtowałam swój własny styl. Wiedziałam, że chcę, żeby właśnie w tym kierunku podążał mój blog. Dziś bez wątpienia mogę stwierdzić, że to jak piszę i o czym piszę, jest w dużej mierze jej zasługą.

Oczywiście, wkrótce potem odkryłam Krystynę Jandę – artystkę. Nigdy nie zapomnę emocji, jakie towarzyszyły mi, gdy oglądałam w Teatrze Telewizji „Trzy siostry” Czechowa, w reżyserii Aleksandra Bardiniego. Janda zagrała w tej sztuce u boku tak wybitnych aktorów, jak m.in, Jerzy Kamas, Zbigniew Zapasiewicz, czy Marek Walczewski. Uderzyła mnie powaga i dystynkcja, z jaką młodziutka Krystyna Janda podeszła wtedy do roli Maszy. Na tle doświadczonych artystów zupełnie nie było widać, że aktorka stawiała wtedy dopiero pierwsze kroki na scenie…

Już kiedyś napisałam, że „Janda to wrażliwa pisarka, świetny reżyser, wszechstronna artystka. Szczęście trzeba sobie wypracować – aktorka wierzy w te słowa i konsekwentnie się ich trzyma. Jest autorytetem nie tylko dla ludzi związanych ze światem teatru. Coraz więcej osób znajduje wciąż nowe powody by darzyć ją sympatią i podziwiać (…)”

Mnie Janda ujęła nie tylko ogromnym talentem scenicznym. Zachwyciła mnie jej ogromna empatia, którą widać w każdym z jej felietonów, w każdym z fecebookowych postów, w każdym jej geście. Aktorka od lat bacznie przygląda się wydarzeniom na scenie politycznej i komentuje je z właściwym jej dystansem, ironią, ale także troską. Bo Jandę wyróżnia ta wspaniała cecha, że będąc światowej sławy gwiazdą, pozostała człowiekiem. Mimo wielu przeciwności losu, wciąż znajduje w sobie siłę, by podejmować nowe wyzwania. Kto chciałby ujrzeć tę wielką diwę na scenie, albo doświadczyć jej geniuszu reżyserskiego, ten powinien jak najszybciej odwiedzić Teatr Polonia, albo Och-Teatr – dwie wyjątkowe instytucje kulturalne, które Janda sama założyła. Należę do grona dozgonnych wielbicieli Krystyny Jandy i mój zachwyt wzbudza wszystko, czego ta artystka się dotknie. Spektakl „Matki i synowie” tylko utwierdził mnie w przekonaniu, że Janda jest w stanie wcielić się w każdą rolę i zawsze robi to fenomenalnie.

#1 Cierpienie matki

Sztuka Terrence’a McNally’ego jest dramatem wielowymiarowym. Na scenie widzimy trójkę bohaterów, każdy z nich zmaga się z własną tragedią… Katharine Gerard odwiedza Michaela, partnera swojego zmarłego syna. Pod pretekstem wręczenia mężczyźnie pamiętnika Andre, pani Gerard odbywa bolesną podróż w przeszłość, mierzy się z prawdą, której unikała przez tak długi czas i poznaje rzeczywistość, do której nie chce i nie potrafi się dostosować… Katharine straciła dziecko – i to na długo przed tym, zanim Andre faktycznie zmarł. Nasza bohaterka czuje, że poniosła sromotną klęskę – chciała wychować syna najlepiej, jak potrafiła, a on uciekł z domu, wplątał się w podejrzane, gejowskie towarzystwo, wreszcie zachorował na AIDS i odszedł w nieludzkich cierpieniach, z dala od rodzinnego domu. Od tych tragicznych wydarzeń minęło sporo czasu, ale dla Katharine ból po stracie syna wciąż jest świeży, a rana w sercu otwarta.

Kobieta pragnie zemsty. Nienawidzi Michaela, bo czuje że zabrał jej najlepsze lata z życia syna. Nie chce słyszeć o środowisku artystycznym, w którym obracał się Andre. Katharine cierpi, bo została na świecie sama – niedługo po śmierci Andre umarł także jej mąż. Człowiek pogrążony w takiej rozpaczy i pustce życzy sobie, żeby cały świat płakał razem z nim… Dlatego ogarnia ją wzburzenie, gdy widzi, że Michael, który przecież deklarował żarliwą miłość do jej syna, teraz wije sobie ciepłe, rodzinne gniazdko w luksusowym apartamencie w Nowym Jorku, z młodszym od siebie mężczyzną, którego nazywa swoim mężem i na dodatek – o zgrozo! – mają dziecko…

Katharine to typowa przedstawicielka małomiasteczkowego myślenia, gdzie czarne jest czarne, białe jest białe, a małżeństwa mogą zawierać tylko osoby odmiennych płci. Pani Gerard nigdy nie akceptowała stylu życia Andre i jego przyjaciół. Przez 15 lat nic się na tym polu nie zmieniło. Widząc Michaela z mężem – Willem, kobieta czuje oburzenie i niedorzeczność całej tej sytuacji. Kto jest w tym związku mężem, a kto żoną? Co powiedzą temu chłopcu, gdy kiedyś zapyta, dlaczego wychowuje go dwóch tatusiów? I czy to nie jest nieprzyzwoite, że podczas kąpieli dotykają go „tam”? Co z niego wyrośnie?! Katharine Gerard nie pasuje do scenerii, w której się znalazła. Nie rozumie tego wszystkiego, co ją otacza i nie chce zrozumieć. Wierzy, że Andre zmienił wyjazd do Nowego Jorku – wcześniej był normalnym, dobrym chłopcem…

Katharine targają sprzeczne emocje. Z jedne strony nie może odżałować śmierci syna i męczą ją wyrzuty sumienia, że nie było jej przy Andre, kiedy trawiła go choroba, z drugiej strony nie przyjmuje do wiadomości, że istnieje inny świat, poza tym światem, który zna, akceptuje i uznaje za normalny. Pani Gerard nienawidzi ludzi, którzy w jej odczuciu zabrali i zabili jej syna, a za razem pragnie zbliżyć się do nich, ogrzać w ich cieple i odszukać wśród nich śladów po swoim dziecku…

#2 Samotność syna

Czy Katharine Gerard była złą matką? Po tym, jak skreśliła Andre, kiedy syn wyznał jej, że jest gejem, moglibyśmy śmiało wydać na nią wyrok: potwór, bezduszna kobieta, dla której bardziej niż szczęście dziecka liczy się opinia otoczenia. Z drugiej jednak strony, łatwo osądzać, kiedy nie jest się w sytuacji naszej bohaterki… Pani Gerard przeszła w życiu ciężką próbę i musiała odrobić trudną lekcję. Tą lekcją jest sztuka tolerancji, którą Katharine zaczęła chyba pojmować po tym, jak odwiedziła dom Michaela – on, Will i ich mały synek, Nick to zupełnie inna definicja rodziny, ale inna nie znaczy mniej szczęśliwa. Związek Michaela z Andre, a potem Michaela z Willem nijak nie pasowały do stereotypu, jaki uparcie tkwił w głowie pani Gerard. Czy jednak rodzice nie powinni choć starać się zrozumieć, poznać, zaakceptować drogę, jaką zdecydowały się iść ich dzieci?

Dla matki Andre, łatwiej niż zrozumieć, było wyrzucić syna z pamięci. Dlatego śmiem twierdzić, że Katharine jest w tej sztuce postacią najbardziej tragiczną… Tej kobiecie oprócz przejmującej pustki po stracie dziecka zostały jeszcze wyrzuty sumienia – przecież w ogóle go nie znała, nie było jej przy najpiękniejszych i najgorszych momentach jego życia. Nie towarzyszyła mu w cierpieniu, nie miała odwagi stanąć twarzą w twarz z chorobą, która go zabiła…

Andre poznajemy ze wspomnień Michaela i Katharine. Był wrażliwym artystą, utalentowanym aktorem, Hamletem swoich czasów. Miał kochającego partnera, oddanych przyjaciół, ale oni przecież nie zastąpili mu rodziców. Może oboje byli zbyt dumni? Katharine – żeby przyznać, że nie rozumiała wyborów syna, Andre – bo do końca udawał, że obojętność matki go nie rusza. Tyle lat zmarnowanych na granie kiepskiej farsy pod tytułem „Nie potrzebujemy siebie nawzajem”. Przykre, kiedy po latach rodzic zdaje sobie sprawę, że ten czas już nie wróci, a to dziecko nigdy już nie dowie się, że było jednak kochane – miłością trudną i pełną sprzeczności, ale jednak była to miłość.

#3 Wszystko zostanie w rodzinie

Krystyna Janda w roli Katharine Gerard gra fenomenalnie. Jej chłodna rezerwa, dystans, ból, jaki możemy dostrzec na twarzy, a także zdławiony płaczem głos, rzucają widzów na kolana. Trudno wyobrazić sobie bardziej autentyczną kreację tej postaci. Janda wciela się w swoją bohaterkę niezwykle przekonująco. Na scenie wyraźnie widać, że aktorka wydobywa z siebie wszystkie emocje, jakie w sztuce targają graną przez nią postacią. Niewielu artystów jest w stanie tak głęboko poruszyć publiczność – Janda z całą stanowczością należy do tego nielicznego grona. Jej zachowanie na scenie trudno momentami odróżnić od rzeczywistości. Gra tak, jakby cierpiała naprawdę…

Jestem również oczarowana Pawłem Ciołkoszem. Przypadła mu niezwykle trudna rola Michaela Portera, człowieka rozdartego pomiędzy przeszłością, a teraźniejszością, pomiędzy bólem z dawnych lat, a szczęściem, jakie daje mu rodzina. Dotąd widziałam tego aktora jedynie na ekranie telewizora, w serialu, w którym nie miał możliwości zaprezentować swojej charyzmy i talentu scenicznego. W roli Michaela podbił moje serce.

Nie ukrywam, że wybrałam się na tę sztukę również ze względu na sympatię, jaką darzę Antoniego Pawlickiego. Aktor w roli Willa wypadł trochę bezbarwnie, ale z drugiej strony, postać, w jaką się wcielił nie umożliwiła mu zaprezentowania widzom ekspresji, jaką możemy pamiętać z jego innych kreacji aktorskich. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że Pawlicki pozostawił po sobie pewien niedosyt… Cóż, nie zostaje mi nic innego, jak wybrać się do Teatru Polonia na sztukę, w której mój ulubiony aktor zagra pierwsze skrzypce.

„Matki i synowie” to wspaniała sztuka, która w dosadny sposób pokazuje, do czego może doprowadzić skrajny upór i brak tolerancji. Dramat Terrence’a McNally’ego opowiada też o przepaści pokoleniowej, jaka podzieliła matkę i syna… Śledząc fabułę sztuki, momentami nie kryłam przerażenia. Wychowałam się w ciepłym, pełnym miłości domu, w którym oczywisty fundament stanowiły akceptacja i zrozumienie. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie piekła, przez jakie muszą przechodzić rodziny, w których nie ma dialogu i życzliwości. Niech ten spektakl będzie przestrogą, co może się stać, gdy przestaniemy ze sobą rozmawiać…

„Wszystko zostanie w rodzinie”
Agnieszka Adamska
www.agnieszkamalgorzata.blogspot.com
Link do źródła
18-01-2017

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.