05
Grudzień
2003
00:12

Wywiad do GALI dla Katarzyny Przybyszewskiej

Załóż partię Godność Kobiety Polskiej, bo się do tego świetnie nadajesz ze swoimi poglądami. Tak powiedział mąż Krystyny Jandy, Edward Kłosiński, gdy po raz kolejny stwierdziła, że kobietami to już się w Polsce kompletnie nikt nie zajmuje i to jest krzywdzące.

Teatr Powszechny. Późny wieczór. Garderoba. Siedzimy i rozmawiamy o kobietach właśnie. Krystyna Janda: Któregoś dnia przyszedł do mnie producent i powiedział – wizerunek kobiet w polskim filmie jest skandaliczny i oburzający, trzeba zrobić film o kobietach i dla kobiet. I tak powstał pomysł na serial MĘSKIE- ŻEŃSKIE. Pomyślałam, jeśli ktoś mi daje taką szansę, muszę to zrobić. Bo to jest potrzebne. Bo jest na to czas. A poza tym można się przy tej okazji nieźle zabawić i pośmiać z siebie samych i z mężczyzn. No i oczywiście z odwiecznego konfliktu płci.

Kobiety ją uwielbiają. Mężczyźni zresztą też. Ma wspaniałą rodzinę, a każda jej rola to sukces. Patrzymy na nią jak na kogoś, komu się po prostu udało. I zastanawiamy się jak?

O jakich problemach kobiet opowiada Pani w serialu?

O wszystkich aktualnych, tych koło nas, tych, które znamy – o miłości, samotności, ambicjach, źle ulokowanych uczuciach, odmienności seksualnej, samotnych matkach, niechcianych ciążach, nieudanych związkach, zazdrości… Każdy odcinek, o czym innym. Bohaterkami są dwie samotne, dość zabawne, choć typowe, kobiety, matka i córka. Ja- matka jestem historykiem sztuki, właścicielka deficytowej galerii sztuki współczesnej, córka- młoda kobieta, którą gra moja córka Marysia, jest lekarzem weterynarii. Dwa światy, odmienne spojrzenia na każdą sprawę, odmienne problemy i stosunek do tych problemów. Oczywiście opowiadamy o tym w zabawny sposób i jesteśmy tak samo złośliwe w stosunku do siebie jak i innych kobiet i mężczyzn. Zrobiliśmy już dwie projekcje w kinach dla publiczności żeby zorientować się jak ludzie reagują na nasze poczucie humoru i pomysły i pokazy wypadły naprawdę świetnie. Choć jest tam wiele rzeczy nazwijmy to ryzykownych czy niekonwencjonalnych, na przykład Marysia, którą właśnie rzucił narzeczony i zastanawiamy się obie nad mężczyznami przydatnymi do małżeństwa w ogóle, pyta mnie: – A co cię kręci w facetach mamo? A ja odpowiadam: -Mnie kręci rozum. Ona: A seks? Ja: -Daj spokój! Kobieta robi to sobie sama w mózgu, przy minimalnej pomocy partnera. Na co ona: To mnie już całkiem przeszło.. itd. Uważam że nadszedł czas, by pozwolić sobie na żart, na ironię, nawet bolesną dla obu stron. Jakiś pan po projekcji powiedział: – Wie pani, co? Czuję się kopany przez was przez cały czas i dziwne, ale w ogóle nie mam o to pretensji.

Czy to będzie polski Seks w wielkim mieście?

Nie. Nasze pomysły są niekonwencjonalne, ale zupełnie w innym sensie. Jakby bardziej polskie i dużo bardziej sentymentalne. Jest w nich głębokie poczucie, że stały związek, dzieci, rodzina to harmonia. Polski są inne niż Amerykanki, inne matki nas wychowały, inne mamy priorytety. Mężczyzna jest wieczną tęsknotą i nieodłącznym partnerem do życia. Tego nie podważam. Sama tak czuje i tego potrzebę. Świat bez mężczyzn byłby marny i o tyle mniej piękny i zabawny!

Myśli Pani, że kobiety w Polsce są szczęśliwe?

Nie wiem, ale często, kiedy jadę nocą samochodem przez Warszawę czy Polskę i widzę zapalone światła w domach, jakoś dziwnie mam przeczucie, że za tymi oknami ludzie nie kochają się właśnie, a raczej kłócą, czy rozgrywają się tam jakieś tragedie.. Wielu ludzi żyje w piekle własnego domu i własnego związku. Często, dlatego że nie widzą innego wyjścia. Jestem pierwszą kobietą w historii mojej rodziny, która się rozwiodła. Wcześniej żadna nie odważyła się na taką decyzję.

Czyli Pani zdaniem w życiu trzeba postawić przede wszystkim na siebie?

Bardzo krótko tak myślałam. Urodziłam dziecko na czwartym roku studiów i od tego momentu zaczęłam życie z równowagą, którą dało mi to doświadczenie. Wiedziałam, że nie ma ważniejszej rzeczy, w życiu, niż dziecko. Ważniejsze niż zawód i kariera. Że w naturalny sposób ustawiają się odpowiednie hierarchie wartości. Poczucie odpowiedzialności i bezpieczeństwa. Obserwuję wiele młodych aktorek, które nie mają dzieci, nie wiążą się z nikim na stałe, decydują, że chcą przez pierwsze lata kariery żyć inaczej, być wolne i utrzymywać jak ja to nazywam „ opcję otwartą na wszystko”, obserwuje to, często robią one rzeczy, na które nigdy bym sobie nie pozwoliła.

A Pani? W jednym z wywiadów powiedziała Pani: Wydaje mi się, że już mnie nic nieznanego w życiu nie czeka. Dlaczego?

Mówiłam o sprawach zawodowych. I o tym, że po tylu latach tak intensywnej pracy, spotkań z wieloma ludźmi, reżyserami, aktorami, wydaje mi się nic mnie już nie może zaskoczyć, albo raczej że wybrnę z każdej sytuacji, a taką w której być nie chcę, potrafię przewidzieć i powiedzieć nie, w odpowiednim momencie.

Nie wierzy Pani, że gdzieś czeka na Panią rola większa od tych, które Pani już zagrała?

Nigdy nie miałam marzeń większych niż naprawdę mogłam mieć. To życie dało mi więcej niż marzyłam. To komfortowa sytuacja, Ale tez nie zagrałam już wielu ról, które miałam zagrać, tyle wspaniałych filmów nie doszło do skutku. Tyle rzeczy mnie rozczarowało albo okazało się nie warte moich emocji. Więc dzisiaj, gdy dzwoni do mnie reżyser i mówi: teraz usiądź, bo mam dla ciebie świetną propozycję, to ja nie siadam. Nie warto mieć marzeń na wyrost, bezpodstawnych a jednocześnie trzeba umieć trafnie ocenić swoje możliwości. Tego mnie nauczył kiedyś mój profesor, Aleksander Bardini. Powiedział mi : – Stań przed lustrem i zastanów się, zrozum, jaka jesteś i czego może oczekiwać od ciebie widownia kiedy się pojawiasz. I działaj na miarę tego, kim jesteś. Musisz być dla siebie okrutna, surowa, a drugiej strony musisz się ze sobą pogodzić, polubić się i być gotowa to, co masz ofiarować bez fałszywych wstydów i ograniczeń. To jest ten zawód. Ale na pewno nie będąc małą, garbatą i grubą, marzyć, że zostaniesz drugą Marilyn Monroe. A 60 proc. ludzi myśli o sobie lepiej, niż jest w rzeczywistości.

A Pani jak o sobie myśli?

Bardzo rozsądnie. Oceniam się chłodno i spokojnie. Myślę, że brutalniej niż wszyscy dookoła mnie. Ale gdy ktoś mi mówi: a jednak ci się udało, odpowiadam: nie udało się, ja to zrobiłam. Ale mogło być lepiej. Nie cierpię pochlebstw. Odwracam się plecami do każdego, który mówi o mnie bezpodstawnie według mojego zdania, dobrze.

Jak myślała Pani o sobie dwadzieścia lat temu?

Bałam się wyjść na scenę. Wydawało mi się, że nic nie umiem zagrać. Ale za to bardzo chciałam. Bardzo. Chciałam się podzielić moimi wzruszeniami, uczuciami i myślami. Ale myślałam też, że jestem głupia, brzydka i niezdolna. Długo tak myślałam, upewniały mnie zresztą co do tego recenzje, szczególnie po „ Człowieku z marmuru” po którym i krytyka i publiczność posiekała mnie na mielone kotlety, długo potem nie mogłam uwierzyć, że mam coś do powiedzenia w tym zawodzie.

Może dlatego jest dziś Pani w takim miejscu.

Może. Dopiero po kilkunastu latach pracy doszłam wreszcie do wymarzonego przez każdego aktora punktu umiejętności zawodowych, w którym wszystko, co wymyśli, umie zagrać, a kiedy zagra publiczność zrozumie t i zareaguje jak przewidywał…No tyle, że za każdym razem jest to sztuka zbiorowa, teatr czy film, nie zawsze efekt zależy od ans samych, ale… od dawna się już nie boję. Pierwsze lata były naprawdę trudne. A ja mam do tego parszywy charakter, jeżdżę po świecie, dużo rzeczy widziałam, zrozumiałam, wieloma się zachwyciłam i w związku z tym rzadko kiedy jestem z siebie zadowolona. Choć bez przesady znam i doceniam swoją wartość i umiejętności.

A jako kobieta, żona i matka też nie jest Pani z siebie zadowolona?

Dziś, po latach, już jestem, ale wszystko, co robię jest wyborem. Świadomym wyborem. Nic już nie jest przypadkiem. Mówię sobie, dobrze robię to, bo to ma znaczenie, ale poniosę takie i takie koszty. Moja rodzina także. Trudno. Za to potem jadę na miesiąc z dziećmi na narty. Wszystko planuję. Dlatego mam poczucie harmonii i poczucie wolności.

Na czym polega Pani harmonia i Pani wolność?

Wolność polega na tym, że dziś już mogę powiedzieć: to mi się nie podoba, tego nie zrobię. I sobie pójść. Sama decyduję o tym, kim jestem, kim będę i co zrobię. Jeśli chodzi o harmonię, to nie uważam, żebym była złą matką, ani złą żoną, ani złym człowiekiem.

Nigdy się Pani nie załamała?

Pewnie moje szczęście w jakimś sensie polega na tym, że jestem energiczna, pragmatyczna, nie mam problemów z psychiką, ze zdrowiem, uważam, że zawsze sobie dam radę i że wszystko właściwie można załatwić i ze wszystkiego wybrnąć w dobry, ludzki sposób. Przy założeniu ze ludzie w zasadzie są dobrzy a otoczenie życzliwe. Natomiast dookoła mnie jest bardzo wielu ludzi, załamanych, ciężko doświadczonych, którzy mają depresje, stany lękowe, nie potrafią sobie poradzić, z jakichś powodów nie udało im się małżeństwo, albo życie ich tak doświadczyło, że są słabi i złamani. No tyle, że mnie tak naparwde nigdy właściwie nie spotkało nic złego, żadne niespodziewane nieszczęście, choroba, niespodziewana śmierć, a życie zawodowe daje mi tylko radość i satysfakcję niezmiennie od dwudziestu pięciu lat. Taki „drobiazg.”

Ale Pani też ma za sobą nieudane małżeństwo.

To nie było nieudane małżeństwo. Po prostu dość wcześnie zorientowałam się, że nam razem nie będzie dobrze. Że jestem młoda, że inaczej myślę o życiu. Nikt mnie nie rzucił, nie przestał kochać, nie zdominował, nie upokorzył. Dojrzałam jednak do dnia, w którym powiedziałam sobie: trudno. Nie będę aktorką, nie będę szczęśliwą kobietą, jeśli zostanę w tym związku. Ale nie było we mnie złych uczuć.

Jak można sobie tak pragmatycznie wytłumaczyć coś takiego?

Można, jeżeli się już delikatnie mówiąc „ nie tak kocha jak na początku”. Poza tym kobieta, zwłaszcza aktorka, jeśli nie ma przy sobie człowieka, przy którym rozkwita, nie ma odwagi być sobą, trzymać wysoko głowy, uśmiechać się szeroko, wyjść na scenę. Dlatego w pewnym momencie wyprowadziłam się do mamy i było mi jak dawniej dobrze. Miałam znów swój pokój, mama mi robiła śniadania, opiekowała się Marysią. A potem spotkałam mężczyznę, który mi powiedział: „wchodzisz, blask, za tobą ciemność”. I do dzisiaj tak jest. Wie pani, jestem z moim mężem dwadzieścia kilka lat, i do dziś, gdy coś opowiadam, w towarzystwie, w domu, wśród ludzi i przypadkiem na niego spojrzę, łapię go na takim spojrzeniu i uśmiechu, które mnie sama zdumiewają i wprawiają w rozbawienie. „Ten blask” oślepia go chyba dalej. Dlatego uważam, że tym związkiem, raz na zawsze urządziłam sobie życie. Jestem dziesięć lat młodsza od mojego męża. I to też szczęśliwe i bardzo wygodne dla kobiety zarządzenie losu. A on? Do dziś mi imponuje, i zachwyca. A przede wszystkim nigdy mnie nie zawiódł ani się nie ośmieszył w moich oczach. Ach! Jakie to ważne! Poza tym ma nieprawdopodobną wiedzę. To podziwiam i czerpię z tego garściami. Poza tym nigdy przez te lata nie zszedł na śniadanie nie ubrany, a ja kiedy tylko mogę sobie na to pozwolić, schodzę w szlafroku i nieuczesana! Nie ten człowiek nie ma słabości.

Czy przy takim człowieku można, więc sobie pozwolić na słabość?

Tylko przy takim. Ja mam same słabości. Ale mnie „wolno wiele”. Wiadomo „ aktorka”! Istota niższego rzędu albo specjalnych praw. Tak zostało ustawione na początku i tak trwa. Zresztą tak tez traktuje mnie reszta rodziny włączenie z dziećmi.

Znaczy to, że pani w życiu kochała tylko dwóch mężczyzn?

Miałam różne miłości, ale później jakoś się ustatkowałam. Teraz mam Edwarda i od tych wielu lat nie udało mi się spotkać „egzemplarza”, który byłby choć w połowie tak dobry jak on. Poza tym wiem, że mogę być stara, głupia, chora, to nie ma znaczenia. Mam poczucie bezpieczeństwa. Kiedyś ktoś mnie zapytał, czy ja jestem zazdrosna o mojego męża. Ze zdumieniem odpowiedziałam: nie. Potem się zastanawiałam, dlaczego? W ogóle mi coś takiego nie przyszło do głowy. On mi nigdy w życiu nie dał cienia powodu do zazdrości. To proste.

Co więc zrobić, by tak dobrze ułożyć sobie życie?

Nie wiem. Może trzeba mieć dobre wzorce. Patrzyłam na moich dziadków, rodziców. Moja mama, babcia, ciotki dbały o swoje małżeństwa. Nawet jeśli miały problemy, po cichu płakały, zwierzały się swoim kuzynkom, ale z uśmiechem wracały do domów. Ja nienawidzę konfliktów. Robię wszystko, żeby się pogodzić, przeprosić i żeby już było dobrze. Nie mogę znieść, nawet, kiedy mój pies się na mnie obraża. Pytam mamę: -Dlaczego pies się ze mną nie przywitał jak wróciłam w nocy? Nie wyszedł do mnie? Od razu czuję, że coś jest nie tak i muszę naprawić stosunki z psem. Trzeba zwracać uwagę na wszystkich, z którymi się żyje. Zaglądać im w oczy. Zadawać pytania. Dbać o ich nastrój.

Mam wrażenie, że pani stworzyła sobie własny świat. Mieszka Pani z mamą, rodziną, nie przejmuje się Pani, gdy coś się wali.

A cos się wali? Nie zauważyłam.

Rzadko której kobiecie tak się udaje.

Dostaję tony listów: Czy istnieje prawdziwa przyjaźń? Czy istnieje ślę o miłość? Czasem nie wiem, co odpowiedzieć. Ostatnio dostałam list od jakiejś kobiety. Napisała: Przyszedł do domu w Wigilię, przyniósł nam prezent, mnie i naszemu rocznemu synkowi i… powiedział ze idzie siąść przy stole z inna kobieta w jej domu i tam już zostanie….odszedł do innej. A ja siedzę, płaczę, patrzę na nasze śpiące spokojnie dziecko i do pani piszę. Co mam robić? Niech pani odpowie. Nie wiem, co mam odpisać. Nie wiem, co ja sama bym zrobiła.

Co jej Pani odpisała?

Że nie wiem. Nigdy nie byłam w sytuacji, w której nie miałam się, do kogo zwrócić, przytulić, jak mi było źle. Zawsze była mama, siostra, ciotka, ojciec, przyjaciółka, publiczność wreszcie, jakkolwiek by o tym nie myśleć. Nigdy nie byłam sama. Bezradna w związku z tym. Zawsze był ktoś, kto podał mi rękę.

Dlaczego Pani w ogóle odpowiada na te listy?

Jestem w pułapce mojej strony internetowej. Dużo ludzi czeka na moją odpowiedz. Przez trzy lata przyzwyczaiłam ich, że jestem, że dopowiadam, ze piszę. To duży ciężar. W końcu mam też swoje życie. Ale te listy, dziennik, strona w Internecie tak działająca wzięły się chyba z mojej być może chorobliwej potrzeby komunikacji z ludźmi.

Codziennie Pani rozmawia z każdym członkiem rodziny?

Nie. Natomiast wspólne śniadanie to obowiązek. Od wielu lat o siódmej rano siadamy wszyscy razem przy stole. Czasem wracam do domu o piątej nad ranem, a i tak wstaję o siódmej na śniadanie, bo wiem, że te pół godziny musi być. To jest constans, to, że możemy sobie spojrzeć w oczy, powiedzieć, co było wczoraj, jakie mamy problemy. Bez przerwy dzwonię do domu, czy chłopcy poszli spać, czy odrobili lekcje. Mama do mnie dzwoni: -Jędrek twierdzi, że bitwę pod Grunwaldem wygrał Sobieski, i upiera się! Ja nie mam do niego siły, powiedź mu coś! Albo dzwoni pytając gdzie położyłam makaron kupiony wczoraj. Ciągle jesteśmy w kontakcie. Dzieci dzwonią do mnie, ja do dzieci, mama do mnie, ja do mamy, ja do gosposi. Telefony, telefony. Bez przerwy. Tak było też z Marysią. Kiedy przez osiem miesięcy byłam w Ameryce, potrafiła zadzwonić z Warszawy , że nie ma zeszytu nutowego do szkoły na jutro i żebym coś zrobiła. I ja z tej Ameryki do mamy: -Idźcie kupcie dziecku zeszyt nutowy, pamiętajcie! Ale wszyscy wiedzą, że do mnie można zadzwonić. Zawsze. O każdej porze. Obudzić też można. I że ja się nie zdenerwuję.

Czy Pani się czegoś w życiu w ogóle boi?

Boję się potwornie o dzieci. Zawsze wspomagam akcje charytatywne na rzecz dzieci. Późno urodziłam swoich synów i cały czas moim zdaniem trwam w szoku poporodowym. Z Marysią było inaczej, urodziłam ją, gdy miałam 21 lat. Uważałam od kiedy zaczęła mówić rozsądnie, czyli prawie zawsze że jesteśmy równolatkami. Kiedy była całkiem mała, pytała: -Kupiłaś benzynę, zrobiłaś zakupy. Była moim partnerem do życia. Ale nagle kiedy w wieku 38 lat rodzi się synka, to jest rewolucja, wszystko się zmienia. Kiedy urodziłam pierwsze dziecko Marysię uważałam, bo tak mówił lekarz, że dziecko powinno spać w osobnym pokoju. Przy drugim dziecku łóżeczko postawiłam w swojej sypialni, a z trzecim spałam na okrągło, karmiłam, kiedy chciał, bujałam, śpiewałam. Nosiłam na rękach całe noce. Tak się zmienia optyka. Podstawowa zasada, którą przekazuję moim młodszym koleżankom-matkom, także Marysi, która też ma córeczkę: Zanim powiesz dziecku NIE, zastanów się, czy na pewno NIE, bo w większości przypadków to może być TAK.

Pani synowie są rozpieszczeni?

Tak. Przez babcię głównie. Wychowuje ich właściwie moja mama. Uważam zresztą, że jakość i rozmiar miłości babcinej jest ponad wszelkie metody wychowawcze. Mówię wciąż: – Mamo my ich będziemy miały do końca przy sobie. Kto im tak będzie dogadzał. Czy znajda się takie kobiety? Takie kretynki? Kiedy obaj synowie wyjeżdżają na tydzień, chodzimy z mamą i z mężem jak obłąkani: Beznadziejny dom. Cicho, nikt się nie dzieje. Lubimy jak jest dużo ludzi, jak jest zamieszanie, jak wszyscy siadają do stołu.

Czy jest coś czego nie udało się Pani w życiu zrealizować?

Rzeczy bez znaczenia. Najważniejsze rzeczy zrealizowałam.

A czy jest coś czego Pani z życiu żałuje?

Żałuję rozstania z pewnymi ludźmi.

O czym Pani myśli, wstając z łóżka?

Co mam do zrobienia.

A gdy się Pani kładzie?

Planuję następny dzień. Bardzo mało śpię. Pięć godzin mi wystarcza w zupełności. W nocy sobie często leżę i myślę. Myślenie jest jedną z moich ulubionych czynności. Wymyślam role, myślę o ludziach, najbliższych, obmyślam strategie, plany działania, analizuję… Uwielbiam to. Czasem jestem tak zmęczona, że jak mówi mój mąż zasypiam w drodze z łazienki do łóżka jakby mi ktoś w połowie drogi odrąbał głowę i budzę się o trzeciej w nocy i zastanawiam: wstać do komputera, czytać coś, czy przemyśleć?

Skąd bierze Pani taką energię?

Moja mama ma taką samą. Sama energia nic nie znaczy. Mam w sobie optymizm, który mi cały czas szepce do ucha, nawet w beznadziejnych sytuacjach, że wszystko się uda. Gdybym się dziś dowiedziała, że mam raka, byłabym na 80 proc. pewna, że go pokonam. Jestem optymistką także przeciw zdrowemu rozsądkowi. Sama się czasem ze zdumieniem obserwuję.

To jest dobry moment Pani życia?

Może gdybym miała dziesięć lat mniej, mogłabym jeszcze zagrać kilka ról, na które nie zdążyłam. Mam świadomość tego, jak wyglądam. Odrzucam role młodych kobiet. Od pewnego czasu nie przyjmuję ról, w których bohaterka ma urodzić dziecko. Ale też coraz częściej zdarza mi się nagle zakrzyknąć do męża: – Boże, Edward, ja nie chcę umierać! Bo mi tak strasznie żal, że umrę. I tak mam, od kiedy skończyłam 50 lat. Nie chcę opuścić tego fantastycznego świata! Czy będę stara, chora, czy kulawa, ja chcę żyć i na to patrzeć.

Co mąż mówi, gdy słyszy: Edward nie chcę umierać?

Że jestem egzaltowana. Ale sam mówi, że on nie umrze przede mną, bo mi nie może tego zrobić. Nie może mnie zostawić. Poczeka na mnie. A dwa dni temu mnie prawdziwie rozśmieszył. Byliśmy u rodziny w odwiedzinach i spaliśmy na niewygodnej wersalce. Nie mogliśmy zasnąć. I kiedy po dwóch godzinach powiedziałam, że idę się położyć na drugim łóżku powiedział: Błagam cię, nie odchodź, ile nam jeszcze zostało lat, że będziemy mogli sobie tak razem leżeć? My się notorycznie nawzajem budzimy, kiedy któreś z nas nie może spać. . Czasem budzę go i pytam: – Co robisz? – Wiesz – on odpowiada – śpię. Żal nam, że przesypiamy tyle czasu. Z dzieciństwa pamiętam tylko jedno uczucie: potworną rozpacz, że się zaczyna noc czyli niebyt. Nienawidziłam spać.

Co jeszcze Pani chciałaby w życiu zrealizować?

Nie wybiegam w przyszłość. Czasem kupuję książkę i mówię, że przeczytam ją na emeryturze. Mam wielką bibliotekę przygotowaną na czas emerytury. Mówię do męża: Zrób nowy dach w tym roku, bo jak będziemy na emeryturze, to już nigdy tego nie zrobimy. Zmieniamy, więc rury, dach, zakładamy warzywnik, bo będziemy go kiedyś uprawiać. Czy ja zdążę w ogóle zrobić to, co sobie przygotowałam?

Dziękuję bardzo. Jest trochę poprawek, ale myślę, że tak jest dobrze. Pozdrawiam. Krystyna Janda.

© Copyright 2017 Krystyna Janda. All rights reserved.