20
Grudzień
2012
10:12

Zmierzch długiego dnia - plakat Teatr Polonia 2012

zobacz więcej zdjęć (133)

Zmierzch długiego dnia, Eugene O’Neill

Adaptacja i reżyseria – Krystyna Janda
Scenografia i kostiumy – Magdalena Maciejewska
Światło – Adam CzaplickiAdam Kłosiński
Asystent scenografa – Małgorzata Domańska
Producent wykonawczy i asystent reżysera – Marta Więcławska

Obsada: Krystyna JandaPatrycja Szczepanowska, Rafał Fudalej, Piotr MachalicaMichał Żurawski, Piotr Żurawski

Jeden sierpniowy dzień 1912 roku. Od godziny około 8:30 aż do północy. Mieszczący się nad morzem w stanie Connecticut dom rodziny Tyronów zamieszkują cztery osoby – to równie wyraziści bohaterowie dramatu. Wszyscy zmagają się z jakimś nałogiem: kobieta jest uzależniona od morfiny, zaś trzech mężczyzn od alkoholu. Bohaterowie wzajemnie się oskarżają, odrzucają i użalają się nad sobą. Atmosfera między nimi tężeje i przybiera formę narastającego konfliktu, przerywanego czasami nie zawsze szczerymi próbami okazania miłości, współczucia i wzajemnego się pocieszania. Relację pomiędzy postaciami są skomplikowane i gęste, frapujące i przez to także fascynujące. To właśnie wielowymiarowość psychologiczna oraz subtelny, choć chwilami bezceremonialny sposób ukazania wewnętrznego świata czterech mieszkańców jednego domu uczynił z tego tekstu pozycję absolutnie klasyczną w kanonie współczesnego dramatu amerykańskiego.

„Zmierzch długiego dnia” to na pewno najsłynniejszy utwór Eugene’a O’Neilla, uważany też powszechnie za jego arcydzieło. W roku 1957 O’Neill pośmiertnie otrzymał za tę sztukę Nagrodę Pulitzera w dziedzinie dramaturgii.

_____________________

Urodziny Krystyny Jandy. Zagra wymarzoną rolę

Dorota Wyżyńska: „Na 60 urodziny zrobię sobie prezent i wyreżyseruję „Zmierzch długiego dnia” – mówiła Pani w jednym z wywiadów. Nie specjalnie wdzięczny tytuł na taką okazję.

Krystyna Janda: Tak, życie z tym spektaklem będzie niewesołe. Ale z drugiej strony to taki teatr, który lubię najbardziej. Nieefektowny, teatr codzienny, wymagający dużo więcej i od nas aktorów i od widzów. „Zmierzch długiego dnia” to arcydzieło literatury teatralnej, obsypane wszelkimi możliwymi nagrodami. Pięć wspaniałych ról, ról o których marzą aktorzy całego świata. Jak wiadomo jest to historia autora Eugene’a O’Neilla i jego rodziny. Bolesny dramat, bolesne wyznanie o ojcu, matce, o nich wszystkich.

Rzecz o uzależnieniu. Ale też o teatrze, o aktorstwie.

– Uzależnienia są tu tylko wynikiem samotności, nieumiejętności porozumienia się, braku empatii. Miłość, wspólne życie, wspólny los, rodzina wymagają czułości i wielkiej pracy. Dojrzałości. A tu mamy grupę artystów, indywidualistów, egoistów. Teatr i aktorstwo to jeden z tematów tej sztuki. Wspaniały jest monolog Tyrona, który mówi o tym, jak przepuścił talent i życie na marną sztukę przynoszącą tylko pieniądze, a nie dającą satysfakcji artystycznej. Ja gram Mary. To rola marzenie. Najbardziej lubię tekst, który wypowiada moja postać: „Nigdy nie czułam się dobrze w teatrze. Nie lubię teatru”. Kiedy go mówię na próbach, nie wiem dlaczego, wszyscy się śmieją.
Jak młodzi aktorzy czytają ten tekst? Jakie mają uwagi na próbach?

– Na pierwszej próbie ktoś z nich zapytał mnie, co to jest czwarta ściana? Myślałam, że umieram.

O’ Neill nazywany był „amerykańskim Ibsenem”. Rzadko wracamy w dzisiejszym teatrze do tej amerykańskiej dramaturgii? Co jest jej siłą?

– Znajomość psychologii ludzkiej, mechanizmów nam wspólnych, zapis dramatu dający wiele możliwości interpretacyjnych, dialogi. Do dziś są one odważne i zaskakujące, choć świat od tego czasu wiele widział i wielu rzeczom się dziwił. Dramat amerykański jest pełen takich, w jakimś sensie ekstremalnych, zdestabilizowanych bohaterów, jednocześnie działających w granicach normy, wszystkim bliskich. Jak Martha z ” Kto się boi Wirginii Woolf”, Mary ze ” Zmierzchu długiego dnia”, Blanche z ” Tramwaju zwanego pożądaniem”, Maggie z ” Kotki na blaszanym gorącym dachu” czy Gisela z ” Dwoje na huśtawce”. Wymieniam tylko te, z którymi się mierzyłam lub te do których się przymierzałam. To archetypy postaci, zachowań, uwikłań, związków z mężczyznami, stosunku dodzieci, rodziców, uzależnień

Tak jak w ” Kotce na blaszanym rozgrzanym dachu” i w „Dwoje na huśtawce” spotyka się pani na scenie z Piotrem Machalicą. To też spotkanie w prezencieurodzinowym?

– Tak, granie z Piotrem, spotkanie zawodowe z Piotrem to wielki dla mnie prezent. Tęskniłam do niego, jako partnera, szczególnie w takim repertuarze. Tęskniłam za jego siłą, spokojem, prawdą, solidnością techniki aktorskiej i brakiem efekciarstwa Maggie i Giselę grałam z Piotrem, Marthę z Markiem Kondratem, Blanche miałam grać z Jankiem Fryczem, w rezultacie do produkcji nie doszło, jako Mary wracam do Piotra

Jeden sierpniowy dzień 1912 roku. Jak się zaczyna? Jak zapowiada się ten dzień?

– Źle, młodszy syn jest chory, wszyscy oszukują się, że to tylko przeziębienie. Tego dnia dowiedzą się prawdy, tego popołudnia. Ojciec i starszy syn są aktorami, trwa przerwa w sezonie teatralnym, czekają na rozpoczęcie następnego w zrujnowanym domu. Matka wróciła po dwumiesięcznej kuracji odwykowej od morfiny i tej nocy zaczęła brać na nowo. Nie mogą jej ani uratować ani powstrzymać, trzej mężczyźni mąż i dwaj synowie, uzależnieni od alkoholu. Winą o wszystko oskarżają się nawzajem. To będzie ciężki dzień, decydujący .zaczyna się on pozornie miłym, beztroskim porankiem, choć za nimi jest już brzemienna w niepokój noc

Czego możemy życzyć Krystynie Jandzie z okazji urodzin? Jaki chciałaby pani dostać prezent od widzów?

– Żeby byli. A ja będę się starać, aby nie żałowali, że są u nas.

„Zmierzch długiego dnia” Eugene’a O’Neilla. Przekład: Wacława Komarnicka, Krystyna Tarnowska. Reżyseria – Krystyna Janda. Scenografia i kostiumy: Magdalena Maciejewska, światło: Adam Czaplicki, Adam Kłosiński. Występują: Krystyna Janda, Patrycja Szczepanowska, Rafał Fudalej, Piotr Machalica, Michał Żurawski/Piotr Żurawski. Premiera – 20 grudnia o godz. 19.30 w Teatrze Polonia.

_____________________________

STUDIUM SAMOTNOŚCI

Od kilku tygodni w środowisku teatralnym atmosfera wrzała – głównym przedmiotem rozmów była zbliżająca się premiera „Zmierzchu długiego dnia” w warszawskim Teatrze Polonia. Same okoliczności wystawienia jednego z najciekawszych dramatów autobiograficznych  Eugene’a O’Neilla są  dobrze znane. Właśnie w ten dość niekonwencjonalny sposób Krystyna Janda postanowiła świętować swoje sześćdziesiąte urodziny. Ofiarowała sobie prezent szczególny, niewątpliwie pożądany, niemniej pozostający jedynie w sferze marzeń wielu aktorów i aktorek.

Przenosimy się do roku 1912. Mglisty, sierpniowy dzień, który przyniesie ze sobą bezmiar wzruszeń, pretensji, skrycie pulsujących uczuć i problemów. W rodzinie Tyronów spokój raczej nie gości. Każdy z członków tej osobliwej rodziny ma swoje troski. Matka – Mary (Krystyna Janda), to morfinistka, która nie potrafi zmierzyć się z rzeczywistością, z żalem i niespełnieniem. Posiada bardzo mocno rozbudowaną konstrukcję psychiczną swego „ja”.  Nie potrafi poradzić sobie ze swoją bezradnością, z frustracją i poczuciem życiowej porażki. Sytuacji nie poprawia jej mąż, James (Piotr Machalica), który choć szczęśliwie jest wziętym i docenianym aktorem, walczy z nałogiem alkoholowym. Jak gdyby tego było mało, także synowie Mary i Jamesa (Rafał Fudalej i Michał Żurawski/Piotr Żurawski) nie radzą sobie ze światem zewnętrznym, a także własnymi emocjami; starają się uleczyć wzburzone nerwy alkoholem. Starszy z braci wydaje się być duchem całkowicie nieujarzmionym, wręcz nieobliczalnym, przechodzącym  od zatrważającej złości do chwilami paranoidalnej i dziecięcej bezradności.

„Zmierzch długiego dnia” to nie tylko dramatyczny obraz walki z nałogiem, w próbie uporczywego mierzenia się każdego dnia z okrutną rzeczywistością, która ani myśli być łaskawa. To także, a może nawet przede wszystkim, studium samotności. To historia, która opowiada o przeszywającym zapętleniu własnych uczuć i paraliżującym strachu przed odsłoną swoich prawdziwych emocji. Tutaj każdy coś gra, wpychając się samoistnie w jeszcze większą otchłań niemocy. Każdy z członków rodziny, w jakiś sobie tylko wiadomy sposób, ma zwichnięty emocjonalny, psychiczny i moralny kręgosłup. Żyją razem, choć tak naprawdę  osobno.  Nie chcą i nie potrafią nazywać swoich uczuć, a niemożność ich okazywania jest tym, co ich łączy.

Samotność wśród  najbliższych to niewątpliwie najgorsze z możliwych doświadczeń człowieka. Patrząc na obraz rodziny Tyronów z punktu widzenia psychologii  z pewnością można stwierdzić, że system ten jest silnie zaburzony.  By móc  to naprawić, poskładać  i sprowadzić na właściwą drogę zaufania, wzajemnego szacunku i miłości, należałoby poddać terapii każdego z członków tego rodzinnego czworokąta. Czy to możliwe? Czy te traumatyczne, postrzępione i skomplikowane relacje można w jakikolwiek sposób naruszyć czy zmienić?

Warto zwrócić także uwagę na paradoks całego przedsięwzięcia – Krystyna Janda na prezent urodzinowy wybiera sztukę, w której gra kobietę nienawidzącą teatru. To przypadek? Janda znowu gra z widownią, fascynuje, intryguje, zaciekawia. Drugim prezentem, o którym mówiła, jest spotkanie na scenie z Piotrem Machalicą. Trzeba przyznać, że ta współpraca jest przede wszystkim wielkim prezentem dla nas, widzów. Piotr Machalica w roli Jamesa urzeka męskim urokiem, a także sugestywnie pokazuje dualizm swoich emocji – kocha i nienawidzi jednocześnie. Szanuje, adoruje, gardzi,   rzucając się w coraz czarniejszą otchłań nałogu. Mimo tego, że zarabia horrendalne pieniądze, dla swojej rodziny okazuje się być niebywale skąpy. Kreacja Machalicy jest doprawdy imponująca. Na uznanie zasługuje również rola Rafała Fudaleja; jego choroba jest współodczuwana   przez widownię.  Krystyna Janda jest jak zawsze znakomita. Jej cierpienie krzyczy do nas każdym milimetrem jej ciała. Jest prawdziwa i niebywale silnie przesiąknięta postacią. Szaleństwo i  rozchwianie emocjonalne, które prezentuje na scenie może wprawiać w osłupienie. Choć stwierdzenie, jakoby nienawidziła teatru od zawsze, swoją absurdalnością doprowadza widzów do niekontrolowanego wybuchu śmiechu.

Cały obraz jest niesamowicie dynamiczny. Każda minuta przedstawienia wypełniona jest ogromną dawką emocji. Miłość, współczucie, żal, gniew, bezradność… – tu wszystko harmonijnie przeplata się i tworzy dramatyczny obraz rodziny Tyronów. Rodziny, która choć bardzo siebie potrzebuje i kocha nawzajem, nie potrafi odnaleźć drogi, która zaprowadziłaby ich do szczęścia lub przynajmniej do emocjonalnego spokoju.

Wszystko w tym spektaklu zdaje się być uszyte na miarę. Szalenie efektowna dekoracja, której ważnym elementem są majestatyczne schody, symbolizujące szaleństwo i świat ułudy, a także gra świateł sprawiają, że Polonia na dwie godziny przenosi się do zupełnie innej rzeczywistości. Janda po raz kolejny udowodniła, że poza znakomitym warsztatem aktorskim ma też niebywałe wyczucie reżyserskie.

Katarzyna Binkiewicz

__________________

W czwartek 20 grudnia 2012 roku Krystyna Janda uczciła swoje 60 urodziny wystawiając na deskach teatru Polonia słynny dramat Eugena O’Neill’a „Zmierzch długiego dnia”.

Ich czworo: matka, ojciec i dwaj synowie oraz skomplikowana relacja spowita ciężką siecią uzależnień. Muszę przyznać, że Krystyna Janda na swój jubileusz wybrała bardzo trudny i depresjogenny temat. Aby w pełni zrozumieć znaczenie, jakie niesie sztuka nazywana przez Marca Mauforta „Amerykańskimi Kwiatami Zła”, należy ją oglądać przez pryzmat postaci autora dramatu. Eugen O’Neill jest powszechnie uznawany za jednego z najwybitniejszych amerykańskich dramaturgów. W 1936 został uhonorowany przez Akademię Szwedzką Literacką Nagrodą Nobla za „prawdziwość i głębię utworów dramatycznych, traktujących w nowy sposób gatunek tragedii”. Był jednocześnie najczęściej wyróżnianym dramaturgiem w historii Nagrody Pulitzera. Za życia otrzymał ją trzykrotnie w ciągu jednej dekady. Po zdobyciu sławy, w ramach rozliczenia się z przeszłością, która go ukształtowała, postanowił napisać dramat autobiograficzny. Trudno jest znaleźć odpowiedź na pytanie, co sprawia, że jedni ludzie po doświadczeniu trudnego dzieciństwa zostają psychicznie okaleczeni, a inni potrafią przekuć bolesne doświadczenia na twórczość, która sublimuje ich wewnętrzne rozdarcie. Eugene O’Neill bezsprzecznie należał do tej drugiej kategorii, a jego biografia wspiera popularny stereotyp, że życie prawdziwego artysty powinno być przepełnione cierpieniem. Spektakl, który możemy zobaczyć w teatrze Polonia jest tego klarownym dowodem. „Zmierzch długiego dnia” („Long Day’s Journey into Night”) jawi się zatem jako studium dorosłego artysty nad swoimi doświadczeniami rodzinnymi. Utwór był na tyle przesiąknięty osobistymi motywami, że sam twórca zastrzegł, aby go upublicznić nie wcześniej niż 25 lat po jego śmierci.  Wydawcy, przeczuwając czający się w maszynopisie bestseller, nie uszanowali ostatniej woli artysty i „Zmierzch długiego dnia” został wydany dużo wcześniej. Bardzo szybko zyskał miano najwybitniejszego arcydzieła Eugene’a O’Neilla i jednej z istotniejszych sztuk w historii literatury amerykańskiej. Sam autor zaś otrzymał pośmiertną nagrodę Pulitzera.

Spektakl nie obfituje w zwroty akcji czy pasma zdarzeń, jest raczej zbudowaną poprzez dialogi anatomią nieszczęścia. Obecnością jedności czasu, miejsca i akcji sztuka wpisuje się w klasycystyczną koncepcję fabuły dramatu. Opowieść ma miejsce w sierpniu 1912 roku w New London, w salonie posiadłości należącej do rodziny Tyronów. Jej właścicieli poznajemy po śniadaniu i towarzyszymy im aż do północy, kiedy to ciężka mgła ponownie spowija miasto. Krystyna Janda, jako reżyser i aktorka odgrywająca jedną z centralnych ról, minuta po minucie rzeźbi obraz rozpadającej się rodziny. Psychiczna niestabilność Mary Cavan Tyrone (Krystyna Janda) zepchnęła ją w uzależnienie od morfiny. Poznajemy ją, kiedy powraca z odwyku, co jest powodem, dla którego reszta rodziny stawia jako najwyższy priorytet jej samopoczucie. Ta z kolei usiłuje ukryć rozczarowanie życiem, jakie przyszło jej wieść po założeniu rodziny. Krystyna Janda perfekcyjnie przedstawia metody, do jakich Mary się ucieka, aby manipulować najbliższymi: od wykalkulowanej bezradności przez wzbudzanie poczucia winy, aż po szantaże emocjonalne. Przybiera różne pozy: raz ofiary, raz karcącego rodzica, innym razem wybaczającej żony. Winnym tego stanu rzeczy jest ojciec rodziny James Tyrone (Piotr Machalica), niegdyś znakomity aktor Shakespearowski, teraz skąpiec i kabotyn grywający co sezon w tej samej banalnej sztuce. Dodatkowo jego chybione inwestycje w nieruchomości spowodowały, że nie jest wstanie zapewnić swoim bliskim godnego życia. Starszy syn James Jr. (Michał Żurawski) podjął próbę spełnienia artystycznych ambicji własnego ojca i został aktorem teatralnym. Niestety alkoholizm i rozrzutność przyczyniła się do złamania jego kariery, co też jest głównym powodem podsycającym brak akceptacji ze strony rodziców. Komunikacja przedstawiona w rodzinie Tyrone’ów została oparta na otwartym konflikcie. Jej członkowie przy każdej próbie zbliżenia się do siebie wpadają w znane od lat trajektorie rozmów i wzajemnych oskarżeń. Perfekcyjnie oddali ten stan rzeczy Machalica i Żurawski w pierwszym akcie, kiedy zacietrzewiony James Jr. rozpoczyna kłótnie z ojcem. Nie ma w tej relacji miejsca na intymność, panuje jedynie głębokie zakorzenienie w półprawdach i pozorach, które odbija się na najmłodszym z synów, Edmundzie Tyronie (Rafał Fudalej). To właśnie z tą postacią jest utożsamiany autor dramatu Eugene O’Neill. Pogrążony w przykładzie dawanym przez ojca i starszego brata, Edmund również sięga po alkohol. Jego sytuacja jest jednak o tyle cięższa, że zmaga się z wczesnymi stanami gruźlicy (kaszel sceniczny zawsze odbijał się echem po wtórującej mu w okresie grypy widowni). Trzeba przyznać, że w pierwszym akcie gra Rafała Fudaleja została przyćmiona przez wyraziście zarysowane kreacje reszty aktorów, ale w drugiej części spektaklu udało mu się nabrać rozpędu by w pełni rozwinąć skrzydła podczas monologu z utworów Baudelaire’a. Świetnie wpisał się w stan, w jakim musiał się znajdować młody O’Neill przed hospitalizacją. W jego biografii wielomiesięczny pobyt w sanatorium wspomniany jest jako okres, który ostatecznie pchnął go ku twórczości dramaturgicznej.

Scenografia i kostiumy (przygotowane przez Magdalenę Maciejewską), muzyka między scenami przypominająca smutną melodię pozytywki (Janusz Bogacki), gra świateł i inscenizacja zmierzchu (Adam Czaplicki, Adam Kłosiński) podtrzymują chłodną atmosferę konfliktu wiszącego w powietrzu. Wyłączając może ilustrację lamparta, widniejącą na drugim planie (naprawdę nie wiem jaki ma on związek ze stanem Conecticut), wszystkie elementy spektaklu dopełniają się nawzajem swoją autentycznością. Wiarygodność jest posunięta do tego stopnia, że kilka razy wydawało mi się, że czuć ciężki zapach whisky, gdy salę wypełnił oddech wzdychających w pijaństwie braci. Rodzina pozostaje w zastygnięciu poprzez sztywne reguły, jakie sterują życiem: brak zaufania, brak szczerości i wyparcie emocji.

Kurtyna opada, a widz pozostaje z pytaniem, jak dziecko wychowane w takiej emocjonalnej sali krzywych luster może wyrosnąć na szczęśliwego człowieka? Niezależnie od odpowiedzi na to pytanie najwyraźniej możliwe jest, aby wyrosło na noblistę. Dramaturgia złożona na wypolerowanym ołtarzu kultury amerykańskiej sięga bowiem swym źródłem do wydarzeń z tego sierpniowego wieczoru. Ta poruszająca prawda powinna z nami zostać przy okazji kolejnego obcowania z twórczością Eugene O’Neilla. Jak mówi sama solenizantka, w wywiadzie udzielonym Jackowi Żakowskiemu w „Polityce”:„Dziś nie ma dla mnie reguł. Co było najważniejsze, okazuje się bez wartości. Ale jak pojawi się coś tak pięknego i prawdziwego, jak wyznania Danuty Wałęsowej albo „Zmierzch długiego dnia” O’Neill’a, wszystko znika i znów są tylko prosto powiedziane poruszające lub wzruszające zdania.”

Monika Dzikiewicz

http://mgzn.pl/articles/view/669

_____________

Krystyna Janda na swoje sześćdziesiąte urodziny wybrała sobie trudny prezent – realizację najważniejszego dramatu Eugene’a O’Neilla.

Amerykański laureat Nagrody Nobla za Zmierzch długiego dnia otrzymał pośmiertnie nagrodę Pulitzera. Ten autobiograficzny dramat, uznany za arcydzieło, jest zarówno dla reżysera, jak i dla aktorów wielkim wyzwaniem. Wydaje się jednak, że Krystynie Jandzie i członkom jej zespołu udało się udźwignąć ciężar tego tekstu.

Jest 1912 rok, dom w Connecticut, a w nim czteroosobowa rodzina Tyrone’ów. Mary (Krystyna Janda), matka i żona, to uzależniona od morfiny kobieta pełna żalu i niespełnionych pragnień. Jej mąż, James (Piotr Machalica), jest aktorem, alkoholikiem i skąpcem. Małżeństwo ma dwóch synów – chorego na gruźlicę Edmunda (Rafał Fudalej) i wybuchowego, rozkapryszonego Jamiego (Michał Żurawski/Piotr Żurawski). Obaj są zresztą również alkoholikami.

Atmosfera panująca w domu jest gęsta, nie tylko od używek. Bohaterowie, zaplątani w konflikty, obarczają się nawzajem winą, toną w słownych przepychankach i grzęzną w niemożnościach. Każdy z nich ma swój własny, odcięty od innych świat oraz własne ograniczenia, potęgowane przez nałogi. Zmierzch…największą siłę czerpie z psychologii postaci. Szczególnie Jandzie i Machalicy, ale także pozostałym aktorom, udało się zbudować złożone, odrębne postacie, które licznymi detalami pokazują bogate psychologiczne konstrukcje.

Spektakl Jandy to przede wszystkim opowieść o potrzebie i jednocześnie niemożności porozumienia między pozornie bliskimi sobie osobami. Rzeczywistość stworzona dzięki zaangażowaniu aktorów i realistyczno-onirycznej scenografii uwodzi od samego początku spektaklu i mimo kilku przestojów i miejscami nieco natrętnej psychologizacji, po wyjściu z teatru ma się wrażenie, że urodzinowy wybór Jandy był w istocie dobrze przemyślany.

http://www.podprad.pl/teatr/1785-zmierzch-dugiego-dnia

© Copyright 2019 Krystyna Janda. All rights reserved.